środa, 24 maja 2017

"Pył Ziemi" Rafał Cichowski

Szczerze mówiąc, „Pyłem Ziemi” zainteresowałam się dlatego, że opisy fabuły udostępnione przez wydawnictwo zasugerowały mi (było to wrażenie, przyznam, czysto subiektywne) pewne podobieństwo do „Umierającej Ziemi” Vance’a. Nie, żeby tego drugiego jakoś szczególnie lubiła, ale szalenie podoba mi się konwencja, w jakiej napisana jest „Umierająca Ziemia” (bo już kolejny tom cyklu był dla mnie kompletnie niestrawny). Cóż, czy Rafał Cichowski spełnił moje surrealistyczne wymagania? To skomplikowane…

Mamy XXIV. Rez i Lilo pochodzą z Yggdrasila – statku arki, który opuścił Ziemię setki lat temu. Teraz muszą na nią wrócić, aby wykonać misję, od której zależy być albo nie być ich latającej ojczyzny. Spodziewają się zastać pył i zgliszcza, tymczasem trafiają do bujnego lasu. A to dopiero pierwsze zaskoczenie, jakie przygotowała im Ziemia. Bo ludzkość ma się dobrze i wcieliła w życie sporo absurdalnych pomysłów, jak na przykład rekonstrukcję dziewiętnastowiecznego Londynu w skali jeden do jednego…

Pierwsze podobieństwo do cyklu Vance’a nasunęło mi się dość szybko – nie cierpię głównego bohatera. Może nie jest to taki poziom nienawiści jak do vance’owego Cugela (kiedy to przez cała lekturę mantrowałam w myślach „umrzyj, umrzyj, umrzyj teraz, najlepiej długą i bolesną śmiercią”), ale blisko (cóż, dość powiedzieć, że za największe rozczarowanie lektury uważam fakt, że pierwsze zakończenie nie było tym ostatnim – kto już czytał, ten wie). Rez, będący jednocześnie narratorem (i prowadzi narrację w czasie teraźniejszym. Nie, drodzy autorzy, to nie jest nowatorskie rozwiązanie narracyjne. Jest najwyżej irytujące i/lub bezcelowe, bo nie wiem, jak u innych czytelników, ale mój mózg automatycznie zamienia czas na przeszły) jest osobnikiem nie tyle nawet antypatycznym, co najzwyczajniej w świecie potwornie irytującym. Mimo słusznego już wieku, zachowuje się jak wiecznie angstujący nastolatek. Nie ma też ani krzty charyzmy i właściwie ciężko go lubić za cokolwiek. Jego związek z Lilo też trudno nazwać interesującym. Sam pomysł na tę relację autor miał świetny – Rez i Lilo są połączeni telepatycznie i od najmłodszych lat wyjątkowo sobie bliscy, a obecnie nie mają już przed sobą żadnych tajemnic. Nad czym sam Rez ubolewa i narzeka, że przez to Lilo mu spowszedniała i nie potrafi się nią zachwycić tak, jak na to zasługuje. Można z tym było zrobić sporo ciekawych narracyjnie rzeczy, niestety autor nie skorzystał z okazji i na angście i narzekaniu się skończyło.

Z Lilo mam też ten problem, że mimo bycia kreowaną na równoprawną pierwszoplanową bohaterkę, tak naprawdę jest nieobecna. Serio, jak na najważniejszą osobę w życiu głównego bohatera dostaje żenująco mało czasu antenowego – jej kwestie możnaby spokojnie zmieścić na dwóch, trzech stronach, a fabularnie… cóż, najbliżej jej chyba do „kobiety w lodówce” (choć trzeba autorowi oddać sprawiedliwość, że dość kreatywnie do tego motywu podszedł). Ogólnie mam wrażenie, że Lilo jest tylko po to, żeby bohaterowie mógli się pozachwycać jej jędrnymi cyckami czy tyłkiem (w ogóle te zachwyty odnośnie walorów poszczególnych bohaterek pojawiają się z męczącą częstotliwością. Tak jak wulgaryzmy. Czasem mam wrażenie, że autor dopiero odkrył słowa takie jak „kurwa” czy „cycki” i jest tak zachwycony swą niepokornością językową, że wciska je wszędzie, gdzie może), ponarzekać na dewaluację ich relacji i na decyzje, które ze względu na nią (nie)podjął. I choć Lilo podejmuje jakieś akcje (okładanie przeciwników po pyskach czy występ w serialu) to tak naprawdę fabularnie jest całkowicie bierna, bo nie mają one większego znaczenia.

Bohaterowie drugoplanowi dla odmiany wychodzą znacznie ciekawiej. Makiaweliczna królowa Lys, która gra rolę głównej przeciwniczki Reza może i jest przerysowana, ale wzbudza autentyczne emocje w czytelniku (niepokój na przykład). W ogóle przerysowanie jest cechą właściwie wszystkich postaci, jakie spotykamy na kartach powieści: Lord Jack i jego groteskowa dekadencja (mam wrażenie, że jego wątek miał być też w jakiś sposób dekonstrukcją motywu prawowitego księcia po latach obalającego uzurpatora), doktor Hilarius ze swym chłodnym profesjonalizmem, arystokracja rekonstruowanego Londynu… Postacie w różnym (bardzo różnym) stopniu udane, ale dla czytelnika i tak znacznie bardziej atrakcyjne, niż narrator.

Przy czym to te nie jest tak, że w „Pyle Ziemi” nie ma niczego, co by mi się spodobało. Sama wizja Ziemi przyszłości, będącej z jednej strony jednym wielkim rezerwatem przyrody, z drugiej pełnym kosmicznie wręcz nowoczesnych miast (albo przeciwnie, retro nowoczesnych, dzięki nowoczesnej technologii mogących udawać dziewiętnastowieczne oryginały). Opisy Ziemi, życia na Yggdrasilu czy wspomnień dawno zmarłych ludzi to najmocniejsza strona powieści. Nawet wziąwszy pod uwagę, że styl i język Cichowskiego nie do końca mi opowiadają, doceniam. Wracając do wspomnianego na początku Vance'a - to są właśnie te elementy, które sprawiają, ze powieść jest do "Umierającej Ziemi" odrobinę podobna klimatem.

Mam wrażenie, że moim głównym problem z tą powieścią jest fakt, że moja wrażliwość czytelnicza nie pokrywa się (w każdym razie w dużym stopniu się nie pokrywa) z wrażliwością autora. Mam wrażenie, że wszystkie postacie w powieści są właśnie takie, jakie autor chciał mieć, ale nie potrafię się nimi zachwycać. Zamiast sympatii czy przynajmniej chęci śledzenia poczynań budzą irytację i nawet fakt, że poruszają się w bardzo ciekawym świecie nie ratuje sytuacji. Dodajmy do tego trochę wymuszone plot-twisty i drażniący styl i wychodzi lektura nie dla mnie. Ale, na tyle obiektywnie, na ile mnie stać, jestem w stanie sobie wyobrazić, że znajdą się osoby, którym się spodoba. Takie, które maja podobną wrażliwość do autora. Ale czy się do nich zaliczacie, to musicie już sprawdzić sami.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa SQN

Tytuł: Pył Ziemi
Autor: Rafał Cichowski
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Rok: 2017
Stron: 318

sobota, 13 maja 2017

Na co poluje Moreni: maj 2017

Maj okazał się bardziej obfity w ciekawe zapowiedzi, niż się spodziewałam. I jest chyba pierwszym miesiącem, w którym w tych zapowiedziach książki fantastyczne nie są większością.;)

Ze spadkowiczów mamy "Miasto Schodów", które zdążyłam już przedpremierowo zrecenzować. Obecna data premiery to 24 maja.

Chcę mieć

"Gen. Ukryta historia" Sidohartha Mukherjee
24 maja

Mam "Cesarza wszech chorób" tego samego autora i choć go jeszcze nie przeczytałam, jest to książka tak fantastycznie wydana, że warto ją kupić choćby po to, żeby się na nią gapić. Temat chorób dziedzicznych uważam za równie ciekawy, jak temat nowotworów (zresztą, literatura "med" w mojej osobistej skali lubienia jest zaraz za literaturą "eco" i zajmuje zaszczytne trzecie miejsce) i mam nadzieję, że "Gen" będzie równie estetycznie wydany. Bo sama objętość jest już obiecująca.;)

