środa, 24 maja 2017

"Pył Ziemi" Rafał Cichowski

Szczerze mówiąc, „Pyłem Ziemi” zainteresowałam się dlatego, że opisy fabuły udostępnione przez wydawnictwo zasugerowały mi (było to wrażenie, przyznam, czysto subiektywne) pewne podobieństwo do „Umierającej Ziemi” Vance’a. Nie, żeby tego drugiego jakoś szczególnie lubiła, ale szalenie podoba mi się konwencja, w jakiej napisana jest „Umierająca Ziemia” (bo już kolejny tom cyklu był dla mnie kompletnie niestrawny). Cóż, czy Rafał Cichowski spełnił moje surrealistyczne wymagania? To skomplikowane…

Mamy XXIV. Rez i Lilo pochodzą z Yggdrasila – statku arki, który opuścił Ziemię setki lat temu. Teraz muszą na nią wrócić, aby wykonać misję, od której zależy być albo nie być ich latającej ojczyzny. Spodziewają się zastać pył i zgliszcza, tymczasem trafiają do bujnego lasu. A to dopiero pierwsze zaskoczenie, jakie przygotowała im Ziemia. Bo ludzkość ma się dobrze i wcieliła w życie sporo absurdalnych pomysłów, jak na przykład rekonstrukcję dziewiętnastowiecznego Londynu w skali jeden do jednego…

Pierwsze podobieństwo do cyklu Vance’a nasunęło mi się dość szybko – nie cierpię głównego bohatera. Może nie jest to taki poziom nienawiści jak do vance’owego Cugela (kiedy to przez cała lekturę mantrowałam w myślach „umrzyj, umrzyj, umrzyj teraz, najlepiej długą i bolesną śmiercią”), ale blisko (cóż, dość powiedzieć, że za największe rozczarowanie lektury uważam fakt, że pierwsze zakończenie nie było tym ostatnim – kto już czytał, ten wie). Rez, będący jednocześnie narratorem (i prowadzi narrację w czasie teraźniejszym. Nie, drodzy autorzy, to nie jest nowatorskie rozwiązanie narracyjne. Jest najwyżej irytujące i/lub bezcelowe, bo nie wiem, jak u innych czytelników, ale mój mózg automatycznie zamienia czas na przeszły) jest osobnikiem nie tyle nawet antypatycznym, co najzwyczajniej w świecie potwornie irytującym. Mimo słusznego już wieku, zachowuje się jak wiecznie angstujący nastolatek. Nie ma też ani krzty charyzmy i właściwie ciężko go lubić za cokolwiek. Jego związek z Lilo też trudno nazwać interesującym. Sam pomysł na tę relację autor miał świetny – Rez i Lilo są połączeni telepatycznie i od najmłodszych lat wyjątkowo sobie bliscy, a obecnie nie mają już przed sobą żadnych tajemnic. Nad czym sam Rez ubolewa i narzeka, że przez to Lilo mu spowszedniała i nie potrafi się nią zachwycić tak, jak na to zasługuje. Można z tym było zrobić sporo ciekawych narracyjnie rzeczy, niestety autor nie skorzystał z okazji i na angście i narzekaniu się skończyło.

Z Lilo mam też ten problem, że mimo bycia kreowaną na równoprawną pierwszoplanową bohaterkę, tak naprawdę jest nieobecna. Serio, jak na najważniejszą osobę w życiu głównego bohatera dostaje żenująco mało czasu antenowego – jej kwestie możnaby spokojnie zmieścić na dwóch, trzech stronach, a fabularnie… cóż, najbliżej jej chyba do „kobiety w lodówce” (choć trzeba autorowi oddać sprawiedliwość, że dość kreatywnie do tego motywu podszedł). Ogólnie mam wrażenie, że Lilo jest tylko po to, żeby bohaterowie mógli się pozachwycać jej jędrnymi cyckami czy tyłkiem (w ogóle te zachwyty odnośnie walorów poszczególnych bohaterek pojawiają się z męczącą częstotliwością. Tak jak wulgaryzmy. Czasem mam wrażenie, że autor dopiero odkrył słowa takie jak „kurwa” czy „cycki” i jest tak zachwycony swą niepokornością językową, że wciska je wszędzie, gdzie może), ponarzekać na dewaluację ich relacji i na decyzje, które ze względu na nią (nie)podjął. I choć Lilo podejmuje jakieś akcje (okładanie przeciwników po pyskach czy występ w serialu) to tak naprawdę fabularnie jest całkowicie bierna, bo nie mają one większego znaczenia.

Bohaterowie drugoplanowi dla odmiany wychodzą znacznie ciekawiej. Makiaweliczna królowa Lys, która gra rolę głównej przeciwniczki Reza może i jest przerysowana, ale wzbudza autentyczne emocje w czytelniku (niepokój na przykład). W ogóle przerysowanie jest cechą właściwie wszystkich postaci, jakie spotykamy na kartach powieści: Lord Jack i jego groteskowa dekadencja (mam wrażenie, że jego wątek miał być też w jakiś sposób dekonstrukcją motywu prawowitego księcia po latach obalającego uzurpatora), doktor Hilarius ze swym chłodnym profesjonalizmem, arystokracja rekonstruowanego Londynu… Postacie w różnym (bardzo różnym) stopniu udane, ale dla czytelnika i tak znacznie bardziej atrakcyjne, niż narrator.

Przy czym to te nie jest tak, że w „Pyle Ziemi” nie ma niczego, co by mi się spodobało. Sama wizja Ziemi przyszłości, będącej z jednej strony jednym wielkim rezerwatem przyrody, z drugiej pełnym kosmicznie wręcz nowoczesnych miast (albo przeciwnie, retro nowoczesnych, dzięki nowoczesnej technologii mogących udawać dziewiętnastowieczne oryginały). Opisy Ziemi, życia na Yggdrasilu czy wspomnień dawno zmarłych ludzi to najmocniejsza strona powieści. Nawet wziąwszy pod uwagę, że styl i język Cichowskiego nie do końca mi opowiadają, doceniam. Wracając do wspomnianego na początku Vance'a - to są właśnie te elementy, które sprawiają, ze powieść jest do "Umierającej Ziemi" odrobinę podobna klimatem.

Mam wrażenie, że moim głównym problem z tą powieścią jest fakt, że moja wrażliwość czytelnicza nie pokrywa się (w każdym razie w dużym stopniu się nie pokrywa) z wrażliwością autora. Mam wrażenie, że wszystkie postacie w powieści są właśnie takie, jakie autor chciał mieć, ale nie potrafię się nimi zachwycać. Zamiast sympatii czy przynajmniej chęci śledzenia poczynań budzą irytację i nawet fakt, że poruszają się w bardzo ciekawym świecie nie ratuje sytuacji. Dodajmy do tego trochę wymuszone plot-twisty i drażniący styl i wychodzi lektura nie dla mnie. Ale, na tyle obiektywnie, na ile mnie stać, jestem w stanie sobie wyobrazić, że znajdą się osoby, którym się spodoba. Takie, które maja podobną wrażliwość do autora. Ale czy się do nich zaliczacie, to musicie już sprawdzić sami.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa SQN

Tytuł: Pył Ziemi
Autor: Rafał Cichowski
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Rok: 2017
Stron: 318

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...