wtorek, 27 grudnia 2016

"Ciemna noc październikowa" Roger Zelazny

Okładka oryginalnej wersji, bo
polskiej jakby nie ma
Właściwie to nie wiem, czy jestem odpowiednią osoba do napisania tej notki. Wiecie, słaba jestem w wykrywaniu nawiązań, zwłaszcza do klasyki. A tutaj pan Zelazny, nie dość, że sam już klasyk gatunku, to jeszcze na takich nawiązaniach oparł był całą fabułę. Ale tak sobie myślę, że gdyby ten tekst nie powstał, to pewien Kruk byłby niepocieszony. Także ten, wszystko, co tu się będzie działo, to jakby co, przez niego.

Co jakiś czas w Halloween wypada pełnia księżyca. Dla większości jest to po prostu dodatkowy efekt specjalny, ot, dekoracje fajniej wyglądają z okrągłym księżycem w tle. Ale niektórzy wiedza, ze w tym dniu odbywa się finał Gry. Gry, która toczy się cały październik i jest dostępna tylko dla wybranych. I która toczy się o najwyższą stawkę.

Przyznam, że niebagatelną rolę w zwabieniu mnie do tej lektury odegrał fakt, że narratorem jest pies o wdzięcznym imieniu Niuch (bo widzicie, w Grę gra się parami ludzko-zwierzęcymi). To sprawia, że właściwie „Ciemna noc październikową” możnaby zaliczyć do animal fantasy (w końcu spełnia wszystkie kryteria). Jednocześnie bardzo zgrabnie poza ramy gatunku wykracza (jeśli możemy mówić o ramach gatunku, który definiuje się rasą głównych bohaterów). A ja akurat animal fantasy bardzo lubię.

Sama narracja też na wyborze narratora bardzo zyskuje. Nową perspektywę na przykład. Nie wiemy na dobrą sprawę, co konkretnie robi pan Niucha (choć, znając jego legendę, możemy sobie poniekąd wyobrazić), ale wiemy, że zbiera rzeczy niezbędne do rytuału. Cała rozgrywka zyskuje zupełnie inny wymiar. taki, który można zobaczyć z perspektywy czterech łap. Ale także poziomu oczy węża czy wiewiórczej grzędy. lub kogoś, kto godzi spojrzenie ludzkie i zwierzęce.

Nie narracja jest jednak najmocniejszą stroną książki (o ile mogę się tak wyrazić o publikacji, która nigdy nie zyskała u nas samodzielnego wydania). Są nią nawiązania. Widzicie, każdemu miłośnikowi literatury (a właściwie nawet ogólniej – kultury) postacie graczy powinny wydać się znajome. W końcu występują tu same gwiazdy horroru i powieści gotyckiej. Mnie niektóre udało się rozpoznać, co do innych mam tylko przypuszczenia. Ale nie będę się nimi dzielić, żeby nie psuć wam zabawy.

Sama fabuła prowadzona jest dość nierównomiernie. Całość podzielona jest na rozdziały odpowiadające kolejnym październikowym dniom. Na początku niewiele się dzieje (co nie znaczy, że jest nudno), ale z upływem czasu, kiedy finał Gry nadchodzi, akcja nabiera tempa. Niektórzy mogą taki brak równowagi uznać za wadę, ale dla mnie to jeszcze jeden dowód na mistrzostwo pióra Zelaznego. Potrafi przecież rosnącą temperaturę rozgrywki przenieść na tempo narracji. Przecież to logiczne, że im bliżej finału, tym działania graczy będą intensywniejsze i tym więcej uwagi trzeba im będzie poświęcić w opisie. Przy czym piórem autor posługuje się po mistrzowsku – choć nie używa przesadnie wyszukanego słownictwa i fraz, tekst jest niezwykle żywy.

I tak oto dotarliśmy do miejsca, w którym należałoby zakończyć tę moją drętwą notkę o bardzo dobrym tekście. Nie umiem pisać o tekstach dobrych, więc możemy się umówić, że im bardziej niezbornie próbuję jakąś powieść zachwalać, tym lepszą ocenę jej wystawiam. A w ogóle to idźcie poczytać notkę Kruka, jest lepsza.

