wtorek, 27 grudnia 2016

"Ciemna noc październikowa" Roger Zelazny

Okładka oryginalnej wersji, bo
polskiej jakby nie ma
Właściwie to nie wiem, czy jestem odpowiednią osoba do napisania tej notki. Wiecie, słaba jestem w wykrywaniu nawiązań, zwłaszcza do klasyki. A tutaj pan Zelazny, nie dość, że sam już klasyk gatunku, to jeszcze na takich nawiązaniach oparł był całą fabułę. Ale tak sobie myślę, że gdyby ten tekst nie powstał, to pewien Kruk byłby niepocieszony. Także ten, wszystko, co tu się będzie działo, to jakby co, przez niego.

Co jakiś czas w Halloween wypada pełnia księżyca. Dla większości jest to po prostu dodatkowy efekt specjalny, ot, dekoracje fajniej wyglądają z okrągłym księżycem w tle. Ale niektórzy wiedza, ze w tym dniu odbywa się finał Gry. Gry, która toczy się cały październik i jest dostępna tylko dla wybranych. I która toczy się o najwyższą stawkę.

Przyznam, że niebagatelną rolę w zwabieniu mnie do tej lektury odegrał fakt, że narratorem jest pies o wdzięcznym imieniu Niuch (bo widzicie, w Grę gra się parami ludzko-zwierzęcymi). To sprawia, że właściwie „Ciemna noc październikową” możnaby zaliczyć do animal fantasy (w końcu spełnia wszystkie kryteria). Jednocześnie bardzo zgrabnie poza ramy gatunku wykracza (jeśli możemy mówić o ramach gatunku, który definiuje się rasą głównych bohaterów). A ja akurat animal fantasy bardzo lubię.

Sama narracja też na wyborze narratora bardzo zyskuje. Nową perspektywę na przykład. Nie wiemy na dobrą sprawę, co konkretnie robi pan Niucha (choć, znając jego legendę, możemy sobie poniekąd wyobrazić), ale wiemy, że zbiera rzeczy niezbędne do rytuału. Cała rozgrywka zyskuje zupełnie inny wymiar. taki, który można zobaczyć z perspektywy czterech łap. Ale także poziomu oczy węża czy wiewiórczej grzędy. lub kogoś, kto godzi spojrzenie ludzkie i zwierzęce.

Nie narracja jest jednak najmocniejszą stroną książki (o ile mogę się tak wyrazić o publikacji, która nigdy nie zyskała u nas samodzielnego wydania). Są nią nawiązania. Widzicie, każdemu miłośnikowi literatury (a właściwie nawet ogólniej – kultury) postacie graczy powinny wydać się znajome. W końcu występują tu same gwiazdy horroru i powieści gotyckiej. Mnie niektóre udało się rozpoznać, co do innych mam tylko przypuszczenia. Ale nie będę się nimi dzielić, żeby nie psuć wam zabawy.

Sama fabuła prowadzona jest dość nierównomiernie. Całość podzielona jest na rozdziały odpowiadające kolejnym październikowym dniom. Na początku niewiele się dzieje (co nie znaczy, że jest nudno), ale z upływem czasu, kiedy finał Gry nadchodzi, akcja nabiera tempa. Niektórzy mogą taki brak równowagi uznać za wadę, ale dla mnie to jeszcze jeden dowód na mistrzostwo pióra Zelaznego. Potrafi przecież rosnącą temperaturę rozgrywki przenieść na tempo narracji. Przecież to logiczne, że im bliżej finału, tym działania graczy będą intensywniejsze i tym więcej uwagi trzeba im będzie poświęcić w opisie. Przy czym piórem autor posługuje się po mistrzowsku – choć nie używa przesadnie wyszukanego słownictwa i fraz, tekst jest niezwykle żywy.

I tak oto dotarliśmy do miejsca, w którym należałoby zakończyć tę moją drętwą notkę o bardzo dobrym tekście. Nie umiem pisać o tekstach dobrych, więc możemy się umówić, że im bardziej niezbornie próbuję jakąś powieść zachwalać, tym lepszą ocenę jej wystawiam. A w ogóle to idźcie poczytać notkę Kruka, jest lepsza.

Tytuł: Ciemna nmoc październikowa
Autor: Roger Zelazny
Tytuł oryginalny: Night in the Lonesome October
Tłumacz: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Prószyński Media
Rok: 2013
Stron: ok. 200

wtorek, 20 grudnia 2016

Rozwiązanie konkursu z "Paradoksem"

 Musze przyznać, że konkurs tym razem wypadł bardzo kameralnie - rywalizacja nie była zbyt zaciekła, choć szczerze mówiąc liczyłam na większe zainteresowanie.

Ale, nie przedłużając już, pragnę ogłosić, zwyciązcę - pokonał przeciwników w cuglach. Można powiedzieć, że sama jego obecność onieśmieliła potencjalnych konkurentów.;)

A więc "Paradoks" powiędruje do:

Piekielnej strony Popkultury

Zwyciężczyni gratuluję.:) Skontaktuję się z nią niedługo w celu dogadania szczegółów.:)

niedziela, 18 grudnia 2016

"Gwiezdny pył" Neil Gaiman

Na żywo jest znacznie ładniejszy.:)
Nigdy nie ukrywałam, że młodzieżowo-dziecięcy Gaiman znacznie bardziej mi się podoba niż ten „dorosły” (doprawdy, powszechne zachwyty nad „Amerykańskimi bogami” chyba na wieki pozostaną dla mnie niezrozumiałe). Przyczyną może być fakt, że tworząc prozę dla młodszego czytelnika autor winien się nieco ograniczyć. Galeria postaci raczej nie powinna iść w dziesiątki, wątki należy ograniczyć i skupić się raczej na głównym przekazie. Przy czym Gaiman lubi swoje powieści dziecięce opierać na dziełach klasycznych. „Księga cmentarna” jest wariacją na temat „Księgi dżungli”, „Koralinę” obstawiam jako nawiązanie do horrorów (acz nie wnikałam, mogę się mylić). „Gwiezdny pył” jest za to baśnią, klasyczną, XIX-wieczną, angielską baśnią.

Tristan Thorn był młodym chłopakiem, który zakochał się w dziewczynie. Niestety, dziewczyna zażądała na potwierdzenie uczuć gwiazdki z nieba, takiej konkretnej, co właśnie spadła. Zwykły chłopak pojąłby aluzję i dał sobie spokój. Ale Tristan nie był zwykły – postanowił więc ruszyć na drugą stronę muru do krainy czarów (a raczej Krainy Czarów), gdzie tę konkretną gwiazdę spodziewał się znaleźć. Bo mieszkał w pobliżu właśnie takiego muru granicznego. Ale to wcale nie początek tej historii, bo zaczęła się osiemnaście lat wcześniej. A może sześćdziesiąt?...

„Gwiezdny pył” zawiera wszystkie elementy charakterystyczne dla baśni. Mamy prawdziwą miłość, mamy złe (albo tylko wredne) czarownice, mamy walkę o władzę (w jakże klasycznym wydaniu „odnajdźcie zagubiony – lub specjalnie ukryty – klejnot koronny”). Mamy też wyprawę za przysłowiową siódmą górę i siódmą rzekę (i z pewnością byłaby dosłownie taka, gdyby Anglicy właśnie takim idiomem się posługiwali. Ale posługują się innym, więc i dystans inaczej opisano), w której roztropny bohater o dobrym sercu, dzięki dobrym uczynkom i życzliwemu wsparciu otaczającego świata (wiadomo przecież, że kiedy jesteś dobry i miły, to cały wszechświat stara się spełniać twoje pragnienia) ma szanse osiągnąć sukces. Zaprawę, brakuje tylko księżniczki do ocalenia.

Może poprzedni akapit wydaje się nieco złośliwy, ale tak naprawdę bardzo podobała mi się akurat taka konwencja powieści. Dobrze opowiedziana baśń w końcu pozostaje ponadczasowa i nie ma się co obruszać na klasyczne rekwizytorium. A ta z pewnością jest dobrze napisana. Autor trzyma się mocno głównego wątku i mimo że wprowadza wiele zagadnień, które możnaby rozwinąć, rezygnuje z tego (ale zrezygnowanie ze wspominania o tych sprawach znacząco spłaszczyłoby opowieść główną). Bo to nie byłaby już opowieść o gwieździe i chłopcu, który obiecał ją przynieść ukochanej. Współczesny czytelnik jest raczej przyzwyczajone, że każdy wątek musi być rozwinięty, jeśli nie w tym opasłym tomie, to w kolejnym z kilkunastu tomów cyklu i może go irytować takie ograniczenie. Dla mnie było fajną odskocznią – wiecie, nie mam nic przeciwko kilkunastu opasłym tomom, ale czasem bardzo przyjemnie czyta się historie wyraźnie obliczone na samotne dwieście stron.

Gaimana oczywiście polecam (prawie zawsze polecam), zwłaszcza miłośnikom baśni. Od czasów „Ostatniego jednorożca” (który aż takiego wrażenie na mnie nie wywarł przecież) nie czytałam lepszej, współczesnej baśni.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Gwiezdny pył
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginalny: Stardust
Tłumacz: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 496 

wtorek, 13 grudnia 2016

Konkurs: przygarnij książkę, zrecenzuj książkę

Ostatnio tak dziwnie się złożyło, że trafiła do mnie książka. Trafiła przypadkiem - miał do mnie zawitać ktoś inny, ale chyba pomylili adresy. No i teraz mam taką znajdkę. Kompletnie się na tym gatunku nie znam, nie umiem się opiekować. Pomyślałam więc, że oddam w dobre ręce.:)
Tu moja urocza asystentka prezentuje nagrodę. I nie, asystentka nie jest do wygrania.
Jednak ręce naprawdę muszą być dobre. Aby więc przygarnąć "Paradoks", trzeba wypełnić dwa warunki:
  1. W komentarzu pod postem napisać, dlaczego właśnie Ty powinieneś/naś zaopiekować się książką.
  2. W przeciągu maksymalnie trzech miesięcy napisać recenzję "Paradoksu", żebym mogła się przekonać, że naprawdę trafił w dobre ręce.
Dlatego też aby wziąć udział w konkursie, należy mieć bloga, vloga lub konto na LC, żeby w tych miejscach móc umieścić recenzję.

