Strony

środa, 30 sierpnia 2017

"Duchowe życie zwierząt" Peter Wohlleben

Był taki czas (na początku boomu na „przyrodniczą” literaturę), że książka Wohllebena, ta o sekretnym życiu drzew, wyłaziła nawet z lodówki. I wszyscy ją chwalili – ze świecą szukać recenzji negatywnych czy choćby umiarkowanie niechętnych. Dlatego też nie dałam się do niej przekonać. Raz, że jestem zwykle sceptycznie nastawione do powszechnie chwalonych hitów, a dwa, że akurat książkami o roślinach jaram się jakby mniej. Ale kiedy zobaczyłam w zapowiedziach „Duchowe życie zwierząt” tegoż autora, pomyślałam, że to może być niezła okazja do testów – w końcu styl raczej się nie zmienił, a i temat mi milszy. Nabyłam więc książkę i zaczęłam testy.

Książka, jak podpowiada tytuł, traktuje o wewnętrznym życiu braci naszych najmniejszych. Jest podzielona na tematyczne rozdziały, już to mówiące o emocjach, już to o poczynaniach konkretnych gatunków. Każdy ma formę eseju, w którym autor miesza wiadomości wyszukane w naukowych artykułach z własnymi doświadczeniami jako leśniczego i właściciela zwierząt.

I… w sumie chyba główny problem polega na tym, że formuła, którą autor stosował poprzednio, w starciu z nową tematyką nie wypaliła. Jeśli wierzyć internetowym opiniom (bo sama jeszcze nie czytałam), w „Sekretnym życiu drzew” autor postawił na uczłowieczanie roślin – co mogło się o tyle sprawdzać, że większość laików czy hobbystów raczej nie traktuje ich jako osoby, a raczej jako wymagające pewnego zachodu ozdoby. Stąd nowe podejście mogło wydawać się czymś świeżym i atrakcyjnym. Niestety, w przypadku zwierząt to tak nie działa, bowiem każdy choć trochę zaangażowany właściciel traktuje swojego futrzaka jako mniej lub bardziej ukształtowaną osobę – toteż przedstawienie faktu że, och ach, twój pies odczuwa emocje jest kwitowane najwyżej wzruszeniem ramion i wymruczeniem pod nosem „thanks, captain Obvious”. Szczerze mówiąc, oddałabym całe rozdziały „Duchowego życia zwierząt” za kilka akapitów rozważań Haskella w tym samym temacie.

Przy czym widać, że Wohlleben znacznie swobodniej czuje się opisując tematy, które zna z autopsji, a nie tylko z naukowych relacji. Rozdziały, w których może powołać się na własne doświadczenia z psami, końmi czy dzikami czyta się zdecydowanie płynniej i przyjemniej, choć zmiany stylu są tak subtelne, że poza ogólnym wrażeniem nie da się wskazać nic konkretnego.

Wohlleben nie jest jednak przypadkiem beznadziejnym – w mojej osobistej klasyfikacji autorów piszących o przyrodzie jest gawędziarzem. Czyli opowiada bardzo przyjemnie o tym, co go kręci i choć może nie ma to znamion literatury wysokich lotów, to mnie w zupełności wystarcza poziom zajmującej gawędy przy ognisku, jaki reprezentuje. Choć w tej akurat książce widać, że nie wszystkie poruszane tematy go kręcą.

I teraz mam dylemat. Normalnie po prostu pozbyłabym się książki z domu, żeby nie zajmowała mi miejsca, bo raczej wracać do niej nie będę. Ale ona jest tak ślicznie wydana! (mam „biedawersję” w mniejszym formacie i bez ilustracji, but still). Okładka bez problemu zajmuje miejsce w pierwszej dziesiątce najpiękniejszych w historii bloga, a i designe całości jest przemyślany i dopracowany (wklejki, obrazki w nagłówkach rozdziałów, kolorystyka – wszystko współgra). Cóż, będę ją po prostu traktować jako kolejny piękny przedmiot na półce (a jeśli zastanawiacie się nad zakupem na prezent, to polecam jednak wersję z ilustracjami. Nawet jak tekst się nie spodoba, to pozostaje jeszcze multum pięknych zdjęć na kredowym papierze).

Tytuł: Duchowe życie zwierząt
Autor: Peter Wohlleben
Tłumacz: Ewa Kohanowska
Tytuł oryginalny: Das Seelenleben der Tiere
Wydawnictwo: Otwarte
Rok: 2017
Stron: 266

niedziela, 27 sierpnia 2017

"Dobra świnka, dobra" Sy Montgomery

Przyznam, że moje pierwsze spotkanie z Sy Montgomery zakończyło się pewnym takim rozczarowaniem: spodziewałam się książki przyrodniczej, dostała podróżniczą. I w sumie na tamtej pozycji zakończyłabym pewnie znajomość z autorką, gdybym nie kolekcjonowała serii. A w serii był jeszcze jeden tytuł Montgomery. No to jak już i tak miałam go sobie sprowadzić do domu, to i przeczytać mogłam.

Tym razem przynajmniej było jasne, że nie trafi mi się książka podróżnicza – autorka bowiem postanowiła nam przedstawić życiorys swojej domowej świni o wdzięcznym imieniu Christopher Hogwood. A że z trzystukilogramowym knurem podróżuje się raczej niewygodnie, to i jasne było, że cała opowieść rozegra się raczej stacjonarnie, czyli w domu autorki i jego najbliższych okolicach.