Tytuł: Ciemna nmoc październikowa
Autor: Roger Zelazny
Tytuł oryginalny: Night in the Lonesome October
Tłumacz: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Prószyński Media
Rok: 2013
Stron: ok. 200

wtorek, 20 grudnia 2016

Rozwiązanie konkursu z "Paradoksem"

 Musze przyznać, że konkurs tym razem wypadł bardzo kameralnie - rywalizacja nie była zbyt zaciekła, choć szczerze mówiąc liczyłam na większe zainteresowanie.

Ale, nie przedłużając już, pragnę ogłosić, zwyciązcę - pokonał przeciwników w cuglach. Można powiedzieć, że sama jego obecność onieśmieliła potencjalnych konkurentów.;)

A więc "Paradoks" powiędruje do:

Piekielnej strony Popkultury

Zwyciężczyni gratuluję.:) Skontaktuję się z nią niedługo w celu dogadania szczegółów.:)

niedziela, 18 grudnia 2016

"Gwiezdny pył" Neil Gaiman

Na żywo jest znacznie ładniejszy.:)
Nigdy nie ukrywałam, że młodzieżowo-dziecięcy Gaiman znacznie bardziej mi się podoba niż ten „dorosły” (doprawdy, powszechne zachwyty nad „Amerykańskimi bogami” chyba na wieki pozostaną dla mnie niezrozumiałe). Przyczyną może być fakt, że tworząc prozę dla młodszego czytelnika autor winien się nieco ograniczyć. Galeria postaci raczej nie powinna iść w dziesiątki, wątki należy ograniczyć i skupić się raczej na głównym przekazie. Przy czym Gaiman lubi swoje powieści dziecięce opierać na dziełach klasycznych. „Księga cmentarna” jest wariacją na temat „Księgi dżungli”, „Koralinę” obstawiam jako nawiązanie do horrorów (acz nie wnikałam, mogę się mylić). „Gwiezdny pył” jest za to baśnią, klasyczną, XIX-wieczną, angielską baśnią.

Tristan Thorn był młodym chłopakiem, który zakochał się w dziewczynie. Niestety, dziewczyna zażądała na potwierdzenie uczuć gwiazdki z nieba, takiej konkretnej, co właśnie spadła. Zwykły chłopak pojąłby aluzję i dał sobie spokój. Ale Tristan nie był zwykły – postanowił więc ruszyć na drugą stronę muru do krainy czarów (a raczej Krainy Czarów), gdzie tę konkretną gwiazdę spodziewał się znaleźć. Bo mieszkał w pobliżu właśnie takiego muru granicznego. Ale to wcale nie początek tej historii, bo zaczęła się osiemnaście lat wcześniej. A może sześćdziesiąt?...

„Gwiezdny pył” zawiera wszystkie elementy charakterystyczne dla baśni. Mamy prawdziwą miłość, mamy złe (albo tylko wredne) czarownice, mamy walkę o władzę (w jakże klasycznym wydaniu „odnajdźcie zagubiony – lub specjalnie ukryty – klejnot koronny”). Mamy też wyprawę za przysłowiową siódmą górę i siódmą rzekę (i z pewnością byłaby dosłownie taka, gdyby Anglicy właśnie takim idiomem się posługiwali. Ale posługują się innym, więc i dystans inaczej opisano), w której roztropny bohater o dobrym sercu, dzięki dobrym uczynkom i życzliwemu wsparciu otaczającego świata (wiadomo przecież, że kiedy jesteś dobry i miły, to cały wszechświat stara się spełniać twoje pragnienia) ma szanse osiągnąć sukces. Zaprawę, brakuje tylko księżniczki do ocalenia.

Może poprzedni akapit wydaje się nieco złośliwy, ale tak naprawdę bardzo podobała mi się akurat taka konwencja powieści. Dobrze opowiedziana baśń w końcu pozostaje ponadczasowa i nie ma się co obruszać na klasyczne rekwizytorium. A ta z pewnością jest dobrze napisana. Autor trzyma się mocno głównego wątku i mimo że wprowadza wiele zagadnień, które możnaby rozwinąć, rezygnuje z tego (ale zrezygnowanie ze wspominania o tych sprawach znacząco spłaszczyłoby opowieść główną). Bo to nie byłaby już opowieść o gwieździe i chłopcu, który obiecał ją przynieść ukochanej. Współczesny czytelnik jest raczej przyzwyczajone, że każdy wątek musi być rozwinięty, jeśli nie w tym opasłym tomie, to w kolejnym z kilkunastu tomów cyklu i może go irytować takie ograniczenie. Dla mnie było fajną odskocznią – wiecie, nie mam nic przeciwko kilkunastu opasłym tomom, ale czasem bardzo przyjemnie czyta się historie wyraźnie obliczone na samotne dwieście stron.