Anemia sierpowata, hemofilia, wodogłowie normotensyjne, pląsawica Huntingtona, mukowiscydoza oraz cały szereg innych chorób skłoniły autora – laureata Nagrody Pulitzera za Cesarza wszech chorób – do zadania pytania, co otrzymaliśmy w spadku od przodków. Bo jeśli spojrzymy na ludzi z punktu widzenia genetyki, to okaże się, że wszyscy jesteśmy dziećmi jednej matki – mitochondrialnej Ewy. Dlaczego więc, będąc tak podobni, tak bardzo się różnimy?
Problem zajmował już starożytnych. Nie wiedząc o istnieniu genów, próbowali wyjaśnić, dlaczego dzieci są podobne do rodziców. Wiele wieków później Darwin szukał mechanizmów odpowiedzialnych za podobieństwa i różnice w ramach gatunków. W 1864 roku Gregor Mendel, łuskając w przyklasztornym ogrodzie kolejne korce grochu, odkrył „gen”, który zaraz potem został zapomniany. Minęły lata, zanim powstał termin „genetyka” – od greckiej génesis.
Ludzkość wykonała milowy krok w wykrywaniu przyczyn wielu chorób, ale odkryła także eugenikę. Na początku XX wieku w Stanach Zjednoczonych zakładano zamknięte kolonie, gdzie poddawano pacjentów przymusowej sterylizacji, a europejscy „higieniści” patrzyli na to z zazdrością. W końcu genetyka znalazła makabryczne zastosowanie także na starym kontynencie. W Niemczech w latach trzydziestych i czterdziestych koncepcja eugeniki dostarczyła uzasadnienia dla brutalnych eksperymentów, wyłączania jednostek ze społeczeństwa, przymusowej sterylizacji, eutanazji i masowych zbrodni. Naziści uznali genetykę za użyteczną w kreowaniu nowego społeczeństwa, a Sowieci za burżuazyjny wymysł uzasadniający różnice klasowe. W obu przypadkach teoria dziedziczności posłużyła władzy do stworzenia wypaczonej wizji ludzkiej tożsamości i manipulacji obywatelami.
Przejście od wyjaśnienia do manipulowania sprawiło, że genetyka odbija się echem daleko poza granicami nauki. Zrozumienie, jak geny wpływają na ludzką tożsamość, seksualność czy charakter to jedno. Czym innym są próby ich zmiany. Pierwszym zajmują się uczeni. Drugie powinno interesować nas wszystkich.
Niniejsza książka to opowieść o narodzinach, rozwoju i perspektywach jednej z najpotężniejszych i najniebezpieczniejszych idei w dziejach nauki.
Książka została nominowana do nagrody Baillie Gifford Prize (znanej wcześniej jako Nagroda im. Samuela Johnsona) – najbardziej prestiżowej brytyjskiej nagrody przyznawanej w dziedzinie literatury faktu. Jest również finalistką  nagrody Królewskiego Towarzystwa Naukowego, Nagrody Wellcome Trust oraz Nagrody im. E.O. Wilsona przyznawanej przez American PEN Center dla najlepszej książki naukowej.
Bestseller ,,New York Timesa”, najlepsza książka 2016 roku według ,,The Washington Post”, ,,San Francisco Chronicle”, ,,The Guardian”, ,,The Economist”, ,,The Week”, ,,The Globe and Mail”, ,,The Seattle Times”, Amazon.com, National Public Radio, ,,Kirkus”, ,,Library Journal” i  portalu czytelniczego Goodreads. 

"Skrzydła nocy" Robert Silverberg
26 maja

Artefakty, więc must have. W dodatku od dawna zbieram się do zapoznania się z Silverbergiem i może to jest już ten moment...

Dziejące się w dalekiej, umownej przyszłości, na zbankrutowanej, siłą przejętej za długi przez obcą rasę Ziemi, „Skrzydła nocy” są piękną, liryczną opowieścią o pielgrzymce starego, beznadziejnie zakochanego, obciążonego poczuciem winy człowieka, przemierzającego ruinę swego świata w poszukiwaniu wiedzy, dającej ukojenie i akceptację, a także zdolnej podnieść ludzkość na nowy poziom rozwoju.

"Farba znaczy krew" Zenon Kruczyński
31 maja

Mam trochę obaw odnośnie tej ksiązki. Chciałabym, żeby to była zrównoważona analiza środowiska. Boję się, że okaże się tania sensacja albo wywód pod tezę. Ale pewnie i tak się przekonam na własnej skórze.

Myśliwi chcieliby być postrzegani jako pasjonaci i miłośnicy przyrody. O zwierzętach wiedzą co nieco, ale wyłącznie tych, które mogą zastrzelić. Zabijają rocznie około półtora miliona małych i większych stworzeń. O polowaniach potrafią opowiadać godzinami. Nie wystarcza im podglądanie i podziwianie – tak jak to robi większość ludzi. Raczej nie chodzą do lasu bez żelaza na plecach, bo po co? Muszą zabijać, a uzasadniają to tradycją i zamiłowaniem – myśliwskim hobby. Przed opinią publiczną usprawiedliwiają się tym, że utrzymują równowagę w przyrodzie i chronią uprawy.
Tę książkę napisał człowiek, który przez wiele lat był częścią środowiska łowieckiego. Zrozumiał jednak nie tylko to, że zabijanie jest złe. Odkrył także, że za pasją do polowania kryje się obsesja sprawowania kontroli nad światem, poczucie siły i władza. I pieniądze, bo myślistwo to także potężny biznes.
Dzisiaj w polowaniach widzi rozłożone na lata samobójstwo. Zabijając zwierzęta i niszcząc przyrodę, unicestwiamy także ekosystem, od którego całkowicie zależy nasze przeżycie. Ta książka może pomóc to zrozumieć.

Chcę przeczytać

"Pan ciemnego lasu" Lian Hearn
10 maja

Pierwszą część właśnie czytam - nie żebym była daleko, ale czuje się zachęcona przynajmniej do zapoznania się z drugą (zwłaszcza, że pięknie wydane są), a może nawet na całe "Dzieje rodu Otori" się skuszę.

Na tle dzikiego lasu, imponujących zamków, ukrytych świątyń i pól bitewnych przygoda, która rozpoczęła się w "Cesarzu ośmiu wysp", zmierza ku pasjonującemu zakończeniu w "Panu Ciemnego Lasu", drugiej części "Opowieści o Shikanoko" Lian Hearn.
Prawowity władca znika. Shikanoko zostaje skazany na życie wyrzutka w Ciemnym Lesie, pół człowieka, pół jelenia. Jednak potężni panowie, którzy teraz rządzą Ośmioma Wyspami, stają się ofiarami podejrzliwości i choroby, a królestwo pustoszą susze i głód. Jedynie Shikanoko może przynieść krajowi uzdrowienie, osadzając na Lotosowym Tronie prawdziwego cesarza. A tylko jedna osoba może sprowadzić go z Ciemnego Lasu...

"Długi kosmos" Terry Pratchett, Stephen Baxter
11 maja

Zastanawiam się ile na tym etapie w całym projekcie zostało Pratchetta... Niemniej, wypadałoby przeczytać wszystkie zaległe tomy i zaopatrzyć się w najnowszy (Luby jest na bieżąco i marudzi, że nowego jeszcze nie dostał).

Lata 2070–2071. Minęło prawie sześćdziesiąt lat od Dnia Przekroczenia, a na Długiej Ziemi rozwija się nowa, postludzka spoleczność Następnych.
Dla Joshuy Valienté, dobiegającego siedemdziesiątki, nadszedł czas, by wyruszyć na jeszcze jedną, ostatnią samotną wyprawę do Wysokich Meggerów: po przygodę, która zmienia się w katastrofę. Kiedy staje wobec bezpośredniej groźby śmierci, jedyną nadzieją ocalenia staje się stado trolli. Kiedy jednak Joshua musi się zmierzyć z własną śmiertelnością, Długa Ziemia odbiera sygnał z gwiazd – sygnał odebrany przez radioastronomów, a także – w sposób bardziej abstrakcyjny – przez trolle i przez wielkie trawersery. Wiadomość jest prosta, ale o porażających implikacjach:
DOŁĄCZCIE DO NAS.
Superinteligentni Następni odkrywają, że przekaz zawiera też instrukcje budowy ogromnej sztucznej inteligencji., By ją jednak skonstruować, muszą szukać pomocy w uprzemysłowionych światach ludzi. Część po części, bajt po bajcie, montują komputer rozmiarów kontynentu – urządzenie, które zmieni miejsce Długiej Ziemi w kosmosie i ujawni ostateczny, afirmujący życie cel tych, którzy wysłali wiadomość. Jej sens do wszystkich i odczują je wszyscy – ludzie i inne gatunki, młode i stare, społeczności i pojedyncze osoby – którzy zamieszkują Długą Ziemię.

"MaddAddam" Margaret Artwood
16 maja

Zwieńczenie trylogii będzie, znaczy można zacząć czytać (na marginesie, o ile okładki dwóch poprzednich części uznawałam za w jakiś sposób fascynujące, to ta mnie przeraża...).

Toby, ocalała ze stworzonej przez człowieka zarazy, która spustoszyła ziemię, opowiada historie.
Historie o dawnym świecie i historie, które ukształtują świat nowy.
Opowieści tych uważnie słucha Czarnobrody, jeden z niewinnych Derkaczan, istot stworzonych po to, by zastąpiły ludzi. Ich prorok, Yeti-Jimmy, zapadł w śpiączkę, wybierają więc sobie nowego bohatera – Zeba, mężczyznę, którego kocha Toby. Same opowieści jednak nie wystarczą, gdy garstka ocalałych musi dać odpór przebiegłym świnionom, napadającym na ich skromny ogród, i zdziczałym, podstępnym paintbólowcom.
Witajcie w świecie niesamowitej wyobraźni Margaret Atwood.

"Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli" Nathanael Johnson
17 maja

To jest jedna z tych "eco" pozycji, która naprawdę mnie ciekawi. Wydawnictwo z tych mniej znanych, więc nie wiem, czego się spodziewać, ale temat bardzo chodliwy.

Majestatyczny gołąb, uroczy ślimak, mistyczny miłorząb – każdy z nich ma do opowiedzenia ciekawą historię.
Wszystko zaczęło się, kiedy Nathanael Johnson postanowił nauczyć córeczkę nazw wszystkich drzew, które mijali w drodze do przedszkola w San Francisco. Mały projekt zamienił się w wielką przygodę mającą na celu odkrycie sekretów i ciekawostek dotyczących fauny i flory w mieście.
"Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli" uchylają rąbka tajemnicy z życia zwierząt i roślin, które znajdziesz na pobliskim skwerze, w parku czy przy drodze do pracy. Lupa, lornetka i przewodnik – tylko tyle potrzeba, aby poznać fascynujący świat miejskiej przyrody.
Każdy z bohaterów książki odkrywa nie tylko własną historię, ale ukazuje również prawdziwe oblicze świata natury – który bywa przewrotny, czasem irytuje, ale przede wszystkim jest przepiękny.
Zagłębiając się w miejską dżunglę, dowiesz się, że gołębie potrafią latać z prędkością 177 kilometrów na godzinę oraz dobierają się w pary na całe życie, a wrony nie tylko zapamiętują ludzkie twarze, ale potrafią robić na złość tym, którzy wchodzą im w drogę. Z kolei liście nasturcji idealnie nadają się na kanapkę, a składniki na najlepszą sałatkę znajdziesz w parku.

