Strony

wtorek, 19 października 2021

"Vice versa" Milena Wójtowicz


„Post scriptum” zostawiło u mnie wrażenie fluffości, ciepełka i dobrego humoru, więc kiedy tylko rozniosła się fama, że będzie kontynuacja, nie posiadałam się z radości. Takoż od razu po premierze kupiłam i… przeleżała na półce dłuższy czas, bo jakoś czekałam na odpowiedni nastrój i układ gwiazd no i się nie doczekałam. Ale ostatnio mam ssanie na tytuły łatwe lekkie i przyjemne, więc uznałam, że chrzanić układ gwiazd i czas najwyższy zdjąć z półki.

Żaneta Wawrzyniak zostaje nową praktykantką w firmie Piotra i Sabiny. To, oraz załatwione przez szefową zaoczne studia ochrony środowiska diametralnie zmienia jej ogląd świata (choć odkrycie, że ma się w linii nadprzyrodzonych przodków też nie jest bez znaczenia). Dziewczyna wie, że w jej życiu już nigdy nic nie będzie takie samo, ale ciągle musi znaleźć sobie jakiś cel… Tymczasem w okolicy naturalna równowaga żywiołów zostaje zaburzona, i niektórzy nienormatywni zaczynają się zachowywać cokolwiek dziwnie, a nowa pracownica najlepszej przyjaciółki Sabiny okazuje się prowadzić własne, nie do końca legalne interesy.

Jakie ja mam mieszane uczucia względem tej książki… Wiecie, pierwsza część cyklu urzekła mnie klimatem. Bohaterowie byli dziwni, niekiedy do granicy, za którą nie chciałabym ich nigdy w życiu spotkać, ale taką przerysowaną dziwnością postaci nieco kreskówkowych, co do których wiadomo, że żądzą się własnymi prawami. W tekście sporo było żartobliwej umowności, która dawała poczucie, że to wszystko niekoniecznie jest realistyczne, taka konwencja na wiele pozwala. W „Vice versa” jednak konwencja szalonego humoru się gdzieniegdzie przeciera, a gdzieniegdzie zużywa. I jak psychopatów przerysowanych w kreskówkowy sposób ciągle mogę lubić, tak kiedy spod przetarć kreskówkowej konwencji wyglądają psychopaci realistyczni, całkiem ludzcy i sugerujący, że gdyby strzyga nie zabijała za nich, to sami by się tym zajęli budzą moje obrzydzenie.

Poza tym nowi bohaterowie koniec końców nie okazują się nawet w połowie tak barwni jak starzy. Żaneta na przykład miała chyba być młodą kobietą wstrząśniętą zmianą położenia i próbującą odnaleźć własną drogę. Wypadło to dość blado i egzaltowanie, raczej irytująco niż zabawnie.

Dawni ulubieńcy też jakoś tak zbledli. Sabina oczywiście pozostała sobą i to jest jakiś plus, ale targany rozterkami oraz rodzinnymi problemami Piotr stracił na wyrazistości. Może kiedy jego metamorfoza dobiegnie końca a proces godzenia się i układania na nowo z własną naturą ukoronuje sukces, na powrót stanie się ciekawy, ale to najwcześniej w kolejnym tomie. Ten nie przyniósł żadnych przełomów.

Niespodziewanie bardzo urosło znaczenie dwóch starszych pań, matki Piotra – Małgorzaty, i jej partnerki Ludmiły (a tak, bo panie są parą), prowadzących popularny ośrodek odnowy duchowej na pobliskiej wsi. Szczerze mówiąc nie wiem, czy jest to plus, czy minus tego tomu. Dowiedzenie się czegoś więcej o tych, skądinąd barwnych, postaciach z pewnością było wartością dodaną, ale wątki, jakie im autorka napisała nie przypadły mi zbytnio do gustu. Może gdyby tej szamance i emerytowanej wiedźmince napisać nieco inne role, byłoby lepiej. Może w następnym tomie, o ile będzie.

Ja tu tak narzekam i narzekam, ale tak szczerze mówiąc, to obiektywnie to nie jest jakaś szczególnie zła książka. Obiektywnie to jest przyjemne czytadło. A przeze mnie przemawia gorycz rozczarowania, bo spodziewałam się, że to będzie (jak poprzedni tom) czytadło idealnie dopasowane do mnie. Nie było. Ale to nie znaczy, ze nie da się dopasować do nikogo. 
 
Tytuł: Vice versa
Autor: Milena Wójtowicz
Cykl: Post scriptum
Wydawnictwo: Jaguar
Rok: 2019
Stron: 302

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.