niedziela, 23 kwietnia 2017

"Żądła rządzą" Dave Goulson

Trzeba przyznać, że pszczoły są ostatnio bardzo nośnym tematem w literaturze. W ciągu ostatniego roku jakoś wyjątkowo w nie obrodziło, głównie w beletrystyce i ogólnie wśród książek, które nie roszczą sobie prawa do bycia (popularno)naukowymi źródłami wiedzy (na przykład „Rój” sobie bardzo nie rości, ale ogólnie wpisuje się w nurt). Tymczasem najnowszy tom serii Eco również wpisuje się w nurt, poniekąd. „Poniekąd”, bo wpisuje się z popularnonaukowym zacięciem i bo nie o samych pszczołach miodnych traktuje, a o ich bliskich kuzynach, trzmielach (oba gatunki – tak, wiem, trzmiel to raczej rodzaj - należą przecież do tej samej rodziny). Przy okazji ma też okładkę, która mnie całkowicie urzekła (acz zmiana liternictwa względem reszty serii trochę w oczy kole).

Dave Goulson jest naukowcem (biologiem konkretnie, a jeszcze konkretniej: entomologiem), który całą swoja karierę poświęcił badaniu owadów. Szczególnym uczuciem obdarzył trzmiele: nie tylko poświęcił im większość swoich prac naukowych, ale też założył mini rezerwat dla tych stworzeń (o czym też napisał książkę, ale jeszcze nikt jej u nas nie wydał) oraz organizację charytatywną na rzecz ich ochrony. Napisał też o nich (oraz o swojej miłości do nich) książkę: trochę zbiór esejów z pewnym zacięciem literackim, bardziej pozycję popularnonaukową. I właśnie tę książkę w nasze ręce oddało wydawnictwo Marginesy.

„Żądła rządzą” to opowieść o trzmielach Wielkiej Brytanii (sporo z nich występuje też w Polsce). Autor zaczyna co prawda bardziej osobiście, od początków własnej miłości do natury i zainteresowania nią (i przyznam, że od niektórych akapitów opisujących popisy kilkuletniego Dave’a mnie, jako odpowiedzialnej właścicielce zwierząt domowych, włos się jeżył na głowie), by dopiero później przejść do bardziej ogólnych tematów. Choć trzeba przyznać, że wątek autobiograficzny jest kontynuowany. No bo jak tu przejść do bezosobowego omówienia wyników, skoro to, jak się je osobiście zdobywało (na przykład biegając po sąsiednich laboratoriach i łapiąc zbiegłe roje) dla czytelnika może być równie interesujące? Ta kontynuacja zresztą na dobre książce wychodzi, bo suche wyniki to przecież można sobie w czasopismach naukowych przeczytać, gdzie zresztą miłośnicy natury się po nie udają. Jeśli zaś są jednocześnie miłośnikami literatury, to chcą przeczytać o czymś więcej, chcą czegoś bardziej osobistego od autora. I właśnie to im (nam) Goulson zapewnia w swej książce.

Takie wykwity na moim instagramie.
A same trzmiele? Oczywiście nie zostały pominięte. Goulson potrafi świetnie swoje osobiste anegdotki przeplatać naukowymi faktami, a to wszystko podane bardzo przystępnie. Mamy więc omówienie cyklu życiowego trzmieli, historię ich ewolucji, mój ulubiony kawałek o próbach wyszukiwania gniazd za pomocą specjalnie szkolonych psów, sporo o zagrożonych gatunkach a także o wpływie gatunków introdukowanych do obcych środowisk na rodzimą faunę. Jest też sporo o tym, jak możemy nasz własny ogródek czy balkon uczynić bardziej przyjaznym dla lokalnej fauny. Wartością dodaną dla mnie był dość szczegółowy i przystępny opis tego, jak właściwie wygląda eksperyment naukowy – osobom nieobeznanym może to sporo powiedzieć o tym, jak właściwie robi się naukę.

Trzmiele to bardzo wdzięczne zwierzęta – jedne z moich ulubionych owadów. Bardzo dobrze, że pojawiła się pozycja, która w sposób przystępny (bo Goulson pisze bardzo przystępnie, z pewnymi pretensjami do literackości; pisze też w sposób, który ja osobiście w tego typu pozycjach uwielbiam: łącząc nagie, naukowe fakty z relacjami z wydarzeń, których był światkiem i osobistym spojrzeniem na sprawę) opowiada o tych popularnych (ciągle jeszcze), ale niedocenianych owadach. Warto popularyzować wiedzę o naturze, którą spotykamy po przekroczeniu własnego progu. 

 Książkę otrzymałam od wydawnictwa Marginesy.

Tytuł: Żądła rządzą
Autor: Dave Goulson
Tytuł oryginalny: A Sting in the Tale
Tłumacz: Anna Bańkowska
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2017
Stron: 318

środa, 12 kwietnia 2017

"Drobna przysługa" Jim Butcher

To już tyle lat… jak dotąd nie próbowałam precyzyjnie określać upływu czasu w Dresdenwersum, ale w „Drobnej przysłudze” akurat można – mamy rok 2003 lub 2004. A to oznacza, że od początku cyklu, w wewnętrznej linii czasowej minęło już jakież dwanaście lat (około. Pewnie wśród zagorzałych fanów znaleźliby się tacy, którzy określili to dokładniej – albo po prostu zapytali autora – ale nie nurkowałam w fandomie ze względu na spoilery). To dziwne, bo rzadko zdarza mi się czytać cykle, w których upływ czasu jest tak namacalny (chyba powinnam jednak uzupełnić sobie cykl o Tiffany Obolałej. Wywołuje podobne wrażenie). Poczyniwszy ową dygresję, mogę wreszcie przejść do rzeczy.

Tym razem zaczyna się sielankowo – ot, Harry i dzieciaki Carpenterów bawią się na podwórku. Ale jak wiadomo, nic nie może przecież wiecznie trwać i cała grupa zostaje zaatakowana przez dziwne stwory. Zaraz potem z podejrzaną sprawą dzwoni policja, a kiedy tylko Harry próbuje zorientować się, jak może im pomóc, dopada go królowa fae. I chce odebrać swoja przysługę. Ten dzień już chyba nie może być gorszy…

Przyznam, że na etapie dziesiątego tomu pewne elementy charakterystyczne dla cyklu zaczynają być nużące. Paradoksalnie, są to momenty, które w założeniu mają dynamizować akcję. Mówię głównie o scenach, kiedy ktoś Dresdena goni i próbuje zabić albo mamy bezpośrednią potyczkę. „Drobna przysługa” jest takich scen pełna. Niby nie jest to żadna nowość, bo to, że Harry kilka razy w czasie powieści dostaje łomot to już taka nowa świecka tradycja. Zwykle są też mocno przewidywalne – no wiadomo przecież, że mając w perspektywie kolejnych trzynaście tomów autor swojego bohatera-narratora nie zabije ani poważnie nie uszkodzi. Pierwszy raz miałam wrażenie, że te rozbudowane sceny mają po prostu nabić książce objętości. Tom dziesiąty mógłby się spokojnie bez kilku z nich obejść.

Być może chodzi o fakt, że w poprzednich tomach z takich potyczek często wynikało coś interesującego: a to jakiś plot twist, a to wypływała nowa informacja odnośnie świata przedstawionego, a to pojawiał się nowy bohater (a ponieważ wiemy, że Butcher lubi bohaterów trzecioplanowych jednego tomu czynić kluczowymi postaciami któregoś kolejnego, na każdego nowego zwracamy uwagę). Teraz tego brakowało. I to nie jest tak, że wymagam od autora, żeby w połowie wielotomowego cyklu ciągle odkrywał kluczowe elementy świata przedstawionego. Ale ciągle wymagam, żeby mnie czasem zaskoczył.

Jak zwykle zapraszam na mojego instagrama.;)
„Drobnej przysłudze” brak może elementu zaskoczenia i powiewu świeżości, ale przynajmniej autor przypomniał nam sporą grupę znanych bohaterów. Bo kogo tu nie ma: Rycerze Miecza z rodziną i ich odwieczni wrogowie, Marcone z tym znanym czytelnikowi fragmentem swojego przestępczego imperium, Murphy, Thomas, fae w różnych odsłonach, Strażnicy… Z jednej strony fajnie: wiemy, że autor o swoich postaciach nie zapomina, a i czytelnicy chętnie znowu spotkają się z ulubieńcami. Z drugiej – trochę za dużo tych grzybków w barszczu. Za tłoczno na kartach powieści. Na osłodę mamy zdecydowane przebudowanie relacji między pewnymi postaciami, ale szczerze mówiąc, nie jestem usatysfakcjonowana. (Znaczy wiecie, gdyby postać A była moim żywym znajomym, to bardzo by mnie ucieszyła jej relacja z postacią B, niezależnie od tego, jak się ostatecznie rozwinie. Ale ponieważ mamy do czynienia z konstruktami literackimi, cała sytuacja jest mocno odczapista).

Nie jest tak, że „Drobna przysługa” niczego nie oferuje. Oferuje na przykład bardzo kreatywne wykorzystanie „Dwóch wież” Tolkiena (oraz ciekawa jestem, jak tłumacz wybrnie z faktu, że dwie różne magiczne umiejętności nazwał tak samo). Ogólnie poza faktem, że powieść cierpi na syndrom drugiego tomu, czyta się ją całkiem przyjemnie. Ale mam nadzieję, że kolejny tom będzie bardziej treściwy.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Drobna przysługa
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Small Favor
Tłumacz: Michał Jakuszewski
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 598

sobota, 8 kwietnia 2017

Zmyślenia #36 Dlaczego nie ufam selfpubom

Właściwie ta notka chodziła za mną od dawna (nawet powstało kilka wstępnych szkiców), ale jak dotąd żaden mnie nie zadowalał. Bo wiecie, chciałam napisać zrównoważoną, w miarę obiektywną opinię o możliwie przekrojowej treści. Jednak ostatnio z każdego zakątka internetu atakują mnie linki do zbiórek na polakpotrafi.pl czy innym siepomaga, gdzie młodzi wannabe autorzy próbują zebrać kasę na wydanie swojego debiutu fantasy. I czuję się niejako zmuszona okolicznościami do wyjaśnienia, dlaczego nie przepadam za taką wydawniczą samodzielnością. Więc notka będzie bardzo spod znaku „IMO”, może nawet dość emocjonalna. Zrównoważoną, przekrojową notkę napiszę kiedy indziej. 

Jako ilustracja wpisu - randomowe, zabawne gify ze zwierzętami.
Zacznijmy może od zdefiniowania tego, co na potrzeby notki będę nazywać selfem. Otóż za self uznaję wszystko to, co autor wydał za własne (lub zebrane od darczyńców) pieniądze, z pominięciem mainstreamowych wydawnictw (tak, ci, którzy założyli wydawnictwa tylko po to, żeby ich własna powieść ujrzała światło dzienne też się liczą. Chyba że wydają też inne książki bez współfinansowania). Koniec, kropka. Zdaję sobie sprawę, że istnieje coś takiego, jak selfpublishing właściwy i wydawnictwa typu vanity, ale na potrzeby tego wpisu załóżmy, że kiedy piszę o selfie, chodzi mi o ogół zjawiska, chyba że zaznaczę inaczej.