Gaimana oczywiście polecam (prawie zawsze polecam), zwłaszcza miłośnikom baśni. Od czasów „Ostatniego jednorożca” (który aż takiego wrażenie na mnie nie wywarł przecież) nie czytałam lepszej, współczesnej baśni.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Gwiezdny pył
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginalny: Stardust
Tłumacz: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 496 

wtorek, 13 grudnia 2016

Konkurs: przygarnij książkę, zrecenzuj książkę

Ostatnio tak dziwnie się złożyło, że trafiła do mnie książka. Trafiła przypadkiem - miał do mnie zawitać ktoś inny, ale chyba pomylili adresy. No i teraz mam taką znajdkę. Kompletnie się na tym gatunku nie znam, nie umiem się opiekować. Pomyślałam więc, że oddam w dobre ręce.:)
Tu moja urocza asystentka prezentuje nagrodę. I nie, asystentka nie jest do wygrania.
Jednak ręce naprawdę muszą być dobre. Aby więc przygarnąć "Paradoks", trzeba wypełnić dwa warunki:
  1. W komentarzu pod postem napisać, dlaczego właśnie Ty powinieneś/naś zaopiekować się książką.
  2. W przeciągu maksymalnie trzech miesięcy napisać recenzję "Paradoksu", żebym mogła się przekonać, że naprawdę trafił w dobre ręce.
Dlatego też aby wziąć udział w konkursie, należy mieć bloga, vloga lub konto na LC, żeby w tych miejscach móc umieścić recenzję.

A teraz kilka ważnych informacji w formie regulaminu:
  1. Organizatorem konkursu jestem ja, czyli autorka niniejszego bloga.
  2. Konkurs trwa od 13.12.2016r. do 19.12.2016 do godziny 23.59. Wyniki zostaną ogłoszone 20.12.2016r.
  3. Nagrodą jest egzemplarz "Paradoksu" Igora Brejdyganta
  4. Zwycięzca zobowiązuje się w ciągu maksymalnie 3 miesięcy napisać recenzję ww. książki.
  5. Aby zgłosić się do konkursu należy zostawić pod tym postem komentarz zawierający:
    - odpowiedź na pytanie konkursowe "D
    laczego właśnie Ty powinieneś/naś zaopiekować się książką?"
    - adres email
    - adres miejsca, w którym zostanie opublikowana recenzja
  6. Zwycięzca zostanie wybrany na podstawie mojej subiektywnej i nieodwołalnej decyzji.
  7. Ze zwycięzcą skontaktuję się drogą mailową. Na odpowiedź czekam tydzień, jeśli jej nie otrzymam, skontaktuję się z kolejnym uczestnikiem.
  8. Jako iż wysyłam tylko na terenie Polski, zgłaszający się winni posiadać adres korespondencyjny na terenie kraju.
Dodatkowo byłabym wdzięczna, gdybyście udostępnili informację o konkursie w swoich miejscach w sieci. Nie jest to obowiązkowe, ale chciałabym, żeby informacja dotarła do możliwie najszerszego grona odbiorców.:)

Powodzenia.:)

piątek, 9 grudnia 2016

"Szóstka wron" Leigh Bardugo

Mam słabość do łotrzykowskiego fantasy. Z tym, że oczywiście wolę złodziei-dżentelmenów, co to tylko wyjątkowo skomplikowane skoki na wyjątkowo wielką kasę ich interesują od zwykłych ulicznych zakapiorów. Moja miłość zaczęła się do „Kłamstw Locke’a Lamory” bo tak się jakoś dziwnie złożyło, że jednocześnie była to i pierwsza w mojej czytelniczej karierze, i wyjątkowo dobra książka tego typu. Naturalne więc, że stała się wzorcem dla kolejnych. I właśnie z takim wzorcem przyszło się mierzyć „Szóstce wron” Leight Bardugo. Cóż, po lekturze wiem już, że wzorzec jednak wybrałam nieosiągalny, z wielu powodów.