A teraz kilka ważnych informacji w formie regulaminu:
  1. Organizatorem konkursu jestem ja, czyli autorka niniejszego bloga.
  2. Konkurs trwa od 13.12.2016r. do 19.12.2016 do godziny 23.59. Wyniki zostaną ogłoszone 20.12.2016r.
  3. Nagrodą jest egzemplarz "Paradoksu" Igora Brejdyganta
  4. Zwycięzca zobowiązuje się w ciągu maksymalnie 3 miesięcy napisać recenzję ww. książki.
  5. Aby zgłosić się do konkursu należy zostawić pod tym postem komentarz zawierający:
    - odpowiedź na pytanie konkursowe "D
    laczego właśnie Ty powinieneś/naś zaopiekować się książką?"
    - adres email
    - adres miejsca, w którym zostanie opublikowana recenzja
  6. Zwycięzca zostanie wybrany na podstawie mojej subiektywnej i nieodwołalnej decyzji.
  7. Ze zwycięzcą skontaktuję się drogą mailową. Na odpowiedź czekam tydzień, jeśli jej nie otrzymam, skontaktuję się z kolejnym uczestnikiem.
  8. Jako iż wysyłam tylko na terenie Polski, zgłaszający się winni posiadać adres korespondencyjny na terenie kraju.
Dodatkowo byłabym wdzięczna, gdybyście udostępnili informację o konkursie w swoich miejscach w sieci. Nie jest to obowiązkowe, ale chciałabym, żeby informacja dotarła do możliwie najszerszego grona odbiorców.:)

Powodzenia.:)

piątek, 9 grudnia 2016

"Szóstka wron" Leigh Bardugo

Mam słabość do łotrzykowskiego fantasy. Z tym, że oczywiście wolę złodziei-dżentelmenów, co to tylko wyjątkowo skomplikowane skoki na wyjątkowo wielką kasę ich interesują od zwykłych ulicznych zakapiorów. Moja miłość zaczęła się do „Kłamstw Locke’a Lamory” bo tak się jakoś dziwnie złożyło, że jednocześnie była to i pierwsza w mojej czytelniczej karierze, i wyjątkowo dobra książka tego typu. Naturalne więc, że stała się wzorcem dla kolejnych. I właśnie z takim wzorcem przyszło się mierzyć „Szóstce wron” Leight Bardugo. Cóż, po lekturze wiem już, że wzorzec jednak wybrałam nieosiągalny, z wielu powodów.

Kaz Brekker jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych ludzi w Baryłce, szemranej dzielnicy Ketterdamu. Mimo młodego wieku dorobił się opinii bezwzględnego gracza, dla którego żadna robota nie jest zbyt brudna przy odpowiednio wysokiej stawce. I właśnie wpadło mu zlecenie z niesłychanie wysoką stawką. Wystarczy tylko włamać się do najlepiej strzeżonej fortecy świata i wykraść stamtąd więźnia, po którego łapy wyciąga właściwie kto żyw. Spoko, z odpowiednią ekipą wszystko da się zrobić, prawda?

Może na sam początek załatwię pewną kwestię, bo pewnie dla niektórych jest kluczowa. Otóż „Szóstka wron” rozgrywa się w świecie znanym z „Trylogii Gruszów”, wydanej u nas kilka lat temu przez Papierowy Księżyc. Niemniej, poza światem przedstawionym tych dwóch historii nic nie łączy. „Szóstkę wron” można spokojnie czytać jako osobną powieść.

Moim największym problemem z „Szóstką wron” jest fakt, że ja najzwyczajniej jestem za stara na tę książkę. Widzicie, uwielbiam młodzieżówki i w sprzyjających okolicznościach nawet duże stężenie klisz i sztampowych, urągających logice rozwiązań charakterystycznych dla gatunku mi nie przeszkadza. Ale Bardugo w tej powieści wykorzystała wszystkie z nich, a to już mnie trochę przerosło. Choć zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym miała te naście lat, to pewnie bym się zachwycała.

Zacznijmy może od tego, że wszyscy członkowie jakże trudnej wyprawy są nastolatkami. Oczywiście są twardzi, hurr durr zaprawieni w bojach i z niejednego pieca chleb jedli, ale serio, w momencie, kiedy mam uwierzyć, że szóstka podrostków jest na tyle genialna i fartowna, żeby okpić całą cholerną armię obrońców twierdzy, to niestety kołek od zawieszania niewiary pęka. Zwłaszcza, że imperatyw narracyjny mało subtelnie im w tym pomaga (serio, jak ktoś na wystawce propagandowej ustawia niszczycielską broń w pełnej gotowości bojowej, to zasługuje na wszystko, co go spotyka).

Co do samych bohaterów, to… sama nie wiem. Z jednej strony są zbudowani z cech tak absolutnie charakterystycznych dla kanonu YA, że trudno ich traktować jako indywidualne byty, z drugiej, autorka całkiem udatnie stara się ich pogłębić. I tak mamy szóstkę bardzo młodych ludzi, z których każdy ma jakąś traumę oraz mroczny sekret w życiorysie. I nie jest to coś tak przyziemnego, jak osierocenie w dzieciństwie i dorastanie na ulicy – to zbyt pospolite. Wszystko musi być znacznie bardziej dramatyczne, prawdaż. Dobry angst to dużo angstu. To wszystko sprawia, że bohaterowie są zwyczajnie przerysowani, przynajmniej w większości. Kaz jest och jak bardzo zły i mroczny (i nie umie kochać), Matthias och jak bardzo praworządny dobry (i ku swemu przerażeniu kochać umie, ale nieodpowiednią osobę), Jesper jest och jak bardzo ryzykancki (klasyczny przykład uzależnienia od adrenaliny IMO)… Pozostała trójka po prostu wpasowuje się w klisze już bez szczególnego przerysowania: mamy jeszcze tylko łotrzyka, maga i alchemika.

Przy tym wszystkim autorka bardzo wiele miejsca poświęca na zarysowanie charakterystyk i wzajemnych relacji między bohaterami, co nawet jej wychodzi (a wychodziłoby jeszcze lepiej, gdyby postacie były mniej przerysowane). Mamy więc typowy love-hate relationship (IMO najmniej udany) między Matthiasem i Niną, który jednakowoż dość przewidywalnie się rozwija. Mamy Kaza, ciągle rozdrapującego swoje motywacje i dochodzącego do tego samego wniosku za każdym razem. Mamy Inej, która też ciągle rozdrapuje swoje motywacje, ale przynajmniej w końcu wyciąga nowe wnioski. No i mamy relację między Jesperem a Wylanem, która rozwinęła się najpierw w romance, ale mam przeczucie graniczące z pewnością, że autorka pójdzie dalej. No i oczywiście, jak to w młodzieżówce, mamy romanse. Część jest dość oczywista, część rozwija się dopiero w trakcie fabuły, ale każdy dostanie swoją dolę. Dobrze, że autorka jakoś sobie z romansami radzi i czyta się te wątki całkiem miło.

No dobrze, powiedzmy sobie szczerze – jestem za stara, czepiam się i w ogóle tak się teraz pisze dla młodzieży. W sumie jestem w stanie przyznać, że „Szóstka wron” nie jest książką złą. W porównaniu ze sporą częścią tytułów YA jest nawet bardzo dobra: autorka kładzie mocny nacisk na życie wewnętrzne bohaterów, nie tylko na akcję, sumiennie rozrysowuje fabułę i stara się unikać nielogiczności w fabule (choć czasami posługuje się w tym celu tak kosmicznymi wytrychami, że aż przykro). Najwyraźniej nie jestem targetem. Znowu.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag
 
Tytuł: Szóstka wron
Autor: Leight Bardugo
Tytuł oryginalny: Six of Crows
Tłumacz: Małgorzata Strzelec i Wojciech Szypuła

Cykl: Szóstka wron
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 496

wtorek, 6 grudnia 2016

Stosik #86

Kontynuuję tradycję stosików zrównoważonych wielkościowo - mam chytry plan nieprzekraczania dziesięciu książek miesięcznie. Na razie realizowany bez problemu, więc trzymajcie kciuki. A tymczasem pokaz ostatnich zdobyczy.:) 


Na górze jedyny ebook, czyli najnowsza Le Guin do recenzji od Prószyńskiego i s-ki. I choć, jak widać na zdjęciu, mam "Rybaka znad Morza Wewnętrznego" w formie elektornicznej, bardzo chętnie uzupełnię o niego też kolekcję papierową.

Pod spodem "Klątwa Wendigo" - zakup własny za przysłowiową dyszke w Matrasie. Poprzedni tom nawet mi się podobał, więc pomyślałam sobie, że tyle na kolejny to mogę wydać.;)

Pod nim "Potworny regiment" z kolekcji pratchettowskiej. Już go czytałam, ale jak dotąd jest to mój ulubiony tom serii, więc z pewnością do niego wrócę i podzielę się wrażeniami z relektury.

Poniżej jedyna pożyczanka w stosie, czyli "Dwóch panów z branży" wzięte od Serenity. Ciekawam, jak Zwierz popkulturalny wypada jako pisarka.:D

Kolejne dwie pozycje to nagroda konkursowa. Z konkursu, co się odbywał ponad pół roku temu u Ćmy książkowej, ale dopiero teraz doszłam do wniosku, że to odpowiedni moment, aby wymienić kupon na fanty (głównie dlatego, że najbliższy Matras miał rabat 25% na prawie cały asortyment).;) I tak "J jak jastrząb" to uzupełnienie serii Menażeria (najnowszy i jedyny tom, którego dotąd nie miałam) - najdłużej planowana książka z całego stosu. Druga to "Serce pasowało", czyli reportaż o początkach polskiej transplantologii. Byłam nim zainteresowana od wydania, ale decyzję o zakupie podjęłam spontanicznie.;)

Na samym dole dwie pozycje do recenzji od Maga. Z "Gwiezdnym pyłem" (w najnowszym, bardzo ładnym wydaniu) wiążę największe nadzieje, bo tak się jakoś dziwnie składa, że Gaiman bardziej zachwyca mnie w powieściach młodzieżowych. O "Rozjemcy" (dawniej "Siewcy wojny") Sandersona słyszałam bardzo skrajne opinie, więc chcę sama się przekonać, cóż to takiego.

piątek, 2 grudnia 2016

Kochany Święty Mikołaju, czyli znowu o tym, co bym chciała znaleźć pod choinką

W tym miesiącu notki z zapowiedziami nie będzie, bo w sumie pewna jest tylko jedna data (a to i tak wznowienie. Jest co prawda jeszcze kilka interesujących tytułów, ale konkretów w ich sprawie brak, więc dajmy im spokój), ale trochę głupio tak robić notkę z jedną zapowiedzią. Dlatego też będzie list do Świętego Mikołaja i nie tylko. Może jakiś Mikołaj przeczyta.:)

(W razie, gdyby ktoś chciał sarkać, że do Świąt jeszcze daleko, pragnę zaznaczyć, że w grudniu Moreni ma również urodziny. W sytuacji, gdyby ktoś ze znajomych chciałby uszczęśliwić ją prezentem bardziej kreatywnym, niż trzy kilo karmy dla świnek - która też jest niezgorszym pomysłem - może mu się ta notka przydać.)