Ograniczę się też do pozycji z fantastyki. Raz, że na tym znam się najlepiej i najwięcej takich propozycji dostaję. Dwa, jest to przykład gatunku, który ostatnio wydawcy przyjmują z otwartymi ramionami, więc teoretycznie autor prezentujący poziom czytelności nie powinien mieć problemów z wydaniem się (dlatego sam fakt, ze zdecydował się na self, już budzi we mnie podejrzliwość). (Ogólnie jestem zdania, że są pozycje, dla których self jest sensowną opcją: książki bardzo specjalistyczne, fanfiki – choć wtedy dochodzi problem praw autorskich, rzeczy wydawane przez ludzi z dorobkiem literackim lub z nazwiskiem rozpoznawalnym z jakichś innych przyczyn, powieści bardzo, bardzo niszowe. Ale miażdżąca większość selfowej fantastyki nie łapie się do tych kategorii).


Na blogu może tego nie widać, ale dość regularnie dostaję propozycję zrecenzowania czegoś, co autor wydał własnym sumptem. To nie jest tak, że odrzucam każdą tego typu propozycję – był czas, kiedy podchodziłam do nich bardzo entuzjastycznie. Ale szybko się skończył. Teraz w ogóle odpowiadam tylko na takie, które zawierają dołączony fragment do przeczytania, a i to zwykle odmownie. Bo najczęściej już po pierwszym akapicie widać, czy inkryminowany utwór w ogóle nadaje się do czytania.

Moim pierwszym i największym problem z selfem jest bowiem jego poziom. To, co do mnie trafiało mieściło się w granicach od beznadziejnej grafomanii do przeciętnej poprawności. I w sumie w porządku, tradycyjne wydawnictwa też wydają sporo książek, które są przeciętnymi czytadłami. Sama czasem po nie sięgam, niektóre nawet bardzo lubię. W czym więc problem?

Po pierwsze w proporcji. Może miałam ogromnego pecha, ale na podstawie własnych doświadczeń śmiem twierdzić, że proporcja grafomanii czystej wody i najniższego poziomu do rzeczy zdatnych do czytania jest w tradycyjnym obiegu wydawniczym dokładnie odwrotna niż wśród selferów. To z kolei oznacza, że trzeba przekopać się przez morze crapu, żeby znaleźć coś ledwie zdatnego do czytania, a dobra książka byłaby rzadsza od jednorożca. Szczerze mówiąc, nie mam na to ani czasu, ani ochoty. Nawet jeśli miałoby mnie ominąć moje życiowe odkrycie literackie. Wolę tradycyjne wydawnictwa – tam już ktoś wstępnie oddzielił ziarno od plew, żebym ja nie musiała.


Po drugie, dwa magiczne słowa: redakcja i korekta. Tych zaklęć zwykle selferzy nie znają. W tradycyjnych wydawnictwach też nie jest idealnie, zdarzają się wręcz tragicznie wydane książki, ale właśnie: zdarzają się. To, co w tradycyjnej formie wydawniczej jest wypadkiem przy pracy, w selfie jest normą. Szczególne antyzasługi mają tu wydawnictwa typu vanity, które najczęściej bezczelnie w tej kwestii oszukują wannabe pisarzy, licząc sobie za usługi, których nie wykonują (lub których wykonanie ograniczają do włączenia autokorekty w Wordzie). Potem taki niczego nieświadomy autor myśli, że ktoś mu powieść zredagował (może nawet cieszy się, że tworzy taką super literaturę, skoro było tak mało/nie było obiekcji), a to guzik prawda. Trochę lepiej sytuacja ma się u autorów, którzy o wszystko dbają sami – i tu jest jakaś nadzieja. (acz płonna, przynajmniej dopóki Amazon nie wejdzie do Polski. Ale to już temat na tę obiektywną, rzeczową notkę)

No i teraz moi drodzy, powiedzcie mi, dlaczego jako czytelniczka mam się zmagać z wątpliwej jakości samizdatem, skoro mogę poczytać sobie czytadło równie przeciętne, ale przynajmniej poprawnie zredagowane? Pomijając już fakt istnienia książek poprawnie zredagowanych dobrych i bardzo dobrych.

To są główne powody mojej nieufności. Wiem, że może trochę generalizuję – są przecież autorzy, którzy nawet swojej twórczości nikomu nie wysyłali, bo nie podoba im się fakt odstąpienia praw majątkowych do utworu (czy jakikolwiek inny). Może coś fajnego mi przez to umknie. Trudno, i tak mam co czytać. A przykłady z zachodu pokazują, że jeśli selfer odnosi sukces to zaraz jakieś wydawnictwo się nim interesuje. I wydaje tę jego książkę. Posiedzę, poczekam, może i u nas wyklarują się takie przypadki.

środa, 5 kwietnia 2017

Na co poluje Moreni: kwiecień 2017

Kwiecień w porównaniu z marcem jest znacznie mniej obfity w ciekawe premiery (to dobrze, może nadrobię zaległości). Ale i tak na tym i owym można oko zawiesić.:)

Tym razem nie wyróżniam książek, które chcę mieć. Co prawda którąś z pozycji UW zapewne będę chciała nabyć, ale szczerze mówiąc, nie wiem którą. Więc wszystko będzie w jednej grupie.

A, no i na ten miesiąc znowu przełożono premierę "Pieśni węży" Marii Dunkel, ale umówmy się - przekładano ją już tyle razy, że ponownie wspomnę o niej dopiero przy recenzji, dobrze?

"Ściana burz" Ken Liu
11 kwietnia

Czytałam poprzedni tom i mimo pewnego rozczarowania (wiecie, wymagania zawyżone), chciałabym poznać kontynuację. Może w drugiej powieści Liu się rozkręci, wszak "Królowie Dary" byli jego debiutem w tej formie.

Cesarz Ragin rządzi Archipelagiem Dary, starając się zapewnić królestwu rozwój i jednocześnie zadośćuczynić żądaniom ludu. Kiedy jednak do wybrzeży Dary dociera inwazja z odległych ziem, w imperium wybucha chaos karmiony przerażeniem. Tym razem cesarz Ragin nie może poprowadzić swoich ludzi przeciwko zagrożeniu. Musi radzić sobie ze zdradą w najbliższym otoczeniu oraz fałszywymi oskarżeniami. 

"Duchowe życie zwierząt" Peter Wohlleben
12 kwietnia

Jak widać, literatura "ekologiczna" staje się coraz bardziej popularna - oby tak dalej. Książka o drzewach tego autora najwyraźniej sprzedała się na tyle dobrze, że postanowiono wydać kolejną. I przyznam, że ta kolejna interesuje mnie znacznie bardziej, jako że ogólnie zwierzęta interesują mnie znacznie bardziej od roślin. A kto wie, może jak ta mi się spodoba, toi poprzednią nabędę?

Koguty okłamujące kury? Łanie pogrążone w żałobie? Zawstydzone konie? To przejawy fantazji ekologów czy naukowo udowodnione fakty z życia zwierząt? Czy bogate życie uczuciowe nie jest zastrzeżone jedynie dla ludzi?
Peter Wohlleben, leśnik i miłośnik przyrody, korzystając z najnowszych badań i własnych obserwacji, udowadnia, że zwierzęta i ludzie w sferze uczuć i doznań są do siebie podobni. Odkrywa przed nami niesamowite historie zwierząt, w których możemy zaobserwować ich mądrość, współczucie, troskę czy przyjaźń.
Podobnie jak w bestsellerowym "Sekretnym życiu drzew" Wohlleben przedstawia w fascynujący sposób świat przyrody, którego nie znamy. Kochasz zwierzęta? Dzięki tej książce przekonasz się, że są ci bliższe, niż ci się zdawało.

"Afronauci" Bartek Sabela
12 kwietnia

Tutaj nie mam właściwie żadnych oczekiwań, ale sam temat afrykańskiego (zambijskiego konkretnie) programu kosmicznego wydaje mi się na tyle egzotyczny, że warto sobie tę książkę zakonotoać.

„Spójrz na to drzewo. Ponieważ je widzę, mogę do niego dojść. Tak samo jest z Księżycem” – zwykł mawiać Edward Mukuka Nkoloso. Ponoć wieczorami można go było zobaczyć, jak stoi sam na wzgórzu Chingwele Hill, niczym średniowieczny astronom, który właśnie doszedł do krańców świata i nieśmiało wystawia głowę poza niebiańskie sklepienie. Ludzie mówią, że czasami unosił włócznię i celował ostrzem w srebrny glob. A potem brał zamach i z całych sił ciskał nią w Księżyc.
Pod koniec 1964 roku do Zambii zaczęli zjeżdżać amerykańscy dziennikarze. Jednak nie po to, by pisać o nowym afrykańskim państwie. Szukali pewnego człowieka, który rzucił wyzwanie światowym mocarstwom i uparcie twierdził, że to Zambijczyk, a nie Amerykanin czy Rosjanin będzie pierwszym człowiekiem na Księżycu. Oto historia zambijskiej Narodowej Akademii Nauki, Badań Kosmicznych i Filozofii oraz szaleńczego marzenia o wolności i podboju Kosmosu.

"Rzecz o ptakach" Noach Strycker
12 kwietnia

Kolejna książka "ekologiczna". I to chyba właściwie powinno wystarczyć za rekomendację.;)

Ptaki od zawsze fascynują człowieka. Postrzegamy je przez pryzmat własnych uwarunkowań: umiejętności, ograniczeń i światopoglądu. W tej książce zostały wyeksponowane ich szczególne zdolności lub zachowania i to w taki sposób, że trudno nie nabrać przekonania, iż nawet najpospolitsze z nich: sroka, kura domowa, gołąb pocztowy czy szpak odznaczają się czymś, co jest w stanie zadziwić człowieka. Tańczą w rytm muzyki, rozpoznają własne odbicie w lustrze, rozróżniają ludzkie twarze, „opłakują” zmarłych pobratymców i tworzą istne dzieła sztuki.
Czy stwierdzenie, że ptaki wykazują zachowania analogiczne do ludzkich emocji, byłoby zbyt daleko idące? „Inteligencja, altruizm, samoświadomość, miłość... Jak pisze autor: Badając ptaki, ostatecznie dowiadujemy się czegoś o nas samych.  
Noah Strycker jest przyrodnikiem, podróżnikiem i współredaktorem poczytnego w Stanach Zjednoczonych magazynu „Birding”. Ma umiejętność pisania o świecie ludzi i ptaków bez upraszczania któregokolwiek z nich... Zna się zarówno na posługiwaniu słowem, jak i na ptakach.

"Miasto Schodów" Robert Jackson Bennet
26 kwietnia

Przyznam, że trochę oszukuję, bo akurat tę książkę już miałam okazję przedpremierowo czytać (nocia się pisze), ale (poza pewnym mankamentem) warto. To jest fantasy inna na tylu poziomach światotwórstwa... ale co ja wam będę, przeczytacie w noci. :P

Klimatyczna, pełna intryg powieść – o martwych bogach, ukrytej historii i tajemniczym mieście o wielu obliczach – autorstwa jednego z najbardziej uznanych młodych pisarzy science fiction.
Miasto Bułykow dysponowało niegdyś siłami bogów, by podbijać świat, zniewalać i brutalnie rozprawiać się z milionami ludzi – aż jego boscy opiekunowie zostali zabici. Bułykow to obecnie po prostu kolejna kolonialna placówka nowej geopolitycznej potęgi, niemniej jego surrealistyczny krajobraz trwa jako niepokojące świadectwo swojej dawnej świetności.
W owo zrujnowane miejsce przybywa Shara Thivani. Oficjalnie, ta skromna, młoda kobieta jest kolejnym młodszym dyplomatą, wysłanym przez ciemiężców Bułykowa. Nieoficjalnie, to jeden z najznakomitszych szpiegów swego kraju, wysłany w celu złapania mordercy. Lecz gdy Shara podąża jego tropem, zaczyna podejrzewać, że istoty, które rządziły tym strasznym miejscem, mogą nie być tak martwe, jakby się mogło wydawać – oraz że okrutne rządy Bułykowa niekoniecznie dobiegły już końca. 