Świnia domowa nie jest nawet dziś szczególnie popularnym zwierzątkiem towarzyszącym, choć teraz nikogo już nie szokuje. Na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku sytuacja miała się jednak nieco inaczej, zwłaszcza w wiejskich okolicach – świnie hodowało się po to, żeby je zjeść. Niemniej nie znaczy to, że hodowcy swoich zwierząt nie szanują. I tak znajomym farmerom państwa Montgomery ciężko było patrzeć, jak jedno z prosiąt marnieje w oczach, najsłabsze i niepotrafiące sobie wywalczyć miejsca nawet wśród grupy maluchów odrzuconych przez matki, bo zbyt małych i słabych, aby lochy chciały je wychowywać. I dlatego (wiedząc o fascynacji Sy świniami) zaproponowano państwu Montgmery, żeby sobie je wzięli i odchowali, jeśli dadzą radę – w końcu jaki dom będzie bezpieczniejszy dla świnki, niż ten zamieszkany przez wegetariankę i Żyda?

Oczywiście Christophera udało się odchować (gdyby się nie udało, cóż, książka byłaby znacznie krótsza) i szybko stał się maskotka lokalnej społeczności (zwłaszcza, kiedy zaczął sobie urządzać wycieczki krajoznawcze; zaiste, niewiele jest barier zdolnych powstrzymać wyrośniętego tucznika). Autorka z wielkim uczuciem opisuje reakcje okolicznej ludności, telefony o nieludzkich porach (na wsi ludzie z reguły wiedzą, czyje zwierzęta jak wyglądają i dzwonią do właściciela, jeśli zobaczą jakieś na gigancie), pielgrzymki dożywiających i dzieci… No, ogólną sympatię, społeczności do jedynej świni, której nie groziło przerobienie na kiełbasę. Są to opowieści sympatyczne, zabawne i ciekawe, a miejscami nawet podnoszące na duchu, widać w nim ogromny szacunek i miłość, jakimi autorka darzy swoją małą społeczność.

Jednak książka, poza poczynaniami wieprza zawiera również spory element autobiograficzny. Autorka opisuje nie tylko relacje z Christopherem, ale też ze swoimi rodzicami (a te nie zawsze były łatwe) i mężem, perypetie związane z domem i zamieszkującymi go lokatorami (po połowę budynku Montgomery’owie wynajmowali) oraz różne przeciwności losu. Całkiem przyjemnie się o tym czyta.

Przy czym styl autorki pozostał taki sam, jak w opowieści o delfinach: przystępny, nieco suchy, ale przejrzysty z jednej strony, a przejawiający gdzieniegdzie przebłyski erudycji z drugiej. Przyznam jednak, że „Dobrą świnkę, dobrą” czytało mi się znaczniej przyjemniej niż „Podróż różowych delfinów” – ale nie wiem, czy to autorka się przez te kilka lat wyrobiła, czy po prostu bardziej interesująca mnie tematyka sprawiła, że przymknęłam oczy na niedoróbki.

I tak – o ile tematycznie „Podróż różowych delfinów” była zdecydowanie bardziej fascynująca, to „Dobrą świnkę, doprą” najnormalniej w świecie przyjemniej mi się czytało. Najwyraźniej Sy Montgomery to jedna z tych licznych autorek, którym lepiej się pisze o tym, co kochają, niż o tym co tylko je fascynuje. A ja zyskałam powód, żeby dać jej jeszcze jedną szansę.

Tytuł: Dobra świnka, dobra. Niezwykłe życie Christophera Hogwooda
Autor: Sy Montgomery
Tytuł oryginalny: The Good Good Pig: The Extraordinary Life of Christopher Hogwood
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2015
Stron: 284

środa, 23 sierpnia 2017

"Ukryte życie lasu" David Haskell

Mimo że mamy ostatnimi czasy wysyp szeroko pojętych pozycji przyrodniczych różnej proweniencji, rzadko się zdarza, aby któraś z nich brała udział w nominacjach do jakiejś prestiżowej nagrody. Dlatego też, kiedy usłyszałam, że książce Davida Haskella się to udało, natychmiast się nią zainteresowałam. Pierwszy rekonesans wypadł dobrze – autor jest naukowcem, więc raczej wie, o czym pisze, pomysł na książkę też miał oryginalny. Pozostawało jeszcze sprawdzić, jak sobie radzi z piórem.

Jakiż to ciekawy pomysł w „Ukrytym życiu lasu” autor wykorzystał? Otóż postanowił wyznaczyć sobie w pobliskim lesie krąg o średnicy metra i przez cały rok go obserwować, a obserwacje (i dygresje do nich) przelewać na papier. Dzięki temu miał (a z nim czytelnik) możliwość podpatrywania rocznego cyklu życia lasu i pisania relacji z pierwszej ręki, a czasem nawet i przeżyć to, co przeżywają tegoż lasu mieszkańcy na własnej skórze.

Książką składa się z krótkich rozdziałów – każdy z nich to opis dziennej obserwacji, opatrzony datą jej przeprowadzenia. Ale autor nie relacjonuje sucho tylko tego, co akurat widzi. Raczej traktuje swoje spostrzeżenia jako pretekst to wysnucia opowieści o jakimś drobnym elemencie przyrody, który akurat obserwuje, a którego zwykle się nie dostrzega – nie dlatego, że rzadko występuje, ale dlatego, że jest albo zbyt niepozorny, albo zbyt pospolity, żeby zwracać na niego uwagę. Kwitnące przylaszczki są więc pretekstem do rozważań o ziołolecznictwie, ptaki śpiewające dają pretekst do rozważań o trudach zimy, migracji i ewolucji, zaś zwyczaje rozrodcze ślimaków… dobra, one są tak interesujące, że zajmują cały rozdział.

Przy czym Haskell jest jednym z niewielu autorów piszących o przyrodzie, którzy aspirują do literackości (to rzadkość – większość autorów ma po prostu ciekawe rzeczy do powiedzenia, więc przymyka się oko na warsztat, część jest dobrymi gawędziarzami. Osoby pretendujące do literackości mogę jak dotąd policzyć na palcach jednej ręki). Pisze językiem barwnym, precyzyjnym, miejscami nawet poetyckim. Może nie każdemu jego styl (miejscami trochę przerysowany) się spodoba, ale dla mnie jest jednym z ciekawszych w (powiedzmy) gatunku.

