Strony

środa, 29 września 2010

Sumo i zen - "Zapasy z życiem" Eric-Emmanuel Schmitt


O tym, że lubię Schmitta pisałam przy „Marzycielce z Ostendy”. Na fali zachwytu tamtymi opowiadaniami przyniosłam z biblioteki jeszcze „Zapasy z życiem”. Ta niewielka książeczka mogłaby być właściwie opowiadaniem, więc przeczytałam ją błyskawicznie. Swoim klimatem przypomina mi bardzo „Dziecko Noego”, jednak realia i fabuła powieści są zdecydowanie inne.

Jun jest nastolatkiem na gigancie, nastawionym do świata buntowniczo i wrogo. Od dłuższego czasu wegetuje na ulicach Tokio, utrzymując się z handlu przemycanym chińskim badziewiem. Kiedy pewnego dnia podchodzi do niego staruszek ze słowami „Widzę w Tobie grubego gościa”, Jun nawet nie przypuszcza, że to początek wielkich zmian w jego życiu. Niedługo potem wstępuje do szkoły sumo, gdzie owy staruszek staje się jego mentorem, przewodnikiem w poszukiwaniach samego siebie.

Jako że większość utworów Schmitta rozgrywa się w kręgach cywilizacji zachodniej, taka nagła zmiana dekoracji wydała mi się intrygująca. Nie wiem, na ile obraz Japonii w „Zapasach z życiem” jest prawdziwy, ale wydaje mi się dość wybiórczy. Autor skupił się na jasnej stronie tego kraju i żyjących w nim ludzi, nie zapomniał jednak napomknąć o jego bardziej mrocznym aspekcie (ot, choćby samobójstwa z przepracowania). Mam wrażenie, że nie o oddanie realizmu Tokio tu chodziło. Powieści Schmitta noszą znamiona przypowieści, a więc autor może sobie pozwolić na pewne odstępstwa od realizmu i nie powinien być za to ganiony (tak samo, jak nikt Dostojewskiego nie będzie ganił za lichość intrygi kryminalnej w „Zbrodni i karze”). Po prostu najwidoczniej uznał, że kultura Kraju Kwitnącej Wiśni lepiej będzie sprzyjać ukazaniu przemiany duchowej jego bohaterów, niż kultura zachodnia. Dlatego i ja nie będę naciskać na ten realizm. Zwłaszcza, że w książkach teo autora najbardziej cenię ich specyficzną magię.

Sama opowieść? No cóż… Nie wzruszyła mnie za bardzo, nie drgnęło nic w mojej duszy, jak to się czasem zdarza. Ale nie uważam czasu spędzonego nad nią za stracony. Lubię fabuły tworzone przez pana Schmitta, gdyż zawsze potrafią mnie czymś zaskoczyć. Tak było i tym razem, więc mogę uznać lekturę za udaną.

Podsumowując, myślę, że książkę warto przeczytać. Jest pozycją szczególnie ciekawą ze względu na nietypowe dla autora realia. Fanom Japonii mogą on uprzyjemnić lekturę, ale niech fanowie owi się nie zdziwią, jeśli obraz tego kraju nie będzie zgodny z ich wiedzą. W końcu najważniejsza jest opowieść.

Tutaj świetny wywiad z autorem, na który namiary podała mi Tusienka, a tu recenzja Arii.

Tytuł: Zapasy z życiem
Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł oryginalny: Le sumo qui ne pouvait pas grossir
Tłumacz: Agata Sylwestrzak-Wszelaki
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2010
Stron: 74

wtorek, 28 września 2010

Opowieści o miłości i śmierci - "Marzycielka z Ostendy" Eric-Emmanuel Schmitt


Wiem, że dla niektórych Schmitt jest niestrawny. Że stawia się go na tej samej półce co Coelho albo wyzywa od bezczelnych hien, żerujących na ludzkich emocjach. Mimo tego powiem otwarcie, że ja Schmitta bardzo lubię i cenię. Może i jego powieści to nie są arcydzieła literatury światowej, ale dla mnie są przesiąknięte magią. Magią tego typu, która emanowała z „Małego Księcia”. Magią, która pozwala patrzeć na banalne historie jak na najwspanialsze baśnie, niby na wyciągnięcie ręki, a jednak tak niezwykłe, że nieosiągalne. Magią, którą każdy z nas może odnaleźć we własnej historii, jeśli tylko zechce.