"Tlen" Geoff Ryman
26 kwietnia

Najładniejsza okładka w tej partii UW. Już przez wzgląd na to mocny kandydat do zakupu.;)

Jest rok 2020. Na całym świecie, a więc i w Karzistanie, małym kraiku leżącym gdzieś w środkowej Azji, przeprowadzony zostaje test „Tlenu”: globalnej sieci obywającej się bez komputerów i interfejsów. Wykorzystującej bezpośrednio specjalnie sformatowane fragmenty mózgu.
Test kończy się źle, są ofiary śmiertelne. A w małej, zagubionej w karzistańskich górach wiosce spaja on w jedno dwie osobowości: głównej bohaterki, kobiety w średnim wieku, Mae Chung, i zmarłej w jego trakcie ślepej staruszki pamiętającej bardzo dawne czasy. „Tlen” ma powrócić za rok, po poprawkach, obie kobiety istnieją w nim jednak już teraz. Jako jedna osobowość. Istnieją jednocześnie w „Tlenie”, gdzie ludzie nie mają ciał, i w ciele Mae.
Mae Chung, choć analfabetka, jest inteligentna, sprytna i mądra. Stara się przygotować konserwatywną wiejską społeczność na nieuniknione zmiany. Rozwija biznes w dotychczasowej, klasycznej sieci, bogaci się, uczy nowego świata siebie i innych, choć los nie szczędzi jej osobistych dramatów. Drugie „ja” Mae, obrócone w przeszłość, sprzeciwia się wszelkim zmianom. Do końca nie wiemy, które zwycięży. Do końca nie wiemy nawet, czym jest zwycięstwo: zwieńczeniem tradycji czy jej zagładą?
Mae Chung to chyba najpełniej KOBIECA bohaterka współczesnej fantastyki naukowej. A „Tlen” jest zaskakującą i piękną opowieścią o tym, jak przeżyć między młotem nowego, które nie chce nadejść, i kowadłem starego, które nie chce odejść.

"Luna: wilcza pełnia" Ian McDonald
26 kwietnia

Mimo że nie znam jeszcze poprzedniej części, coś co wychodzi w UW warte jest wspomnienia.

Zabito Smoka.
Corta Hélio, jedna z pięciu rządzących Księżycem rodzinnych korporacji, została zniszczona. Rodzina się rozproszyła, wrogowie podzielili majątek między sobą. Minęło osiemnaście miesięcy.
Ocalałe dzieci Cortów, Lucasinho i Luna, uzyskały ochronę potężnego rodu Asamoah, a Robson, który nie doszedł do siebie po gwałtownej śmierci rodziców, jest teraz podopiecznym – a w istocie zakładnikiem – rodu Mackenziech. Natomiast mianowany następca tronu, Lucas Corta, zniknął z powierzchni Księżyca.
Jedynie lady Sun, głowa rodu Sunów i korporacji Taiyang, podejrzewa, że Lucas jednak żyje i wciąż jest liczącym się graczem. Przecież zawsze był królem intrygi – i nie zawahałby się zaryzykować nawet życia, by zbudować nowe Corta Hélio, jeszcze potężniejsze niż przedtem. Potrzebuje jednak sojuszników – aby ich zyskać, porywa się na podróż na Ziemię, wyprawę niewykonalną dla urodzonego na Księżycu człowieka.
W niestabilnym księżycowym klimacie zwieńczeniem intryg, zmieniających się sojuszy i politycznych machinacji wielkich rodów staje się otwarta, krwawa wojna.
Luna: Wilcza pełnia jest kontynuacją sagi o pięciu księżycowych Smokach. 

"Człowiek z sąsiedztwa" Christopher Priest
26 kwietnia

Zabawa alternatywnymi historiami zdaje się być ciekawa. Więc czemu nie.

Tibor Tarent, fotograf-freelancer, wraca do Anglii z Anatolii, gdzie jego żonę zabiły rebelianckie bojówki. Islamska Republika Wielkiej Brytanii dochodzi jeszcze do siebie po dziwnym i przerażającym ataku terrorystycznym, podczas którego w jednej chwili zanihilował wielki, trójkątny obszar zachodniego Londynu, wraz z setkami tysięcy istnień ludzkich. Władze uważają, że ten atak i śmierć żony Tarenta są w jakiś sposób powiązane.
Sto lat wcześniej, podczas I wojny światowej, estradowy iluzjonsta rusza na Front Zachodni z tajną misją uczynienia brytyjskich samolotów rozpoznawczych niewidzialnymi dla wroga. Podczas podróży do okopów poznaje wizjonera, sądzącego, że to będzie wojna, która zakończy wszelkie wojny.
W roku 1943 polska pilotka opowiada mechanikowi z RAF-u o swojej ucieczce przed hitlerowcami i desperackim pragnieniu powrotu do domu.
W czasach współczesnych, angielski fizyk teoretyk w ogrodzie swojego domu po raz pierwszy wywołuje zjawisko sąsiedztwa.
Człowiek z sąsiedztwa - to powieść, w której pozory mylą, a wszystko skrywa drugie dno, w której fikcja przecina się z historią, a każda wersja rzeczywistości jest podejrzana, w której prawda i fałsz mieszkają ze sobą w sąsiedztwie.

"Stulecie przemocy" Lavie Tidhar
26 kwietnia

Po prostu zaciekawił mnie opis. Ale ponieważ nie czytałam poprzedniej ksiązki autora, pozostaję nieufna.

Nie chcieli zostać bohaterami.
Bronili Imperium Brytyjskiego przez siedemdziesiąt lat. Oblivion i Fogg, nierozłączni przyjaciele powiązani wspólnym przeznaczeniem. Aż do pewnej nocy w Berlinie, kiedy rozdzieliła ich wojna i tajemnica.
Jednakże przeszłość potrafi dogonić każdego.
Wezwani ponownie do Biura Spraw Przestarzałych – instytucji, dla której żadna sprawa nie staje się przestarzała – Fogg i Oblivion muszą stawić czoło pamięci o straszliwej wojnie, nieupamiętnionych aktach heroizmu oraz życiu w dusznych korytarzach i zamkniętych pokojach, gdzie odbywają się potajemne spotkania. Muszą się z tym wszystkim zmierzyć, by znaleźć odpowiedź na pytanie ostateczne:
Co czyni bohatera?

sobota, 1 kwietnia 2017

Stosik #90

Marzec okazał się miesiącem bardzo bogatym w ksiązki (po części dlatego, że dotarły papierowe wersje zeszłomiesięcznych ebooków). Dlatego też stos jest zaiste imponujący. Ponieważ stos jest wysoki a wąski, tym razem opis będzie z boku, a nie pod nim. ;)

Na samej górze jedyny ebook w tym miesiącu - "Rok potopu" Artwood od Prószyńskiego i s-ki. Zanim się za niego zabiorę, muszę jeszcze przeczytać poprzedni tom.
Potem dwa Pratchetty. "W północ się odzieję" jeszcze przede mną, ale "Zadzieiającego Maurycego i jego edukowane gryzonie" już czytałam i nawet napisałam o tym na blogu

Dalej spory pakiet książek recenzenckich. Na samej górze "Tajemnica dziesiątej wsi" - niespodziewany prezent od Prószyńskiego i s-ki. Książka raczej mocno odległa od mojego kręgu zainteresowań, ale może kiedyś ja przeczytam.

Niżej "Drobna przysługa" od Maga. Zdążyłam zatęsknić za Dresdenem, zwłaszcza, że premiera była przekładana już dwa miesiące. Niedługo się za nią zabiorę...

...bo najpierw chcę skończyć "Żądła rządzą", do recenzji od Marginesów. Jestem w trakcie i na chwilę obecna to chyba książka z serii Eco, która najbardziej mi się podoba.

"Historia naturalna smoków" to była najbardziej wyczekiwana przeze mnie premiera tego roku (przynajmniej wziąwszy pod uwagę, że o premierze "Ligi smoków" Novik nic jeszcze nie wiadomo). Tak więc nic dziwnego, że już ją przeczytałam i zrecenzowałam.;) Teraz czekam z niecierpliwością na kolejne tomy. Od wydawnictwa Zysk i s-ka.

Dalej mamy spory pakiet papierowych wersji zeszłomiesięcznych ebooków (plus jeden gratis) od Genius Creations. "Wojny przestrzeni" to chyba największa książką, jaką GC kiedykolwiek wydało. Wahałam się, czy w ogóle w to brnąć (bo "Pokój światów" jednak mnie rozczarował), ale postanowiłam dać kolejną szansę. W sumie o dwóch kolejnych już pisałam w poprzednim stosiku. Za to "Trupojad i dziewczyna" są wartością dodaną. Nie wiem, czy mi się spodoba, ale zamierzam dać jej szansę.

Trzy ostatnie książki przywiozłam sobie od Serenity, którą ostatnio odwiedzałam.:) "Harry Potter i przeklęte dziecko" mam zamiar przeczytać z kronikarskiego obowiązku, bo że mi się spodoba, to nie liczę. "Poison City", jako afrykańskie urban fantasy bardzo mnie interesuje, bo lubię urban fantasy (na pocieszenie po Dresdenie będzie jak znalazł) i jak dotąd fantastyka z RPA mnie nie zawiodła (choć dyskusyjnym pozostaje fakt, czy Szkot od lat żyjący i piszący w RPA pisze jak autor z RPA czy raczej jak ten ze Szkocji). A na dole mój nareszcie odebrany prezent urodzinowy, czyli "Księga smoków polskich". ^^

Aż nie wiadomo, za co się brać.;)

środa, 29 marca 2017

10 (nie)poważnych faktów o mnie

Lubię łańcuszki, ale tylko wtedy, kiedy mnie nominują.;) Niedawno nominowała mnie Karolina z bloga Zwiedzam wszechświat. Łańcuszek nieco ekshibicjonistyczny, ale nie oszukujmy się, każdy bloger ma w sobie nieco z ekshibicjonisty. Tak więc bardzo chętnie podzielę się z Wami kilkoma bezużytecznymi faktami o mnie.;)

Moje stadko :) Od lewej: Ahsoka, Momo, Serenada i Skuld.
1. Uważam, że świnki morskie to najbardziej niedoceniane przez popkulturę zwierzątka domowe.
Króliki mają swoje "Wodnikowe Wzgórze", poza tym w okolicach Wielkanocy zawsze następuje wysyp okolicznościowych filmów z wielkanocnym króliczkiem/zajączkiem w roli głównej. Myszy też od dawna mają silną reprezentację w klasycznej animacji (Jerry, Speedy Gonzales, Pinky i Mózg), jak i w 3D (Despero, Steward Malutki), że o komiksach i książkach nie wspomnę. O chomikach co prawda znam tylko jeden japoński serial animowany, ale w disneyowskim "Piorunie" jeden zagrał zacną rolę drugoplanową. Szczury do niedawna miały kiepski pijar, ale po "Ratatuj" to się zmieniło. Koty i psy pominę, bo to oczywiste. Tylko świnek nikt nie docenia (proszę, nie mówmy o "Załodze G", staram się zapomnieć, że ten film istnieje). Autorzy chyba w ogóle nie mają pomysłu na to, jak ciekawie te sympatyczne i bardzo inteligentne gryzonie wykorzystać. Szkoda. Będę z tym walczyć na swoim instagramie za pomocą fanartów. ;P

2. Z wykształcenia jestem biologiem.
Środowiskowym, tak konkretnie. Prace dyplomowe pisałam o odżywianiu sów (co wcale nie jest tak fascynujące, jak brzmi). Oczywiście nie pracuję w zawodzie.