Jeśli chodzi o stronę merytoryczną, to… Przekład przeszedł konsultację merytoryczną i powiem szczerze, że to widać (autor opisuje tyle drobnych stworzeń glebowych i gatunków roślin zielnych, ze o babola naprawdę łatwo). Zauważyłam tylko jeden błąd rzeczowy – w rozdziale o sępniku można znaleźć akapit, z którego wynika, że ptaki te żyją w Indiach, co nie jest prawdą (w Indiach i w ogóle w Starym Świecie żyją sępy należące do rodziny jastrzębiowatych; sępniki należą do kondorowatych. Te rodziny nie są ze sobą szczególnie blisko spokrewnione).

Lektura „Ukrytego życia lasu” była satysfakcjonująca. Przyznam, że to jeden z ciekawszych tytułów z nurtu eko, z jakim się spotkałam. Oby więcej takich.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Feeria.

Tytuł: Ukryte życie lasu. Rok podglądania natury
Autor: David Haskell
Tłumacz: Katarzyna Sosnowska
Tytuł oryginalny: The Forest Unseen
Wydawnictwo: Feeria
Rok: 2017
Stron: 344

środa, 16 sierpnia 2017

[Rok z Nebulą] "Piekło pocztowe" Terry Pratchett

Jak wiecie (lub nie) bardzo lubię Pratchetta. I to szczególnie tego późnego, bo bardziej niż nieskrępowany humor cenię u niego trafność opisów zjawisk znanych z naszej rzeczywistości, wirtuozerię, z jaką uwypukla rzeczy, których w życiu codziennym nie dostrzegamy, mimo że często na nie patrzymy. Dlatego też pomyślałam, że moje nebulowe wyzwanie będzie świetną okazją, żeby przeczytać sobie kolejny tom „Świata Dysku”. Wybrałam „Piekło pocztowe”, po pierwsze dlatego, że to pierwszy tom podcyklu o Moiście von Lipwigu (no a nie będę zaczynać od drugiego), a po drugie, bo mam słabość do ekranizacji.

Moist von Lipwig to prawdziwy oszust, który prowadzi swą działalność nie tyle dla zysku, ile dla sportu. Niestety, po ostatnim numerze został schwytany i skazany. Oraz powieszony. Ale oto Patrycjusz Ankh-Morpork daje mu drugą szansę – wystarczy, że Moist przyjmie posadę poczmistrza (nikt nie musi wiedzieć, że egzekucja była trochę… niedokładna, prawda? A w razie czego, zawsze można to naprawić) i doprowadzi Urząd Pocztowy do dawnej świetności. Zaiste, do rozruszania instytucji praktycznie martwej od kilkudziesięciu lat trzeba specjalnych talentów. A czas już najwyższy, bo sekary zanadto się panoszą.

Dla dyskowego cyklu Pratchetta charakterystyczne jest, że w każdym tomie autor bierze na tapetę jakieś rzeczywiste zjawisko lub element otoczenia. W „Piekle pocztowym” postanowił pochylić się nad mechanizmami monopolizacji rynku i działania korporacji. I szczerze mówiąc, trudno mi wyobrazić sobie innego pisarza, który potrafiłby tak lekko i jednocześnie interesująco pisać na tematy raczej mało nośne fabularnie (znaczy, ja doskonale wiem, że istnieje cały gatunek science fiction poświęcony opisowi świata po tym, jak korporacje zagarną już wszystko i nazywa się cyberpunk, ale w „Piekle pocztowym” Pratchett próbuje nam raczej pokazać mechanizm, który pomaga tworzyć rzeczywistości cyberpunkowe). Pokazuje, jak łatwo ludzie dają się oszukać (po części też jest to bowiem opowieść o oszustwach na różnych poziomach i ich konsekwencjach).

Ale aby te nośne tematy dało się przekazać, potrzebna jest fabuła i bohaterowie. Moist jest nową postacią w cyklu – to typowy bohater chaotyczny dobry (chyba jedyny taki u Partchetta i aż dziwne, że pojawił się dopiero teraz). Niby oszust, który uważa, że ofiary jego przekrętów zasłużyły na wszystko, co ich spotkało (Moist żywi bowiem głębokie przekonanie, że uczciwego człowieka nie da się oszukać i biorąc pod uwagę fakt, że większość jego numerów polega na kuszeniu ofiar, żeby spróbowały oszukać oszusta, trudno dziwić się takiej postawie), ale z drugiej strony brzydzi się bezpośrednią przemocą i potrafi mieć tak zwany gest, o dziwo posiada też pewne poczucie sprawiedliwości. Przyznam, że do tego typu bohaterów mam słabość. Po drugiej stronie barykady, czyli po stronie seraków, mamy Reachera Gilta, który zdaje się być personifikacją drapieżnego kapitalizmu i polityki korporacyjnej. To facet, który nie cofnie się przed niczym, żeby dostać jeszcze trochę więcej pieniędzy, przy czym jest na tyle inteligentny, żeby nie dać się złapać (i eliminuje każdego, kto mógłby go zdemaskować). Paradoksalnie, Gilt jest tym, czym Moist mógłby się za kilka lat stać. A cała fabuła opiera się na pojedynku między nimi dwoma, pomiędzy polityką seraków w duchu „po co poprawiać jakość, skoro można zadbać o bycie jedyną opcją” a konkurowaniem ceną i jakością pocztowych usług.

Wszystko powyższe jest opisane charakterystycznym językiem Pratchetta, choć zdecydowanie bardziej stonowanym niż w początkowych tomach cyklu. Bark tu szalonych metafor i długich dygresji, ale poczucie humoru i pewna doza absurdu pozostaje. Osobiście wolę to stonowanie.