Jako że jest to blog książkowy, lista też składa się z książek. Kolejność przypadkowa. 

1. "Rybak znad Morza Wewnętrznego" Ursula K. Le Guin
Nowe wydania Le Guin, jakimi raz do roku w listopadzie raczy nas Prószyński i s-ka to jest mniej więcej to, czego oczekiwałam. Co prawda niektóre detale możnaby poprawić (papier na przykład), ale generalnie idea wydawania w twardej oprawie dzieł zebranych jednej z najważniejszych fantastycznych pisarek jest mi bardzo bliska. Dwa poprzednie omnibusy już mam, dlatego też nie dziwi chyba, że pragnęłabym mieć trzeci. I nawet fakt, że część tekstów już znam oraz to, że mam już ebooka nie sprawia, że mniej pożądam papieru.

2. "Bestiariusz słowiański. Część druga" Paweł Zych, Witold Vargas
Poprzednią część mam i bardzo sobie chwalę. Aby seria była kompletna bardzo chętnie weszłabym w posiadanie także części drugiej. To są ładne, solidnie wydane albumy i jako fanka fantastyki czuję się w obowiązku weń zaopatrzyć.

3. "Księga smoków polskich" Bartłomiej Grzegorz Sala
Popatrzcie na logo blogaska. Teraz popatrzcie na tę książkę. I jeszcze raz na logo blogaska. To chyba oczywiste, że jest to tytuł, który mieć muszę w swoich zbiorach. Jak dotąd przed kupnem powstrzymuje mnie jedynie fakt, że współlokatorka ma egzemplarz i łudzę się, że od niej pożyczę, a dopiero potem podejmę decyzję, czy nabyć. Czym oszukuję sama siebie, bo patrz pierwsze linijki akapitu. Dobrze by było zostać wybawioną od autooszustwa.

4. "Światy polskiej fantastyki" Wojciech Sedeńko
To jest jak myślę lektura może nie koniecznie obowiązkowa dla fana fantastyki, ale z pewnością bardzo pomocna. Dlatego też odkąd tylko o niej usłyszałam, chciałam ją mieć. Ale ponieważ jest dostępna w druku na żądanie i drukowana jest przez drukarnie samego autora raczej nie przewiduję, żeby kiedyś stała się niedostępna (najwyżej nieaktualna, tudzież wybrakowana. Ale na to potrzeba by było ładnych paru lat). Toteż nie ma pospiechu. Święta to bardzo dobra okazja, żeby takie braki uzupełnić.;) Poza tym jestem ciekawa, jakie światy szanowny autor uznał za godne wzmianki.

5. "Planeta Lema" Stanisław Lem
Do prozy Lema podchodzę jak pies do jeża, więc może publicystyka bardziej by mnie ośmieliła. Lubię krótkie formy (felietony, eseje i takie tam, bo akurat nie o opowiadaniach ten akapit) pisarzy-fantastów (szkoda, że tak niewiele tego się u nas wydaje. Ale wobec braku czasopism branżowych to nawet szczególnie dziwne nie jest).

6. Brakujące tomy serii "Eco"
Jako kolekcjonerka tej serii oczywiście chciałabym swoja kolekcję uzupełnić. Na chwilę obecna brakuje mi trzech tomów: "Dobra świnka, dobra" Sy Montgomery, "Mądrość i cuda świata roślin" Jane Goodall oraz "Wilk zwany Romeo" Nicka Jansa (choć ten ostatni ma niedługo do mnie trafić;)). Oczywiście bardziej chciałabym mieć te dotyczące zwierząt od jedynego jak dotąd "roślinnego" tomu serii.

7. Jakaś dobra literatura faktu.
Punkt dość ogólny, bo akurat w tym przypadku nie mam niczego konkretnego na myśli. Chętnie przygarnęłabym "Plutopię" na przykład. Albo "Mundrą". Zasadniczo coś z zakresu przyrody (tematyczne serie wydawnicze co prawda śledzę, ale przecież coś mi mogło umknąć), medycyny lub Dalekiego Wschodu. Albo jakieś eseje okołofantastyczne, część serii Krytycy o fantastyce wygląda bardzo obiecująco.:)

piątek, 11 listopada 2016

Ogłoszenie organizacyjne

Dzisiaj szybko i konkretnie, nie ma co nabijać znaków po próżnicy. Niedawno marudziłam, że blogowanie w formie uprawianej do tej pory mnie męczy i chciałam coś z tym zrobić. No i wymyśliłam kilka rzeczy, które ulegną zmianie. Początkowo miałam z tym czekać do nowego roku, ale doszłam do wniosku, że nie ma sensu.

A więc rzeczowo, w punktach:
  • Biorę sobie blogowy urlop do końca miesiąca. Nowe notki pojawią się dopiero w grudniu. Ale na fanpejdżu i cudzych blogach ciągle będę się udzielać wedle uznania, więc w razie czego tam można mnie szukać.
  • Odtąd posty będą się pojawiać na zasadzie "jak napiszę, to będzie". Ale nie częściej, niż dwa razy w tygodniu. System regularnej publikacji sprawdzał się bardzo dobrze, niestety teraz zaczął mi ciążyć. Być może po jakimś czasie do niego wrócę, teraz potrzebuję trochę więcej swobody.
Na razie to tyle.:) Ogłaszam urlop za rozpoczęty.

wtorek, 8 listopada 2016

"Czterdzieści i cztery" Krzysztof Piskorski

Jest coś takiego, co anglosaskim fantastom wychodzi świetnie, a u nas dość mocno kuleje. Jest to mianowicie wykorzystywanie i popularyzowanie w popkulturze motywów z klasyki literatury (już pominę retteling, bo zdaje się, że tego typu teksty dla rodzimych pisarzy mogłyby nie istnieć, takie to rzadkie. I tak, wiem o „Legendach polskich”, kiedyś je przeczytam, jak już wszyscy o nich zapomną). Co jakiś czas ktoś przywołuje w swoim dziele Dickensa, Austen czy Doyle’a. U nas Mickiewicza, Prusa czy Sienkiewicza unika się jak ognia, ewentualnie rzuca dyskretnymi nawiązaniami. Tym większe brawa dla Krzysztofa Piskorskiego, który polskich romantyków postanowił potraktować z iście anglosaskim podejściem. A to nie jest jedyna zaleta „Czterdzieści i cztery”.

Eliza Żmijewska właśnie płynie do Anglii. Ot, zwykły rejs starej panny, chciałoby się powiedzieć. Tyle, że nie. Rejs nie jest zwykły, bowiem odbywa się w alternatywnym świecie Anglii2, do którego można dostać się przez eterowe bramy. Sama Eliza też zwykłą starą panną nie jest (no, najpopularniejszy wiek zamążpójścia ma już za sobą, ale umówmy się, nad trumną się jeszcze nie chwieje) – ma oto bowiem wykonać wyrok, jaki na pewnego polskiego, a odnoszącego ogromne sukcesy w Anglii przedsiębiorcę wydała Rada Narodowa. Przy okazji chce też wyjaśnić dawne zaszłości, bo tak się składa, że przedsiębiorca jeszcze kilkanaście lat temu był jej bliskim przyjacielem… A potem nastąpiło powstanie i wszystko się pokomplikowało. Niemniej, Eliza nie wie jeszcze, że podczas tej podróży spotka więcej niż jednego dawnego przyjaciela, a także pozna wielu nowych. Niekoniecznie ludzkich. Oraz będzie musiała zdecydować, która sprawa jest naprawdę ważna, a która ostatecznie tylko osobista.

Na początek napiszę, że nie czytałam (jeszcze, bo leży na półce) „Zadry”, w której świecie rozgrywa się „Czterdzieści i cztery” (oraz z pomysłu na kontynuację której wyewoluowało). „Krawędzi czasu” też nie czytałam. I dlatego być może nie mam odpowiedniego odniesienia, ale najnowsza powieść Piskorskiego jest zdecydowanie tą, którą najlepiej mi się czytało. Owszem, nie jest tak innowacyjna jak „Cienioryt”, właściwie nic szczególnie odkrywczego nie wprowadza, pomysł na intrygę też do rewolucyjnych nie należy… Ale czysto subiektywna satysfakcja z poznawania opowieści znacznie większa.

Sama opowieść, jak to u Piskorskiego - wieloetapowa. Większość fantastów przyzwyczaja nas do dość liniowych fabuł (w czym nic złego nie ma), w których co prawda mamy punkty widzenia różnych bohaterów i kilka mniejszych opowieści, ale od początku mniej więcej wiadomo, do czego to zmierza, a jeśli jakiś wątek się kończy, to najwyżej wpłynięciem do wątku głównego, jak jeden z dopływów do głównej rzeki. U Piskorskiego dopływy-wątki kończą się raczej w jeziorach, z których wypływa nowa rzeka, mająca jednak korzenie w starej (tak, wiem, nie umiem w metafory). Mamy więc wątek podróży Elizy do Londynu, który sam w sobie tworzy dość zamkniętą całość, później mamy kilka aspektów jej działalności w Londynie, a to, co po Londynie, to także całkiem właściwie zamknięta historia. Każdej starczyłoby na osobną powieść. Chwalić dowolnie wybranego boga, że autor jednak nie zwykł chodzić tą drogą.

Jakby co, to warto polubić fanpejdża,
bo tam częściej wrzucam rysunki.
Co do głównej bohaterki, to jest to ten typ kobiecej postaci, który lubię najbardziej. Silna i zdecydowana, a jednocześnie osadzona w historii tak, że jej płeć nie robi fabule różnicy. Choć przyznam szczerze, że Eliza Żmijewska nie jest typem bohaterki, którą chciałabym poznać bezpośrednio. Mimo że jest postacią złożoną i jak najbardziej prawidłowo skonstruowaną.