3. Nie lubię podróżować.
W ogóle najlepiej czuję się siedząc w domu pod kocykiem z książką w ręku i świnką morską na kolanach. Niech inni jeżdżą po świecie i piszą o tym książki. Dzięki temu ja nie muszę i jeszcze mam co poczytać.

4. Moim skrytym marzeniem jest ilustrować książki. 
Do czego pewnie nigdy nie dojdzie, ale pomarzyć można.

5. Lubię ciepło.
Najchętniej przeprowadziłabym się na jakieś przyjemne wyspy o łagodnym, śródziemnomorskim klimacie. Zima to jakiś poroniony pomysł.

6. Jestem mordercą roślin.
Nie jestem z tego dumna, ale kompletnie nie mam ręki do kwiatów - jedyne, co przy mnie nie umiera, to kaktusy. A i to nie zawsze. Niestety, ogrodnik ze mnie kiepski.

7. Nie potrafię oglądać seriali. Ani grać w gry.
To są po prostu te rodzaje mediów, z którymi jestem kompletnie niekompatybilna. Seriale zwykle nie potrafią przykuć mojej uwagi na więcej niż jeden sezon, a często nudzą mi się po kilku odcinkach. I to nie dlatego, że mi się nie podobają, po prostu w pewnym momencie przestaję oglądać i już nie wracam. Gry z kolei sprawiają mi problem narracyjny - jakoś nie potrafię się przetrawić na typ narracji, w którym prośba "znajdź artefakt jak najszybciej" oznacza tak naprawdę "może być za rok, jak ci się uda, przy okazji, nie wysilaj się". Oraz potrafię się zgubić nawet na mapie do Pokemonów, tak że ten...

8. Lubię chodzić w sukienkach.
Ale zwykle jest za zimno, żebym to robiła.

9. Lubię kupować.
Ale tylko konkretne rzeczy. Książki. Artykuły artystyczne (serio, mam tego tyle, że starczyłoby na pięć lat. Ale każda nowa kredka jest mi niezbędna do życia). Stuff dla moich zwierzaków...

10. Jestem skrajną introwertyczką. 
Dlatego większość mojego życia towarzyskiego odbywa się w internecie (nie, żeby większość znajomych była rozsiana po różnych miastach Polski...)

Ode mnie to tyle.Nie nominuję nikogo, bo nie pamiętam, kto już wcześniej był nominowany. Ale jak ktoś ma chęć się przyłączyć, to proszę bardzo. :)

piątek, 24 marca 2017

"Bezkres magii" Brandon Sanderson

Brandon Sanderson jest zdecydowanie jednym z płodniejszych pisarzy. Jego sztandarowym metacyklem pozostaje jednak ciągle Cosmere. Dla żyjących w nieświadomości: Cosmere to uniwersum, które łączy i „Elantris”, i „Z mgły zrodzonego” i „Archiwum Burzowego Światła”. Tak, tak, wszystkie te powieści łączy wspólny wszechświat, mający do zaoferowania jeszcze o wiele więcej. „Bezkres magii” to zbiór opowiadań, w którym odwiedzimy planety zarówno znane i lubiane, jak i kilka całkiem nowych.

Autor i wydawca zadbali o to, żeby nawet nieobeznany (lub obeznany tylko częściowo) czytelnik się nie zgubił i nie poczuł pokrzywdzony. Teksty pogrupowane są według miejsc, w których rozgrywa się akcja. Każdy zestaw opowiadań poprzedzony jest wstępem, pokrótce charakteryzującym cały układ gwiezdny, jego mapą i ilustracją do samego opowiadania. Poza ostatnią z wymienionych, jest to kopalnia smaczków dla każdego fana (oraz dla takich dziwadeł jak ja, które bardzo sobie cenią szersze spojrzenie na tworzone uniwersum. Na przykład takie, które uwzględnia ruch planety wokół gwiazdy, klimat oraz jego wpływ na florę i faunę. A także samą florę i faunę). Dodatkowo każdy tekst ma posłowie, w którym autor ukazuje proces twórczy. I zaczyna się spoiler alertem – bardzo to miłe ze strony autora.

Przejdźmy może do rzeczy, czyli do opowiadań samych w sobie. Zbiór rozpoczyna się tekstami osadzonymi w układzie Sel, czyli tam, gdzie „Elantris”. O „Duszy Cesarza” pisałam swego czasu osobną notkę, więc tu ją pominę (nadmienię tylko, że byłaby chyba najlepszym tekstem w zbiorze) i przejdę od razu do kolejnego tekstu.

„Nadzieja Elantris” jest z kolei tekstem najsłabszym. Odnosi się do kluczowych wydarzeń z powieści, więc może daruję sobie opis fabuły (nie żeby działo się szczególnie dużo. Czy ciekawie) – powiem tylko, ze pokazuje, co działo się w mieście, kiedy „oko kamery” pokazywało nam w powieści inne okolice i wydarzenia. Jakkolwiek idea uzupełniania opowiadaniami luk w fabule powieści jest ciekawa, tak sama „Nadzieja Elantris” ani trochę. Fabuła jest przewidywalna, właściwie te kilkanaście stron tekstu możnaby spokojnie streścić do jednej, niewiele tracąc. Poza tym to tak ordynarne granie na emocjach czytelnika, że aż nieskuteczne. Nuda, panie.

Następnie mamy trzy opowiadania ze świata „Z Mgły Zrodzonego”.

„Jedenasty metal” to okazja do spotkania z Keislerem – widzimy go podczas szkolenia na Zrodzonego z Mgły. Jest to tekst nieco lepszy niż „Nadzieja Elantris” – nie tak egzaltowany – ale cierpiący na podobne wady: przewidywalność fabuły, brak umiejętności zainteresowania czytelnika (czyli mnie). To opowiadanie fantasy jakich wiele, bardzo przeciętne i nie wyróżniające się niczym, choć bardzo poprawnie napisane.

„Allomanta Jak i Czeluści Eltanii” (w tym tytule „Jak” to imię bohatera, a nie zaimek. Przez dłuższy czas byłam w błędzie) z kolei uważam za jeden z ciekawszych tekstów zbioru. Autor nawiązuje w nich do formy odcinkowej powieści przygodowej, jakie ukazywały się w dziewiętnastowiecznych gazetach. I wychodzi mu to bardzo dobrze, muszę przyznać. Zwłaszcza, że wybraną formę nie tylko odtwarza, ale też wzbogaca na swój sposób. Jak bowiem snuję swoją romantyczno-awanturniczą przygodę w listach do redakcji, ale ma też redaktora – lekko cynicznego i bardziej kochającego nagie, konkretne fakty niż barwne opowieści Handerwyma. Handerwym jest drugim narratorem, choć czytamy go jedynie w przypisach. Mi osobiście znacznie ciekawiej czytało się jego przypisy, niż historię główną. Przy okazji mam wrażenie, że autor złożył tym opowiadaniem hołd wszystkim sfrustrowanym swoją niewdzięczną pracą redaktorom (choć nie przyznał się do tego w posłowiu).

„Z Mgły Zrodzony: Tajna historia” z kolei jest tekstem bardziej nastawionym na ekspozycję ukrytych w powieści aspektów świata przedstawionego. To zadanie spełnia wspaniale. Natomiast jako historia fabularna straszliwie się dłuży. Niewiele się tu dzieje, niewiele rzeczy wyeksponowano, mamy za to wykład z „eterycznej” (że się tak wyrażę) mechaniki świata oraz zapewne solidny koszyk ukrytych smaczków i powiązań z powieściami, których albo jeszcze nie znam, albo jeszcze nie zostały napisane. Gdybym nie znała uniwersum, wynudziłabym się solidnie.

Akcja kolejnego tekstu rozgrywa się w układzie Taldarin, znanym z wydanego niedawno u nas komiksu „Biały piasek". Bardzo przyjemy, pustynny świat, który chętnie jeszcze odwiedzę. Samo opowiadanie to opowieść inicjacyjna osnuta na kanwie konfliktu ojciec-syn. Niby nic nowego czy odkrywczego, ale czyta się całkiem przyjemnie.

„Cienie dla ciszy w Lasach Piekła” dzieją się na Ternie, który nie dorobił się własnej powieści (za to opowiadanie było już u nas publikowane wcześniej, w antologii „Niebezpieczne kobiety”). Przyznam, że to jedno z moich ulubionych opowiadań ze zbioru. Autor mocno eksploatuje w nim motyw rubieży, przy okazji obsadzając postać kobiecą w bardzo interesującej roli. Tekst zawiera też satysfakcjonujący plot twist, co niestety w tym zbiorze należy do rzadkości.

„Szósty ze Zmierzchu” (rozgrywający się w układzie Driminad, który też nie doczekał się dłuższego tekstu) z kolei nie zachwyca może fabułą (na tym etapie wydaje się ona mocno naciągana, choć mogłoby się to zmienić, jeśli autor wybrałby dłuższą formę, pozwalającą na lepszą ekspozycję tła), za to z pewnością stałby się jednym z moich ulubionych światów. Mam słabość do planet, które próbują zabić swoich mieszkańców. Bardzo do mnie przemawia też pomysł telepatii na tyle powszechnej, że wykorzystywanej przez większość drapieżników jako główny zmysł podczas polowania.

„Tancerka krawędzi”, bodajże jedyny premierowy tekst zbioru (reszta była publikowana już wcześniej) jest… no… dobra. To bardzo poprawnie napisany tekst, znowu uzupełniający pewne braki fabularne powieści. Fabuła zaskakuje, plot twist jest satysfakcjonujący, wszystko jest na mocną czwórkę. Tyle ze nie ma tu niczego, co mogłoby sprawić, żeby historia zapadła w pamięć. Dodatkowo nie podzielam sympatii autora względem głównej bohaterki.

Przyznam, że „Bezkres magii” jako zbiór trochę mnie rozczarował. Spodziewałam się większej ilości tekstów, które mają to „coś”. Tym czasem dostałam zbiór bardzo poprawny, doskonale rzemieślniczy, ale wbrew tytułowi magii pozbawiony. Owszem, czytało się go przyjemnie. Owszem, może się czepiam. Ale wiem, że nie zapadnie mi w pamięć.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Bezkres magii
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: Arcanum Unbounded. The Cosmere Collection
Tłumacz: Anna Studiarek
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 640

środa, 15 marca 2017

"Wilk zwany Romeo" Nick Jans

Wybierając sobie lektury z tematem „zwierzęcym” staram się stawiać na będące literaturą faktu. Wiecie, w literaturze fikcji (że nieudolnie skalkuję angielski termin) autorzy często popadają w cukierkową tkliwość i bezczelne granie na emocjach, wypisując jednocześnie niestworzone rzeczy i niepotrzebnie uczłowieczając zwierzęcych bohaterów. „Wilk zwany Romeo” jest w tym kontekście dość niezwykły – to rodzaj pamiętnika, spisany przez obserwatora niewiarygodnych (jakby wyciągniętych z filmu Disneya) zdarzeń. Aż dziwne, że jak dotąd nikt jeszcze tej opowieści nie zretellingował.