"Ukryte życie lasu" David Haskell
24 maja

Jak ktoś się w poetycki sposób (najwyraźniej bardzo poetycki, skoro został nominowany do Pulitzera i podobno dość daleko w tym konkursie zaszedł) opowiada o lesie, który znam (bo Anglia nie tak daleko, jeśli o klimat chodzi), to ja bardzo chcę to zobaczyć.

Przyjrzeć się z bliska maleńkim cudom natury, wsłuchać się w pieśń powstałą z pojedynczych dźwięków przyrody, wniknąć w las... Zapalony biolog David Haskell z wyczuciem i niezwykłym zamiłowaniem opowiada o dzikim lesie, a dokładniej o maleńkim jego wycinku, któremu cierpliwe przypatrywał się przez cały rok. W zebranych przez niego obserwacjach jak w soczewce ujawnia się złożona sieć procesów zachodzących w przyrodzie w kolejnych porach roku.
Salamandra przemykająca po liściu, pierwszy wiosenny kwiat, traszka, świetliki, porosty i mchy – oto mikrokosmos pełen nieoczekiwanych tajemnic, las w swoich zadziwiających przejawach, a w tle pobrzmiewające pytanie o miejsce człowieka w świecie natury.
Poetycka elegancja stylu, filozoficzna głębia przekazu i ogromna wiedza przyrodnicza zawarta w Ukrytym życiu lasu zaprowadziły Haskella aż do finału Nagrody Pulitzera. Jego książka, obsypana nagrodami, ukazała się w wielu krajach na całym świecie.

"Królewska talia" Marcin Mortka
24 maja

Mortki czytałam dotąd jedno opowiadanie (całkiem sympatycznie skądinąd), bo z powieścią o piratach przegrałam. Ale nowa powieść fantasy, jaką autor zapowiada na koniec miesiąca, brzmi całkiem interesująco.

Mandylion to królestwo, które istnieje od tysięcy lat. Rządy w nim sprawuje król Duncan III. Służy mu wiernie czternaście rodów oraz zagadkowa kasta Pieśniarzy, dbająca o wewnętrzny porządek kraju. Całość spaja Królewska Talia – pradawny, tajemniczy artefakt, który narzuca posłuszeństwo zarówno rodom, jak i Pieśniarzom. Spokojne życie mieszkańców królestwa przerywa nadejście Czerni. Niezbadana siła zmusza mieszkańców do ucieczki i szukania nowej ojczyzny. Ci, którzy uniknęli starcia z Czernią, przeprawiają się przez Wściekłe Morze do Taliadu, krainy rozbitej na trzy pomniejsze księstwa. Mandyliończycy podbijają ją bez trudu. Ale nowa ojczyzna skrywa więcej tajemnic, niż Mandyliończycy byliby w stanie przypuszczać. Młody Tankred z rodu Hanstarów odkrywa spisek skierowany przeciwko jego rodowi i wyrusza w podróż przez ziemie Taliadu w poszukiwaniu prawdy. Chce zapobiec rozłamom w królestwie.
Na jego drodze stają straszliwe widma i śmiertelnie groźni Jastrzębi Rycerze, tajemnicze budowle i przedziwne postacie, które z czasem staną się jego sprzymierzeńcami. A wszystko otacza wszechobecna magia...

"Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" Tomasz Marchewka
24 maja

Jako wierna fanka Lamory i spółki nie mogę nie spojrzeć z ciekawością na łotrzykowskie fantasy (?) napisane przez polskiego autora (poza tym bardzo podoba mi się ta komiksowa okładka). Zobaczymy.

Jeżeli boisz się ryzykować, nawet nie siadaj do gry.
Hausenberg to miasto, które nie ma litości dla słabych. Sposobów, żeby cię przerobić, jest wiele: kieszonkostwo, obijana albo stara dobra szulerka. Lecz jeśli jesteś charakterny inie boisz się grać o wysokie stawki, będziesz zachwycony!
Slava, młody, szatańsko zdolny szuler, wyznaje jedną zasadę – jeżeli czegoś chcesz, musisz to sobie wziąć. A jego cel jest prosty: pokazać wszystkim, że to on jest w Hausenbergu numerem jeden. Niestety, wybrał sobie fatalny moment, bo nie jest jedynym wmieście, który ma poważne plany. Na domiar złego właśnie skrewił długo szykowany przekręt. Z pomocą przychodzą mu starzy kompani: zabójca Nino i Petr, samozwańczy król złodziei. Żaden z nich nie podejrzewa, że już wkrótce przyjdzie im się zmierzyć z bardzo mocnym graczem. I postawić wszystko na jedną kartę.
"Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" to brawurowo napisana, łotrzykowska opowieść o tym, że aby wygrywać z największymi, najpierw trzeba wygrać z samym sobą.

"Inteligencja kwiatów" Maurice Maeterlinck
30 maja

Z jednej strony temat ciekawy i autor noblista. Z drugiej trochę się boję, że jego teksty w perspektywie nowej wiedzy mogą trącić myszką.

Wśród jego utworów wielką poczytnością cieszyły się znakomite eseje filozoficzno-przyrodnicze, w których dowiódł talentu wnikliwego obserwatora przyrody i umiejętności fascynującego jej opisywania. Dziś prezentujemy jego Inteligencję kwiatów.
Ciekawe jest zauważyć, ze po latach wracamy do identycznych obserwacji jak właśnie Maeterlinck, który pisze o swojej książce tak: Szkic mój nie ma zgoła aspiracji stania się podręcznikiem. Jedynie pragnę zwrócić uwagę na kilka interesujących rzeczy, jakie dzieją się tuż obok nas, w tym samym świecie, gdzie uważamy się z taką pychą za istoty uprzywilejowane. () Geniusz ziemi, będący prawdopodobnie zarazem geniuszem całego świata, zachowuje się w walce o byt podobnie do człowieka. Stosuje te same metody i posługuje się tą samą logiką. Osiąga cel środkami, jakich się imamy, idzie po omacku, waha się, zawraca, zaczyna po kilka razy jedno, dodaje szczegóły, eliminuje je, poznaje i naprawia błędy. Słowem, robi wszystko, co my byśmy robi na jego miejscu.

środa, 10 maja 2017

[Przedpremierowo] "Miasto Schodów" Robert Jackson Bennett

Czasami bardo się cieszę, że jestem blogerką. Widzicie, są takie książki, które na pierwszy rzut oka wydaja się ciekawe i nawet chętnie bym je przeczytała, ale z kolei nie interesują mnie na tyle, żebym od razu leciała kupować. Koniec końców lądują zapomniane na nieskończonej liście ciekawych tytułów do przeczytania kiedyś i jeśli mają szczęście, to może za kilka lat przypomnę sobie o nich, trafiając przypadkowo w bibliotece. Z drugiej strony, bardzo chętnie takie tytuły biorę do recenzji, jeśli zostaną mi zaproponowane (bo, no wiecie, wtedy ryzykuje tylko własnym czasem). Jedna z takich powieści jest „Miasto Schodów”. Dzięki temu, że jestem blogerką bardzo interesujący tytuł nie umknął mi na długie lata.

Bułykow kiedyś był najpotężniejszym miastem Kontynentu. Niestety, jakieś osiemdziesiąt lat temu przegrał wojnę, stracił swoich bogów i upadł. Okupanci z Sajpuru wyznaczyli nowe prawa, ale miejscowi dalej pamiętają lata chwały, przez co sytuacja w mieście jest bardzo napięta. Do tego stopnia, ze ginie sajpurski naukowiec – persona niezwykle popularna i zasłużona dla nauki u siebie, w Bułykowie powszechnie znienawidzona. Stolica nie pozostaje obojętna i w kilka godzin przysyła kogoś, kto ma się sprawą zająć. Czyli Sharę Thivani, oficjalnie tylko ambasadorkę niższego szczebla. Jednak czy zabójstwo to tylko eskalacja napięcia? I czy Shara jest na pewno tylko tym, za kogo chce uchodzić?

Zanim przejdziemy do rzeczy istotnych, czyli tych, które w książce są ciekawe, zapłaczę nad tym, co mnie bolało. Narracja w czasie teraźniejszym jest największa bolączką tej książki i poważnie postuluję, żeby tego zabronić. Zamiast dynamizować opisy zawiesza je tylko w dziwacznym slow motion, onirycznym bezczasie, który w większości przypadków kompletnie nie pasuję i przynosi efekt odwrotny do zamierzonego. A mój mózg i tak zaczyna go przekształcać w czas przeszły, dla własnego psychicznego zdrowia. Tak więc, drodzy autorzy, jeśli chcecie być oryginalni w formie, nie idźcie tą drogą. W dziewięciu przypadkach na dziesięć to się w ogóle nie sprawdza.

Wylawszy żale, mogę przejść do rzeczy istotnych, czyli do wyjaśniania, dlaczego pomimo narracji w czasie teraźniejszym warto tę książkę przeczytać.

Po pierwsze, „Miasto Schodów” to rasowe urban fantasy. Co z tego, że akurat miasto jest tutaj z tych realnie nieistniejących? Wszak podgatunek definiuje niezbywalna rola aglomeracji, czy to jako dekoracji, czy też (rzadziej, choć chyba bardziej zgodnie z konwencją) jako pełnoprawnego bohatera. A Bułykow niewątpliwie bohaterem jest. Jest potrzaskanym świadectwem dawnej, świetlanej historii, o której przypomina rdzennym mieszkańcom. Jest trofeum, które najeźdźcy traktują niczym gnijący łeb pokonanego potwora nad bramą grodu. Jest żywe, choć niekompletne, a bohaterowie nieustannie odkrywają drzemiącą w nim moc i tajemnice. Bez Bułykowa nie dałoby się napisać tej historii.

