Strony

wtorek, 22 marca 2016

Zmyślenia #30: Kilka słów o raporcie

W zeszłym tygodniu ogłoszono wstępne wyniki raportu o stanie czytelnictwa. Chyba już wszyscy blogerzy (także ci, którzy na co dzień nie zajmują się literaturą) napisali kilka słów na ten temat, więc jestem ostatnia (i ciekawe, czy komukolwiek będzie się chciało czytać jeszcze jedną notkę o raporcie). Ale muszę, inaczej się uduszę.

Na początek może kilka słów o tym, co mi się w metodzie przeprowadzania badań nie podobało. Nie jestem socjologiem, więc pewnie moje uwagi można sobie w buty włożyć, ale czuje potrzebę ich wyartykułowania. I nie, nie dotyczą one wybranej grupy badanych (choć uważam, że fajnie by było zorganizować szerzej zakrojone badania. Szeroko zakrojonych badań nigdy za wiele (zwłaszcza, że taki na przykład spis powszechny byłby idealną okazją).


Moje pierwsze zastrzeżenie dotyczy punktu o źródłach czytanych książek. Widzicie, brakuje mi konkretnej informacji o tym, jak sformułowane było pytanie do ankietowanych. Podpis sugeruje, że pytano ich tylko o jedno, główne źródło książek. Tymczasem suma punktów procentowych na wykresie jest większa niż 100. Czyli jednak pytano o kilka źródeł, zapewne prosząc o ułożenie ich zgodnie z popularnością. Zważywszy na to, że większość z nas aż tak się w analizę wykresów nie zagłębia, brak jednoznacznej informacji może być mylący.

Ale to w sumie kosmetyka, którą zapewne uzupełni się w pełnej wersji raportu. Poważniejsze wątpliwości mam odnośnie pytania o wielkość domowych księgozbiorów. Z bliżej nieokreślonych przyczyn ankietujący uznali za stosowne liczyć tylko książki papierowe. Jasne, zdaję sobie sprawę, że osoby o rozbudowanym księgozbiorze elektronicznym, nie posiadające przy tym książek papierowych to jednak niewielki odsetek, ale… No, dość rzec, że wyłania się z tego jakaś wewnętrzna niespójność raportu. Bo z jednej strony w pytaniu o źródła książek, ebooki się uwzględnia, z drugiej po nabyciu dla twórców raportu „znikają”. Znowu pojawia się tu charakterystyczne dla polskich badań uznawanie elektronicznej formy tekstu za książkę gorszą, lub w ogóle nieuznawanie jej za książkę. Na chwilę obecną może nie ma to większego znaczenia, ale w przyszłości może nadejść taki moment, kiedy traktowanie przez badaczy ebooków po macoszemu może im poważnie zafałszować wyniki (a nie mogę dać głowy, że pośród młodszych grup wiekowych już nie fałszuje).

Ten gif musiał się tu znaleźć.
No dobrze, ale przejdźmy do właściwiej treści raportu, a raczej do moich rozważań nad nią. Jakie są wyniki, wiedzą już chyba wszyscy – 63% Polaków nie przeczytało w zeszłym roku ani jednej książki. No i z jednej strony spoko – przecież czytanie nie jest jedynym możliwym hobby, równie rozwijające może być przecież kino czy opera, a nawet jeśli nie, to przecież pasja nie musi być związana z kulturą, jak ktoś się czuje szczęśliwy, poprawiając swój zasięg na rowerze, to jego święte prawo.

Z drugiej strony, jednak nie do końca. Bo widzicie, czy tego chcemy, czy nie, ciągle żyjemy w kulturze pisma i większość komunikacji w naszym świecie odbywa się za pomocą literek. A niestety, bez treningu tej mechanicznej umiejętności, jaką jest czytanie, może się tak zdarzyć, że choć będziemy w stanie technicznie odcyfrować, co nam napisano, to zrozumieć już nie bardzo. Poza tym, z powyższej statystyki wynika, że nawet jeśli nieczytający mają jakąś pasję, to nie uznaje za konieczne pogłębiać wiedzy o ulubionym temacie, a w to już mi się kompletnie nie chce wierzyć. Ale zaraz, powie ktoś, przecież książki nie są jedynym źródłem wiedzy! No nie są – mamy jeszcze filmiki na YT i grupy dyskusyjne na forach tematycznych. Co może się sprawdzić, kiedy ktoś się interesuje handmadem (tu piszę kompletnie bez złośliwości, żadna książka nie da nam tyle, co nagrany tutorial), ale w pozostałych dziedzinach nie bardzo. A poza tym, raport wykazał też, że procent osób zadowolonych z życia jest zdecydowanie wyższy po stronie czytających (w sumie tak jak i procent osób z wyższym wykształceniem). Warto przemyśleć.