Niemniej, z całym szacunkiem i sympatią do Elizy, najfajniejsi są bohaterowie drugo- i dalszoplanowi. Jej skazaniec na przykład czy też inny dawny przyjaciel z dzieciństwa, o których za dużo napisać nie mogę, bo mogłabym komuś popsuć radość z odkrywania wzajemnych relacji. Dlatego wspomnę o moim ulubionym bohaterze, czyli wielkim, inteligentnym owadzie. Xa’ru (i w sumie towarzyszący mu w charakterze gadającej głowy lor Mitchell trochę też, tylko on swoje już zrobił) to w zasadzie postać jak z antycznej tragedii – niezależnie od tego, jakie rozwiązanie wybierze, jego historia nie może skończyć się dobrze. Tacy bohaterowie zawsze wydają mi się interesujący. No i plus za stworzenie obcej, inteligentnej rasy w sposób, który dobitnie uzmysławia czytelnikowi, że Xa’ru i jego pobratymcy to jednak obce formy życia, których ludzie być może nigdy nie będą w stanie do końca zrozumieć.

(A kolejny plus za smoki, bo zawsze daję plusa za smoki. Szkoda tylko, że pojawiły się na chwilę. Oraz mam wrażenie, że autor jednak czytał smoczy cykl Novik. Zaś Napoleon i cała jego otoczka przypomina mi silnie Imperatora i jego Złoty Tron z uniwersum Warhammer 40 000. W ogóle nawiązań do różnych rzeczy, tak historycznych, jak i kulturowych jest w tej książce mnóstwo.)

Lubię Piskorskiego. Zawsze ma dla mnie coś fajnego – jeśli nie oryginalny pomysł, to przynajmniej solidnie napisaną, wciągającą fabułę. Będę go dalej czytać, bo nawet jeśli wielkim poetą nie był, to zasługuje na uwagę na poletku polskiej fantastyki. 

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Literackiego.
Tytuł: Czterdzieści i cztery
Autor: Krzysztof Piskorski
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2016
Stron: 548

piątek, 4 listopada 2016

Na co poluje Moreni: listopad 2016

Po stosunkowo mało "chciejkowym" (jak na ogólną ilość premier) październiku, czas na znacznie bogatszy listopad. Nic to w sumie dziwnego, bo od kilku lat to właśnie w listopadzie wydawcy wyciągają swoje świąteczne hity.

Przy okazji znowu mamy spadkowicza. Premiera drugiego tomu "Opowiadań zebranych" Franka Herberta została przeniesiona na 29 listopada.

Chcę mieć

"Rybak znad Morza Wewnętrznego" Ursula K. Le Guin
8 listopada

Muszę przyznać, że namiętnie zbieram te wydania Le Guin. A skoro tak, to i ten tom mieć muszę, to elementarne (i nawet fakt, że wchodzące w skład zbioru "Wszystkie strony świata" już czytałam mnie nie powstrzymuje). Poza tym zwyczajnie lubię Le Guin i czasem zdaje mi się, że lepiej jej wychodzą opowiadania niż powieści.

Po raz pierwszy w jednym tomie!
"Rybak znad Morza Wewnętrznego" to trzeci – po "Ziemiomorzu" i "Sześciu światach Hain" – tom dzieł Ursuli K. Le Guin. W jego skład wchodzą cztery zbiory opowiadań: "Wszystkie strony świata", "Rybak znad Morza Wewnętrznego", "Cztery drogi ku przebaczeniu", "Urodziny Świata", oraz powieść "Opowiadanie Świata". Zbiór "Rybak znad Morza Wewnętrznego" ukazuje się w Polsce po raz pierwszy! Autorka ponownie odwiedza stworzony przez siebie wszechświat Ekumeny oraz Ziemiomorze, ale nie tylko. Tematyka zawartych w nim opowiadań zaskakuje różnorodnością i siłą wyrazu, świadczącymi zarówno o mistrzostwie wybitnej pisarki, znajdującej się u szczytu możliwości twórczych, jak i o humanizmie dojrzałej artystki, która stawia czoło światu, nie utraciwszy nic ze swojego daru zachwycania się i zdumiewania nim.
Dowcipne, satyryczne i zabawne (…), jej opowiadania zawsze traktują o ludziach, a nie o technice, i to ta perspektywa oraz znakomita proza autorki nadają temu zbiorowi tak wielką klasę i wartość.
„Publishers Weekly”
Elegancka pisarka, z wprawą operująca poezją języka.
„Philadelphia Inquirer”
Przez wiele lat czytałam tylko fantastykę naukową autorstwa Ursuli K. Le Guin. Teraz już nie czytam fantastyki naukowej, ale na pewno nie przegapiłabym żadnej książki Le Guin. Wyszła poza granice tego gatunku i stała się tym, co było jej pisane: naszą wróżką, naszą wizjonerką, pisarką o nieograniczonych możliwościach tematycznych i sile wyrazu (…) Ta kobieta potrafi wszystko! Niech jeszcze długo kontynuuje swoje dzieło.
Carolyn Kitzer
Proza Ursuli Le Guin tchnie inteligencją i światłem. Autorka potrafi wynieść beletrystykę do poziomu poezji i ścisnąć ją do gęstości alegorii.
Jonathan Lethem


"Wilk zwany Romeo" Nick Jans
16 listopada

Kolejny, po dłuższej przerwie, tom serii Eco. Jak wiecie (lub nie) jest to seria, którą zamierzam skompletować, bo uwielbiam książki ozwierzęce. I mam nadzieję, że ta będzie faktycznie bardziej ozwierzęca niż podróżnicza.

„Jedna z najlepszych książek o przyrodzie wydanych w Polsce w ostatnich latach”. - Mikołaj Golachowski
Prawdziwa i poruszająca historia wyjątkowego wilka, który spędził siedem lat w pobliżu psów i ludzi na Alasce. Kiedy się pojawił, mieszkańcy Juneau zachowali ostrożność. Byli też zafascynowani. Nie samym wilkiem – na Alasce mieszka ich sporo. Ale tym, że ten czarny dziki wilk zaczął się przyłączać do narciarzy, bawić się z ich psami albo po prostu w ciche popołudnia wylegiwać na słońcu na środku zamarzniętego jeziora. Książka Nicka Jansa to kapitalna opowieść o niezwykłej przyjaźni. Albo raczej o zwykłej – ot, ssak zaprzyjaźnił się z innym ssakiem, bo był samotny, bo stracił kogoś bliskiego, bo potrzebował towarzystwa. I co z tego, że ten ssak jest wilkiem w pełni sił, a za przyjaciół wybrał sobie człowieka i jego psy, a później i innych mieszkańców miasteczka Juneau na Alasce? Nauka zachodnia dopiero niedawno oficjalnie przyznała, że zwierzęta mają swoje uczucia, emocje i charaktery, czyli coś, co każdy współlokator psa lub kota wie od dawna. I dopiero niedawno przestaje alergicznie reagować na przejawy czegoś, co jeszcze pięćdziesiąt lat temu określiłaby jako zbrodnię antropomorfizacji. Z całej książki przebija zresztą głębokie zrozumienie przyrody. Autor nie tylko opiera się na najnowszej wiedzy naukowej, ale wnosi też własne doświadczenie z wielu lat życia w dzikich ostępach Alaski, również wśród myśliwych z plemienia Inupiaków. Obok rzetelnych informacji informacje o biologii wilków i ich roli w ekosystemach oraz w ludzkiej kulturze, znajdziemy tu też porywającą historię porozumienia ponad podziałami, gdzie uczestnicy spotykają się na równych prawach i nawiązują kontakt, który przetrwał wiele lat.


"Planeta LEMa" Stanisław Lem
24 listopada

Cóż, ciągle nie mogę się przekonać do prozy Lema (nie, żebym ostatnio próbowała, prawdaż), ale za to lubię felietony.

Pierwsze wydanie najlepszych felietonów Stanisława Lema
Klasyk literatury fantastycznej, myśliciel, futurolog. Powieściopisarz, autor dyktand i w pewnym stopniu także rysownik. Kim jeszcze był Stanisław Lem? Ta książka dowodzi, że krakowski pisarz mistrzostwo osiągnął w jeszcze jednej dziedzinie – w pisaniu felietonów.
Planeta LEMa to wybór najlepszych felietonów wybitnego twórcy. Imponuje w nich przede wszystkim skala podejmowanych tematów – znajdziemy tu teksty, które dotyczą socjologii, informatyki, rozwoju cywilizacji, polityki, historii, literatury… Zaskakujące, idące pod prąd komentarze Lema zaintrygują czytelników zainteresowanych polityką i historią. Z kolei miłośnicy literatury odnajdą wiele arcyciekawych interpretacji. I wreszcie to, z czym kojarzymy pisarza – futurologia. Jak wiele z prognoz Lema się sprawdziło? I czy, biorąc pod uwagę jego sceptycyzm i brak wiary w moralny postęp ludzkości, to nie powód do niepokoju?
Dlatego właśnie są to felietony najlepsze – wciąż aktualne, fascynujące i prowokujące do myślenia. Dodatkowo błyskotliwie napisane.
Książkę tworzą starannie wybrane felietony z wcześniej wydanych zbiorów Krótkie zwarcia, Moloch, Rasa drapieżców, Dylematy i Sex Wars.


Chcę przeczytać

"Atrament i krew" Rachel Caine
2 listopada

Muszę przyznać, że książki, po których niczego nie oczekuję ostatnio zaczęły mnie mocno rozczarowywać. Niemniej, chyba nie umiem uczyć się na błędach, bo chciałabym zapoznać się z kolejną. Trochę to wina tematyki - biblioteka jako miejsce, z którego rządzi się światem brzmi ciekawie. No i nie jest to romans, co zawsze jest plusem.

Jeśli wiedza to władza, to Biblioteka jest największą potęgą na świecie. I najbardziej okrutną...
Rachel Caine tworzy historię od nowa i kreuje niebezpieczny alternatywny świat, gdzie Wielka Biblioteka kontroluje dostęp do wiedzy, a posiadanie książek jest okrutnie karane.
Biblioteka Aleksandryjska, największy skarbiec wiedzy starożytnego świata, nie spłonęła… Bezwzględna i wszechpotężna ma swoją siedzibę w każdym wielkim mieście świata 2020 roku. Włada alchemią i panuje nad wiedzą, kontrolując do niej dostęp. Jednak posiadanie książek na własność jest zabronione i surowo karane.
Jess Brightwell jest kurierem, na polecenie swojego przebiegłego ojca przemyca książki dla klientów. Wszystkiego, co wie, nauczył się z nielegalnych książek, które jego rodzina zdobywa na czarnym rynku. Ta niebezpieczna praca pozbawiła życia jego starszego brata. Ale bardziej ryzykowne jest zadanie, jakie ojciec wyznacza mu teraz. Jess ma zostać szpiegiem rodziny w Wielkiej Bibliotece…
Rozpoczyna szkolenie w Bibliotece. Wszyscy tu mają tajemnice: uczniowie i ich mentor - bezlitosny Bibliotekarz. Lecz najbardziej złowieszcze sekrety kryje sama Biblioteka. Jess z przerażeniem odkrywa, że dla tych, którzy nią rządzą, wiedza jest cenniejsza niż ludzkie życie. I że wkrótce spłoną zarówno buntownicy, jak i książki...