To jest naprawdę dobra powieść, nie tylko jak na Świat Dysku, ale w ogóle. Nie wiem, czy akurat o tyle lepsza od innych z cyklu, żeby dostać nagrodę (miałabym innych kandydatów; choć tym razem może zaważyła aktualna było nie było tematyka), ale i tak warto przeczytać. Polecam, jak zwykle Pratchetta.

Tytuł: Piekło pocztowe
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: Going Postal
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2016
Stron: 476

sobota, 12 sierpnia 2017

"Zabawa w Boga" (antologia)

O antologii wydawanej przez sekcję literacką Śląskiego Klubu Fantastyki dowiedziałam się z jednej z fejsikowych grup. Sama inicjatywa mnie cieszyła, bo uważam, że dobrze dla literatury jest, jeśli młodzi autorzy mają okazję zadebiutować jakimś opowiadaniem, a prasy branżowej, w której mogą to zrobić, nie ma zbyt wiele. Tym samym nie potrafiłam odmówić, kiedy odezwała się do mnie jedna z redaktorek antologii z propozycją zrecenzowania tejże.

W skład antologii wchodzą opowiadania zwycięzców konkursu zorganizowanego przez ŚKF – niektórzy to debiutanci, inni krótką formę już gdzieś kiedyś publikowali, a niektórzy to i powieść mają za sobą. Jest też jedno nazwisko zza granicy, uznanego autora opowiadań (u nas praktycznie nieznanego, niestety). Pozwólcie, że teraz pochylę się nad każdym tekstem z osobna.

Zbiór otwiera opowiadanie amerykańskiego gościa antologii, Beniamina Rosenbauma. I chyba nie ma co owijać w bawełnę: „Przyjmujący nowe” to tekst, który z całego zbioru podobał mi się najbardziej. Fabularnie to opowieść o pewnym młodziku, który podejrzanie prędko awansuje w hierarchii swojego cechu, aby na końcu odkryć, co w tym podejrzanego. Proste, prawda? Tyle że nie do końca. Po pierwsze, wszyscy bohaterowie należą do rasy obcych o fascynującej biologii (tak, wiem, zboczenie zawodowe. Cóż poradzę?). Autor stworzył obcych przechowujących wspomnienia i elementy osobowości w specjalnym gatunku symbiontów – jakież to pole do rozważań! (bo któż tu jest rasą rozumną właściwie?). A żeby było jeszcze ciekawiej, cech, o którym wspomniałam na początku, to rzeźbiarze bogów – pomniki, które tworzą, stają się pełnoprawnymi bóstwami. Jakież pole do intryg i nadużyć! Uwielbiam teksty, które zostają mi w głowie na długo po tym, jak skończę lekturę, które mogę w myślach obracać i rozkładać na czynniki pierwsze jak budowlę z klocków lego. „Przyjmujący nowe” jest właśnie takim tekstem.

„Chirurg” Anny Hrycyszyn to z kolei tekst bardzo poprawny – nie mylić z przeciętny. Pomysł na wykorzystanie motywu tzw. „filipińskich chirurgów” jest dość ciekawy, a na oryginalności zyskuje jeszcze poprzez osadzenie akcji w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Opowiadanie jest napisane poprawnym językiem, ma bardzo poprawną pointę i czyta się je z poprawną przyjemnością, ale brak mu iskry, niestety. Mimo to chętnie przeczytałabym inne teksty autorki w poszukiwaniu tejże iskry. Wierzę, że może się pojawić.

„Kary i żywioły” Jesiona Kowala to chyba nie jest opowiadanie dla mnie. Właściwie (co nawet zasugerowano we wstępie) jest dla miłośników Szekspira. Cóż, mam wrażenie, że aby zrozumieć tekst, niezbędna jest znajomość „Burzy”. Nie znam jej, więc może w tym momencie zakończę rozważania nad fabułą. Nadmienię tylko, że jest to chyba autor z najbardziej charakterystycznym językiem w całym zbiorze. Ale nie wiem, co o tej charakterystyczności myśleć.

„Korona Północy” Anny Aleksandrowicz to opowiadanie, do którego mam stosunek ambiwalentny. Bo od strony emocjonalnej kompletnie do mnie nie trafiło, a w przypadku krótkich form lubię, kiedy jednak w emocje uderzają. Ale od strony rozumu, czysto analitycznej – to jest majstersztyk. Pomysł jest interesujący (i zaskakująco rzadko eksploatowany), autorka bowiem postanowiła zmierzyć się z motywami mitologicznymi. Postanowiła pokazać, jak umierają bogowie w miejscu i czasie, kiedy nikt już w nich nie wierzy, kiedy taki bóg spędza wieczność z kobietą (niegdyś śmiertelną), co do której jest świadomy, że nigdy nie odwzajemniała jego uczucia, ale brak już mu boskiej pewności siebie, żeby ten fakt ignorować. Kiedy cała boskość zamienia się w statyczne trwanie i nie wiadomo już, czy jest bardziej błogosławieństwem, czy przekleństwem. Bardzo melancholijny tekst, smutny, ale piękny.

„Kot z pudełka” Łukasza Marka Fiemy to sympatyczne opowiadanie. Autor postanowił pobawić się tutaj trochę motywami biotechnologicznymi – manipulacja genetyczna i te sprawy. Jednocześnie nie starszy, jakie to potwory jesteśmy w stanie stworzyć. Nie, próbuje raczej pokazać, że jakkolwiek nietypowe byłyby efekty naszych eksperymentów, człowiek też jest w stanie zrobić coś pięknego. Konstrukcyjnie narracja tekstu tworzy całkiem przyjemną klamrę.

