wtorek, 20 września 2016

Na Coperniconie 2016 byłam!

To, że pojawiam się na Coptniconie jest powoli staje się taka małą, świecką tradycją. W ogóle konwent toruński ewoluuje do rangi mojego ulubionego - nie za duży, nie za mały, w sam raz taki. No i znajomi bywają.


Skład ekipy konwentowej ten sam, co zawsze, tylko niestety Luby tym razem nie mógł z nami jechać. Jak nigdy do Torunia dotarłam dość wcześnie, bo już w okolicach południa. Poczekaliśmy więc grzecznie na Serenity i Turela (i Salantora), w międzyczasie kwaterując się w hostelu. Jak już wszyscy dotarli, poszliśmy się zaakredytować.

I tu pierwszy zonk, bo akredytacje znaleźć było dość trudno. Co prawda na stronie była informacja, że rejestracja uczestników odbywa się gdzie indziej niż w zeszłym roku, ale namiot akredytacji był bardzo słabo oznakowany. Wyglądało to tak, jakby organizatorzy zapomnieli o tak drobnym fakcie i na chybcika przykleili do namiotu odpowiednia karteczkę, jak zobaczyli kręcących się bez ładu i składu przyszłych konwentowiczów. Kiedy namiot wreszcie udało się znaleźć, sama akredytacja poszła nam bardzo szybko, ale później były spore kolejki.

Kolejka z piątkowego wieczoru.
Dla mnie osobiście dodatkową przykrością był fakt, że skrócony program był dla mnie kompletnie nieczytelny. Litery były tak małe, że nawet zsuwając okulary (do czytania, bo do chodzenia mam zupełnie inne) na czubek nosa nie bardzo byłam w stanie je przeczytać. Stanęło na tym, że żeby w ogóle korzystać ze skróconego programu, musiałam mieć człowieka do czytania. Dzięki, Turel.:)

Konwentowy starter.
Dodam jeszcze na marginesie, że w tym roku konwent odbywał się na większej powierzchni - do Colegium Maius i Minus doszedł jeszcze budynek wydziału matematyki. Co było dobrym posunięciem, bo w zeszłym roku w dwóch budynkach było zdecydowanie za ciasno, ale z drugiej strony musiałam się więcej nachodzić.

Najpierw z Turelem (Serenity prowadziła akurat konkurs tolkienowski) poszliśmy na prelekcję "Dlaczego tak rzadko zapraszamy logikę do fantastycznych światów?". Był dość fajny, ale niestety mocno powierzchowny - autor skupiał się głównie na tym, że w zasadzie fantatsyczne miasta handlowe nie wiadomo czym handlują (bo z ich położenia nie wynika, aby miały do zaoferowania cokolwiek) a ich mieszkańcy nie wiadomo co jedzą, bo wiadomo, ze w typowym fantasylandzie są wyłącznie duże miasta i małe, pojedyncze farmy. No i miał rację, ale towarzyszyło mi wrażenie, że zdecydowanie zabrakło czasu na pogłębienie tematu, że o banalnym poruszeniu przez prelegenta wszystkich przygotowanych aspektów nie wspomnę.
Prelegent wyszedł z siebie i stanął obok.
Zaraz potem poszliśmy na spotkanie autorskie z Robertem M. Wegnerem. Niestety, autografu nie dostałam, bo zwyczajnie nie mam już na czym - wszystkie książki mi podpisał. Ale jak zwykle warto było posłuchać, co autor mówił, bo ma zwyczaj mówić bardzo ciekawie. No i w przyszłym roku ma być kolejny tom Meekhanu. Podobno. Serenity jeszcze tylko złapała brakujący autograf i na tym skończyliśmy pierwszy dzień konwentwych atrakcji.
Spotkanie z Robertem Wegnerem.
Moim pierwszym punktem sobotniego programu były zakupy, ale niestety, o tej porze (rano było) nie dało się jeszcze za wiele zobaczyć (pomijając fakt, że targowisko było czynne dopiero od 10.00). Nieco spóźnione poszłyśmy więc z Serenity na panel "Po co mi nauka, skoro mogę to wymyślić". Szkoda, że nie byłyśmy na nim od początku. Dyskutantów było wielu (z prowadzącym sześcioro), ale i czasu było sporo (bo dwie godziny) więc dyskusja naprawdę ciekawie się rozwijała i można się z niej było dowiedzieć na przykład, dlaczego wielka bitwa w "Niebie ze stali" Wegnera rozegrała się we właśnie tym, a nie jakimś innym miejscu. Ogólnie mam wrażenie, ze większość polskich autorów podchodzi raczej zdroworozsądkowo do kwestii logiki i naukowości (rozumianej jako zgodność z obecnym stanem nauki) swoich dzieł. Że luźno zacytuję Roberta Wegnera: jeśli chcesz być przemaglowany pod względem naukowości i realistyczności swoich dzieł, pisz fantasy. Nikt cie nie zapyta, jak dokładnie działają karabiny plazmowe w twoim opowiadaniu SF, ale wszelkie aspekty twojej powieści fantasy zostaną skrupulatnie sprawdzone.