W tym miejscu muszę napisać nieco o świecie przedstawionym, bo moje dalsze wywody mogłyby być niezrozumiałe. Mamy bowiem tutaj ciekawy kontrast. Widzicie, cywilizacja, która rozwijała się na Kontynencie była kompletnie atechniczna. Po co komu technika, skoro błogosławieństwo łaskawego bóstwa zaspokaja wszelkie potrzeby? I tak zamiast wynalazków były cuda (coś w rodzaju zaklęć lub zaklętych przedmiotów, pozwalających na przykład prowadzić „videorozmowy” na odległość) zamiast medycyny – lecznicze fontanny z żywą wodą, zamiast budownictwa – boska architektura. Niestety, kiedy zabrakło bogów, a wraz z nimi ich dzieł i cudów, Kontynentanie okazali się śmiertelnie zacofani na tle mniej więcej dziewiętnastowiecznej technologii sąsiadów. Moim skromnym zdaniem to jeden z najciekawiej nakreślonych konfliktów na linii magia-technologia, z jakim miałam do czynienia.

Widzicie, fantasy to taki dziwny gatunek, który (przynajmniej do momentu przekroczenia masy krytycznej, po którym zaczynają rodzić się dekonstrukcje) stoi wydziedziczonymi książętami, rebeliantami i ogólnie tymi, którzy niesłusznie przegrawszy poprzednią wojnę, na kartach powieści dzięki kolejnej próbują odzyskać to, co utracili. Tak więc zwykle mamy okazję podziwiać historię podbitego ludu, który odzyskuje niepodległość albo tego nieszczęsnego książęcia, które odzyskuje należną mu władzę z rąk uzurpatora (a ten zawsze, ale to zawsze jest zły, podły i nieudolny. Chyba, że Kay). Bennett dla odmiany proponuje nam spojrzenie z drugiej strony barykady.

Cała historia w „Mieście Schodów” opowiedziana jest z perspektywy obywateli Sajpuru. Którzy, zanim wzniecili zwycięskie powstanie, byli niewolnikami Kontynentu. Są jednak zwykłymi ludźmi. Może polityka nowego rządu nie jest godna aprobaty, ale to jeszcze nie znaczy, że poszczególni obywatele muszą w pełni się z nią identyfikować. Będąca główną bohaterką Shara na przykład chce dążyć do prawdy. Najpierw głownie w sprawie śmierci naukowca (a prywatnie – przyjaciela), co nieuchronnie prowadzi ją do rozważań nad prawdziwą naturą bogów i wydarzeń, które doprowadziły do ich upadku. Niestety, funkcja, którą pełni stoi w sprzeczności z beztroskim odkrywaniem prawdy. (Poza tym „Miasto Schodów” to jedna z tych powieści, w których autor pokazuje, że historię tworzą zwycięzcy. I że jej oficjalna wersja niekoniecznie ma wiele wspólnego z obiektywną prawdą).

Trochę nietypowe jest to, że większość istotnych bohaterów książki to kobiety – nie, żeby było mi z tym źle, raczej taka miła i zaskakująca odmiana. Mamy więc Sharę, postać złożoną i najważniejszą w opowieści. Jest osoba nieprzeciętnie inteligentną, w młodości miała przed sobą świetną karierę. Niestety, przez wrodzony idealizm wpakowała się w kłopoty i od kilkunastu lat pozostaje na nieoficjalnym wygnaniu, wypełniając zagraniczne misje. Na które zawsze posyła ją ciotka, istna Margaret Tatcher tamtego świata. Zaś w samym Bułykowie działania Shary wspiera gubernator Mulaghesh – zasłużona weteranka, która chętnie przeszłaby już na emeryturę, niestety ciągle dostaje niby lukratywne, ale trudne w utrzymaniu posady „za zasługi”. Nie, żeby męska obsada nie występowała, ale tak naprawdę tylko dwie postacie mają jakąś realna rolę do odegrania. I obie związane są z Sharą (w tym jedna, mam wrażenie, odegra kluczową rolę którymś z kolejnych tomów).

Mogłabym właściwie jeszcze długo pisać o zagadnieniach poruszanych przez Bennetta (o naturze wiary i relacji między bóstwem a wiernymi, o tym, czy cel zawsze uświęca środki, o tym, czy właściwe jest odcinanie kogokolwiek od jego korzeni – o, to jest bardzo ciekawie poruszona kwestia, zarówno w skali społeczności, jak i jednostki…), ale wymagałoby to spoilerów. Którymi szanownych czytelników raczyć nie chcę. Powiem tylko, że całkiem słusznie tę powieść nominowano do World Fantasy Award.
Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Tytuł: Miasto Schodów
Autor: Robert Jackson Bennett
Tytuł oryginalny: City of Stairs
Tłumacz: Piotr Zawada
Cykl: Boskie miasta
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2017
Stron:

piątek, 5 maja 2017

[Internety inspirujo] Te dobre blogi książkowe

Tytułem wstępu: spontanicznie stworzyłam cykl "Internety inspirujo" dla rzeczy, które w jakiś sposób zostały zainspirowane przez internet (flejm na fejsiku, komentarz użytkownika itp.), a których nie uważam za wystarczająco tru, żeby znalazły się w "Zmyśleniach". Zważywszy na to, że właśnie odkryłam fejsikowe grupy (tak, wiem, jestem atechnologiczna. I nie lubię Facebooka), wróżę mu świetlaną przyszłość.

Ostatnio na Facebooku (znowu) wywiązała się dyskusja o tym, jakie to głupoty na tych książkowych blogach wypisują. W jednej z jej odnóg rzuciłam nieopatrznie, że przydałaby się lista blogów dobrych, do wykorzystania jako kontrargument. O dziwo znalazło się kilku chętnych (których z tego miejsca serdecznie pozdrawiam!), którzy byliby zainteresowani nawet moją wysoce subiektywną wersja takiej listy.

Od razu na wstępie zaznaczę, że jest to lista blogów dobrych DLA MNIE. Takich, które mnie się podobają, zdanie autorów których z czysto subiektywnych przyczyn cenię i które mi się czyta przyjemnie (warto mieć na uwadze, że np. idealna korekta tekstów nie jest dla mnie najważniejsza. Wystarczy, by była na tyle dobra, żeby błędy nie rzucały mi się w oczy. Dla wrażliwców próg nie do przeskoczenia). Nie są to też jedynie blogi, na jakie zaglądam i które uważam za wartościowe, ale ograniczyłam się do takich, które odwiedzam z grubsza regularnie.

Jest to też lista blogów, które arbitralnie, według własnego widzimisię, uznałam za książkowe - więc żaden z cenionych przeze mnie blogów popkulturowych tu nie trafił. Za to jak najbardziej trafiają takie, na których w większości się pisze o książkach, ale nie tylko.

Jako skamielina blogosfery zaznaczam też, że bardzo NIE jestem na bieżąco z nowinkami w branży. Za dużo tego się pojawia i za szybko znika... A jako że im człowiek starszy, tym mniej ma czasu, skupiam się głównie na tym, co bliskie mojej strefie komfortu. Czyli na dłużej zostaję tylko na blogach zajmujących się głównie fantastyką (bo takiego poświęconego głównie "literaturze eko" jeszcze nie znalazłam).

Ale do rzeczy. Kolejność przypadkowa.


Klasa sama w sobie, jeśli idzie o blogosferę książkową. Blog bardzo stary jak na internetowe standardy, zaś blogerka z wykształceniem mniej więcej tematycznym i bardzo zaawansowanym (dzięki bogu, notki nie przypominają recenzji formalnych). Niestety, Paulina nie interesuje się szczególnie fantastyką (czasem jakaś pojedyncza pozycja). Osobiście zaglądam do niej głównie po opinie odnośnie szeroko pojętej "literatury eko", bo nie dość, ze sporo ich się u niej pojawia, to jeszcze czasem trafiają się rzeczy nie wydane po polsku (a to zawsze jakaś prognoza na przyszłość).


Siostry dla odmiany piszą głównie o fantastyce (niestety, zdecydowanie za rzadko ostatnimi czasy) i przynajmniej jedna z nich ma zaawansowane wykształcenie tematyczne. Chciałabym, żeby dawały mi pretekst do częstszego zaglądania.


Gryzipiórowe notki są bardzo analityczne, w ten przystępny sposób, z którym aż chce się dyskutować. Ufam jej gustowi. Jedyny problem z Gryzipiórem jest taki, ze czyta ksiązki, które chcę przeczytać szybciej ode mnie. I o nich pisze. Więc ja tych notek czytać nie mogę, bo raz, że wtedy dyskutować ciężko, a dwa, że jeszcze przejmę jej punkt widzenia i jak tu później subiektywną opinię wyrazić?


Blog Ninedin to już legenda (a jeśli nie, to tylko przez błąd matrixa, bo zdecydowanie powinien być). Jeden z pierwszych, na jaki w ogóle się natknęłam na długo przed tym, zanim zaczęłam się zastanawiać nad własnym. Ninedin pisuje takie notki, jakie ja zawsze chciałam pisać, więc jest to jeden z nielicznych blogów, które czytam niezależnie od tego, co na nim wyląduje (no, może poza notkami zawierającymi spoilery do książek, które chcę przeczytać. Bo niestety, Ninedin spoilerów nie unika. Ale zawsze przed nimi ostrzega. Zresztą, bez spoilerów jej notki nie byłyby takie soczyste). Szkoda, że nie pisze częściej.


5. Kroniki Nomady
Przyznam, że nie zawsze (uwaga, nisko latające eufemizmy) zgadzam się z opiniami Silaqui. Niemniej, nie można jej odmówić, że wszystko, co czyta i opisuje, analizuje bardzo skrupulatnie. Niestety, rzadko czyta to samo, co ja, więc nieczęsto dyskutujemy.



6. Biblioteka Kruka fantastyczna
Zaraz po blogu Ninedin jest to taki, do którego poziomu dążę. Niestety, Kruk pisze zdecydowanie za rzadko. Pisze też głównie o starszej fantastyce, co akurat wadą nie jest.


7. Rybie udka
Blog jest dla autora raczej archiwum publikowanych gdzie indziej tekstów niż osobnym bytem, ale to przecież wcale mu nie ujmuje wartości merytorycznej. Recenzje są rzeczowe, dogłębne i bardzo wyważone (co dla mnie bywa wadą, bo za taką uznaję brak emocji na blogu, ale to ja), choć często znacznie wcześniej można znaleźć je w innych miejscach.