Z „Lekiem” Marty Potockiej mam z kolei problem. Samo założenie opowiadania – wynaleziono lek, który wyeliminował główna przyczynę śmierci, i co teraz? – jest ciekawe i ma ogromny potencjał, którego, mam wrażenie, autorka nie wykorzystała. Opowiadanie wydaje się urwane w połowie, w momencie, kiedy tak naprawdę zabawa powinna się dopiero rozkręcić. Poza tym napisane jest poprawnie i pod względem technicznym nie ma się do czego przyczepić.

„Marzenie Rotha” Małgorzaty Binkowskiej to kolejny tekst, z którym mam problem. Tutaj z kolei polega on na braku klarowności puenty opowiadania. Ogólny pomysł uważam za świetny: oto bowiem ludzkość doszła do poziomu rozwoju, w którym społeczeństwo składa się ze zwykłych ludzi oraz z czegoś w rodzaju androidów, bionicznych superkomputerów, którzy mimo że wyglądają po ludzku, zdecydowanie nie do końca są ludźmi (autorka wystylizowała ich na wzór geniuszy z lekką odmianą autyzmu mam wrażenie). Czasem powstają drobne nieporozumienia i do rozwiązania ich niezbędni są specjalni tłumacze, którzy będą w stanie wyłuszczyć, o co biokomputerowi właściwie chodzi, a czego nie potrafi wyartykułować. W opowiadaniu mamy właśnie jeden z takich przypadków. I gdyby nie niejasna puenta (znaczy, ja się domyślam, o co autorce mogło chodzić, ale to jest to miejsce, w którym nie powinnam się domyślać, tylko wiedzieć), byłby to jeden z ciekawszych tekstów zbioru.

Tutaj dochodzimy do najbardziej problematycznego opowiadania, czyli „Mrok zabije wieloryba” Olgi Niziołek. Po pierwsze jest to tekst z gatunku new weird czy tam innego realizmu magicznego, a z tymi gatunkami nie jestem zbyt kompatybilna. Toteż trudno mi ocenić, jak dobrze lub źle w ramach gatunku opowiadanie wypada. Na poziomie fabularnym mamy tu opowieść o dziewczynie przekonanej, że w jej wnętrznościach przebywa miniaturowy wieloryb, który nie daje jej żyć oraz o mężczyźnie, który nosi w sobie mrok (na początku myślałam, że to taka metafora chorób psychicznych, ale biorąc pod uwagę zakończenie opowiadania, to mam nadzieję, że nie). Przyznam, że kompletnie nie wiem, jak mam odczytywać ten tekst. Może więc już nie będę tego rozważać, pożalę się jedynie na motyw, który kompletnie zniszczył mój kołek do zawieszania niewiary. Otóż mamy tutaj osobnika płci męskiej mającego niebezpieczne dla społeczeństwa zdolności, które mogą być dziedziczne. Osobnik brał udział w jakimś rządowym programie badań. Kiedy program zakończono, co zrobił rząd w celu upewnienia się, że osobnik nie przekaże swoich niebezpiecznych zdolności potomstwu? Nie, nie wysterylizował go. Kazał mu podpisać oświadczenie, że nie będzie miał dzieci. Kurtyna.

„My ether” Alicji Tempłowicz to kolejne z przyjemnie poprawnych opowiadań. Mamy tutaj świat, który mógłby być Francją w przededniu rewolucji francuskiej, gdyby nie eter, elektryczność, hybrydy oraz kilka innych wynalazków. Ogólnie jest to ciekawie napisana historia upadku arystokracji, ilustracja tego, jak małostkowe wojenki o władzę pośrednio doprowadzają do zniszczenia znanego porządku, ze szkodą dla wszystkich stron biorących w tych wojenkach udział.

„Ordan” Magdaleny Czarneckiej to z kolei mój ulubiony polski tekst zbioru. Lubię teksty, które po prostu są literaturą przygodową, pisaną z myślą o wciągnięciu czytelnika w jakąś fajną historię i nieudające, że miały być wielką metaforą czy poruszać trudne tematy. Które bawią, ale mają też potencjał, żeby dawać do myślenia. „Ordan” właśnie taki jest – to literacki odpowiednik kina nowej przygody. Ja tę uczciwość względem czytelnika cenię. Poza tym autorka stworzyła bardzo ciekawy świat (który kojarzy mi się trochę z „Diuną” a trochę z „Gwiezdnymi wojnami”) i całkiem interesujących bohaterów. Sama historia może nie jest szczególnie zaskakująca i innowacyjna, ale daje radę. Chciałabym kiedyś przeczytać coś więcej z tego uniwersum – tam jest naprawdę ogromny potencjał.

„Serce Vann” Karoliny Fedryk jest pod pewnymi względami podobne do „Ordanu” („Ordana”?) – też jest tekstem z potencjałem do rozwinięcia. Tyle że jest dla odmiany (kolejną już w zbiorze) historią upadku tytułowego Vann – miasta magów. Mamy więc młodą bohaterkę, przed inwazją wroga na miasto naiwną, dobrze sytuowaną dziewczynę zakochaną w swoim królu. Po upadku miasta patrzymy, jak przechodzi przemianę, jak upadają jej ideały i jak w tle marnieje wspaniałe niegdyś miasto. Wszystko to napisane bardzo ładnym, choć nieco zachowawczym językiem. Ale nie jestem miłośniczką eksperymentów językowych, więc nie narzekam.

„Warunek początkowy” Krystyny Chodorowskiej to pułapka. Tylko udaje, że jest fantastyką. Pod cieniutką pozłotą futuryzmu mamy bowiem opowiadanie o… sztuce. Konkretniej muzyce. (To jest w sumie trochę znamienne dla tej autorki, że pod cienką warstwą futuryzmu mamy pochwałę lub rozważania nad jakąś dziedziną kultury. Przynajmniej na ile mogę ocenić po dwóch opowiadaniach ;) ). I jest to bardzo dobre opowiadanie o wykorzystywaniu nowej technologii w starej sztuce, o miłości do swojej pasji i o tym, że robienie tego, co się kocha czyni człowieka szczęśliwym. A gdzieś tam w tle bohater poszukuje pierwowzoru awatara ekspedientki, w sumie mało istotne.