Nick Jans mieszka na Alasce, w pobliżu parku krajobrazowego. Spokojna okolica, piękne widoki, senne miasteczko. Pewnego dnia pojawia się wilk. Też nic szczególnego, gość co prawda rzadki i niezła gratka dla lokalnych miłośników przyrody, ale nie pierwszy przecież. Ot, pokręci się i zniknie, jak wiele wilków przed nim. Jednak ten czarny basior okazał się inny. Wracał. I to regularnie. Mało tego: wracał głownie po to, żeby bawić się z wyprowadzanymi przez mieszkańców miasta psami. Gdyby to był film familijny, mielibyśmy jakiś łzawy happy end. Niestety, rzeczywistość nie chce być filmem familijnym.

Nick Jans relacjonuje historię wilka dość sucho, przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę, z jak wielką fascynacją podchodzi do tego fenomenu. W sumie może to i lepiej – osobiście wolę konkretny opis wydarzeń, zrównoważony i w miarę możliwości racjonalny od emocjonalnych wywodów i mistycznych pierdów, niech więc skupia się na twardych danych i relacjach świadków (co, swoją drogą, robi zaskakująco rzetelnie. Oby więcej autorów prezentowało takie samozaparcie w riserczu). Nie jest może wybitnym literatem (to raczej kolejny przykład autora, który pisze przyzwoicie, ale popularność zdobył raczej ze względu na przedstawianie interesujących wydarzeń niż interesujący warsztat), ale czyta się go przyjemnie.

Paradoksalnie, bardziej od samego wilka (którego motywacji, mimo szczerych chęci, nie jesteśmy w stanie odgadnąć. Choć możemy próbować, co Jans ochoczo robi) zainteresowały mnie reakcje okolicznej ludności. Bo przykra prawda jest taka, że jeden nieagresywny wilk jest znacznie mniej niebezpieczny dla ludzi, niż ludzie dla niego. Niefrasobliwość, z jaką mieszkańcy traktują, było nie było, dzikie zwierzę to proszenie się o wypadek. Przy czym zauważyłam ciekawe różnice między Europejczykami i Amerykanami. Widzicie, u nas jak gdzieś zaczyna grasować dzikie zwierzę, niewadzące nikomu, nienaprzykrzające się, ale potencjalnie niebezpieczne, to zgłasza się to odpowiednim służbom i po prostu tamtędy nie chodzi. Na Alasce za to mamy na przykład faceta, który bierze specjalnie swoje małe wnuki na spacer w teren, gdzie widziano wilka, odgrażając się, że zastrzeli tego cholernego futrzaka…

Paradoksalnie wieść o Romeo nie rozchodzi się tak szeroko, jak możnaby się spodziewać. Sprawą interesują się najwyżej lokalne media. Teraz Romeo byłby bohaterem internetu…

Opowieść o łagodnym wilku zwanym Romeo, który uwielbiał bawić się z psami niestety nie kończy się dobrze. Dla mnie ta historia na zawsze pozostanie opowieścią o tym, jak cwaniaczki i idioci przez swoją głupotę i zacietrzewienie oraz brak szacunku dla czegokolwiek, co jest od nich słabsze niszczą piękno tego świata (wiem, że to brzmi pompatycznie, ale jakbym pisała coś o pięknie natury, brzmiałobym dla odmiany jak ekobełkot). Warto przeczytać tę książkę choćby po to, żeby zdać sobie sprawę, jak bardzo tacy ludzie wpływają na to, co się wokół nas dzieje (w obliczu padających drzew jest to wyjątkowo aktualny przekaz).

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy.


 
Tytuł: Wilk zwany Romeo
Autor: Nick Jans
Tytuł oryginalny: A Wolf Called Romeo
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2016
Stron: 366

niedziela, 12 marca 2017

"Historia naturalna smoków" Marie Brennan

Są takie nieliczne tytuły, na których polska premierę czekam z niecierpliwością, ale bez wielkiej nadziei, że kiedyś się doczekam (nieliczne są pewnie głównie dlatego, że nie zaglądam na Goodreaders). „Pamiętnik Lady Trent” to właśnie jedna z takich serii – wpadła mi w oko jakoś w okolicach premiery pierwszego tomu w oryginale i wzbudziła ekscytację. Od tamtego czasu minęły cztery lata i do niedawna nic się w kwestii nie działo. Wygląda jednak na to, że jakaś książkowa opatrzność nade mną czuwa. Oto bowiem w roku, kiedy (najprawdopodobniej) wyjdzie ostatni tom cyklu „Temeraire”, któremu szczerze fangirluję, nagle Zysk postanowił wydać książkę, na którą bezskutecznie czekam od lat. Liczę, że cykl o Lady Trent będzie godnym następcą „Temeraire’a”.

Izabela Camherst (później znana jako Lady Trent – wbrew temu, co piszą na okładce to nie jest nazwisko, tylko tytuł) jest już starszą kobietą, znaną i podziwianą na całym świecie za swoje naukowe osiągnięcia w dziedzinie badań nad smokami. Jednak, jak w przypadku każdej osobistości, wielu młodych fanów pragnęłoby poznać bardziej prywatną stronę życia tej gwiazdy nauki. Stąd też pomysł pamiętników, których pierwszą częścią jest „Historia naturalna smoków”. Dzięki tej książce możemy z pierwszej ręki poznać najmłodsze lata życia Lady Trent aż do pierwszej wyprawy badawczej włącznie i dowiedzieć się, co też z niej wynikło.

Ta powieść zdawała się zawierać kilka rzeczy, które bardzo sobie cenię w fantastyce, a które rzadko występują w odpowiednich proporcjach: ciekawą postać kobiecą (nie mylić z Silną Postacią Kobiecą ™), znaczący wątek naukowy oraz smoki z pomysłem napisane. Weryfikując te obietnice, nie rozczarowałam się.

Zacznijmy może od głównej bohaterki. Zachwycił mnie sposób, w jaki autorka postanowiła tę postać skonstruować. Widzicie, panuje moda (chyba od czasów księżniczek Disneya drugiej generacji) na bohaterki, które zdobywają swoje miejsce w życiu i spełniają marzenia poprzez bunt i łamanie z trzaskiem wszelkich obowiązujących zasad. Czytając powieści młodzieżowe człowiek dochodzi do wniosku, że to jedyny sposób na skonstruowanie bohaterki, która wystaje poza ramy roli społecznej narzuconej jej przez powieściową rzeczywistość. Tymczasem Brennan pokazuje, że można inaczej. Owszem, Izabela zajmowała się od maleńkości rzeczami, które nie przystoją młodej damie. W pewnym momencie w imię tych zainteresowań zdecydowała się nawet na czyn, który okazał się dla niej realnie niebezpieczny. Zwykle w powieściach w takich momentach brawura bohaterek jest nagradzana. Tutaj mamy sytuację odwrotną – lekkomyślność i brawura sprawiły, że Izabela musiała na kilka lat porzucić swoje pasje i stać się ułożoną młodą damą, skoro miała żyć w społeczności ukształtowanej na wzór wiktoriańskiej. Później, nawet gdy jej marzenia stały się bardziej realne, do ich zrealizowania też dążyła wykorzystując metody znajdujące się w ramach obyczajowości epoki, nie zaś ją przełamując. To bardzo rzadkie podejście do konstrukcji bohaterek, mało popularne. Szkoda, bo wydaje mi się, że znacznie bardziej realistyczne.


Ciekawe (i rzadsze, niż bym chciała) jest również podejście autorki do związków. Otóż prawie całkowicie pominęła ona etap zalotów. Większość autorów (nie tylko powieściowych zresztą) uważa proces schodzenia się pary za jedyny interesujący etap w związku – stąd też ich bohaterowie ciągle schodzą się i rozstają, bo napisanie stabilnej relacji dwojga ludzi zdaje się większość twórców przerastać. Tymczasem Brennan postawiła na stabilne, kochające się małżeństwo, w którym jedna ze stron jest rozsądna, a druga bardziej skłonna do ryzyka (a cechy te są rozmieszczone odwrotnie, niż obyczajowość epoki pozwala zakładać) – przy czym oboje się szczerze kochają. Bez egzaltacji i wielkich czynów, wyrażając uczucie raczej drobnymi kompromisami dnia codziennego niż romantycznymi porywami. Oby więcej takich par.

W ogóle bardzo podoba mi się to, że autorka postanowiła stworzyć bohaterów, którzy są dziećmi swoich czasów. Owszem, narratorka pamiętników nie jest przykładną damą i już samym swoim zajęciem wywołuje pewną sensację, ale przy tym nie zdaje się być bohaterką współczesną włożoną do innej epoki.

Przejdźmy może do smoków i związanych z nimi wątków naukowych. Przyznam, że liczyłam na nieco więcej, jeśli chodzi o badania nad smokami. Co prawda napisana część jak najbardziej spełniła moje oczekiwania, ale liczyłam, że będzie jej o prostu więcej. Najwyraźniej autorka poświęciła część „naukowości” na rzecz typowo przygodowego rozwoju akcji (co nie jest zbrodnią, ale wolałabym odwrotnie. Choć obawiam się, że jestem w mniejszości). Oczywiście wszyscy autorzy, którzy mają zamiar wnieść do wizerunku smoków odrobinę nauki, rezygnując przy tym w swoim światotwórstwie z magii, kochają XIX-wieczne realia. Dlatego, że jest to już okres, kiedy metody naukowe zaczęły uzyskiwać współczesny kształt, lale jednocześnie rozwój nauki nie pozwalał na uzyskanie precyzyjnej odpowiedzi na pytanie „Z czego dokładnie są zrobione ultralekkie smocze kości?” czy „Jaka konkretni mieszanka lotnych gazów znajduje się w smoczych pęcherzach lotnych?”. To oszczędza całe tygodnie riserczu.

Smoki tutaj są inne niż te u Novik chociażby. To zwierzęta. Owszem, z tych inteligentniejszych i o bardzo złożonych zachowaniach, ale nie mówią ani nie tworzą własnej kultury (oraz nie kradną cudzej, jeśli o to chodzi). Niemniej, opisy ich biologii i zachowań, a także anatomii wyszły autorce bardzo przekonującą. Czekam na kolejne gatunki i opowieść o nich.