Do „Marzycielki z Ostendy” podchodziłam dość sceptycznie, ale z dużą dozą ciekawości. Sceptycyzm brał się z tego, że nie przepadam za opowiadaniami. Ciekawość zaś to skutek mojej sympatii do autora. Zastanawiałam się, czy fakt, że lubię autora przekona mnie do nielubianej formy. Muszę przyznać, że przekonał.

Pięć opowiadań, wchodzących w skład zbioru traktuje o przeróżnej tematyce, ale w prawie każdym (oprócz jednego), sporą rolę odgrywa miłość. Są to przeróżne formy miłości, nie sprowadzającej się li tylko to uścisków wreszcie szczęśliwej pary na tle zachodzącego słońca. Kiedy teraz patrzę na te opowiadania jako całość, mam wrażenie, że autor chciał nam pokazać, że rewersem miłości wcale nie jest nienawiść (jak każą wierzyć skostniałe schematy), ale śmierć. Śmierć, która pozwala dołączyć do ukochanego. Śmierć, która wyzwala, ale nie daje radości. Śmierć całkiem przypadkowa. Wreszcie śmierć, która jednym pozwala zakończyć życie oparte głównie na wspomnieniach, a drugim poznać na prawdę tych, których tylko wydawali się znać. To opowiadania w równym stopniu o miłości, co o śmierci.

Najbardziej poruszyło mnie opowiadanie tytułowe, najobszerniejsze i mogące w zasadzie uchodzić za mikropowieść. Każda z nas marzyła kiedyś o tym, żeby spotkać księcia z bajki, prawda? Ale chyba żadna by nie uwierzyła, gdyby okazało się, że komuś z sąsiedztwa takie spotkanie się przytrafiło. Dlatego, że to mało prawdopodobne. Dlatego, że to się nie zdarza. Dlatego, że to tylko bajki, a czasy kopciuszków nawet, jeśli kiedykolwiek były, dawno już minęły. Dlatego, gdyby starsza, schorowana dama opowiedziała nam o swojej miłości tak nieprawdopodobnej, pewnie zostałaby wyśmiana. Jak tytułowa marzycielka, której po konfrontacji z wymogami brutalnej rzeczywistości pozostały już tylko wspomnienia, która kochała tak bardzo, że wolała samotność z duchami przeszłości niż towarzystwo nędznej namiastki. Bo „Z wielkiej miłości nie da się wyleczyć.” [20]

Pozostałe opowiadania nie zaczarowały mnie aż tak bardzo, ale poruszają jakąś strunę wzruszenia w duszy. Największą niespodzianką były chyba „Kiepskie lektury”, które najbardziej odbiegają od klimatu pozostałych opowiadań. Jest to mianowicie kolejny utwór literacki traktujący o tym, że książki mogą zabijać. Zwłaszcza w połączeniu ze zbyt wybujałą wyobraźnią czytelnika nienawykłego do powieści sensacyjnych, a w dodatku strachliwego z natury. Po Schmitt’cie się nie spodziewałam, że poda swoim czytelnikom coś takiego. Ale trzeba mu przyznać, że umiał stworzyć nastrój napięcia i nawet, w pewnym sensie, grozy. Bardzo intrygujące wydało mi się też króciutkie opowiadanko „Kobieta z bukietem”. Jest ono jednak tak niewielkie, że nie pisnę słowa o fabule, bo nawet jedno mogłoby być tym o jednym za dużo. Sami odkryjcie, o co chodzi.