Kaz Brekker jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych ludzi w Baryłce, szemranej dzielnicy Ketterdamu. Mimo młodego wieku dorobił się opinii bezwzględnego gracza, dla którego żadna robota nie jest zbyt brudna przy odpowiednio wysokiej stawce. I właśnie wpadło mu zlecenie z niesłychanie wysoką stawką. Wystarczy tylko włamać się do najlepiej strzeżonej fortecy świata i wykraść stamtąd więźnia, po którego łapy wyciąga właściwie kto żyw. Spoko, z odpowiednią ekipą wszystko da się zrobić, prawda?

Może na sam początek załatwię pewną kwestię, bo pewnie dla niektórych jest kluczowa. Otóż „Szóstka wron” rozgrywa się w świecie znanym z „Trylogii Gruszów”, wydanej u nas kilka lat temu przez Papierowy Księżyc. Niemniej, poza światem przedstawionym tych dwóch historii nic nie łączy. „Szóstkę wron” można spokojnie czytać jako osobną powieść.

Moim największym problemem z „Szóstką wron” jest fakt, że ja najzwyczajniej jestem za stara na tę książkę. Widzicie, uwielbiam młodzieżówki i w sprzyjających okolicznościach nawet duże stężenie klisz i sztampowych, urągających logice rozwiązań charakterystycznych dla gatunku mi nie przeszkadza. Ale Bardugo w tej powieści wykorzystała wszystkie z nich, a to już mnie trochę przerosło. Choć zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym miała te naście lat, to pewnie bym się zachwycała.

Zacznijmy może od tego, że wszyscy członkowie jakże trudnej wyprawy są nastolatkami. Oczywiście są twardzi, hurr durr zaprawieni w bojach i z niejednego pieca chleb jedli, ale serio, w momencie, kiedy mam uwierzyć, że szóstka podrostków jest na tyle genialna i fartowna, żeby okpić całą cholerną armię obrońców twierdzy, to niestety kołek od zawieszania niewiary pęka. Zwłaszcza, że imperatyw narracyjny mało subtelnie im w tym pomaga (serio, jak ktoś na wystawce propagandowej ustawia niszczycielską broń w pełnej gotowości bojowej, to zasługuje na wszystko, co go spotyka).

Co do samych bohaterów, to… sama nie wiem. Z jednej strony są zbudowani z cech tak absolutnie charakterystycznych dla kanonu YA, że trudno ich traktować jako indywidualne byty, z drugiej, autorka całkiem udatnie stara się ich pogłębić. I tak mamy szóstkę bardzo młodych ludzi, z których każdy ma jakąś traumę oraz mroczny sekret w życiorysie. I nie jest to coś tak przyziemnego, jak osierocenie w dzieciństwie i dorastanie na ulicy – to zbyt pospolite. Wszystko musi być znacznie bardziej dramatyczne, prawdaż. Dobry angst to dużo angstu. To wszystko sprawia, że bohaterowie są zwyczajnie przerysowani, przynajmniej w większości. Kaz jest och jak bardzo zły i mroczny (i nie umie kochać), Matthias och jak bardzo praworządny dobry (i ku swemu przerażeniu kochać umie, ale nieodpowiednią osobę), Jesper jest och jak bardzo ryzykancki (klasyczny przykład uzależnienia od adrenaliny IMO)… Pozostała trójka po prostu wpasowuje się w klisze już bez szczególnego przerysowania: mamy jeszcze tylko łotrzyka, maga i alchemika.

Przy tym wszystkim autorka bardzo wiele miejsca poświęca na zarysowanie charakterystyk i wzajemnych relacji między bohaterami, co nawet jej wychodzi (a wychodziłoby jeszcze lepiej, gdyby postacie były mniej przerysowane). Mamy więc typowy love-hate relationship (IMO najmniej udany) między Matthiasem i Niną, który jednakowoż dość przewidywalnie się rozwija. Mamy Kaza, ciągle rozdrapującego swoje motywacje i dochodzącego do tego samego wniosku za każdym razem. Mamy Inej, która też ciągle rozdrapuje swoje motywacje, ale przynajmniej w końcu wyciąga nowe wnioski. No i mamy relację między Jesperem a Wylanem, która rozwinęła się najpierw w romance, ale mam przeczucie graniczące z pewnością, że autorka pójdzie dalej. No i oczywiście, jak to w młodzieżówce, mamy romanse. Część jest dość oczywista, część rozwija się dopiero w trakcie fabuły, ale każdy dostanie swoją dolę. Dobrze, że autorka jakoś sobie z romansami radzi i czyta się te wątki całkiem miło.