Autorka pieczołowicie skonstruowała też świat przedstawiony. Oczywiście jest to kraina typowo fantastyczna, ale jej problemy, że tak powiem, ogólnoświatowe są jakoś dziwnie zbieżne z problemami naszego dziewiętnastowiecznego świata (mapy co prawda nie ma (szkoda) ale gdyby była to mam wrażenie, że podejrzanie przypominałaby mapę Europy). Kolonializm, napięcia między mocarstwami, niepokoje graniczne. Skąd my to znamy…

Jeszcze kilka słów o wydaniu, bo to dla mnie istotne. Oryginalne grafiki (nie tylko okładkowa, ale i ilustracje) bardzo mi się podobały i marzyłam cicho, że w polskim wydaniu zostaną zachowane. Nie zawiodłam się, na szczęście. Są wszystkie ilustracje, a wydawca na pierwszej stornie okładki postanowił zostawić tylko tytuł i autora (rezygnując z upstrzenia jej jakimiś dodatkowymi i zupełnie zbędnymi napisami, jak to jest ostatnio w modzie), za co mu chwała. Tłumaczenie też wygląda na bardzo przyzwoicie. Mogę się przyczepić jedynie do korekty, ale i to nie za mocno – kłują w oczy głównie zjedzone kropki na końcu zdania, ale nie są jakieś szczególnie liczne.

Nie będę owijać w bawełnę: polecam mocno każdemu, dla kogo narracja pierwszoosobowa nie jest przeszkodą nie do przejścia, zaś pamiętnik formą obrzydliwą. Kupujcie dla smoków i dla bohaterów, czytajcie i polecajcie. Ja osobiście nie mogę doczekać się kolejnego tomu. Mam nadzieję, że nie przyjdzie mi na niego długo czekać.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Zysk i s-ka.

Tytuł: Historia naturalna smoków
Autor: Marie Brennan
Tytuł oryginalny: A Natural History of Dragons: A Memoir of Lady Trent
Tłumacz: Dorota Żywno
Cykl: Pamiętnik Lady Trent
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Rok: 2017
Stron: 358

wtorek, 7 marca 2017

Na co poluje Moreni: marzec 2017

Poszaleli wszyscy - tyle nowości na marzec przeznaczyli, jakby później nic już być nie miało. Długość tej notki będzie zaiste imponująca.

Mamy kilku spadkowiczów: "Pieśń węży" Marii Dunkiel zdaje się znowu przesunięta - tym razem na 15 marca. "Drobna przysługa" Butchera ma się ukazać 24 marca (tego spadku ze stycznia nie podawałam w poprzednim zestawieniu, bo wtedy jeszcze nie było wiadomo, na kiedy została przesunięta), a "Książka" Keitch Houston ukazała się bodajże 1 marca.

Chcę mieć

"Żądła rządzą" Dave Goulson
15 marca

Zawsze lubiłam trzmiele - chyba nawet bardziej od pszczół. To takie puchate, latające misie. Kiedyś zrobiły nawet gniazdo w fundamencie domu moich rodziców. Toteż oczywistym jest, że chciałabym przeczytać książkę o tak sympatycznych owadach (swoją drogą, dużo tych pszczołowatych ostatnio w literaturze), zwłaszcza, jeśli wychodzi w serii, którą zbieram.

Już jako mały chłopiec Dave Goulson pasjonował się wszelkimi formami życia, począwszy od własnej domowej menażerii egzotycznych zwierzaków, a skończywszy na poronionych eksperymentach z taksydermią. Ale najbardziej ze wszystkiego fascynowały go trzmiele: duże, krępe i pokryte gęstym futerkiem pszczoły. Tak, pszczoły. Mniej agresywne od innych przedstawicieli gatunku i równie potrzebne środowisku.
Żądła rządzą to nie tylko historia starań Goulsona o reintrodukowanie niegdyś powszechnych trzmieli paskowanych w Wielkiej Brytanii, ale także pasjonujący opis tych zadziwiających stworzeń – sposobu ich życia i łączących je więzi. Autor przedstawia też katastrofalne skutki, jakie intensyfikacja rolnictwa spowodowała wśród populacji trzmieli i przestrzega przed dalszymi zagrożeniami.
Goulson pisze: „Zacząłem badać trzmiele dlatego, że mnie fascynują, zachowują się w tajemniczy i interesujący sposób, a poza tym są rozkoszne”.


Chcę przeczytać

"Mitologia nordycka" Neil Gaiman
1 marca

Gaimana lubię, mitologię nordycką też, choć nigdy się za jej porządne zgłębianie nie wzięłam. Tak że jakiejś szczególnej presji na przeczytanie nie czuję, ale może to jest okazja, żeby się porządnie wziąć.

Wielkie nordyckie mity to jeden z korzeni, z których wyrasta nasza tradycja literacka - od Tolkiena, Alana Garnera i Rosemary Sutcliff po "Grę o tron" i komiksy Marvela. Stały się też inspiracją dla wielu obsypanych nagrodami bestsellerów Neila Gaimana. Teraz sam Gaiman sięga w odległą przeszłość, do oryginalnych źródeł tych opowieści, by przedstawić nam nowe, barwne i porywające wersje największych nordyckich historii. Dzięki niemu bogowie ożywają - pełni namiętności, złośliwi, wybuchowi, okrutni - a opowieść przenosi nas do ich świata - od zarania wszechrzeczy, aż po Ragnarök i zmierzch bogów. Barwne przygody Thora, Lokiego, Odyna czy Frei fascynują współczesnego czytelnika, a żywy, błyskotliwy język sprawia, że aż proszą się o to, by czytać je na głos przy ognisku w mroźną gwiaździstą noc.

"O dobrym jedzeniu" Agata Michalak
1 marca

W sumie to interesuje mnie to głównie jako córki rolnika - było nie było, producenta jedzenia.;)

Soczysty, dojrzały pomidor w środku lata czy jego blady cień z holenderskiej uprawy całorocznej? Oto pytanie, które zadaje sobie coraz więcej Polaków.
Gdy po latach niedoborów zachłysnęliśmy się bogactwem towarów w na sklepowych półkach, z zachwytu zapomnieliśmy o tym, co rodzime, dobre i zdrowe. Dopiero niedawno przestały nam wystarczać sztuczne warzywa z supermarketu. Ale żeby na rynek znów trafiła wartościowa żywność, potrzebni są ludzie, którzy ją wyprodukują. I o nich opowiada ta książka. Bohaterowie Agaty Michalak to pasjonaci, którzy często porwali się – dosłownie – z motyką na słońce. Ich determinacja trafiła jednak na podatny grunt. Choć dla wielu Polaków cena wciąż jest czynnikiem decydującym, coraz częściej kupujemy mniej, ale za to lepiej. Chcemy wiedzieć, co jemy, jaką drogę przebyły produkty, które trafiają na nasz stół, a cena za ekologiczną żywność jest łatwiejsza do zaakceptowania, gdy mamy świadomość, że za nią stoi ciężka praca i szacunek dla przyrody. Tak do tego, co robią, podchodzą bohaterowie Michalak: z bezwzględną uczciwością i wielkim przekonaniem, że jedzenie to coś naprawdę wartościowego.


"Człowiek, który zrozumiał naturę" Andrea Wulf
1 marca

Nie czytam zbyt wielu biografii, ale muszę przyznać, że te opisujące życie przyrodników wydają mi się interesujące. Dlatego zawróciłam uwagę na tę książkę.

Najgłośniejsza biografia ostatnich lat i zwycięzca Costa Biography Award 2015!
Na cześć Alexandra von Humboldta nazwano miasta, rzeki, pasma górskie, prąd oceaniczny, pingwina, gigantyczną kałamarnicę – a nawet morze na Księżycu.
Jego barwne życie jest jak żywcem wyjęte z powieści przygodowej: Humboldt zapuścił się w lasy deszczowe, wspiął na najwyższe wulkany świata, był podziwiany przez książąt i prezydentów, uczonych i poetów. Inspirował Napoleona, Darwina, Bolívara a nawet kapitana Nemo z powieści Verne’a. Idee i odkrycia tego wielkiego naukowca zrewolucjonizowały i ukształtowały naukę, ochronę przyrody, politykę i sztukę.
Andrea Wulf zabiera nas w fantastyczną podróż jego śladami – w wyścig przez Rosję zakażoną wąglikiem i wyprawę tropikalnymi rzekami pełnymi krokodyli – i pokazuje, dlaczego życie i poglądy Humboldta pozostają tak ważne do dziś. Chciał poznać i zrozumieć świat, w którym żyjemy, i pierwszy zaczął się o niego troszczyć. Już w 1800 roku przewidział zmiany klimatyczne spowodowane działalnością człowieka i stworzył podwaliny współczesnego ruchu ekologicznego.
Życie Alexandra von Humboldta to opowieść o tym jak ukształtował się sposób, w jaki patrzymy na naturę i naszą planetę dzisiaj.


"Rok potopu" Margaret Artwood
2 marca

Co prawda nie czytałam jeszcze "Oryksa i derkacza", ale coś mi mówi, ze jak przeczytam, to będę chciała się wziąć za kontynuację.

Czasy i gatunki błyskawicznie się zmieniają, zgoda społeczna chyli się ku upadkowi,
równowaga ekologiczna ulega zachwianiu. Adam Pierwszy, dobrotliwy przywódca Bożych Ogrodników – sekty religijnej dążącej do połączenia nauki z religią oraz ocalenia światowej flory i fauny – od dawna przepowiada nadejście katastrofy, która odmieni Ziemię nie do poznania. I oto spełnia się jego przepowiednia. Ginie prawie cała ludzkość. Z życiem uchodzą dwie kobiety: Ren, młoda tancerka trapezowa zamknięta w ekskluzywnym klubie ze striptizem, i Toby, Boża Ogrodniczka zabarykadowana w luksusowym spa, w którym wiele produktów kosmetycznych jest jadalnych.
Czy przeżył ktoś jeszcze? Przyjaciółka Ren, bioartystka Amanda? Ekowojownik Zeb, jej ojczym? Dawny kochanek Ren, Jimmy? A może krwiożerczy paintbólowcy? Nie wspominając o KorpuSOKorpie, tajemniczej, skorumpowanej służbie bezpieczeństwa strzegącej interesów władzy…
W czasie gdy Adam Pierwszy i jego zwolennicy przemierzają zmieniony świat, Ren i Toby szukają z niego ucieczki, co prowadzi do niespodziewanego, poruszającego zakończenia powieści.
„Rok Potopu” to powieść mroczna, subtelna, brutalna, dająca do myślenia i pełna posępnego humoru. Margaret Atwood w najwyższej formie.


"Ostatni dzień pary II" antologia
3 marca

Dużo opowiadań za darmo - kto by nie chciał? Chyba tylko ktoś, kto nie lubi steampunku. Można zassać tu.

Na liczący ponad 700 stron zbiór składa się 37 opowiadań w konwencji steampunkowej i postapokaliptycznej. Część stanowią zwycięskie dzieła młodych adeptów pióra – wybrane spośród ponad 250 propozycji nadesłanych na konkurs – pozostałe natomiast to teksty najciekawszych twórców współczesnej polskiej fantastyki. Każde opowiadanie wzbogacone jest ilustracją wykonaną przez współpracujących z inicjatywą artystów.
Podobnie jak w przypadku pierwszego tomu, który ukazał się w 2013 roku, głównym celem publikacji jest promowanie młodych stażem autorek i autorów oraz popularyzowanie polskiej literatury wśród czytelników i fanów fantastyki.
Ostatni dzień pary II jest owocem wspólnej pracy autorów, ilustratorów, redaktorów i sympatyków, a w jego wydaniu uczestniczyła krakowska Fundacja „Historia Vita”.


"Wiedźma Opiekunka" Olga Gromyko
8 marca

Sytuacja analogiczna jak przy poprzedniej książce. Tylko wagomiar powieści jakby inny.