„Wyliczanka” Agnieszki Zapart to jedyny tekst w zbiorze, który jako tako możnaby zaliczyć do grozy (odrobinę). Narracyjnie jest nietypowy (na tle zbioru), bo autorka przerzuca nas ze „współczesnej” narracji, gdzie babcia opowiada wnuczkowi pewną historię do retrospekcji tejże historii (ale nie bójcie się, wszystko jest przejrzyste, nikt się nie pogubi). Mamy więc trochę o patologii śląskiego osiedla, przed którą dzieci uciekają w świat wyobraźni. I ku ich przerażeniu, jedno z ich życzeń pewnego dnia się spełnia. Tekst wymagałby załatania drobnych dziur fabularnych, ale są one na tyle niewielkie, że w krótkiej formie można je wybaczyć. Ogólnie kolejne z solidnych, ale nie wybijających się opowiadań.

Zbiór zamyka „Pomarańcza”, króciutkie opowiadanie Rosenbauma. Całkiem przyjemne, choć nie tak dobre, jak otwierające. Pomysł boskiej pomarańczy ma jednak pewien urok.

Cóż, nie jest to może zbiór wybitny, nie ma w nim raczej tekstów, które zapamiętam do końca życia. Z drugiej strony nie ma w nim też tekstów bardzo słabych. Gdybym miała wydać na niego te niecałe dziesięć złotych (bo tyle kosztuje ebook) nie uznałabym tych pieniędzy za stracone. Więc zachęcę i Was do wydania dyszki – dostaniecie przyzwoite opowiadania, niektóre nawet bardzo dobre (a jeśli się już zdecydujecie, to kupcie w Madbooks – obiecali cały zysk ze sprzedaży przekazać ŚKF).

Tytuł: Zabawa w Boga
Autor: zbiorowy
Wydawnictwo: ŚKF
Rok: 2017
Stron: 316

środa, 9 sierpnia 2017

"Wiedźma opiekunka" Olga Gromyko

Pierwszy tom przygód Wolhy Rednej wywarł na mnie na tyle dobre wrażenie, że postanowiłam zapoznać się z kolejnym. I im dalej w las, tym więcej dostrzegam podobieństw z dresdenowskim cyklem Jima Butchera. Nie są to bynajmniej podobieństwa fabularne, a raczej w ogólnej konstrukcji świata i sposobie narracji (pomijam takie oczywistości, jak narracja pierwszoosobowa, obecna w obu cyklach). Obie książki maja pewne cechy, które sprawiają, że bardzo dobrze mi się je czyta. Choć, że mi się dobrze czyta, to jeszcze nie znaczy, że wszystkim.

Od wydarzeń opisanych w poprzednim tomie minęło półtora roku, Wolha musi jeszcze tylko zdać ostatnie egzaminy i już będzie wolna jako ten ptaszek. Będzie też musiała opuści zaciszne szkolne gniazdo i odlecieć w dorosłe życie. Najchętniej poleciałaby do Dogewy, w której ostatnio spędzała więcej czasu, niż w szkole (bo wiecie, zbieranie materiału do pracy dyplomowej i takie tam *mrug, mrug*), ale Mistrz rektor, a jednocześnie opiekun Wolhy od czasu, kiedy na swoją odpowiedzialność wymusił przyjęcie biednej sieroty do szkoły magii już załatwił dla niej stabilną i dobrze płatną posadę na królewskim dworze Belorii. Ale panna Redna nie byłaby sobą, gdyby skorzystała z tak nudziarsko przewidywalnej propozycji.

To, co mnie pociąga (zarówno u Gromyko, jak i u wspomnianego we wstępie Butchera) to taka specyficzna chaotyczna przemyślność tworzonych światów. Beloria na pierwszy rzut oka wygląda jak zbiór nieprzemyślanych elementów, które autorka wrzuciła do swojego świata, bo fajnie wyglądają i inni też je mają. Ale z biegiem czasu okazuje się, że wszystko było przemyślane i ma swoje miejsce w fabule. Sama Beloria w tym tomie też zyskała jakiś szerszy kontekst w świecie przedstawionym. Niby było wiadomo, że to tylko jeden z krajów, który z kimś tam sąsiaduje i z kimś tam toczył wojny, ale teraz mieliśmy okazję poznać tych „ktosiów” bliżej i dowiedzieć się, że autorka dołożyła starań, aby mówili własnym językiem i mieli własna kulturę, a (w niektórych przypadkach) nawet własna biologię. Przy okazji uzasadnienie zyskało kilka podanych w poprzednim tomie informacji (i nie, nie wygląda to na pośpieszne doklejanie właśnie wymyślonych wyjaśnień, wręcz przeciwnie) oraz okazało się, że niektóre trzecioplanowe drobiazgi pierwszego tomu mają dość kluczowe znaczenie dla fabuły drugiego. Uwielbiam, kiedy okazuje się, że autor od początku ma przemyślany cały cykl i konsekwentnie realizuje swój plan, a nie dopisuje kolejne tomy na łapu-capu.