Czytający kucyk też.
Zastanówmy się może, z czego ta niechęć do czytania wynika. Ogólnie niestety z tego, że żyjemy w społeczeństwie, które krzywo patrzy na ludzi robiących cokolwiek, co nie przynosi im wymiernych korzyści. W dobie dodatkowych fuch, wyrabiania nadgodzin i drugich etatów poświęcanie czasu na coś, co nie przynosi zysków dających się zmierzyć przyrostem na koncie jest traktowane co najmniej podejrzliwie. Nie ważne, czy jest to czytanie, hodowanie zwierzątek domowych czy ozdabianie przedmiotów – jeśli masz na to czas, to najwyraźniej jesteś leniwy, albo rozpieszczony, albo nieudacznikiem. Tak więc lepiej w oczach tłumu jest przeznaczyć swój czas na czwarte już dziś wycieranie kurzu, bo z tego jest korzyść. A z drugiej strony mamy całe rzesze ludzi, którym nie starcza czasu i energii na jakąkolwiek pasję, bo po odwaleniu tych fuch czy powrocie z drugiego etatu (który jest im niestety niezbędny do przeżycia i dopięcia budżetu) najzwyczajniej w świecie zasypiają ze zmęczenia przy włączonym telewizorze.

Przy czym mam wrażenie, że to nie jest tak, że wśród Polaków umarła chęć poznawania historii (acz zaryzykuję tezę, że do tego zmierzamy; jesteśmy na prostej drodze w kierunku Chin, gdzie czytelnictwo w miażdżącej większości ogranicza się do poradników, jak zostać bogatym biznesmenem). O ile wśród moich znajomych z reala (wybaczcie dowód anegdotyczny) trudno znaleźć kogoś, kto regularnie czyta, to widzem serialu jest chyba każdy. Każdy widział w zeszłym roku co najmniej jeden film albo kilka odcinków serialu. Mało tego, te filmy i seriale są żywo dyskutowane. Śmiem więc zaryzykować twierdzenie, że ciągle chcemy, żeby ktoś nam opowiadał historie, mogą być długie. Tylko nie bardzo nam odpowiada forma pisana.

Kot obowiązkowo.
Jedną z przyczyn tego nieodpowiadania już wymieniłam wyżej. Poza nią jest jeszcze jedna, znacznie bardziej prozaiczna – snobizm tych, którzy czytają. Fakt, że ktoś z wyższością spogląda na innych, bo czytał Prousta, a oni ni,e wcale tych „onych” do czytania Prousta nie zachęci. Zwłaszcza, jeśli sami czytelniczych nawyków nie wynieśli z domu.

No właśnie, raport pokazał też, że nawyk czytania wynosi się z domu. I jeśli chcemy podnieść poziom czytelnictwa, to należałoby się zastanowić, jak aktywizować czytelniczo tych, u których w domu się nie czyta. Tutaj piłka jest po stronie szkół. Jakiś czas temu nasze ministerstwo edukacji doszło do wniosku, że zlikwidowanie sztywnego kanonu lektur w klasach początkowych jest dobrym pomysłem, bo należałoby raczej dzieciaki w tym wieku zachęcać do czytania jako takiego, niż bawić się w analizy. To bardzo dobry krok, ale tylko jeden z wielu. Drugim powinno być dofinansowanie bibliotek (bo cóż z tego, że nauczyciel może wybrać do omówienia nową, fajną książkę, zamiast pięćdziesięcioletniej ramotki, jeśli uczniowie nie będą mięli skąd jej wziąć), które poza wszystkim mogą być wspaniałym uzupełnieniem edukacji szkolnej. Widzicie, biblioteki poza wypożyczaniem książek zajmują się też organizowaniem przeróżnych zajęć dla dzieci, mających promować czytelnictwo. Jest to szczególnie ważne w małych miejscowościach, gdzie nie ma domów kultury ani żadnych innych tego typu instytucji. Biblioteki zajmują się nie tylko dziećmi, ale też organizują zajęcia dla osób starszych, a to jedna z najmniej aktywnych czytelniczo grup (i w sumie nie dziwię się. W miastach pewnie sytuacja wygląda lepiej, ale na wsiach często bywa tak, że na gminę przypada tylko jedna biblioteka. Co z kolei oznacza, ze część mieszkańców ma do niej kilkanaście kilometrów, a transportu publicznego brak. Nie podejrzewam emerytów o taką determinację w dążeniu do lektury, żeby chciało im się te kilometry pokonywać na własną rękę).

A tu macie powódź świnek morskich. Bez związku, ale świnki muszą być.
A trzecim krokiem powinna być zmiana programu nauczania. Zaliczam się do osób, które kwestionują konieczność wałkowania lektur w całości, zwłaszcza pod klucz. Może się mylę, ale wydaje mi się, że równie dobrze można kluczowe nurty w literaturze omawiać na podstawie fragmentów. Zamiast wałkować, kto z kim, kiedy i ile razy w „Potopie” czy „Przedwiośniu” w szkole powinno się omawiać bardziej całościowy wpływ tego czy innego nurtu na kształtowanie literatury, ćwiczyć interpretację tekstów (ale w żadnym wypadku jedynie słuszną, jak teraz), prowadzenie dyskusji i argumentowanie. A i większa dowolność w doborze lektur raczej nie zaszkodzi, b żyjemy w takich czasach, że nauka czytania w pierwszej klasie podstawówki to zdecydowanie za mało, aby poprawić czytelnictwo.

Zakończenia nie ma. Powiedziałam wszystko, co powiedzieć chciałam – reszta jest milczeniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.