Wolha Redna, której niezwykłe przygody poznaliśmy w powieści Zawód: Wiedźma, powraca w drugim tomie bestsellerowych Kronik Belorskich autorstwa Olgi Gromyko - znanej w Polsce m.in. dzięki znakomitej trylogii Rok Szczura.
Najbardziej W.REDNĄ wiedźmę w historii świata czekają nowe wyzwania – na początek egzaminy końcowe w Wyższej Szkole Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. Kiedy wydaje się, że wrota do wymarzonego życia stają przed dziewczyną otworem, musi ona udać się na staż do Jego Wysokości króla Nauma, a potem… potem już nic nie idzie zgodnie z planem.
Wolha Redna jednak nigdy nie poddaje się bez walki i nawet jeśli jej życiu zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo, wciąż pozostaje W.REDNĄ sobą.
W Wiedźmie Opiekunce spotkamy starych znajomych i dobrze nam znany nieprzeciętny humor, ale też nowych barwnych bohaterów i nowe niezwykłe przygody rudej wiedźmy.
Przygotujcie się na potężną dawkę emocji, magii i humoru spod znaku Kronik Belorskich!


"Siedemnaście zwierząt" Robert Pucek
8 marca

Czytałam poprzednią książkę autora, która ukazała się w serii Menażeria i choć nie jest to moja ulubiona książka serii, to chętnie przekonałabym się, co tam autor jeszcze naskrobał.

Pomimo tytułu w książce Roberta Pucka chodzi nie tylko o zwierzęta, lecz – jak chciał Umberto Eco – o „obietnicę objawienia niepokojących, ale i oświecających prawd". Ten osobisty bestiariusz bierze za punkt wyjścia krokodyle, ćmy, słonie czy wilki, by opowiadać o sprawach najbardziej uniwersalnych: miłości, cierpieniu, pragnieniu i śmierci. Robert Pucek sięga do twórczości największych pisarzy, poetów i filozofów, szukając drogi między myślą Zachodu i Wschodu. A nasi bracia mniejsi stają się księgą, w której zapisana zostaje kondycja ludzka.

"Yokai. Tajemnicze stwory w kulturze japońskiej" Michael Dylan Foster
8 marca

Jako że fantasy jest moim ulubionym gatunkiem, a jako gatunek pełnymi garściami czerpie z mitologii świata uważam, że powinnam dążyć do poznania tychże mitologii. Każdy fan fantasy powinien. A japońska jest od jakiegoś czasu dość modna.

Kultura japońska pełna jest potworów, duchów, fantastycznych istot i ponadnaturalnych zjawisk. Japończycy określają je wszystkie wspólną nazwą: yōkai. Stwory te przyjmują nieskończenie wiele form i kształtów – od górskich chochlików tengu i wodników kappa do zmiennokształtnych lisów i liżących sufity stworów o długich językach. Choć w dzisiejszych czasach popularność zapewniają im anime, manga, filmy i gry komputerowe, większość yōkai pochodzi z lokalnych legend, ludowych opowieści i historii o duchach.
Michael Dylan Foster, od lat prowadzący badania w Japonii, omawia historię i kulturowe konteksty yōkai, śledzi pochodzenie, objaśnia znaczenia i przedstawia sylwetki ludzi, którzy w ciągu wieków usiłowali zgłębić tajemnice tych istot. Dodatkową zaletą tej wciągającej i przystępnie napisanej książki jest swoisty bestiariusz, w którym autor szczegółowo opisał wybrane yokai, ilustrując swoje opowieści oryginalnymi rysunkami autorstwa Shinonome Kijina. Foster zaprasza w fascynującą podróż po japońskiej kulturze ludowej, przedstawia także jej coraz szerszy wpływ na globalną kulturę popularną.


"Problem trzech ciał" Liu Cixin
14 marca

Jestem ciekawa chińskiej SF. Zwłaszcza, że promuje ją Ken Liu.

Pierwszy tom trylogii „Wspomnienie o przeszłości Ziemi”, największego w ostatnich latach wydarzenia w światowej fantastyce naukowej, porównywalnego z klasycznymi cyklami „Fundacja” i „Diuna”. Chiński bestseller, który zyskał ogromny rozgłos w USA.
W 2015 roku książka otrzymała nagrodę Hugo dla najlepszej powieści, po raz pierwszy w historii przyznanej tłumaczonemu tekstowi. Znalazła się także w finale nagród Nebula, Prometeusza, Locusa, Johna W. Campbella. Mark Zuckerberg, twórca Facebooka, wybrał ją jako jedną z najbardziej wartych przeczytania książek 2015 roku, a prezydent Barack Obama zabrał ją na urlop na Hawajach.
Tajny chiński projekt z czasów Mao przynosi przerażające konsekwencje kilkadziesiąt lat później. Początek XXI wieku - po serii samobójstw wybitnych fizyków śledztwo prowadzi do tajemniczej sieciowej gry Trzy ciała, której celem jest uratowanie mieszkańców planety zagrożonej oddziaływaniem grawitacyjnym trzech słońc. Świat tej gry nie jest jednak fikcją...


"Legion" Brandon Sanderson
15 marca

Przyznam, że Sandersonem (który chyba niedługo wypadnie mi z lodówki) jestem już trochę znużona. Ale pojawiła się powieść spoza jego sztandarowego metacyklu "Cosmere", więc czuję się nieco zaintrygowana.

Stephen Leeds jest całkowicie zdrowy na umyśle. To jego halucynacje są szalone.
Stephen jest geniuszem o niezrównanych zdolnościach, który w ciągu zaledwie kilku godzin może opanować dowolną umiejętność, zawód lub dziedzinę sztuki. Niestety, by pomieścić całą tę wiedzę, jego umysł tworzy wyobrażonych ludzi – Stephen nazywa ich aspektami – by zachować i uzewnętrzniać wszystkie informacje. Dokądkolwiek Stephen się udaje, towarzyszy mu drużyna wyobrażonych ekspertów, która udziela rad, interpretuje i objaśnia. Wykorzystuje ich do rozwiązywania problemów... nie za darmo.
Ale jego umysł robi się nieco zatłoczony, a aspekty mają tendencję do życia własnym życiem. Kiedy pewna firma wynajmuje go do odzyskania skradzionego sprzętu – aparatu mogącego rzekomo robić zdjęcia przeszłości – Stephen pakuje się w przygodę, która zmusi go do udania się na drugi koniec świata i walki z terrorystami. To, co odkryje, może podważyć fundamenty trzech najważniejszych światowych religii i, być może, dać mu niezwykle ważną wskazówkę co do prawdziwej natury jego aspektów.


"Idealny stan" Brandon Sanderson
15 marca

To właściwie dłuższe opowiadanie. Czytając blurb miałam nieodparte wrażenie, że opowiada o spotkaniu dwóch gamerów wymiataczy w ich wirtualnych królestwach. I warto dodać, że ten tomik będzie miał ograniczoną dystrybucję, jak zapowiada wydawca.

Bóg-Cesarz Kairominas jest panem wszystkiego, co go otacza. Pokonał wszystkich wrogów, zjednoczył cały świat pod swoimi rządami i opanował magię. Większość czasu zajmują mu potyczki z arcywrogiem, który wciąż próbuje najechać świat Kaia.
Dziś jednak jest inaczej. Dziś Kai musi się udać na randkę.
Zewnętrzne moce zmusiły go do spotkania z kimś, kto mu dorównuje – kobietą z innego świata, która osiągnęła równie wiele, co on. Co się stanie, kiedy najważniejszy mężczyzna na świecie zostanie zmuszony, by zjeść kolację z najważniejszą kobietą?


"Ludzie i zwierzęta" Antonina Żabińska
15 marca

Jak zwykle za (auto)biografiami nie przepadam, tak ta wydaje mi się być intrygująca. Głównie ze względu na zwierzęta - motywy wojenne raczej odstraszają (w ogóle to zestawienie zaskakująco biograficznie wypada). No i film ma niedługo być.

Wspomnienia niezwykłej kobiety – matki, żony i przyjaciółki wszystkich stworzeń
Prawdziwa historia w hollywoodzkim stylu
Antonina Żabińska była żoną dyrektora warszawskiego ogrodu zoologicznego. Jej mąż, Jan Żabiński, stworzył nowoczesne i znane w całej Europie zoo. Żonę cenił za wyjątkowe umiejętności i intuicję w postępowaniu ze zwierzętami. Bez antybiotyków, testów i współczesnej wiedzy weterynaryjnej Antonina potrafiła wyleczyć nawet bardzo egzotycznych podopiecznych. Miała niezwykły dar oswajania dzikich stworzeń – wystarczyło jedno wypowiedziane cicho słowo albo delikatny dotyk. Ten dar wielokrotnie przydawał się w czasie tragicznej wojennej zawieruchy.
Śmierć zwierząt podczas pierwszych bombardowań Warszawy w 1939 roku i likwidacja ogrodu nie załamały dyrektorostwa Żabińskich. Kiedy stracili zwierzęta, zaczęli ratować ludzi, ukrywając ich na terenie domu i ogrodu. Jan Żabiński wyprowadził z żydowskiego getta dziesiątki uciekinierów, Antonina otoczyła opieką i stworzyła dla nich dom. Łagodną stanowczością i wymyślonym szyfrem wiele razy odwracała uwagę Niemców od tego, co działo się w willi, którą nazywano „Pod Zwariowaną Gwiazdą”.
Zwierzęce pseudonimy, Offenbach grany jako sygnał ostrzegawczy, skrytki w szafach, piwnicy, bażanciarni, pieczyste z gawronów, a wszystko w towarzystwie mięsożernego królika i kotki, która matkowała lisiętom.
Po likwidacji powstania Jan Żabiński dostał się do niewoli, Antonina jeszcze wiele razy została wystawiona na ciężką próbę...
Ludzie i zwierzęta to oryginalne wspomnienia Antoniny Żabińskiej, niezwykłej kobiety, która wciąż inspiruje pisarzy i filmowców. Jej przeżycia posłużyły do powstania hollywoodzkiej produkcji Azyl, w reżyserii Niki Caro.


"Powstanie" Ian Tregillis
15 marca

Poprzedniego tomu jeszcze nie czytałam, ale wydaje mi się interesujący. Toteż wspomnę o tym, że właśnie wychodzi drugi.

Odrodzony w ogniach zniszczonej Wielkiej Kuźni Jax rozpoczyna życie jako wolny klakier. Z wyzwoleniem wiąże się jednak ogromne brzemię. Jax pragnie wolności dla swoich mosiężnych braci i sióstr. Nadziei upatruje w na poły legendarnej królowej Mab i jej mitycznej arkadii ukrytej gdzieś daleko na północy kontynentu.
Berenice pełniła funkcję Talleyranda – szpiegmistrzyni, bohaterki dziesiątków opowieści, herosa ludu Nowej Francji. A potem popełniła błąd... Została wygnana z kraju i pochwycona przez drakońską sekretną policję zegarmistrzów. Choć jej dni zdają się policzone, nadal zamierza za wszelką cenę dążyć do odmienienia losów wojny.
Mosiężny Tron planuje znów najechać francuskie ziemie. Ostatnim bastionem Francuzów jest dotąd niezdobyta twierdza Zachodniej Marsylii. Właśnie tu do obrony przygotowuje się kapitan Hugo Longchamp. Zadanie ma wyjątkowo trudne, bo naprzeciw niestrudzonej armii mechanicznych żołnierzy może wystawić jedynie znękane i nieprzetestowane oddziały złożone w większości z kupców i rzemieślników. Sytuacja dawno nie była tak beznadziejna.
Kontynuacja „Mechanicznego” Iana Tregillisa.
„Powstanie” to drugi tom epickiej opowieści o bezkompromisowej wojnie i krętej drodze ku wolności.
Trzeci tom serii – „Wyzwolenie” - ukaże się już jesienią 2017 roku!