No dobrze, powiedzmy sobie szczerze – jestem za stara, czepiam się i w ogóle tak się teraz pisze dla młodzieży. W sumie jestem w stanie przyznać, że „Szóstka wron” nie jest książką złą. W porównaniu ze sporą częścią tytułów YA jest nawet bardzo dobra: autorka kładzie mocny nacisk na życie wewnętrzne bohaterów, nie tylko na akcję, sumiennie rozrysowuje fabułę i stara się unikać nielogiczności w fabule (choć czasami posługuje się w tym celu tak kosmicznymi wytrychami, że aż przykro). Najwyraźniej nie jestem targetem. Znowu.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag
 
Tytuł: Szóstka wron
Autor: Leight Bardugo
Tytuł oryginalny: Six of Crows
Tłumacz: Małgorzata Strzelec i Wojciech Szypuła

Cykl: Szóstka wron
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 496

wtorek, 6 grudnia 2016

Stosik #86

Kontynuuję tradycję stosików zrównoważonych wielkościowo - mam chytry plan nieprzekraczania dziesięciu książek miesięcznie. Na razie realizowany bez problemu, więc trzymajcie kciuki. A tymczasem pokaz ostatnich zdobyczy.:) 


Na górze jedyny ebook, czyli najnowsza Le Guin do recenzji od Prószyńskiego i s-ki. I choć, jak widać na zdjęciu, mam "Rybaka znad Morza Wewnętrznego" w formie elektornicznej, bardzo chętnie uzupełnię o niego też kolekcję papierową.

Pod spodem "Klątwa Wendigo" - zakup własny za przysłowiową dyszke w Matrasie. Poprzedni tom nawet mi się podobał, więc pomyślałam sobie, że tyle na kolejny to mogę wydać.;)

Pod nim "Potworny regiment" z kolekcji pratchettowskiej. Już go czytałam, ale jak dotąd jest to mój ulubiony tom serii, więc z pewnością do niego wrócę i podzielę się wrażeniami z relektury.

Poniżej jedyna pożyczanka w stosie, czyli "Dwóch panów z branży" wzięte od Serenity. Ciekawam, jak Zwierz popkulturalny wypada jako pisarka.:D

Kolejne dwie pozycje to nagroda konkursowa. Z konkursu, co się odbywał ponad pół roku temu u Ćmy książkowej, ale dopiero teraz doszłam do wniosku, że to odpowiedni moment, aby wymienić kupon na fanty (głównie dlatego, że najbliższy Matras miał rabat 25% na prawie cały asortyment).;) I tak "J jak jastrząb" to uzupełnienie serii Menażeria (najnowszy i jedyny tom, którego dotąd nie miałam) - najdłużej planowana książka z całego stosu. Druga to "Serce pasowało", czyli reportaż o początkach polskiej transplantologii. Byłam nim zainteresowana od wydania, ale decyzję o zakupie podjęłam spontanicznie.;)

Na samym dole dwie pozycje do recenzji od Maga. Z "Gwiezdnym pyłem" (w najnowszym, bardzo ładnym wydaniu) wiążę największe nadzieje, bo tak się jakoś dziwnie składa, że Gaiman bardziej zachwyca mnie w powieściach młodzieżowych. O "Rozjemcy" (dawniej "Siewcy wojny") Sandersona słyszałam bardzo skrajne opinie, więc chcę sama się przekonać, cóż to takiego.

piątek, 2 grudnia 2016

Kochany Święty Mikołaju, czyli znowu o tym, co bym chciała znaleźć pod choinką

W tym miesiącu notki z zapowiedziami nie będzie, bo w sumie pewna jest tylko jedna data (a to i tak wznowienie. Jest co prawda jeszcze kilka interesujących tytułów, ale konkretów w ich sprawie brak, więc dajmy im spokój), ale trochę głupio tak robić notkę z jedną zapowiedzią. Dlatego też będzie list do Świętego Mikołaja i nie tylko. Może jakiś Mikołaj przeczyta.:)

(W razie, gdyby ktoś chciał sarkać, że do Świąt jeszcze daleko, pragnę zaznaczyć, że w grudniu Moreni ma również urodziny. W sytuacji, gdyby ktoś ze znajomych chciałby uszczęśliwić ją prezentem bardziej kreatywnym, niż trzy kilo karmy dla świnek - która też jest niezgorszym pomysłem - może mu się ta notka przydać.)