8. Wielki Buk
Cóż, gusta literackie autorki tego bloga w jakich 95% rozmijają się z moimi. Ale trzeba przyznać, że notki pisze solidne. Lubię czasem zajrzeć.


9. Rozkminy Haydyny
Na Rozkminach udzielam się rzadko (w ogóle ostatnio rzadko udzielam się na wszystkich blogach, muszę to zmienić), ale zaglądam regularnie i lubię sobie poczytać. Choć chyba powinnam czytać częściej.



10. Qbuś pożera książki
U Qbusia cenię głównie dyskusje okołoliterackie, ale nie tylko. Wszystkie recenzje są solidne, a sam bloger wie, o czym pisze (mógłby czasem jeszcze pisać o jakiejś fantastyce z zagranicy, której u nas nie wydali, no ale cóż, nie można mieć wszystkiego).

I na tym zakończmy, zamknijmy się w okrągłej dziesiątce. Choć pewnie jeszcze jedna by się uzbierała. Ale wymagałaby weryfikacji (wiecie, jestem leniwa, kilka fajnych blogów uciekło mi jakiś czas temu z radaru i musiałabym sprawdzić, czy jeszcze żyją i jakiej jakości to życie), a teraz nie mam na nią ochoty.

środa, 3 maja 2017

Stosik #91

Taki stosiki lubię najbardziej. Nie za duży, nie za mały.:) Kolejny będzie większy, bo planuję w maju spore zakupy, ale tymczasem cieszmy się minimalizmem.


Lecimy od góry. "Pasterska korona" jest ostatnim tomem dyskowej kolekcji i tym sposobem złapałam je wszystkie. Przeczytana i zrecenzowana na blogu.

A historii tej różowej książeczki o kucyponkach i tak nie zrozumiecie (na fanpejdż ją wrzucałam :P ).

Dwie kolejne to egzemplarze recenzenckie. "Pył Ziemi" dostałam od SQN i już go nawet przeczytałam, więc recka niedługo. "Cesarza ośmiu wysp" dostałam od Maga. Mam nadzieję przeczytać przed premierą drugiej części (o ile wydawca oficjalnie raczy potwierdzić jej datę).

A na koniec żniwo empikowej promocji na UW. Z tych całych pięciu tomów serii, jakie w moim salonie mieli (z czego jeden tytuł mam od dawna na półce) wybrałam "Tlen" (bo okładka) i, po długich dywagacjach, "Stulecie przemocy" (bo jednak opis wydał mi się najciekawszy).

niedziela, 23 kwietnia 2017

"Żądła rządzą" Dave Goulson

Trzeba przyznać, że pszczoły są ostatnio bardzo nośnym tematem w literaturze. W ciągu ostatniego roku jakoś wyjątkowo w nie obrodziło, głównie w beletrystyce i ogólnie wśród książek, które nie roszczą sobie prawa do bycia (popularno)naukowymi źródłami wiedzy (na przykład „Rój” sobie bardzo nie rości, ale ogólnie wpisuje się w nurt). Tymczasem najnowszy tom serii Eco również wpisuje się w nurt, poniekąd. „Poniekąd”, bo wpisuje się z popularnonaukowym zacięciem i bo nie o samych pszczołach miodnych traktuje, a o ich bliskich kuzynach, trzmielach (oba gatunki – tak, wiem, trzmiel to raczej rodzaj - należą przecież do tej samej rodziny). Przy okazji ma też okładkę, która mnie całkowicie urzekła (acz zmiana liternictwa względem reszty serii trochę w oczy kole).

Dave Goulson jest naukowcem (biologiem konkretnie, a jeszcze konkretniej: entomologiem), który całą swoja karierę poświęcił badaniu owadów. Szczególnym uczuciem obdarzył trzmiele: nie tylko poświęcił im większość swoich prac naukowych, ale też założył mini rezerwat dla tych stworzeń (o czym też napisał książkę, ale jeszcze nikt jej u nas nie wydał) oraz organizację charytatywną na rzecz ich ochrony. Napisał też o nich (oraz o swojej miłości do nich) książkę: trochę zbiór esejów z pewnym zacięciem literackim, bardziej pozycję popularnonaukową. I właśnie tę książkę w nasze ręce oddało wydawnictwo Marginesy.

„Żądła rządzą” to opowieść o trzmielach Wielkiej Brytanii (sporo z nich występuje też w Polsce). Autor zaczyna co prawda bardziej osobiście, od początków własnej miłości do natury i zainteresowania nią (i przyznam, że od niektórych akapitów opisujących popisy kilkuletniego Dave’a mnie, jako odpowiedzialnej właścicielce zwierząt domowych, włos się jeżył na głowie), by dopiero później przejść do bardziej ogólnych tematów. Choć trzeba przyznać, że wątek autobiograficzny jest kontynuowany. No bo jak tu przejść do bezosobowego omówienia wyników, skoro to, jak się je osobiście zdobywało (na przykład biegając po sąsiednich laboratoriach i łapiąc zbiegłe roje) dla czytelnika może być równie interesujące? Ta kontynuacja zresztą na dobre książce wychodzi, bo suche wyniki to przecież można sobie w czasopismach naukowych przeczytać, gdzie zresztą miłośnicy natury się po nie udają. Jeśli zaś są jednocześnie miłośnikami literatury, to chcą przeczytać o czymś więcej, chcą czegoś bardziej osobistego od autora. I właśnie to im (nam) Goulson zapewnia w swej książce.

Takie wykwity na moim instagramie.
A same trzmiele? Oczywiście nie zostały pominięte. Goulson potrafi świetnie swoje osobiste anegdotki przeplatać naukowymi faktami, a to wszystko podane bardzo przystępnie. Mamy więc omówienie cyklu życiowego trzmieli, historię ich ewolucji, mój ulubiony kawałek o próbach wyszukiwania gniazd za pomocą specjalnie szkolonych psów, sporo o zagrożonych gatunkach a także o wpływie gatunków introdukowanych do obcych środowisk na rodzimą faunę. Jest też sporo o tym, jak możemy nasz własny ogródek czy balkon uczynić bardziej przyjaznym dla lokalnej fauny. Wartością dodaną dla mnie był dość szczegółowy i przystępny opis tego, jak właściwie wygląda eksperyment naukowy – osobom nieobeznanym może to sporo powiedzieć o tym, jak właściwie robi się naukę.

Trzmiele to bardzo wdzięczne zwierzęta – jedne z moich ulubionych owadów. Bardzo dobrze, że pojawiła się pozycja, która w sposób przystępny (bo Goulson pisze bardzo przystępnie, z pewnymi pretensjami do literackości; pisze też w sposób, który ja osobiście w tego typu pozycjach uwielbiam: łącząc nagie, naukowe fakty z relacjami z wydarzeń, których był światkiem i osobistym spojrzeniem na sprawę) opowiada o tych popularnych (ciągle jeszcze), ale niedocenianych owadach. Warto popularyzować wiedzę o naturze, którą spotykamy po przekroczeniu własnego progu. 

 Książkę otrzymałam od wydawnictwa Marginesy.

Tytuł: Żądła rządzą
Autor: Dave Goulson
Tytuł oryginalny: A Sting in the Tale
Tłumacz: Anna Bańkowska
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2017
Stron: 318

środa, 12 kwietnia 2017

"Drobna przysługa" Jim Butcher

To już tyle lat… jak dotąd nie próbowałam precyzyjnie określać upływu czasu w Dresdenwersum, ale w „Drobnej przysłudze” akurat można – mamy rok 2003 lub 2004. A to oznacza, że od początku cyklu, w wewnętrznej linii czasowej minęło już jakież dwanaście lat (około. Pewnie wśród zagorzałych fanów znaleźliby się tacy, którzy określili to dokładniej – albo po prostu zapytali autora – ale nie nurkowałam w fandomie ze względu na spoilery). To dziwne, bo rzadko zdarza mi się czytać cykle, w których upływ czasu jest tak namacalny (chyba powinnam jednak uzupełnić sobie cykl o Tiffany Obolałej. Wywołuje podobne wrażenie). Poczyniwszy ową dygresję, mogę wreszcie przejść do rzeczy.

Tym razem zaczyna się sielankowo – ot, Harry i dzieciaki Carpenterów bawią się na podwórku. Ale jak wiadomo, nic nie może przecież wiecznie trwać i cała grupa zostaje zaatakowana przez dziwne stwory. Zaraz potem z podejrzaną sprawą dzwoni policja, a kiedy tylko Harry próbuje zorientować się, jak może im pomóc, dopada go królowa fae. I chce odebrać swoja przysługę. Ten dzień już chyba nie może być gorszy…

Przyznam, że na etapie dziesiątego tomu pewne elementy charakterystyczne dla cyklu zaczynają być nużące. Paradoksalnie, są to momenty, które w założeniu mają dynamizować akcję. Mówię głównie o scenach, kiedy ktoś Dresdena goni i próbuje zabić albo mamy bezpośrednią potyczkę. „Drobna przysługa” jest takich scen pełna. Niby nie jest to żadna nowość, bo to, że Harry kilka razy w czasie powieści dostaje łomot to już taka nowa świecka tradycja. Zwykle są też mocno przewidywalne – no wiadomo przecież, że mając w perspektywie kolejnych trzynaście tomów autor swojego bohatera-narratora nie zabije ani poważnie nie uszkodzi. Pierwszy raz miałam wrażenie, że te rozbudowane sceny mają po prostu nabić książce objętości. Tom dziesiąty mógłby się spokojnie bez kilku z nich obejść.

Być może chodzi o fakt, że w poprzednich tomach z takich potyczek często wynikało coś interesującego: a to jakiś plot twist, a to wypływała nowa informacja odnośnie świata przedstawionego, a to pojawiał się nowy bohater (a ponieważ wiemy, że Butcher lubi bohaterów trzecioplanowych jednego tomu czynić kluczowymi postaciami któregoś kolejnego, na każdego nowego zwracamy uwagę). Teraz tego brakowało. I to nie jest tak, że wymagam od autora, żeby w połowie wielotomowego cyklu ciągle odkrywał kluczowe elementy świata przedstawionego. Ale ciągle wymagam, żeby mnie czasem zaskoczył.