"Sekrety roślin" Anne-France Daughtreville
15 marca

Jak lubię wszelkie przyrodnicze ksiązki, tak te o roślinach jakoś nie wywołują u mnie szczególnego dreszczyku emocji. Niemniej, uważam, że warto odnotować tę premierę.

Przechadzka po świecie pełnym roślin, liści i gałęzi. Fascynujące sekrety wszystkiego, co zielone.
Na powierzchni Ziemi i do głębokości pół metra pod powierzchnią wody żyje od 350 tysięcy do 400 tysięcy gatunków grzybów, porostów, glonów i roślin. Ich sekrety są zadziwiające. Irys, na przykład, potrafi przestraszyć nawet... bizona. Zazdrosny koper włoski nie lubi sąsiedztwa innych gatunków – gdy tylko wyczuje intruza, wypuszcza substancje, które spowolnią jego rozwój. Kwiaty wydzwaniają godziny. Rośliny mówią, słuchają i wcale nie są unieruchomione w swoim podłożu. Porozumiewają się, wydając sygnały dźwiękowe pod ziemią, podobnie jak delfiny w morzu. Gdy do nich mówimy, rosną szybciej. I lubią dalekie podróże. Widliczka, zwana różą jerychońską, wprawiana w ruch podmuchem wiatru toczy się dziesiątki kilometrów, zanim zapuści korzenie.


"Księga morza" Mourten A. Stroksnes
15 marca

Fajnie, książka o potędze morza i pokonywaniu jednych z niebezpieczniejszych wód świata w pontonie. Tylko to polowanie na rekina mi się nie podoba.

Przez fiordy na otwarte morze. Bestseller z Norwegii o przyrodzie, która nie przestaje nas zachwycać i stawiać przed nami wyzwania oraz drzemiącej w nas tęsknocie za wielką przygodą.
Śmiała wyprawa, szaleńczy pomysł, wielkie wyzwanie, groźny żywioł i piękna natura. Dwójka przyjaciół – Morten i Hugo – pakuje sprzęt, wsiada do małego pontonu i wyrusza w misję, która ciągnąć się będzie przez cały rok, w tempie zmieniających się pór roku. Jaka to misja? W głębinach morskich w pobliżu Archipelagu Lofoty, uznawanego za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, żyje wielki rekin polarny. Dorasta do 8 metrów długości, waży ponad tonę i dożywa pięciuset lat. Jego mięso zawiera toksyny, przyprawiające ludzi o halucynacje. Morten i Hugo postanawiają na niego zapolować. Zarzucając przynęty, walcząc ze sztormem, mijając mielizny i szkiery, rozmawiają o życiu, polowaniu, ucieczce od cywilizacji i morzu – jego tajemnicach, niezwykłości, istotach zamieszkujących głębiny. I owszem, nie stronią też od alkoholu.
Ten arcyciekawy reportaż o morzu, pełen odniesień do historii, literatury, sztuki, mitologii, ekologii czy życiowych mądrości prostych rybaków jest zarazem książką, która pozwala nam uciec na chwilę od cywilizacji i zaspokoić dziecięce marzenie o wielkiej przygodzie. Jej literackie wartości doceniono, przyznając autorowi Nagrodę Bragego i Nagrodę Krytyków.
"Genialna literatura faktu. Wiedza i mądrość Strøksnesa temat morza jest bezcenna i bezkresna, w dodatku spisana przejrzystym, norweskim stylem. "
"Vart Land"
"Bogata, pełna energii książka, która sprawi, że zatęsknicie za podróżowaniem. Największe skarby można odnaleźć w morskich głębinach – pisze autor z zaraźliwą pasją. I to owa pasja jest dla książki najbardziej charakterystyczna. "
"Prosa"
"Arcydzieło... Dzięki perfekcyjnej kompozycji i inspiracji prawdziwym życiem książka Strøksnesa mogłaby stanąć obok takich klasyków jak choćby »Stary człowiek i morze« Hemingwaya. "
"Bergens Tidende"
"Tę książkę po prostu czyta się z przyjemnością. "
"Aftenposten"
"Nie można się jej oprzeć. Wciągnęła mnie od pierwszych stron. "
"Nordlys"


"Ostatnia więź" Brian Staveley
21 marca

Ostatni tom trylogii, którą mam w domu. Trzebaby zacząć czytać.

Po "Mieczach cesarza" i "Boskim ogniu" akcja trylogii Briana Staveleya doczekała się imponującego zwieńczenia w trzecim tomie zatytułowanym Ostatnia więź, w którym wojna ogarnia całe Cesarstwo Annuru.
Starożytni Csestriimowie powracają, aby dokończyć dzieła unicestwienia ludzkości; armie maszerują na stolicę; krwiopijcy, samotne istoty czerpiące swoje niezwykłe moce ze świata natury, angażują się u boku każdej z walczących stron, aby wpłynąć na wynik wojny; zaś kapryśni bogowie pod ludzką postacią przemierzają ziemię w sobie tylko wiadomych celach.
W środku tego całego zamieszania trójka cesarskiego rodzeństwa – Valyn, Adare i Kaden – zaczyna rozumieć, że nawet jeśli zdołają przeżyć katastrofę swojego świata, to niekoniecznie uda im się pogodzić trzy własne, sprzeczne wizje przyszłości.


"Cesarz ośmiu wysp" Lian Hearn
29 marca

Poprzedniego cyklu autorki nie czytałam (choć mam w planach od dawna), ale ten jest zdecydowanie krótszy, więc jako próbka twórczości może mieć pierwszeństwo.;)

Ambitny władca zostawia swojego bratanka na pewną śmierć i przejmuje jego ziemie.
Uparty ojciec zmusza młodszego syna, żeby oddał swoją żonę starszemu bratu.
Tajemnicza kobieta szuka pięciu ojców dla swoich dzieci.
Potężny kapłan ingeruje w sprawy sukcesji Lotosowego Tronu.
Oto wątki misternego arrasu utkanego z losów rozgrywających się na tle dzikiego lasu, eleganckiego dworu i krwawych pól bitewnych. Osadzony w mitycznej średniowiecznej Japonii, zamieszkanej przez wojowników, zabójców, zjawy i duchy opiekuńcze. "Władca ośmiu wysp" jest błyskotliwą powieścią, pełną dramatów i intryg, i zaledwie początkiem pasjonującej, epickiej przygody: "Opowieści o Shikanoko".


"Pył Ziemi" Rafał Cichowski
29 marca

Trochę taka premiera-niespodzianka. Sama nie wiem, czego po niej oczekiwać, ale czuję przez skórę, że może to być powieść w jakiś sposób inspirowana "Umierającą Ziemią". Chętnie bym sprawdziła.

Czas wyrównuje wszystko do zera.
W XXIV wieku Ziemia umiera. W przestrzeń kosmiczną zostaje wystrzelony Yggdrasil, statek pokoleniowy, który ma zapewnić przetrwanie gatunkowi ludzkiemu. Ponad siedemset lat później para nieśmiertelnych istot, technologicznie pod​rasowanych Ziemian, wraca na błękitną planetę. Od powodzenia ich misji zależy ocalenie statku i wszystkich osób znajdujących się na pokładzie. Muszą odnaleźć tajemniczą Bibliotekę Snów, w której zapisano ogół wspomnień ludzkości.
Lilo i Rez podczas swej wędrówki zetrą się z prymitywnym plemieniem, którego członkowie dawno zapomnieli o dobrodziejstwach techniki. Będą się układać z samozwańczym lordem władającym wiernie odtworzoną kopią wiktoriańskiego Londynu, którego największą bolączką są morderstwa prostytutek oraz zbyt wysoki poziom edukacji wśród plebsu. Zawędrują też do Aurory, miasta, gdzie barwy następnego zachodu słońca wybiera się w drodze głosowania.
Gdzieś na końcu drogi Lilo i Reza ukryta jest prawda. Ale czy warto dla niej poświęcić wszystko? Może pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć?
„Pył Ziemi” czerpie z wielu gatunków literackich, tworząc niezwykłą opowieść o świecie przyszłości, w którym zaawansowana technologia sąsiaduje z gotyckim mrokiem i absurdem. Imponuje skalą, porusza i bawi ostrym jak brzytwa poczuciem humoru.
Cichowski nie obawia się szalonych wizji ani okraszania ich humorem i awanturą. Nie obawia się też prowadzić odbiorcy w nieznane, domagać się od niego wysiłku. Zamiast pisać prostą, sztampową powieść fantastyczną zaprasza czytelnika do kalejdoskopu demiurga jednym obrotem odmieniającego rzeczywistość i losy bohaterów. A także to, co o nich wiemy.
- Paweł Majka
Obojętnie, jakie są czasy i jakie panują ustroje, jedno pozostaje niezmienne – bardzo wysoki poziom polskiej fantastyki. Futurystyczny i zaskakujący „Pył Ziemi” Rafała Cichowskiego tylko tego dowodzi. Science fiction ze znakiem jakości „Q”!
- Mateusz Uciński, Gazeta. pl
Mimo że „Pył Ziemi” wydaje się humorystyczno-przygodową space operą, nie można mu odmówić twardych nut godnych Roberta Silverberga czy Roberta A. Heinleina – choć skojarzenia z Peterem F. Hamiltonem czy Johnem Scalzim nie będą mniej celne. Cichowski, po nominowanym do nagrody im. Janusza A. Zajdla „2049”, najwyraźniej ma zamiar piąć się wysoko w literaturze rozrywkowej. A idzie mu wcale efektywnie.
- Adrian Turzański, Bestiariusz
Historia opowiedziana przez Cichowskiego intryguje i przeraża, ale przede wszystkim zapada w pamięć. Fabuła jest nieprzewidywalna, czasem aż nazbyt, ale taka jest cena przełamywania schematów gatunku.
- Tomasz Lisek, Polter
Z rozmachem napisana powieść drogi. Rafał Cichowski zabiera nas w podróż do odległej przyszłości, żeby opowiedzieć o czasach nam bliższych i zmusić do chwili refleksji nad stanem człowieczeństwa. Zapnijcie pasy i przygotujcie się na przygodę podbitą sporą dawką poczucia humoru.
- Dariusz Jaroń, Interia



"Galapagos. Historia naturalna" Henry Nicholls
29 marca

Ze względu na to, jak bardzo medialny na wielu płaszczyznach nauki jest ten archipelag ze swoją fauną i florą, chętnie przyjrzałabym się bliżej tej książce.:)

Oszałamiająca przyroda i historia Wysp Zaczarowanych.
Archipelag Galapagos przez wieki był znany żeglarzom i piratom jako Las Encantadas – Wyspy Zaczarowane, na których można spotkać cudowne stworzenia i zobaczyć oszałamiającą wulkaniczną scenerię. Henry Nicholls z dowcipem i swadą opowiada historię słynnych wysp, pokazując, jak z zapomnianego przez wszystkich zakątka stały się jednym z najważniejszych punktów na turystycznej i naukowej mapie świata.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...