"Śpiący giganci" Sylvain Neuvel
9 listopada

W zasadzie sytuacja analogiczna jak powyżej - interesujący pomysł oraz jestem ciekawa.

Powieść na miarę "Jurassic Park", "World War Z" i "Marsjanina", po mistrzowsku łącząca elementy thrillera, fantastyki i powieści przygodowej. Kiedy pod jadącą rowerem Rose zapada się ziemia i dziewczynka ląduje na ogromnej metalowej dłoni, nikt nie podejrzewa, że to zwiastun wydarzeń, które pchną losy ludzkości na nowe tory. Siedemnaście lat później Rose realizuje swoje marzenie: trafia do zespołu, którego zadaniem jest rozwikłanie tajemnicy zagadkowego artefaktu. Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki na całej planecie spod ziemi wyłaniają się ukryte przez tysiące lat, kolejne elementy kolosalnych posągów-robotów. Skąd się wzięły? Czemu miały lub mają służyć? Jaka rola przypadnie Rose w rozwikłaniu zagadki?

"Sztylet rodowy" Aleksandra Ruda
16 listopada

Znowu jak wyżej. Poza tym zawsze to okazja do poczytania fantasy zza wschodniej granicy. Trzeba jakiś płodozmian po tym zachodzie zrobić.

Co zrobić jeśli wraz z końcem wojny skończyły się też marzenia o wspaniałej karierze i chwale, twoje cokolwiek ograniczone zdolności magiczne nie są nikomu potrzebne, a w kieszeniach świecą pustki?
Oczywiście zostać królewskim posłańcem, do obowiązków którego należy odwiedzenie regionów kraju i sprawdzanie dokumentów podatkowych. To nic, że do towarzystwa dostaniesz zakochanego trolla, tchórzliwego krasnoluda, bezczelną wojowniczkę i elfa, który utracił wiarę w piękno. I jeszcze kapitan królewskiej armii patrzy z góry i nie daje chwili wytchnienia!
Pracuj, Milo, chwilowo jesteś tu uziemiona. Czeka cię wiele nauki, by pokonać trudności czyhające na każdym kroku, bo zwykłe zadanie może okazać się znacznie trudniejsze niż wydawało się na pierwszy rzut oka...  


"Piąta pora roku" N. K. Jemisin
23 listopada

W zasadzie nie ufam tej autorce, bo opinie są podzielone, a sama jeszcze nic nie czytałam, więc nie miałam jak zweryfikować. Ale ciekawi mnie, za co ten deszcz nagród (i nominacji).

W sercu rozległego kontynentu Stillness pojawiła się ogromna szczelina, która dotarła do głębi Ziemi, a unoszącego się pyłu było tak wiele, że mógłby przykryć niebo na całe lata. Albo wieki. W Stillness wybuchła wojna pomiędzy narodami, nie o terytorium, ale o źródła wody, słońca i pożywienia.
Essun, kobietę prowadzącą zwyczajne życie w małym miasteczku, nie porusza zagłada świata. Jej syn został brutalnie zamordowany. Sprawcą okazał się jej mąż, który na dodatek porwał córkę. Teraz Essun musi przebyć potworny, umierający teren. Bez słońca, czystej wody i zaopatrzenia. Losy świata są jej najmniejszym zmartwieniem. Sama jest zdolna dokonać jego zniszczenia, jeśli tylko będzie to konieczne, by odzyskać córkę.



wtorek, 1 listopada 2016

Stosik #85

Październikowy stosik jest trochę większy niż wszystkie ostatnio prezentowane. To dlatego, że pozwoliłam sobie na drobne zakupy i to nie w taniej książce. No ale nie przeciągajmy już.


Na samej górze jedyny w zestawieniu ebook, do recenzji od Wydawnictwa Literackiego. Jest to "Czterdzieści i cztery" Krzysztofa Piskorskiego. Już przeczytane, notka w przyszłym tygodniu.

Trzy niższe pozycje to kolekcje - pratchettowska i fantastyki polskiej. "Prawdę" już czytałam, "Ruchome obrazki" ciągle przede mną. No i oczywiście dukajowa "Córka Łupieżcy". Przyznam, że to najbardziej interesująca mnie książka autora.

Niżej druga i ostatnia w tym stosiku pozycja do recenzji, czyli "Szóstka wron" Leight Bardugo od Maga. Poprzedniej trylogii z tego uniwersum (jeszcze!) nie znam, ale nie powinno mi to przeszkodzić w cieszeniu się lekturą. Właśnie się wgryzam.

Dalej zakupy. Wreszcie kupiłam sobie "Upadek Hyperiona" Simmonsa, czyli jedyny brakujący tom Artefaktów. Kupiłam sobie też "Utraconą Bretanię" Aleksandry Janusz, bo lektura pierwszego tomu pozostawiła mnie w przekonaniu, że będzie to książka warta moich pieniędzy (polecam traktowanie zakupów książkowych jako wspieranie finansowo ulubionych autorów. Człowiek od razu się czuje jak jakiś mecenas sztuki). Na samym dole kupiony za grosze trzeci tom Cobleya, czyli "Wschodzące gwiazdy". Luby zachwycił się tomem pierwszym, ale drugi tak go rozczarował, że nawet nie skończył. A że sama chciałam jednak przeczytać całość, to skorzystałam z okazji i dokupiłam na promocji trzeci (siedem złotych nie majątek).

No i tyle.

wtorek, 25 października 2016

Classic Book Tag, bo tak

Właściwie ta notka miała pojawić się w piątek, ale miałam ciekawsze zajęcia (kwiczały, nie można tego ignorować), więc pojawi się dopiero dzisiaj. Zwłaszcza, że ja lubię łańcuszki (zabawne, kiedy zaczynałam blogowanie, były to łańcuszki, potem ewoluowały w nagrody i awards, a teraz mamy tagi), ale tylko wtedy, kiedy ktoś mnie do nich zaprasza. A tym razem do Classic Book Tag zaprosiła mnie Serenity. No to nie mogłam jej przecież odmówić.:)

Appa jako Czerwony Kapturek idealnie pasuje na ilustrację tego wpisu.

1) Popularna klasyka, która Ci się nie spodobała:

Pierwsze pytanie i już kłopot. Problem polega na tym, że ja niewiele klasyki ogólnogatunkowej czytuję i jakoś przeważnie mi się podoba (a jak mi się nie podoba, to raczej i popularna nie jest). Przyczepmy się może więc do klasyki gatunku.

A taką popularnie chwaloną klasyką, która kompletnie do mnie nie przemówiła, są "Oczy Nadświata" Jacka Vance'a, wydane u nas w omnibusie z "Umierającą Ziemią". O ile samą "Umierającą Ziemię" cenię za próbę bycia baśniami schyłkowego świata niewyobrażalnie odległej przyszłości, tak "Oczy Nadświata " jedynie mnie irytują. Pomysł obsadzenia w roli główniej wrednego, niesympatycznego trickstera jest nawet według dzisiejszych standardów mocno odważny (jednak autorom zazwyczaj zależy, żeby czytelnicy nie życzyli protagonistom rychłej i bolesnej śmierci), ale niestety, nie potrafię go docenić. Zwłaszcza, że nie idzie za nim... nic właściwie, może poza pięknym językiem (który chyba jednak ginie w drewnianym nieco tłumaczeniu). No jak zachwyca, jeśli nie zachwyca?

2) O którym okresie historycznym lubisz czytać najbardziej

O żadnym. Nie przepadam za książkami historycznymi - ani beletrystyką, ani popularnonaukowymi. Po prostu nie jest to mój krąg zainteresowań.
Z drugiej strony, nie mam też żadnego ulubionego okresu na którym opiera się światy fikcyjne. Wszystkie nasze są, o ile skonstruowano je logicznie, działają na wyobraźnię zawierają interesującą opowieść. Średniowiecze? Proszę bardzo. Dowolnie wybrana kultura starożytna? Bierę. Dziewiętnastowieczna, wiktoriańska Anglia albo pogrążona w walce o wolność Polska? Może być. Jak widać, nie jestem szczególnie wybredna.

3) Ulubiona baśń

Kolejna zagwozdka. Osobiście nigdy nie miałam szczególnego sentymentu do baśni. Znaczy, owszem, doceniam i fascynuje mnie ich ogromne znaczenie dla europejskiego kręgu kulturowego, ale dla wrażliwej, małoletniej Moreni niespecjalnie przyjemne było obcowanie z opowieściami, w których ciągle ktoś kogoś morduje lub okalecza. Z kolei opowieści o najmłodszych braciach, którzy tylko dobrocią serca zdobywali wszystkie laury wydawały jej się strasznie naiwne. Wolała raczej te, w których sprytny bohater okpiwa antagonistów.

I była taka baśń, przeczytana w starej książce bez okładki. Nie pamiętam tytułu ani książki, ani baśni, wiem tylko, że był to jakiś zbiór polskich opowieści. Nie pamiętam całej treści, ale rzecz była o ex-żołnierzu (baśń osiemnasto- lub dziewiętanstowieczna, po opisie żołnierza sądząc), który od żebraka za okazaną dobroć dostał magiczny kostur i dwa inne fanty, a potem zasłynął sztuką wypasania stad zajęcy. Jakby ktoś kojarzył i podał tytuł, będę wdzięczna.

4) Klasyka, której nieznajomości wstydzisz się najbardziej

Nie wstydzę się nieznajomości klasyki! W końcu wszystko jest do nadrobienia.;)


5) Pięć klasycznych powieści, które zamierzasz przeczytać w najbliższym czasie

Mam o tym notkę.

6) Ulubiona współczesna powieść bazująca na klasyce

Kurczę, nie mam. Mało jest udanych (czyli takich, które mi się podobają - przyjmijmy na potrzeby tej notki) rettelingów klasyki, zwłaszcza w Polsce, gdzie w ogóle mieszanie klasyki z popkulturą jest źle widziane. Może parę opowiadań by się znalazło, ale i to raczej baśnie niż klasyka sensu stricte.

7) Ulubiona ekranizacja filmowa / serialowa

He, he... "Władca pierścieni". Biorąc pod uwagę, jak mało filmów ogląam, dobrze, że chociaż to się znalazło (zwłaszcza, że oglądanie ekranizacji klasyki niegatunkowej śmiertelnie mnie nudzi).