Jak zwykle zapraszam na mojego instagrama.;)
„Drobnej przysłudze” brak może elementu zaskoczenia i powiewu świeżości, ale przynajmniej autor przypomniał nam sporą grupę znanych bohaterów. Bo kogo tu nie ma: Rycerze Miecza z rodziną i ich odwieczni wrogowie, Marcone z tym znanym czytelnikowi fragmentem swojego przestępczego imperium, Murphy, Thomas, fae w różnych odsłonach, Strażnicy… Z jednej strony fajnie: wiemy, że autor o swoich postaciach nie zapomina, a i czytelnicy chętnie znowu spotkają się z ulubieńcami. Z drugiej – trochę za dużo tych grzybków w barszczu. Za tłoczno na kartach powieści. Na osłodę mamy zdecydowane przebudowanie relacji między pewnymi postaciami, ale szczerze mówiąc, nie jestem usatysfakcjonowana. (Znaczy wiecie, gdyby postać A była moim żywym znajomym, to bardzo by mnie ucieszyła jej relacja z postacią B, niezależnie od tego, jak się ostatecznie rozwinie. Ale ponieważ mamy do czynienia z konstruktami literackimi, cała sytuacja jest mocno odczapista).

Nie jest tak, że „Drobna przysługa” niczego nie oferuje. Oferuje na przykład bardzo kreatywne wykorzystanie „Dwóch wież” Tolkiena (oraz ciekawa jestem, jak tłumacz wybrnie z faktu, że dwie różne magiczne umiejętności nazwał tak samo). Ogólnie poza faktem, że powieść cierpi na syndrom drugiego tomu, czyta się ją całkiem przyjemnie. Ale mam nadzieję, że kolejny tom będzie bardziej treściwy.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Drobna przysługa
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Small Favor
Tłumacz: Michał Jakuszewski
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 598

sobota, 8 kwietnia 2017

Zmyślenia #36 Dlaczego nie ufam selfpubom

Właściwie ta notka chodziła za mną od dawna (nawet powstało kilka wstępnych szkiców), ale jak dotąd żaden mnie nie zadowalał. Bo wiecie, chciałam napisać zrównoważoną, w miarę obiektywną opinię o możliwie przekrojowej treści. Jednak ostatnio z każdego zakątka internetu atakują mnie linki do zbiórek na polakpotrafi.pl czy innym siepomaga, gdzie młodzi wannabe autorzy próbują zebrać kasę na wydanie swojego debiutu fantasy. I czuję się niejako zmuszona okolicznościami do wyjaśnienia, dlaczego nie przepadam za taką wydawniczą samodzielnością. Więc notka będzie bardzo spod znaku „IMO”, może nawet dość emocjonalna. Zrównoważoną, przekrojową notkę napiszę kiedy indziej. 

Jako ilustracja wpisu - randomowe, zabawne gify ze zwierzętami.
Zacznijmy może od zdefiniowania tego, co na potrzeby notki będę nazywać selfem. Otóż za self uznaję wszystko to, co autor wydał za własne (lub zebrane od darczyńców) pieniądze, z pominięciem mainstreamowych wydawnictw (tak, ci, którzy założyli wydawnictwa tylko po to, żeby ich własna powieść ujrzała światło dzienne też się liczą. Chyba że wydają też inne książki bez współfinansowania). Koniec, kropka. Zdaję sobie sprawę, że istnieje coś takiego, jak selfpublishing właściwy i wydawnictwa typu vanity, ale na potrzeby tego wpisu załóżmy, że kiedy piszę o selfie, chodzi mi o ogół zjawiska, chyba że zaznaczę inaczej.

Ograniczę się też do pozycji z fantastyki. Raz, że na tym znam się najlepiej i najwięcej takich propozycji dostaję. Dwa, jest to przykład gatunku, który ostatnio wydawcy przyjmują z otwartymi ramionami, więc teoretycznie autor prezentujący poziom czytelności nie powinien mieć problemów z wydaniem się (dlatego sam fakt, ze zdecydował się na self, już budzi we mnie podejrzliwość). (Ogólnie jestem zdania, że są pozycje, dla których self jest sensowną opcją: książki bardzo specjalistyczne, fanfiki – choć wtedy dochodzi problem praw autorskich, rzeczy wydawane przez ludzi z dorobkiem literackim lub z nazwiskiem rozpoznawalnym z jakichś innych przyczyn, powieści bardzo, bardzo niszowe. Ale miażdżąca większość selfowej fantastyki nie łapie się do tych kategorii).


Na blogu może tego nie widać, ale dość regularnie dostaję propozycję zrecenzowania czegoś, co autor wydał własnym sumptem. To nie jest tak, że odrzucam każdą tego typu propozycję – był czas, kiedy podchodziłam do nich bardzo entuzjastycznie. Ale szybko się skończył. Teraz w ogóle odpowiadam tylko na takie, które zawierają dołączony fragment do przeczytania, a i to zwykle odmownie. Bo najczęściej już po pierwszym akapicie widać, czy inkryminowany utwór w ogóle nadaje się do czytania.

Moim pierwszym i największym problem z selfem jest bowiem jego poziom. To, co do mnie trafiało mieściło się w granicach od beznadziejnej grafomanii do przeciętnej poprawności. I w sumie w porządku, tradycyjne wydawnictwa też wydają sporo książek, które są przeciętnymi czytadłami. Sama czasem po nie sięgam, niektóre nawet bardzo lubię. W czym więc problem?

Po pierwsze w proporcji. Może miałam ogromnego pecha, ale na podstawie własnych doświadczeń śmiem twierdzić, że proporcja grafomanii czystej wody i najniższego poziomu do rzeczy zdatnych do czytania jest w tradycyjnym obiegu wydawniczym dokładnie odwrotna niż wśród selferów. To z kolei oznacza, że trzeba przekopać się przez morze crapu, żeby znaleźć coś ledwie zdatnego do czytania, a dobra książka byłaby rzadsza od jednorożca. Szczerze mówiąc, nie mam na to ani czasu, ani ochoty. Nawet jeśli miałoby mnie ominąć moje życiowe odkrycie literackie. Wolę tradycyjne wydawnictwa – tam już ktoś wstępnie oddzielił ziarno od plew, żebym ja nie musiała.


Po drugie, dwa magiczne słowa: redakcja i korekta. Tych zaklęć zwykle selferzy nie znają. W tradycyjnych wydawnictwach też nie jest idealnie, zdarzają się wręcz tragicznie wydane książki, ale właśnie: zdarzają się. To, co w tradycyjnej formie wydawniczej jest wypadkiem przy pracy, w selfie jest normą. Szczególne antyzasługi mają tu wydawnictwa typu vanity, które najczęściej bezczelnie w tej kwestii oszukują wannabe pisarzy, licząc sobie za usługi, których nie wykonują (lub których wykonanie ograniczają do włączenia autokorekty w Wordzie). Potem taki niczego nieświadomy autor myśli, że ktoś mu powieść zredagował (może nawet cieszy się, że tworzy taką super literaturę, skoro było tak mało/nie było obiekcji), a to guzik prawda. Trochę lepiej sytuacja ma się u autorów, którzy o wszystko dbają sami – i tu jest jakaś nadzieja. (acz płonna, przynajmniej dopóki Amazon nie wejdzie do Polski. Ale to już temat na tę obiektywną, rzeczową notkę)

No i teraz moi drodzy, powiedzcie mi, dlaczego jako czytelniczka mam się zmagać z wątpliwej jakości samizdatem, skoro mogę poczytać sobie czytadło równie przeciętne, ale przynajmniej poprawnie zredagowane? Pomijając już fakt istnienia książek poprawnie zredagowanych dobrych i bardzo dobrych.

To są główne powody mojej nieufności. Wiem, że może trochę generalizuję – są przecież autorzy, którzy nawet swojej twórczości nikomu nie wysyłali, bo nie podoba im się fakt odstąpienia praw majątkowych do utworu (czy jakikolwiek inny). Może coś fajnego mi przez to umknie. Trudno, i tak mam co czytać. A przykłady z zachodu pokazują, że jeśli selfer odnosi sukces to zaraz jakieś wydawnictwo się nim interesuje. I wydaje tę jego książkę. Posiedzę, poczekam, może i u nas wyklarują się takie przypadki.

środa, 5 kwietnia 2017

Na co poluje Moreni: kwiecień 2017

Kwiecień w porównaniu z marcem jest znacznie mniej obfity w ciekawe premiery (to dobrze, może nadrobię zaległości). Ale i tak na tym i owym można oko zawiesić.:)

Tym razem nie wyróżniam książek, które chcę mieć. Co prawda którąś z pozycji UW zapewne będę chciała nabyć, ale szczerze mówiąc, nie wiem którą. Więc wszystko będzie w jednej grupie.

A, no i na ten miesiąc znowu przełożono premierę "Pieśni węży" Marii Dunkel, ale umówmy się - przekładano ją już tyle razy, że ponownie wspomnę o niej dopiero przy recenzji, dobrze?

"Ściana burz" Ken Liu
11 kwietnia

Czytałam poprzedni tom i mimo pewnego rozczarowania (wiecie, wymagania zawyżone), chciałabym poznać kontynuację. Może w drugiej powieści Liu się rozkręci, wszak "Królowie Dary" byli jego debiutem w tej formie.

Cesarz Ragin rządzi Archipelagiem Dary, starając się zapewnić królestwu rozwój i jednocześnie zadośćuczynić żądaniom ludu. Kiedy jednak do wybrzeży Dary dociera inwazja z odległych ziem, w imperium wybucha chaos karmiony przerażeniem. Tym razem cesarz Ragin nie może poprowadzić swoich ludzi przeciwko zagrożeniu. Musi radzić sobie ze zdradą w najbliższym otoczeniu oraz fałszywymi oskarżeniami. 