Co do bohaterów, to właściwie kontynuujemy znajomości z poprzedniego tomu, choć pojawia się i kilka nowych. Sama Wolha nie rozwija się jakoś szczególnie – mam raczej wrażenie, że jest główną stałą opowieści, niezmienną i ukształtowaną. Co z jednej strony jest sympatyczne, bo ukształtowano ją całkiem przyjemnie, ale z drugiej… Wiecie, jakby w definicji klasycznej powieści jest ewolucja postaci (po angielsku na to mówią character development) i nie wiem, jak na dłuższą metę autorka poradzi sobie bez tego elementu. Chyba, że dalej jednak coś się zmienia. Len też dalej pozostaje takim trochę tajemniczym ni to przyjacielem, ni to kimś więcej i autorka na jego przykładzie prezentuje raczej działanie biologii gatunku niż ewolucję relacji. No ale biologia przynajmniej ciekawa. Z nowych znajomych mamy Orsanę. Mogłabym o niej kilka słów napisać, jako że na przykładzie tej postaci autorka postanowiła nieco przeinterpretować pewien znany trop, ale to byłby spoiler (doprawdy nieduży, bo podstęp Orsany jest przejrzysty nawet dla pięciolatka, no ale z drugiej strony taki miał być), a spoilerowi nie lubię.

Przyznam, że świetnie mi się czytało tę powieść, mimo drobnych niedociągnięć. Chętnie sięgnę po kolejny. Podoba mi się ta konwencja.

Książkę otrzymałam od Papierowego Księżyca. 
 

Tytuł: Wiedźma opiekunka
Autor: Olga Gromyko
Tytuł oryginalny: Ведьма-хранительница
Tłumacz: Maria Makarevskaya
Cykl: Kroniki Berolskie
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2017
Stron: 496

sobota, 5 sierpnia 2017

Na co poluje Moreni: sierpień 2017

Sierpień znowu nie okazał się szczególnie bogaty w premiery. Może to i lepiej, zdążę sobie nadrobić to i owo z moich przebogatych zaległości czytelniczych, a wrzesień z kolei zapowiada się bardzo bogato. Tymczasem jednak kilka tytułów się znalazło. Nie na tyle jednak ciekawych, żeby wzbudzić we mnie przymus zakupu, więc w dzisiejszym zestawieniu w pewnym sensie brak kategorii zakupowej.

"Upiór w bloku. Kryminałki mieszkaniowe" Martyna Rysa
3 sierpnia

Anegdot związanych z wynajmem mieszkania krąży po sieci tyle, że najciekawsze doczekują się nawet osobnych zestawień. Najwyraźniej pani Ryka zwęszyła w tym temat na reportaż i tak oto mamy "Upiora w bloku". A jako że swego czasu też szukałam czegoś do wynajęcia, bardzo chętnie się dowiem, że mogło być znacznie gorzej.

Wnęka na łóżko udająca pokój.
Dwadzieścia metrów antycznej ruiny.
Podmiejski domek, który okazuje się barakiem pośród chwastów.
Monitoring w każdym pokoju, którym można sterować bezpośrednio z łazienki.
Pośrednicy, którzy udają właścicieli. Właściciele, którzy wcale nie chcą najemców. Sąsiedzi, którzy chcą wiedzieć wszystko… Każdy, kto próbował kiedyś wynająć mieszkanie, musiał mierzyć się z tymi albo innymi problemami. Marta Rysa miała jednak wyjątkowego pecha.
Upiór w bloku. Kryminałki mieszkaniowe to zbiór zabawnych, choć często mrożących krew w żyłach, reportaży o tym jak trudno znaleźć dobre mieszkanie. Autorka z urokiem i niedowierzaniem opisuje szalony świat pośredników i właścicieli nieruchomości.
Przeczytaj, zanim wejdziesz na gumtree.  

"Skrzydła Ognia: Mroczny sekret" Tui T. Sutherland
16 sierpnia

Przerwa między poprzednim tomem a tym była tak długa, że niektórzy zaczęli żartować z wydawcy, że niby zanim skończy cykl, to mu target wyrośnie. Sama już dawno nie jestem targetem, więc się jakoś szczególnie nie niecierpliwiłam, niemniej chętnie poznam ciąg dalszy przygód młodych smoków. Zwłaszcza, że teraz opowieść ma się skupiać na najbardziej niedookreślonym przedstawicielu drużyny. Może być ciekawie.

Coś niedobrego kryje się w mrokach…
Tajemnicze Nocoskrzydłe wszystko ukrywają, począwszy od własnego domu i królowej, a skończywszy na wyborze sojuszniczki w wojnie. Teraz porwały własne smoczę przeznaczenia. Gwiezdny Lotnik jest podekscytowany i przerażony perspektywą poznania swojego plemienia.
Nocoskrzydłe porwały także kilkanaście niewinnych Deszczoskrzydłych i Gwiezdny Lotnik postanowił sobie, że przekona plemię, aby je wypuściło. Niestety Królestwo Nocy jest nieszczęsną krainą pełną sekretów znacznie straszliwszych, niż można by podejrzewać, i wszystkie zwoje Pyrrii nie zdołałyby teraz pomóc Gwiezdnemu Lotnikowi. Losy dwóch królestw spoczywają w jego łapach, a pozostałe smoczęta znajdują się zbyt daleko, żeby mu pomóc. Gwiezdny Lotnik będzie musiał odnaleźć w sobie odwagę… I to zanim będzie za późno.


"Życie pszczół" Maurice Maeterlick
30 sierpnia

Pszczoły to bardzo chodliwy towar w literaturze od dawna. Ale z uwagi na to, że obecnie przeżywamy renesans mody na tematykę przyrodniczą mam wrażenie, że wydawcy usilnie szukają takich tytułów. Ci mniej odważni celują w ksiązki, które niby są o przyrodzie, ale bardziej to jednak fikcja literacka albo, no cóż, literatura z ambicjami. Tu mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem, bo autorowi zdarzyło się przecież dostać Nobla. A choć sama publikacja jest wiekowa, to wydanie ponoć bardzo piękne, więc nawet zastanawiam się, czy nie nabyć.