Po panelu złapałam jeszcze Aleksandrę Janusz, żeby zdobyć autograf, bo niestety dyżuru autografowego autorki w programie imprezy nie było (być może był w erracie, ale ją dość szybko zgubiłam. W ogóle co to za pomysł, żeby mapki budynków dawać na jednej broszurce, skrócony program na drugiej, a erratę na kolejnej?). Dopiero dużo później (i za późno) okazało się, że dyżur był, o godzinie 18.00. Szkoda, że dowiedziałam się po niewczasie, bo przyszłabym pogadać z autorką - bardzo miła z niej osoba.:)

Moreni po lewe,j Aleksandra Janusz po prawej.:)
Później zostaliśmy na panel "W Polsce to się nie sprzeda" i... szczerze mówiąc, dość mocno mnie rozczarował. Spodziewałam się raczej dyskusji na temat "jakie gatunki nie mają w Polsce powodzenia, dlaczego i jak można zmienić ten stan rzeczy", a dostałam coś, co można zamknąć w pytaniu do dyskutantów "jak to się stało, że w Polsce udało wam się sprzedać cokolwiek, co zrobiliście". Poza tym Aneta Jadowska bardzo zdominowała całą dyskusję - co ostatecznie wyszło w sumie na dobre, bo przynajmniej częściowo jej wypowiedzi pokrywały się z deklarowanym tematem panelu.

Po przerwie obiadowej, jaką sobie zorganizowaliśmy poszliśmy na prelekcję Pawła Opydo o Złych Książkach (głównie dlatego, że Serenity chciała, bo ja osobiście względem prelegenta mam uczucia cokolwiek mieszane). Musze jednak przyznać, ze cokolwiek by o nim nie mówić, to gadane ma i prowadzenie prelekcji wychodzi mu bardzo dobrze.

Po tym Serenity poszła prowadzić swój konkurs o kadrach filmowych, a ja zostałam na panelu "Fantastyczne lektury obowiązkowe". Mówiąc wprost: rozczarował mnie. Pomijając fakt, że z dwóch panelistów stawił się tylko jeden, w związku z czym całość przypominała bardziej wywiad-rzekę, to pomysł organizowania takiego panelu jedynie z dwoma dyskutantami IMO mija się trochę z celem. I, jak mam wiele sympatii do Domoniki Oramus jako prelegentki (jej coperniconowa prelekcja sprzed dwóch lat należała do najlepszych, na jakich wtedy byłam), to... no cóż, powiem tylko, że po zareklamowaniu przez nią "Non stop" Aldissa mam ujemną chęć przeczytania powieści. W końcu wszystko mi o niej już opowiedziano.

Następny był panel o życiu freelancera, który cztery prelegentki bardzo sprawnie poprowadziły sobie same. I przyznam, ze jeśli by oceniać motoryczność wypowiedzi, zgodność z tematem i karność dyskutantów, to byłby to najlepszy panel konwentu. A wniosek z niego taki, że freelans nie jest drogą dla każdego.

Dzień (po dłuższej przerwie na szoping) zakończyliśmy prelekcją o sztuce płatnej miłości w średniowieczu, którą przygotowała Serenity. Prelekcja cieszyła się sporym powodzeniem, sala praktyczni pełna, a prelegentka świetnie sobie poradziła (i akurat zmieściła się w przeznaczonym czasie). Miejmy nadzieję, że wrzuci notkę z prelekcji na swojego bloga, to sobie poczytacie, co was ominęło (może przy okazji wrzuci też notkę z zeszłorocznej prelekcji...).

Serenity na tle listy bardzo wymownych nazw ulic.;)
A potem to już odbywała się integracja.;) W niedzielę jeszcze tylko kupiłam sobie torbę w kształcie głowy kota (choć trochę żałuję, że nie wybrałam jednak buldożka francuskiego. Świnek morskich nie mieli). I pożałowałam, że nie będę mogła być na konkursie wiedzy o smokach, ale musiałam w miarę wcześnie wrócić do domu, żeby spakować siebie i świnie na poniedziałkowy wyjazd.

To bardzo fajny konwent był. Polecam. A tu macie jeszcze fotki zdobyczy i inne takie.:)

Zakupowe zdobycze. Liczyłam, ze będzie stoisko Solarisu (choć zdaje się, że Sedeńko pisał kiedyś, że się nie wybierają), bo chciałam kupić jedną konkretną pozycję, która jest dostępna tylko u nich. No cóż, będę musiała zamówić. No i pluszowy eevee, zgodnie z planem. Głęboko wierzę, że z następnego konwentu uda mi się przywieźć samiczkę nidorana.;)
Autograf Aleksandry Janusz
...i Kate Griffin
Trochę cospalyu raz
i dwa :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...