8) Najgorsza adaptacja klasyki

W sumie (z powodów wymienionych w poprzednim punkcie) nie mam takiego tytułu. Zwykle nie jestem w stanie dooglądać ekranizacji klasyki tak daleko, żeby stwierdzić, że to szajs czystej wody.

9) Ulubiona szata graficzna, którą chcesz mieć w kolekcji

Hm, ponieważ nikt klasyki fantastyki nie wydaje jakoś szczególnie kolekcjonersko (może z wyjątkiem Tolkiena), pozostaje mi wymienić magową serię Artefaktów. Co prawda nie wiem, czy tytuły z serii można w ogóle uznać za klasykę, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy.

10) Mało znana klasyka, którą chcesz polecić

Znowu polecę klasyką gatunkową i za Andrzejem Sapkowskim polecę "Zgubę smoków" Barbary Hambly.  Nie dość, że nietuzinkowe podejście do smoków i smokobójców, nie dość, że mocno zarysowane wątki feministyczne, to jeszcze bardzo sensowne smoki. A wszystko bardzo fajnie napisane. Aż przeczytałabym to jeszcze raz.

I to tyle.:) Nie nominuję nikogo, ale jeśli ktoś ma ochotę, może dołączyć.

wtorek, 18 października 2016

Cierpienia starego blogera

Przyznam wam się, że od jakiegoś czasu mam problem. I to problem narastający. Chodzi mianowicie o to, że tęsknię za czasami, kiedy nie miałam bloga. Tęsknię za niepisaniem notek. Tak po prostu.

Wydawałoby się, że rozwiązanie jest proste – no to nie pisz, zamknij kramik, podziękuj za uwagę i zajmij się czymś innym. Bo mam się czym zająć: chciałoby się narysować coś więcej, niż tylko szybki szkic, na które sobie pozwalam teraz, bo trzeba przecież napisać notkę, albo przeczytać książkę, bo nie ma o czym napisać notki. Chciałoby się wrócić do rękodzieła, albo poczochrać po prostu własne zwierzaki (tudzież napisać coś na zwierzakowego bloga, bo akurat tu nie odczuwam zmęczenia materiału). Tylko że wbrew pozorom to takie proste nie jest. 

Notkę od czapy ilustrują zdjęcia prosiaków, bo mogę.
Problem polega na tym, że ja wciąż lubię czytać. Ba, nawet czasem przyjemnie mi się pisze o tym, co przeczytałam. Tyle że prowadzenie bloga wymusza pewne tempo, którego już nie chcę i nie mam wewnętrznej potrzeby utrzymywać. Nawet z zakupami ostatnio wyhamowałam, bo potrzeba posiadania pewnych książek we mnie zamiera. Jasne, są tytuły, które pragnę nabyć, ale coraz częściej są to po prostu kolejne tomy jakichś serii czy cykli, albo nowe książki lubianych autorów. Złapałam się na tym, że przeglądając spisy nowości na dany miesiąc, robię to z myślą „co by kiedyś wypożyczyć z biblioteki” a nie „co by tu wziąć do zrecenzowania”. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że dana książka nie jest warta spinania się w celu terminowego doczytania jej (zresztą, najprawdopodobniej i tak mi się to nie uda).

Przy okazji – nie wiem jak innym, ale mnie jeśli coś w książce zainteresuje na tyle, żeby to narysować, to najlepiej mi się rysuje w trakcie czytania (mówiąc precyzyjniej, przerywam wtedy czytanie na rzecz rysowania), a nie po przeczytaniu i napisaniu recki. Co potrafi ogólny czas czytania znacznie wydłużyć, jeśli takich „cosiów” zdarzy się kilka. A ze jednak terminy gonią, to zwykle rezygnuję z rysowania. Nie chcę już rezygnować. 


Przy tym wszystkim ja ciągle blogowanie lubię – choć akurat najmniej te jego część związaną z pisaniem notek.;) Poza tym włożyłam w to miejsce zbyt wiele pracy, czasu i uczucia, żeby tak po prostu je porzucić (nie wiem, czy kiedykolwiek byłabym w stanie to zrobić, bo mam w sobie ogromną niechęć do zmian). Ale coraz bliższa jest mi idea, nazwijmy to, slow readingu (wiem, koszmarek) – czytam kiedy chcę, ile chcę i co chcę. Bez maratonów i narzucania tempa, bo notkę napisać trzeba.

Podsumowania nie będzie, bo nie wiem, o w związku z powyższym. Mam zamiar zastanowić się do końca roku. Bo jeśli chcę (a chcę) dalej prowadzić bloga, to nie bardzo mogę sobie pozwolić na pójście na żywioł i pisanie spontaniczne. Z tego względu, że wtedy powstawałaby jedna notka na miesiąc i większość z nich to byłyby stosiki, a nie to było celem założenia tego bloga. Na chwilę obecną możecie się spodziewać, że czasem notki może nie być. Tak po prostu.

piątek, 14 października 2016

"Spalić wiedźmę" Magdalena Kubasiewicz

Czasem zdarza się tak, że książka wygląda na taką, która powinna ci się spodobać. Wydawnictwo z tych zaufanych (autorki co prawda nie znasz, bo to jej debiut, ale c’mon, nie można czytać tylko autorów, których się już zna. Pula szybki się skończy), blurb zachęcający, nawet fragment wygląda niczego sobie, choć widać, że mamy do czynienia z pozycją czysto rozrywkową. W necie recenzje też raczej pozytywne, więc sięgasz bez większych obaw. I się rozczarowujesz.

Stanowisko Pierwszej Czarownicy Polanii wymaga oczywiście potężnej mocy, ale również pewnego dyplomatycznego obycia, taktu i biegłości w poruszaniu się wśród dworskich intryg. Dlatego też jedną z największych tajemnic pozostaje, dlaczego stanowisko to otrzymała Sara Weronika Sokołowska, która z powyższych cech ma tylko pierwszą. Dzika, żywiołowa, arogancka i nielicząca się z opinią innych nie zjednuje sobie sympatii dworzan ani kolegów po fachu. Tymczasem w mieście stołecznym Krakowie zaczynają się dziać bardzo niepokojące rzeczy. Czy Sara sobie z nimi poradzi?

Cóż, mój główny problem z tą książką polega na tym, że szczerze nie cierpię głównej bohaterki. Sara Sokołowska należy do tego typu bohaterek, którym dość szybko zaczynam życzyć wszystkiego najgorszego. Do króla, który co prawda jest od niej młodszy, ale jednak jest jej przełożonym, zwraca się zawsze z lekceważeniem – to takie fanfikowe podejście, kojarzące mi się z super fajnymi (niestety, tylko w mniemaniu autorek) bohaterkami, którym nikt nie podskoczy, bo chroni je aura imperatywu narracyjnego. W ogóle Sara będąc kobietą dorosłą i, jak mamy zasugerowane w treści, po przejściach, zachowuje się jak rozwydrzona nastolatka (żeby było zabawniej, ubiera się też jak nastoletnia metalówa, a obserwatorzy często biorą ją za młodszą, niż jest w rzeczywistości. Tak bardzo kojarzy mi się to z kolejnymi pytaniami w przeróżnych testach na Mary Sue), co nawet w pewnym momencie wytyka jej jedna z postaci. Oczywiście autorka próbuje nam to jakoś racjonalizować, że niby bohaterka taka po przejściach i odpycha wszystkich, bo jak się nie daj boże do kogoś przywiąże, to… no właśnie jeszcze nie wiadomo, co. Być może byłoby wiadomo po kolejnych tomach, ale na chwilę obecną ta świadomość jakoś nie pomaga mi przejmować się losami wiedźmy. Bo tu i teraz to mamy postać, która chyba miała być typową antybohaterką, niezrozumianą, samotną, o trudnym charakterze, ale wykonującą swoją pracę sumiennie i czasem metodami, które ogółowi mogłyby się nie spodobać. A wyszedł nam arogancki babsztyl przekonany o swojej nieomylności. To zdecydowanie nie jest mój ulubiony typ protagonisty, cóż poradzę.

Dobrze, wyżaliłam się, możemy przejść dalej. Najciekawszym moim zdaniem aspektem książki jest świat przedstawiony. Wizja współczesnego w gruncie rzeczy świata, w którym magia jest elementem codzienności od zawsze bardzo do mnie przemawia. Zwłaszcza, że autorka włożyła sporo pracy, aby swój świat zróżnicować. I tak wiemy na przykład, że mimo szacunku i piastowania przez magów wysokich stanowisk, ciągle istnieje groźba, że niemagiczna część społeczeństwa zareaguje zbyt nerwowo na ten czy inny rodzaj magii. I że wcześniej już takie rzeczy się zdarzały. Fajna jest taka dywersyfikacja, pokazywanie, że nawet magiczny świat nie jest wolny od fobii i uprzedzeń. Tym bardziej żal, że tak naprawdę niewiele z niego autorka pokazała, bo skupiając się na jednych aspektach, nieco zaniedbała inne. Chętnie poczytałabym o tym, jak magia wpłynęła na życie codzienne mieszkańców chociażby. Cóż, może innym razem.

Postacie drugo- i dalszoplanowe wypadają raczej pozytywnie. Sam król Polanii, Julian (miałam trakcie lektury dojmujące wrażenie, że ktoś jest wielkim fanem „Pingwinów z Madagaskaru”), to całkiem sensowny facet, koronowany w młodym wieku i mimo upływu lat ciągle jeszcze niepewnie się czujący w pewnych aspektach sprawowania władzy. Poza nim interesującą (choć ledwie zarysowaną) postacią jest nie-mentorka Sary oraz grono innych potężnych magów, zajętych oczywiście wewnętrznymi intrygami. No i jest Smok Wawelski. Niemniej, nie da się ukryć, że „Spalić wiedźmę” to przedstawienie jednej aktorki.