"Duchowe życie zwierząt" Peter Wohlleben
12 kwietnia

Jak widać, literatura "ekologiczna" staje się coraz bardziej popularna - oby tak dalej. Książka o drzewach tego autora najwyraźniej sprzedała się na tyle dobrze, że postanowiono wydać kolejną. I przyznam, że ta kolejna interesuje mnie znacznie bardziej, jako że ogólnie zwierzęta interesują mnie znacznie bardziej od roślin. A kto wie, może jak ta mi się spodoba, toi poprzednią nabędę?

Koguty okłamujące kury? Łanie pogrążone w żałobie? Zawstydzone konie? To przejawy fantazji ekologów czy naukowo udowodnione fakty z życia zwierząt? Czy bogate życie uczuciowe nie jest zastrzeżone jedynie dla ludzi?
Peter Wohlleben, leśnik i miłośnik przyrody, korzystając z najnowszych badań i własnych obserwacji, udowadnia, że zwierzęta i ludzie w sferze uczuć i doznań są do siebie podobni. Odkrywa przed nami niesamowite historie zwierząt, w których możemy zaobserwować ich mądrość, współczucie, troskę czy przyjaźń.
Podobnie jak w bestsellerowym "Sekretnym życiu drzew" Wohlleben przedstawia w fascynujący sposób świat przyrody, którego nie znamy. Kochasz zwierzęta? Dzięki tej książce przekonasz się, że są ci bliższe, niż ci się zdawało.

"Afronauci" Bartek Sabela
12 kwietnia

Tutaj nie mam właściwie żadnych oczekiwań, ale sam temat afrykańskiego (zambijskiego konkretnie) programu kosmicznego wydaje mi się na tyle egzotyczny, że warto sobie tę książkę zakonotoać.

„Spójrz na to drzewo. Ponieważ je widzę, mogę do niego dojść. Tak samo jest z Księżycem” – zwykł mawiać Edward Mukuka Nkoloso. Ponoć wieczorami można go było zobaczyć, jak stoi sam na wzgórzu Chingwele Hill, niczym średniowieczny astronom, który właśnie doszedł do krańców świata i nieśmiało wystawia głowę poza niebiańskie sklepienie. Ludzie mówią, że czasami unosił włócznię i celował ostrzem w srebrny glob. A potem brał zamach i z całych sił ciskał nią w Księżyc.
Pod koniec 1964 roku do Zambii zaczęli zjeżdżać amerykańscy dziennikarze. Jednak nie po to, by pisać o nowym afrykańskim państwie. Szukali pewnego człowieka, który rzucił wyzwanie światowym mocarstwom i uparcie twierdził, że to Zambijczyk, a nie Amerykanin czy Rosjanin będzie pierwszym człowiekiem na Księżycu. Oto historia zambijskiej Narodowej Akademii Nauki, Badań Kosmicznych i Filozofii oraz szaleńczego marzenia o wolności i podboju Kosmosu.

"Rzecz o ptakach" Noach Strycker
12 kwietnia

Kolejna książka "ekologiczna". I to chyba właściwie powinno wystarczyć za rekomendację.;)

Ptaki od zawsze fascynują człowieka. Postrzegamy je przez pryzmat własnych uwarunkowań: umiejętności, ograniczeń i światopoglądu. W tej książce zostały wyeksponowane ich szczególne zdolności lub zachowania i to w taki sposób, że trudno nie nabrać przekonania, iż nawet najpospolitsze z nich: sroka, kura domowa, gołąb pocztowy czy szpak odznaczają się czymś, co jest w stanie zadziwić człowieka. Tańczą w rytm muzyki, rozpoznają własne odbicie w lustrze, rozróżniają ludzkie twarze, „opłakują” zmarłych pobratymców i tworzą istne dzieła sztuki.
Czy stwierdzenie, że ptaki wykazują zachowania analogiczne do ludzkich emocji, byłoby zbyt daleko idące? „Inteligencja, altruizm, samoświadomość, miłość... Jak pisze autor: Badając ptaki, ostatecznie dowiadujemy się czegoś o nas samych.  
Noah Strycker jest przyrodnikiem, podróżnikiem i współredaktorem poczytnego w Stanach Zjednoczonych magazynu „Birding”. Ma umiejętność pisania o świecie ludzi i ptaków bez upraszczania któregokolwiek z nich... Zna się zarówno na posługiwaniu słowem, jak i na ptakach.

"Miasto Schodów" Robert Jackson Bennet
26 kwietnia

Przyznam, że trochę oszukuję, bo akurat tę książkę już miałam okazję przedpremierowo czytać (nocia się pisze), ale (poza pewnym mankamentem) warto. To jest fantasy inna na tylu poziomach światotwórstwa... ale co ja wam będę, przeczytacie w noci. :P

Klimatyczna, pełna intryg powieść – o martwych bogach, ukrytej historii i tajemniczym mieście o wielu obliczach – autorstwa jednego z najbardziej uznanych młodych pisarzy science fiction.
Miasto Bułykow dysponowało niegdyś siłami bogów, by podbijać świat, zniewalać i brutalnie rozprawiać się z milionami ludzi – aż jego boscy opiekunowie zostali zabici. Bułykow to obecnie po prostu kolejna kolonialna placówka nowej geopolitycznej potęgi, niemniej jego surrealistyczny krajobraz trwa jako niepokojące świadectwo swojej dawnej świetności.
W owo zrujnowane miejsce przybywa Shara Thivani. Oficjalnie, ta skromna, młoda kobieta jest kolejnym młodszym dyplomatą, wysłanym przez ciemiężców Bułykowa. Nieoficjalnie, to jeden z najznakomitszych szpiegów swego kraju, wysłany w celu złapania mordercy. Lecz gdy Shara podąża jego tropem, zaczyna podejrzewać, że istoty, które rządziły tym strasznym miejscem, mogą nie być tak martwe, jakby się mogło wydawać – oraz że okrutne rządy Bułykowa niekoniecznie dobiegły już końca. 

"Tlen" Geoff Ryman
26 kwietnia

Najładniejsza okładka w tej partii UW. Już przez wzgląd na to mocny kandydat do zakupu.;)

Jest rok 2020. Na całym świecie, a więc i w Karzistanie, małym kraiku leżącym gdzieś w środkowej Azji, przeprowadzony zostaje test „Tlenu”: globalnej sieci obywającej się bez komputerów i interfejsów. Wykorzystującej bezpośrednio specjalnie sformatowane fragmenty mózgu.
Test kończy się źle, są ofiary śmiertelne. A w małej, zagubionej w karzistańskich górach wiosce spaja on w jedno dwie osobowości: głównej bohaterki, kobiety w średnim wieku, Mae Chung, i zmarłej w jego trakcie ślepej staruszki pamiętającej bardzo dawne czasy. „Tlen” ma powrócić za rok, po poprawkach, obie kobiety istnieją w nim jednak już teraz. Jako jedna osobowość. Istnieją jednocześnie w „Tlenie”, gdzie ludzie nie mają ciał, i w ciele Mae.
Mae Chung, choć analfabetka, jest inteligentna, sprytna i mądra. Stara się przygotować konserwatywną wiejską społeczność na nieuniknione zmiany. Rozwija biznes w dotychczasowej, klasycznej sieci, bogaci się, uczy nowego świata siebie i innych, choć los nie szczędzi jej osobistych dramatów. Drugie „ja” Mae, obrócone w przeszłość, sprzeciwia się wszelkim zmianom. Do końca nie wiemy, które zwycięży. Do końca nie wiemy nawet, czym jest zwycięstwo: zwieńczeniem tradycji czy jej zagładą?
Mae Chung to chyba najpełniej KOBIECA bohaterka współczesnej fantastyki naukowej. A „Tlen” jest zaskakującą i piękną opowieścią o tym, jak przeżyć między młotem nowego, które nie chce nadejść, i kowadłem starego, które nie chce odejść.

"Luna: wilcza pełnia" Ian McDonald
26 kwietnia

Mimo że nie znam jeszcze poprzedniej części, coś co wychodzi w UW warte jest wspomnienia.

Zabito Smoka.
Corta Hélio, jedna z pięciu rządzących Księżycem rodzinnych korporacji, została zniszczona. Rodzina się rozproszyła, wrogowie podzielili majątek między sobą. Minęło osiemnaście miesięcy.
Ocalałe dzieci Cortów, Lucasinho i Luna, uzyskały ochronę potężnego rodu Asamoah, a Robson, który nie doszedł do siebie po gwałtownej śmierci rodziców, jest teraz podopiecznym – a w istocie zakładnikiem – rodu Mackenziech. Natomiast mianowany następca tronu, Lucas Corta, zniknął z powierzchni Księżyca.
Jedynie lady Sun, głowa rodu Sunów i korporacji Taiyang, podejrzewa, że Lucas jednak żyje i wciąż jest liczącym się graczem. Przecież zawsze był królem intrygi – i nie zawahałby się zaryzykować nawet życia, by zbudować nowe Corta Hélio, jeszcze potężniejsze niż przedtem. Potrzebuje jednak sojuszników – aby ich zyskać, porywa się na podróż na Ziemię, wyprawę niewykonalną dla urodzonego na Księżycu człowieka.
W niestabilnym księżycowym klimacie zwieńczeniem intryg, zmieniających się sojuszy i politycznych machinacji wielkich rodów staje się otwarta, krwawa wojna.
Luna: Wilcza pełnia jest kontynuacją sagi o pięciu księżycowych Smokach. 

"Człowiek z sąsiedztwa" Christopher Priest
26 kwietnia

Zabawa alternatywnymi historiami zdaje się być ciekawa. Więc czemu nie.

