wtorek, 23 lutego 2016

"Armada" Ernest Cline

„Player one” Ernesta Cline nie zdobył u nas szczególnej popularności, mimo że za granicą swego czasu był bestsellerem. Mnie jednak bardzo się spodobał. I dlatego jak tylko dowiedziałam się, że autor napisał kolejną powieść i właśnie wydano ją w Polsce, musiałam się zapoznać. Recenzje kolegów blogerów i koleżanek blogerek co prawda znacznie ostudziły mój entuzjazm i stanęło na tym, że otwierając książkę, spodziewałam się najgorszego. Na szczęście okazało się, że nie jest tak źle.

Zack Lightman jest przeciętnym, trochę nerdowatym nastolatkiem. W szkole idzie mu przyzwoicie (pomijając pewien incydent sprzed kilku lat) znajomi są spoko, mama super (ojca Zack nie ma, bo zginął, kiedy chłopak był niemowlakiem), a dorywcza praca najlepsza na świecie. Dlatego, że Zack pracuje w sklepie z grami komputerowymi a szef pozwala mu grać w pracy w ulubioną grę sieciową – „Armadę”. W tym Zack jest naprawdę dobry, szóste miejsce w klasyfikacji światowej mówi samo za siebie. Tym większa jest jego konsternacja, kiedy jeden ze statków gierczanych obcych (bo w „Armadzie” chodzi o to, żeby strzelać do statków obcych) pojawia się pewnego dnia za szkolnym oknem. Czy to początek nowej przygody, czy po prostu czas odstawić grę?

Największym grzechem „Armady” jest dość przewidywalna fabuła. „Player one” był ostatecznie opowieścią o chłopaku, których chciał wygrać w grę i to było odświeżające (plus autor zmontował bardzo ciekawą zagadkę i w pełni wykorzystał możliwości oferowane przez wirtualny świat, w którym rozgrywa się większość wydarzeń z powieści). W „Armadzie” mamy ratowanie świata. Znowu, jak w coś koło dziewięćdziesięciu procentach fantastyki młodzieżowej. Samo wybranie takiej fabuły tworzy ogromne ryzyko, że powieść będzie wtórna, a niestety tym razem wirtualny świat nie dostarczył nam możliwości zaskoczenia czytelnika. Szczerze mówiąc, nie mam nic przeciwko pewnej dozie wtórności, ale jestem w stanie zrozumieć rozczarowanie fanów liczących na zaskoczenia takie jak w poprzedniej powieści autora.

Cóż, ponieważ tym razem autor na miejsce akcji wybrał nasz zwyczajny świat, miał nieco mniej możliwości. Zrezygnował też z zagadki, co trochę kiepsko wpłynęło na ekspozycję różnych popkulturowych nawiązań. Widzicie, w „Player one” większość z nich byłą celowa – prowadziły do rozwiązania zagadki. W „Armadzie” po prostu były. Z jednej strony to fajnie, bo lubię nawiązania (a tym razem były w większości z okresu, który pozwalał mi je znać, a nie z lat osiemdziesiątych) ale z drugiej znacznie ciekawiej jest, kiedy przyświeca im jakiś wyższy cel fabularny.

Bohaterowie są całkiem przyjemni, ale niestety mało wyraziści. Oczywiście głównym jest Zack, zasadniczo odpowiadający stereotypowi grającego w gry nastolatka. I… to w zasadzie tyle. O innych graczach, pojawiających się na kartach powieści można w zasadzie powiedzieć to samo (wyjąwszy może fakt, że nie wszyscy są nastolatkami). Hm, jak teraz na to patrzę, to bohaterowie są dość jednorodni. Nawet wszyscy pochodzą z mniej lub bardziej niepełnych rodzin, co w pewnym momencie robi się trochę dziwne (patrz scenka, gdzie najlepsi gracze lecą sobie razem promem i to jeden, to drugi przebąkuje, któż mu tam z najbliższej rodziny obumarł, bo każdemu ktoś). Ech, tęsknię za bohaterem, który wychował się w normalnej rodzinie…

No i tak, z jednej strony „Armadę” czyta się bardzo przyjemnie, zwłaszcza jeśli nie znało się wcześniej „Player one”. Z drugiej, jeśli jednak się „Player one” czytało, to pozostaje pewien niedosyt. Cóż, przynajmniej wydawca dołożył wszelkich starań, żebyśmy dostali książkę ładną, jeśli już nie może zadowolić wszystkich czytelników. Bo co by o „Armadzie” nie mówić, wygląda wystrzałowo.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Feeria.


Tytuł: Armada
Autor: Ernest Cline
Tytuł oryginalny: Armada

Tłumacz: Jarosław Irzykowski
Wydawnictwo: Feeria
Rok: 2016
Stron: 444


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...