Jako że jest to blog książkowy, lista też składa się z książek. Kolejność przypadkowa. 

1. "Rybak znad Morza Wewnętrznego" Ursula K. Le Guin
Nowe wydania Le Guin, jakimi raz do roku w listopadzie raczy nas Prószyński i s-ka to jest mniej więcej to, czego oczekiwałam. Co prawda niektóre detale możnaby poprawić (papier na przykład), ale generalnie idea wydawania w twardej oprawie dzieł zebranych jednej z najważniejszych fantastycznych pisarek jest mi bardzo bliska. Dwa poprzednie omnibusy już mam, dlatego też nie dziwi chyba, że pragnęłabym mieć trzeci. I nawet fakt, że część tekstów już znam oraz to, że mam już ebooka nie sprawia, że mniej pożądam papieru.

2. "Bestiariusz słowiański. Część druga" Paweł Zych, Witold Vargas
Poprzednią część mam i bardzo sobie chwalę. Aby seria była kompletna bardzo chętnie weszłabym w posiadanie także części drugiej. To są ładne, solidnie wydane albumy i jako fanka fantastyki czuję się w obowiązku weń zaopatrzyć.

3. "Księga smoków polskich" Bartłomiej Grzegorz Sala
Popatrzcie na logo blogaska. Teraz popatrzcie na tę książkę. I jeszcze raz na logo blogaska. To chyba oczywiste, że jest to tytuł, który mieć muszę w swoich zbiorach. Jak dotąd przed kupnem powstrzymuje mnie jedynie fakt, że współlokatorka ma egzemplarz i łudzę się, że od niej pożyczę, a dopiero potem podejmę decyzję, czy nabyć. Czym oszukuję sama siebie, bo patrz pierwsze linijki akapitu. Dobrze by było zostać wybawioną od autooszustwa.

4. "Światy polskiej fantastyki" Wojciech Sedeńko
To jest jak myślę lektura może nie koniecznie obowiązkowa dla fana fantastyki, ale z pewnością bardzo pomocna. Dlatego też odkąd tylko o niej usłyszałam, chciałam ją mieć. Ale ponieważ jest dostępna w druku na żądanie i drukowana jest przez drukarnie samego autora raczej nie przewiduję, żeby kiedyś stała się niedostępna (najwyżej nieaktualna, tudzież wybrakowana. Ale na to potrzeba by było ładnych paru lat). Toteż nie ma pospiechu. Święta to bardzo dobra okazja, żeby takie braki uzupełnić.;) Poza tym jestem ciekawa, jakie światy szanowny autor uznał za godne wzmianki.

5. "Planeta Lema" Stanisław Lem
Do prozy Lema podchodzę jak pies do jeża, więc może publicystyka bardziej by mnie ośmieliła. Lubię krótkie formy (felietony, eseje i takie tam, bo akurat nie o opowiadaniach ten akapit) pisarzy-fantastów (szkoda, że tak niewiele tego się u nas wydaje. Ale wobec braku czasopism branżowych to nawet szczególnie dziwne nie jest).

6. Brakujące tomy serii "Eco"
Jako kolekcjonerka tej serii oczywiście chciałabym swoja kolekcję uzupełnić. Na chwilę obecna brakuje mi trzech tomów: "Dobra świnka, dobra" Sy Montgomery, "Mądrość i cuda świata roślin" Jane Goodall oraz "Wilk zwany Romeo" Nicka Jansa (choć ten ostatni ma niedługo do mnie trafić;)). Oczywiście bardziej chciałabym mieć te dotyczące zwierząt od jedynego jak dotąd "roślinnego" tomu serii.

7. Jakaś dobra literatura faktu.
Punkt dość ogólny, bo akurat w tym przypadku nie mam niczego konkretnego na myśli. Chętnie przygarnęłabym "Plutopię" na przykład. Albo "Mundrą". Zasadniczo coś z zakresu przyrody (tematyczne serie wydawnicze co prawda śledzę, ale przecież coś mi mogło umknąć), medycyny lub Dalekiego Wschodu. Albo jakieś eseje okołofantastyczne, część serii Krytycy o fantastyce wygląda bardzo obiecująco.:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...