Właściwie, to gdyby nie irytująca bohaterka, „Spalić wiedźmę” byłoby przyjemną lekturą. Zwłaszcza, że autorka wplotła w intrygę wiele nawiązań do baśni, słowiańskich wierzeń i krakowskich legend, a wszystko napisała całkiem strawnym językiem. Pewnie po tom drugi też bym sięgnęła, gdyby się pojawił, ale raczej z ciekawości, czy głównej bohaterce zmienił się charakter i czy zobaczę więcej świata przedstawionego. Podsumowując: nie polecam i nie odradzam, bo książka uwiera mnie w sposób mocno subiektywny. Zdecydujcie sami, czy was też będzie uwierać.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations

Tytuł: Spalić wiedźmę
Autor: Magdalena Kubasiewicz
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2015
Stron: 284

wtorek, 11 października 2016

"Rój" Laline Paull

Animal fantasy nie jest w Polsce gatunkiem szczególnie popularnym (jeśli będę kiedyś pisać notkę o najmniej popularnych gatunkach fantastyki, to pewnie znajdzie się w ścisłej czołówce). Mimo tego od czasu do czasu coś się u nas wydaje, nierzadko unikając zręcznie etykiety „fantastyka” na książce. Przy czym opowieści o pszczołach czy mrówkach zawsze mają jakby łatwiej, bo można a priori do nich przypiąć etykietkę „metafora totalitaryzmu” i raczej nikt się nie przyczepi. Przy czym ja animal fantasy bardzo lubię i trochę ubolewam nad faktem, że u nas wydawcy albo wcale nie porywają się na gatunek, albo muszą kombinować z klasyfikacją. Ale z „Rojem” mam problem.

W ulu właśnie wykluwa się pszczoła. Flora 717 wygryzła się ze swojej komórki i stawia pierwsze kroki, chłonąc informacje czułkami i nogami, wprost z plastra, którego dotyka. Choć urodziła się w najniższym rodzie sprzątaczek, ma przed sobą niezwykła przyszłość – będzie mogła pełnić funkcje, do których zazwyczaj pszczoły z jej rodu nie są dopuszczane, pozna tajemnice intryg i ula, a także piękno kwiatów poza nim. Oraz coś, na co nigdy nie zdobyłaby się żadna robotnica – piękno macierzyństwa.

Wiecie, wobec animal fantasy (definiowanej ogólnie jako książki o zwierzętach z perspektywy zwierząt, zawierające pewne elementy uczłowieczania, ale nie będące oczywistą metaforą) mam bardzo konkretne oczekiwania. Oczekuję mianowicie, że autor napisze mi coś w rodzaju fanfika do rzeczywistości: wypełni fantastyczną opowieścią to, co już opisała biologia. Richard Adams na przykład zwykłą migrację młodych króliczych samców w poszukiwaniu nowego terytorium wypełnił questem o wszystkich znamionach rasowego fantasy, pozostając przy tym w zgodzie z przyrodniczymi podstawami. To dla mnie bardzo istotne, bo w przeciwnym razie pęka mi kołek niewiary i nie mam jej na czym zawiesić.

I przy „Roju” pękł. Już na samym początku. Bo widzicie, autorka wymyśliła sobie społeczeństwo skrajnie kastowe, w którym to urodzenie w danym rodzie definiuje, co pszczoła przez całe życie będzie robić. Tymczasem rzeczywistość jest nieco inna. Bo pszczeli rój jest co prawda ściśle kastowy, ale jest to kastowość bardzo liberalna – status i zajęcie wykonywane przez robotnicę definiuje jedynie… jej wiek. Z tą wiedzą bardzo kiepsko czytało mi się o kaście opiekunek przez całe życie nadzorujących larwy czy sprzątaczkach nic innego nigdy nie robiących, tylko czyszczących ul. Zwłaszcza, że gdyby autorka trzymała się faktów, to właściwie większość intrygi z powieści nie miałaby racji bytu. A poza tym królowa, która kopuluje tylko z jednym samcem raczej nie jest w stanie stworzyć roju, który przetrwa zimę.

Poza tym, szczerze mówiąc, Flora 717 jest bohaterką tak wyjątkową, że aż niedobrze się robi. Jest większa i silniejsza od innych pszczół, ma nietypowy wygląd i pochodzenie, potrafi wytwarzać wosk i mleczko, chociaż nie powinna i oczywiście składa jaja. Jasne, to jest postać sympatyczna i interesująco napisana, czytelnik bardzo się angażuje w jej historię, ale kiedy autorka odkrywa kolejną nietypową cechę, to w pewnym momencie pozostaje już tylko przewrócić oczami.

Tyle że przy tych wszystkich wadach (umówmy się, że to jest jednak literatura piękna i niezgodność ze stanem naukowej wiedzy to nie jest obiektywna wada) „Rój” jest naprawdę dobrze napisaną książką. Widać, że tam, gdzie jej to pasowało do wizji, autorka starała się jak najwierniej podążać za pszczelą biologią, wzbogacając ją dodatkowymi elementami. Na przykład bardzo podoba mi się pomysł opisania więzi łączącej robotnice z królową jako głębokiej religijnej wiary – wypadło to bardzo wiarygodnie, zwłaszcza, że i w przekładzie tłumacz starał się wzmocnić ten przekaz. Ogólnie, jeśli chodzi o warstwę fabularną, to nie mam zastrzeżeń.

„Rój” nieco mnie rozczarował – co tym bardziej boli, że jest to rozczarowanie czysto subiektywne i obiektywnie oraz warsztatowo do książki nie można się przyczepić. Z pewnością, jeśli autorka jeszcze coś napisze, pochylę się nad tym z zainteresowaniem. Tymczasem jednak polecam, bo to dobrze napisana powieść jest. Nie dajcie się tylko nabrać na hasła reklamowe typu „połączenie „Folwarku zwierzęcego” z „Rokiem 1984””, bo to nie jest żadna metafora niczego moim zdaniem. To po prostu opowieść o społeczności, w której każdy osobnik musi działać jak komórka w organizmie – ściśle według wyznaczonych zadań. Bo inaczej wszyscy umrą.

 Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka.

Tytuł: Rój
Autor: Laline Paull
Tytuł oryginalny: The Bees
Tłumacz: Tomasz Wilusz
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2016
Stron: 384

sobota, 8 października 2016

Na co poluje Moreni: październik 2016

Październik jest kolejnym miesiącem, w którym nie ma żadnego tytułu, który koniecznie chciałabym sobie kupić. Za to jest sporo ciekawych pozycji, które chciałabym przeczytać.

Ale zanim do rzeczy, jeszcze słowo o spadkowiczu. "Gamedec: Granica rzeczywistości" Marcina Przybyłka ukazał się 4 października.

Chcę przeczytać

"Czerwony prorok" Orson Scott Card
4 październik

Jeszcze co prawda nie czytałam tego cyklu, ale raz, że pierwszy tom też wylądował w tym cyklu notek, a dwa, że naprawdę mam zamiar to kiedyś przeczytać.

Nie wszystko jest takie, jakim się wydaje w alternatywnej Ameryce, gdzie ludowa magia naprawdę działa. I z pewnością wiele kryje w sobie Lolla-Wossiky, wiecznie pijany Shaw-Nee. W wieku jedenastu lat był świadkiem, jak biali ludzie mordują jego ojca. To przeżycie sprawiło, że stał się żałosnym pijakiem, który nie potrafi się wyrwać z uzależnienia od whisky. Kiedy jednak wyrusza na północ w poszukiwaniu swej bestii snów, wędrówka może uleczyć go z „czarnego szumu”, który od czasu śmierci ojca przenika jego umysł.
Podróż i przeżycia na Terytorium Wobbish na zawsze odmienią życie Lolli-Wossiky. Zapity Czerwony stanie się mądrym i potężnym Czerwonym Prorokiem, który wraz ze swym bratem, Ta-Kumsawem, jednoczy plemiona Indian, zagrożonych ekspansją Białych

"Dzieci Norwegii" Maciej Czarnecki
5 październik

Temat norweskiej opieki społecznej zabierającej dzieci rodzicom był swego czasu sensacją w mediach. Przydałby się jakiś zrównoważony głos, który naświetliłby go z różnych perspektyw, możliwie całościowo. Mam nadzieję, że ta książka właśnie tak go przedstawia.

Choć pięciomilionowa Norwegia przyciąga Polaków wysokimi zarobkami i poziomem życia, na idealnym obrazie tego kraju jest rysa. Barnevernet – instytucja siejąca postrach, przed którą imigranci z Europy Wschodniej ostrzegają się na forach internetowych: zabiera dzieci, rozdziela rodziny, posądza rodziców o niestabilność psychiczną, podburza małoletnich do zeznawania przeciwko bliskim.
Czy jednak na pewno wszystko jest czarno-białe? Jaki związek z Barnevernet miał Anders Breivik? I dlaczego detektyw Rutkowski w norweskiej prasie nazywany jest Rambo? Maciej Czarnecki przedstawia obie strony medalu, zamiast czerni i bieli ukazując całą gamę szarości i oddając głos norweskim pracownikom społecznym, rodzicom zastępczym, ekspertom. Przede wszystkim jednak słucha uważnie i dokumentuje dzieje rodziców i odebranych dzieci. Jego książka to wstrząsający reportaż o tym, jak cienka potrafi być granica między rajem a piekłem.

"Prawdodziejka" Susan Dennard
12 październik

Niby nic szczególnego, ale wygląda na sensowne i przyjemne młodzieżowe fantasy. Lubię czasem takie poczytać. Choć przyznam, że wzmianki o szukaniu wolności sprawiają, że wizualizuję sobie bohaterki a'la księżniczki Disneya z lat dziewięćdziesiątych.

Safiya i Iseult, młode czarodziejki, znów wpadły w tarapaty. Muszą uciekać. Natychmiast.
Safi jest jedyną w Czaroziemiach prawdodziejką, zdolną zdemaskować każde kłamstwo. Swój dar trzyma w sekrecie, inaczej zostanie wykorzystana w konflikcie między imperiami. Z kolei prawdziwe moce Iseult są tajemnicą nawet dla niej samej. I lepiej, żeby tak zostało.
Safi i Iseult pragną jedynie wolności. Niebezpieczeństwo czai się tuż za rogiem. Zbliżają się niespokojne czasy, wojna wisi w powietrzu i nawet sojusznicy nie grają fair. Przyjaciółki będą walczyć z władcami i ich najemnikami. Niektórzy posuną się do ostateczności, by dopaść prawdodziejkę.

"Harry Potter i przeklęte dziecko" - Joanne K. Rowling
22 październik

Lubię cykl o Harrym Potterze, więc z chęcią poznam jego bardziej dojrzałą odsłonę. A ponieważ nie przepadam za czytaniem dramatów, to nie znalazł się w sekcji "must have".