Tibor Tarent, fotograf-freelancer, wraca do Anglii z Anatolii, gdzie jego żonę zabiły rebelianckie bojówki. Islamska Republika Wielkiej Brytanii dochodzi jeszcze do siebie po dziwnym i przerażającym ataku terrorystycznym, podczas którego w jednej chwili zanihilował wielki, trójkątny obszar zachodniego Londynu, wraz z setkami tysięcy istnień ludzkich. Władze uważają, że ten atak i śmierć żony Tarenta są w jakiś sposób powiązane.
Sto lat wcześniej, podczas I wojny światowej, estradowy iluzjonsta rusza na Front Zachodni z tajną misją uczynienia brytyjskich samolotów rozpoznawczych niewidzialnymi dla wroga. Podczas podróży do okopów poznaje wizjonera, sądzącego, że to będzie wojna, która zakończy wszelkie wojny.
W roku 1943 polska pilotka opowiada mechanikowi z RAF-u o swojej ucieczce przed hitlerowcami i desperackim pragnieniu powrotu do domu.
W czasach współczesnych, angielski fizyk teoretyk w ogrodzie swojego domu po raz pierwszy wywołuje zjawisko sąsiedztwa.
Człowiek z sąsiedztwa - to powieść, w której pozory mylą, a wszystko skrywa drugie dno, w której fikcja przecina się z historią, a każda wersja rzeczywistości jest podejrzana, w której prawda i fałsz mieszkają ze sobą w sąsiedztwie.

"Stulecie przemocy" Lavie Tidhar
26 kwietnia

Po prostu zaciekawił mnie opis. Ale ponieważ nie czytałam poprzedniej ksiązki autora, pozostaję nieufna.

Nie chcieli zostać bohaterami.
Bronili Imperium Brytyjskiego przez siedemdziesiąt lat. Oblivion i Fogg, nierozłączni przyjaciele powiązani wspólnym przeznaczeniem. Aż do pewnej nocy w Berlinie, kiedy rozdzieliła ich wojna i tajemnica.
Jednakże przeszłość potrafi dogonić każdego.
Wezwani ponownie do Biura Spraw Przestarzałych – instytucji, dla której żadna sprawa nie staje się przestarzała – Fogg i Oblivion muszą stawić czoło pamięci o straszliwej wojnie, nieupamiętnionych aktach heroizmu oraz życiu w dusznych korytarzach i zamkniętych pokojach, gdzie odbywają się potajemne spotkania. Muszą się z tym wszystkim zmierzyć, by znaleźć odpowiedź na pytanie ostateczne:
Co czyni bohatera?

sobota, 1 kwietnia 2017

Stosik #90

Marzec okazał się miesiącem bardzo bogatym w ksiązki (po części dlatego, że dotarły papierowe wersje zeszłomiesięcznych ebooków). Dlatego też stos jest zaiste imponujący. Ponieważ stos jest wysoki a wąski, tym razem opis będzie z boku, a nie pod nim. ;)

Na samej górze jedyny ebook w tym miesiącu - "Rok potopu" Artwood od Prószyńskiego i s-ki. Zanim się za niego zabiorę, muszę jeszcze przeczytać poprzedni tom.
Potem dwa Pratchetty. "W północ się odzieję" jeszcze przede mną, ale "Zadzieiającego Maurycego i jego edukowane gryzonie" już czytałam i nawet napisałam o tym na blogu

Dalej spory pakiet książek recenzenckich. Na samej górze "Tajemnica dziesiątej wsi" - niespodziewany prezent od Prószyńskiego i s-ki. Książka raczej mocno odległa od mojego kręgu zainteresowań, ale może kiedyś ja przeczytam.

Niżej "Drobna przysługa" od Maga. Zdążyłam zatęsknić za Dresdenem, zwłaszcza, że premiera była przekładana już dwa miesiące. Niedługo się za nią zabiorę...

...bo najpierw chcę skończyć "Żądła rządzą", do recenzji od Marginesów. Jestem w trakcie i na chwilę obecna to chyba książka z serii Eco, która najbardziej mi się podoba.

"Historia naturalna smoków" to była najbardziej wyczekiwana przeze mnie premiera tego roku (przynajmniej wziąwszy pod uwagę, że o premierze "Ligi smoków" Novik nic jeszcze nie wiadomo). Tak więc nic dziwnego, że już ją przeczytałam i zrecenzowałam.;) Teraz czekam z niecierpliwością na kolejne tomy. Od wydawnictwa Zysk i s-ka.

Dalej mamy spory pakiet papierowych wersji zeszłomiesięcznych ebooków (plus jeden gratis) od Genius Creations. "Wojny przestrzeni" to chyba największa książką, jaką GC kiedykolwiek wydało. Wahałam się, czy w ogóle w to brnąć (bo "Pokój światów" jednak mnie rozczarował), ale postanowiłam dać kolejną szansę. W sumie o dwóch kolejnych już pisałam w poprzednim stosiku. Za to "Trupojad i dziewczyna" są wartością dodaną. Nie wiem, czy mi się spodoba, ale zamierzam dać jej szansę.

Trzy ostatnie książki przywiozłam sobie od Serenity, którą ostatnio odwiedzałam.:) "Harry Potter i przeklęte dziecko" mam zamiar przeczytać z kronikarskiego obowiązku, bo że mi się spodoba, to nie liczę. "Poison City", jako afrykańskie urban fantasy bardzo mnie interesuje, bo lubię urban fantasy (na pocieszenie po Dresdenie będzie jak znalazł) i jak dotąd fantastyka z RPA mnie nie zawiodła (choć dyskusyjnym pozostaje fakt, czy Szkot od lat żyjący i piszący w RPA pisze jak autor z RPA czy raczej jak ten ze Szkocji). A na dole mój nareszcie odebrany prezent urodzinowy, czyli "Księga smoków polskich". ^^

Aż nie wiadomo, za co się brać.;)

środa, 29 marca 2017

10 (nie)poważnych faktów o mnie

Lubię łańcuszki, ale tylko wtedy, kiedy mnie nominują.;) Niedawno nominowała mnie Karolina z bloga Zwiedzam wszechświat. Łańcuszek nieco ekshibicjonistyczny, ale nie oszukujmy się, każdy bloger ma w sobie nieco z ekshibicjonisty. Tak więc bardzo chętnie podzielę się z Wami kilkoma bezużytecznymi faktami o mnie.;)

Moje stadko :) Od lewej: Ahsoka, Momo, Serenada i Skuld.
1. Uważam, że świnki morskie to najbardziej niedoceniane przez popkulturę zwierzątka domowe.
Króliki mają swoje "Wodnikowe Wzgórze", poza tym w okolicach Wielkanocy zawsze następuje wysyp okolicznościowych filmów z wielkanocnym króliczkiem/zajączkiem w roli głównej. Myszy też od dawna mają silną reprezentację w klasycznej animacji (Jerry, Speedy Gonzales, Pinky i Mózg), jak i w 3D (Despero, Steward Malutki), że o komiksach i książkach nie wspomnę. O chomikach co prawda znam tylko jeden japoński serial animowany, ale w disneyowskim "Piorunie" jeden zagrał zacną rolę drugoplanową. Szczury do niedawna miały kiepski pijar, ale po "Ratatuj" to się zmieniło. Koty i psy pominę, bo to oczywiste. Tylko świnek nikt nie docenia (proszę, nie mówmy o "Załodze G", staram się zapomnieć, że ten film istnieje). Autorzy chyba w ogóle nie mają pomysłu na to, jak ciekawie te sympatyczne i bardzo inteligentne gryzonie wykorzystać. Szkoda. Będę z tym walczyć na swoim instagramie za pomocą fanartów. ;P

2. Z wykształcenia jestem biologiem.
Środowiskowym, tak konkretnie. Prace dyplomowe pisałam o odżywianiu sów (co wcale nie jest tak fascynujące, jak brzmi). Oczywiście nie pracuję w zawodzie.

3. Nie lubię podróżować.
W ogóle najlepiej czuję się siedząc w domu pod kocykiem z książką w ręku i świnką morską na kolanach. Niech inni jeżdżą po świecie i piszą o tym książki. Dzięki temu ja nie muszę i jeszcze mam co poczytać.

4. Moim skrytym marzeniem jest ilustrować książki. 
Do czego pewnie nigdy nie dojdzie, ale pomarzyć można.

5. Lubię ciepło.
Najchętniej przeprowadziłabym się na jakieś przyjemne wyspy o łagodnym, śródziemnomorskim klimacie. Zima to jakiś poroniony pomysł.

6. Jestem mordercą roślin.
Nie jestem z tego dumna, ale kompletnie nie mam ręki do kwiatów - jedyne, co przy mnie nie umiera, to kaktusy. A i to nie zawsze. Niestety, ogrodnik ze mnie kiepski.

7. Nie potrafię oglądać seriali. Ani grać w gry.
To są po prostu te rodzaje mediów, z którymi jestem kompletnie niekompatybilna. Seriale zwykle nie potrafią przykuć mojej uwagi na więcej niż jeden sezon, a często nudzą mi się po kilku odcinkach. I to nie dlatego, że mi się nie podobają, po prostu w pewnym momencie przestaję oglądać i już nie wracam. Gry z kolei sprawiają mi problem narracyjny - jakoś nie potrafię się przetrawić na typ narracji, w którym prośba "znajdź artefakt jak najszybciej" oznacza tak naprawdę "może być za rok, jak ci się uda, przy okazji, nie wysilaj się". Oraz potrafię się zgubić nawet na mapie do Pokemonów, tak że ten...

8. Lubię chodzić w sukienkach.
Ale zwykle jest za zimno, żebym to robiła.

9. Lubię kupować.
Ale tylko konkretne rzeczy. Książki. Artykuły artystyczne (serio, mam tego tyle, że starczyłoby na pięć lat. Ale każda nowa kredka jest mi niezbędna do życia). Stuff dla moich zwierzaków...

10. Jestem skrajną introwertyczką. 
Dlatego większość mojego życia towarzyskiego odbywa się w internecie (nie, żeby większość znajomych była rozsiana po różnych miastach Polski...)

Ode mnie to tyle.Nie nominuję nikogo, bo nie pamiętam, kto już wcześniej był nominowany. Ale jak ktoś ma chęć się przyłączyć, to proszę bardzo. :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...