Z pszczołami ma się sprawa podobnie jak z wieloma rzeczami tego świata. Dostrzegamy różne fakty, śledzimy obyczaje, powiadamy: robią to a to, pracują w ten a ten sposób, królowa tak przychodzi na świat, robotnice są dziewicami, rój następuje w tym a tym czasie. Wydaje nam się, że poznaliśmy wszystko, i nie pytamy o więcej. Widzimy, jak śpieszą z kwiatu na kwiat, obserwujemy rozgwar i ruch ula a egzystencję tę uważamy za bardzo prostą, wyznaczając jej granice od instynktownego szukania karmy do również instynktownego rozmnażania się. Ale gdy tylko zbliżymy się do przedmiotu naszych badań, by sobie zeń zdać sprawę, uderza nas niezwłocznie niesłychana złożoność najnaturalniejszych zjawisk i stajemy wobec zagadki inteligencji, woli, przeznaczenia, celu, środków czy przyczyn. I obezwładnia nas ta niepoznawalna organizacja najdrobniejszego przejawu życia.

"Szamanka od umarlaków" Martyna Raduchowska
30 sierpnia

To jest książka, którą polecono mi jako dobre, polskie urban fantasy. O samej autorce zaś czytelnicy wypowiadają się dość ciepło - było to jedno z nazwisk wydawanych przez FS w latach świetności, po którym później słuch zaginął. Mam wrażenie, że teraz te nazwiska (nie tylko od FS, ale i od świętej pamięci Runy) przeżywają zasłużony renesans i dobrze, bo zwykle to dużo lepsza fantastyka niż sztandarowe pióra FS. Chciałabym sprawdzić, czy "Szamanka..." utwierdzi mnie w tym przekonaniu. (opis z okładki do poprzedniego wydania, bo nowego nie mogę znaleźć).

Medium ma w życiu przerąbane. Medium, które nie chce być medium, ma przerąbane w dwójnasób. Medium bez powołania, za to z awersją do duchów, ma przerąbane wzdłuż, wszerz i naokoło. Ida Brzezińska świetnie wie, czego chce: normalnego życia. I gdyby to od niej zależało, w jej rodzinie na pewno nie byłoby ojca maga, matki czarownicy, babki jasnowidzki ani ciotki medium. Ani bez mała dwudziestu pokoleń podobnych wariatów. Tymczasem jednak ? o, zgrozo - są. A geny sumiennie robią swoje obdarzając Idę równie nadprzyrodzonym co niepożądanym szóstym zmysłem. Do tego jeszcze wredny, podły Pech o sadystycznych skłonnościach z upodobaniem krzyżuje jej plany, wpycha w szpony apodyktycznej ciotki, nęka stałą obecnością umarłych i wplątuje w aferę, od której na kilometry czuć pieprzem i imbirem - zapachem czarnej magii. Postawmy sprawę jasno - Ida nie ma Pecha. To Pech ma Idę.

Dodatkowo

"Księga cmentarna" Neil Gaiman
2 sierpnia

Ksiązkę już dawno przeczytałam i należy do moich ulubionych gaimanowskich powieści. A ponieważ nowe wydanie szalenie mi się podoba, zamierzam ją kupić do kolekcji.;)

Kiedy małemu dziecku udaje się uciec przed mordercą zamierzającym zabić całą rodzinę, kto mógłby przypuszczać, że schronienia udzieli mu miejscowy cmentarz? Wychowany przez zamieszkujące go duchy, zjawy i widma, Nik musi uczyć się życia od umarłych. Ale wciąż grozi mu niebezpieczeństwo, bo morderca nie ustaje w wysiłkach, żeby dokończyć swoje zadanie...

środa, 2 sierpnia 2017

Stosik #94

Lipcowy stosik okazał się zaskakująco obfity. Głownie dlatego, że przyszło do mnie trochę egzemplarzy recenzenckich, które powinny dotrzeć w miesiąc wcześniej, a planowane książkowe zakupy też mi się trochę opóźniły. I tak oto powstał ten stos.


Od góry - zakupy. "Ocen na końcu drogi" wyłowiłam z kosza z tanią książką. Dalej zakupy z Arosa. "Kojot Charlie" kusił mnie już od jakiegoś czasu i w końcu pomyślałam, że jednak sobie kupię tą opowieść o wychowywanym przez ludzi kojocie. Na "Dzieci czasu" czekałam, więc ni mogłam nie nabyć. Autor obiecywał narrację z perspektywy obcych, zobaczymy, co z tego wyszło. "Skrzydła nocy" Silverberga to oczywisty must have, w końcu Artefakty.

Dalej pakiet do recenzji. "Psi dar" od Marginesów już przeczytany i zrecenzowany. "Zaczarowanych" od Papierowego Księżyca napoczęłam i jest to doświadczenie ciekawe, ale chwilowo nie mam weny na dokończenie. "Bez odkupienia" czeka na swoją kolej, a "Miasto schodów" recenzowałam przedpremierowo. Nie mogło też zabraknąć "Ognia przebudzenia" od Maga - w końcu to ksiązka o smokach. "Czarownica znad kałuży" to papierowy egzemplarz ebooka otrzymanego wcześniej od Genius Creations. A "Wilcza godzina" to ciekawostka zza wschodniej granicy, od SQN.

A na koniec zdobycz, z której jestem najbardziej dumna - zakupiony ostatni brakujący tom serii Eco, którego nakład na chwilę obecną już się wyczerpuje (jest tylko to, co w sklepach, w hurtowniach brak). Czyli "Mądrość i cuda świata roślin". Co prawda Moreni była na tyle bystra, żeby dopytać, czy będzie dodruk albo wznowienie (będzie wznowienie), ale ponieważ jest życiową bułą, nie dopytała w jakiej formie. A ponieważ książka interesuje mnie wyłącznie jako uzupełnienie serii, wolałam nabyć, póki jest.