Ósma historia. Dziewiętnaście lat później.
"Harry Potter i Przeklęte Dziecko Część Pierwsza i Druga", nowa historia autorstwa J.K. Rowling, Jacka Thorne’a i Johna Tiffany’ego, w adaptacji scenicznej Jacka Thorne’a, to pierwsza autoryzowana sztuka teatralna ze świata Harry’ego Pottera. Światowa premiera spektaklu odbędzie się na londyńskim West Endzie 30 lipca 2016.
Harry Potter nigdy nie miał łatwego życia, a tym bardziej teraz, gdy jest przepracowanym urzędnikiem Ministerstwa Magii, mężem oraz ojcem trójki dzieci w wieku szkolnym.
Podczas gdy Harry zmaga się z natrętnie powracającymi widmami przeszłości, jego najmłodszy syn Albus musi zmierzyć się z rodzinnym dziedzictwem, które nigdy nie było jego własnym wyborem. Gdy przyszłość zaczyna złowróżbnie przypominać przeszłość, ojciec i syn muszą stawić czoło niewygodnej prawdzie: że ciemność nadchodzi czasem z zupełnie niespodziewanej strony.

"Opowiadania zebrane" t. 2 Frank Herbert
 25 październik

Skoro interesował mnie pierwszy tom opowiadań, to i drugi umieszczam w zestawieniu.

Opowiadania zebrane Franka Herberta to pierwsze w naszym kraju tak obszerne wydanie krótkich form prozatorskich autora Diuny.
Zgromadzone w dwóch tomach utwory – aż czterdzieści! – są, można śmiało powiedzieć, bezcenne. To właściwie przekrój zainteresowań pisarza, które znalazły później odzwierciedlenie w jego najwybitniejszym dziele – „Kronikach Diuny”. Polski czytelnik ma dzięki temu wyjątkową szansę poznać najważniejsze tematy twórczości Herberta, obserwować, jak się one zmieniały, śledzić rozwój jego stylu i przyglądać się ewolucji jako pisarza – jednego z największych mistrzów fantastyki naukowej, gatunku sięgającego czasów Lukiana z Samosat.
„Wytrwać w tej pracy pomagało mi przeświadczenie, że mój trud może być przydatny dla innych osób, które pragną się poświęcić pisarstwu”.
- ze Wstępu

"Rozjemca" Brandon Sanderson
26 październik

Dawniej znany jako "Siewca wojny", czyli kolejny nowy-stary Sanderson. Niektórzy uważają, że to jego najgorsza książka, ale w sumie chętnie się przekonam, czy mają rację.

"Rozjemca" to opowieść o dwóch siostrach, które urodziły się księżniczkami, o Królu-Bogu, który ma poślubić jedną z nich, pomniejszym bóstwie, które nie wierzy w siebie, i o nieśmiertelnym człowieku starającym się naprawić błędy, jakich dopuścił się setki lat temu. W ich świecie ci, którzy zginęli w chwalebny sposób, powracają jako bogowie i żyją w zamknięciu w stolicy Hallandren. W tym samym świecie o potędze magii stanowi moc zwana Biochromą, oparta na Oddechach, które można zbierać jedynie pojedynczo od konkretnych osób. Dzięki Oddechom i czerpaniu koloru z nieożywionych przedmiotów Rozbudzający są w stanie zarówno dopuszczać się nikczemności, jak i tworzyć cuda. Siri i Vivenna, księżniczki Idris; Dar Pieśni, zniechęcony bóg odwagi, Król-Bóg Susebron i tajemniczy Vasher - Rozjemca, zetkną się z jednymi i drugimi

"Bóg pośród ruin" Kate Atkinson
26 październik

Jest to powieść, że tak powiem, osadzona w uniwersum książki "Jej wszystkie życia" (bo trudno powiedzieć, żeby powieść będąca opowieścią o życiu młodszego o kilka lat brata bohaterki była "kontynuacją", jak chce wydawca). Co prawda "Bóg pośród ruin" niekoniecznie porusza tematy, które mnie interesują, ale z sentymentu do poprzedniej ksiązki, chciałabym go przeczytać.

Czy mamy prawo decydować o swojej śmierci?
Bóg pośród ruin to kontynuacja powieści Jej wszystkie życia. Bohaterem jest młodszy brat Ursuli, Teddy – niedoszły poeta, pilot bombowca RAF-u, mąż, ojciec i dziadek. Mężczyzna musi stawić czoła niebezpieczeństwom i wyzwaniom XX wieku. Szuka odpowiedzi na pytania: jak ułożyć sobie życie, którego nie spodziewał się przeżyć? Co zrobić z przyszłością, na którą nie liczył?
Z prawdziwie epickim rozmachem, na przestrzeni niemal stu lat, Atkinson analizuje emocjonalne skutki działań wojennych. Opisuje ostateczny upadek człowieka i wpływ wojny na tych, którzy w niej nie uczestniczyli. Rozprawia się z trudnymi moralnie kwestiami, takimi jak decyzja o śmierci, eutanazja i sens wojny.
To wzruszający zapis zmagań z losem zwykłego człowieka, którego przeznaczeniem było żyć w niezwykłych czasach.
W 2015 roku powieść Bóg pośród ruin została nagrodzona Costa Book Award.
Powieść o wojnie i o długich cieniach rzucanych przez nią na pokolenia, które jej nie doświadczyły … Najlepsza w dotychczasowym dorobku autorki
The Guardian


Dodatkowo

"Harry Potter i Komnata Tajemnic" J. K. Rowling
5 pażdziernik

Mam ogromny sentyment do serii potterowskiej, więc chciałabym zwrócić waszą uwagę na fakt, że właśnie wyszedł drugi tom kolekcjonerskiego, ilustrowanego wydania.;)

Po znakomitym przyjęciu ilustrowanej wersji Harry’ego Pottera i Kamienia Filozoficznego przyszedł czas na kolejną odsłonę przygód młodego czarodzieja z ilustracjami Jima Kaya.
W Hogwarcie niczego nie można brać za pewnik. To, co było uważane za mroczną, ale nieszkodliwą legendę, staje się źródłem zagrożenia. Ten, który wydawał się przyjacielem, staje się wrogiem. Taki los spotkał czterech założycieli Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Od tamtego czasu minęło wiele lat, jednak pamięć o Komnacie Tajemnic stworzonej przez Salazara Slytherina nie zginęła.
To zupełnie tak jak w naszym wydawnictwie. Nie zapominając o poprzednim wydaniu drugiej części przygód Harry’ego Pottera, postanowiliśmy pokazać fanom historię tego nadzwyczajnego chłopca w zupełnie nowej szacie graficznej – z ilustracjami doskonale znanego potteromaniakom Jima Kaya. Wydanie zostało przejrzane i poprawione przez tłumacza, Andrzeja Polkowskiego


"Wodnikowe Wzgórze" Richard Adams
13 października

Uwielbiam tę książkę, nawet mam stare wydanie Muzy (borze szumiący, jak ja się cieszyłam, kiedy wygrzebałam je w supermarkecie za dyszkę). Na blogu, u zarania jego dziejów pojawiła się nawet nocia. Ale ilustrowane wydanie w twardej oprawie to ogromna pokusa. Wiecie, postawić na półce takie coś... A i przeczytać ponownie by się przydało, bo zastanawiam się, czy mi się przez te z górką dziesięć lat zdanie o książce nie zmieniło... Cóż, idą święta, zbliżają się urodziny, będzie okazja.;)

Uniwersalna opowieść o odwadze i woli przetrwania
Klasyka porównywana i stawiana na półkach obok Hobbita Tolkiena i cyklu o Narnii Lewisa
Bez dzieła Adamsa nie byłoby Harry’ego Pottera
Źle się dzieje w królikarni Sandleford. W miejscu, w którym króliki wiodą spokojny żywot, ma powstać nowe osiedle. Wygodne nory i zielone łąki zostaną unicestwione.
Nie jest łatwo opuścić swój dom. Stado kłapouchów pod wodzą dwóch niezłomnych braci – Piątka i Leszczynka – musi jednak wyruszyć w podróż w poszukiwaniu nowego miejsca na ziemi. Tak rozpoczyna się królicza epopeja. Nie trzeba dodawać, że po drodze naszych bohaterów czeka  mnóstwo przygód i jeszcze więcej niebezpieczeństw.
Wodnikowe Wzgórze to książka, którą pokochały miliony czytelników na całym świecie. Richard Adams stworzył dzieło uniwersalne, trafiające do serc wszystkich czytelników, bez względu na wiek. W świecie Adamsa króliki mają imiona, zorganizowaną społeczność, obyczaje, własną mitologię, język, a nawet poezję. Mają też coś absolutnie wyjątkowego – dar przewidywania przyszłości.
Andrzej Sapkowski wymienia Wodnikowe Wzgórze jako jedną ze 100 najważniejszych powieści fantastycznych wszech czasów. Do miłośników tej książki należą również Stephen King i J. K. Rowling. Dzieło Adamsa zostało zekranizowane, przeniesione na deski teatralne, przerobione na grę komputerową i słuchowiska radiowe. Ponadto prace nad nowym serialem opartym na Wodnikowym Wzgórzu rozpoczęły Netflix i BBC.
Nowe wydanie Wodnikowego Wzgórza w Wydawnictwie Literackim zdobią piękne ilustracje włoskiego artysty Alda Gallego.
„Jeżeli w księgarni nie ma miejsca dla Wodnikowego Wzgórza, to znaczy, że literatura dla dzieci umarła” „The Economist”
„Kreując idealnie osobną rzeczywistość, autor z niespotykaną głębią, jakby mimochodem, komentuje relacje międzyludzkie” „The Guardian”


"Świat Dysku Terry'ego Pratchetta do kolorowania" Paul Kidby, Terry Pratchet
25 pażdziernik

Jakkolwiek do kolorowanek nie mam stosunku szczególnie entuzjastycznego (fajne, ale bez przesady), tak czasem ukazuje się coś wielce interesującego. Taki Świat Dysku widzę wielce interesującym. Kolorowałabym.

Paul Kidby, doborowy grafik sir Terry'ego Pratchetta, stworzył ilustracje do „Ostatniego bohatera”, od roku 2002 projektował okładki powieści ze świata Dysku, a także jest autorem znakomitego albumu „Sztuka Świata Dysku”. Jeśli pióro Terry'ego Pratchetta powołało jego postaci do życia, to pędzel Paula Kidby'ego pozwolił im je przeżywać.
„Świat Dysku Terry’ego Pratchetta do kolorowania” zawiera czarno-białe rysunki oparte na jego niezwykle popularnych obrazach, a także oryginalne prace, stworzone wyłącznie dla tej książki. Pojawiają się tu takie ikoniczne dyskowe osobowości jak babcia Weatherwax, Sam Vimes, nadrektor Ridcully, Rincewind, Tiffany Obolała i oczywiście ŚMIERĆ. „Świat Dysku Terry’ego Pratchetta do kolorowania” to obowiązkowa lektura (?) dla wszystkich fanów Świata Dysku.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...