Nie polecę tego zbioru czytelnikom Schmitta nielubiącym. Stwierdziliby tylko, że tematyka banalna i pretensjonalna, ogólnie taki Coelho dla bardziej wymagających. Ale zapewniam, że każdy, kto lubi niezwykły klimat zwykłych wydarzeń i magię dnia codziennego, znajdzie tu coś dla siebie. Wszystko pisane malowniczym stylem, tak charakterystycznym dla tego pisarza.

Tytuł: Marzycielka z Ostendy
Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł oryginalny: La reveuse d'Ostende
Tłumacz: Anna Lisowska
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2009
Stron: 314

poniedziałek, 27 września 2010

Stosik końcowowakacyjny, czyli ostatnie podrygi wolności;)

Od przyszłego tygodnia zaczynam zajęcia, ale wyjeżdżam już w tym, więc postanowiłam wybrać się jeszcze na ostatni rajd po bibliotekach. Zważywszy na mój plan zajęć, wyczynem będzie przeczytanie jednej książki tygodniowo, więc notki będą pewnie pojawiać się rzadziej, toteż zgromadzonych zapasów wystarczy mi pewnie na długo.



Od góry:
1. "Wrócę po Ciebie" Guillaume Musso - Dzięki uprzejmości pani bibliotekarki udało mi się upolować trzy świeżo przez bibliotekę nabyte książki. To jedna z nich - od dłuższego czasu jej wypatrywałam.:)
2. "Tryumf lisa Reinicke" Andrzej Pilipiuk - ostatnia z obecnie wydanych części cyklu "Oko Jelenia"
3. "Madame" Antoni Libera - Skusiły mnie liczne blogowe i nie tylko pochwały.;)
4. "Baranek" Christopher Moore
5. "Zapasy z życiem" Erick - Emmanuel Shmitt - To druga z tych trzech. W trakcie lektury "Marzycielki z Ostendy" strasznie mi wzrósł apetyt na Shmitta.
6. "Ogród wiecznej wiosny" Cristina Barrio López - To trzecia z tych książek.;) Wiele osób dobrze o niej pisało, a że od dłuższego czasu mam ochotę na odrobinę realizmu magicznego, nie mogłam się nie skusić.

I jeszcze "Kobieta zaklęta w kamień" Marty Fox z DKK, którą zapomniałam dołożyć do stosika...

niedziela, 26 września 2010

Łasica i wilcy - "Pan Wilków" Andrzej Pilipiuk


„Pan Wilków” to już czwarty (z pięciu obecnie wydanych) tom cyklu „Oko Jelenia”. Każdy, kto czytał cokolwiek tego autora wie, że znakiem rozpoznawczym Wielkiego Grafomana polskiej fantastyki jest to, że mimo niedoróbek i błędów, książki jego wręcz się pochłania. Nie inaczej było w tym przypadku.

Kontynuujemy więc znajomość z bohaterami z tomów poprzednich. Zostali oni w dość spektakularny sposób rozdzieleni i akcja na dobre rozkręca się w momencie, gdy jeden z nich budzi się w twierdzy nowego wroga, tytułowego Pana Wilków. Odnajduje się też zaginiona łasica, jednakowoż okazuje się być słabego zdrowia i musi się odnowić. Zgadnijcie, kto ma pilnować jej spokoju podczas tego procesu? Nasi bohaterowie wędrują więc po Skandynawii w celach przeróżnych, a nad wszystkimi ich poczynaniami zawisł cień Hanzy…

Wydaje mi się, że autor popracował nad postaciami trochę bardziej niż zwykle. Daleko im co prawda do psychologicznej głębi, ale przestają mi przypominać ordynarne kalki wcześniejszych bohaterów Pilipiuka. Autor pokusił się nawet o nakreślenie procesu dojrzewania Staszka (zaczętego w tomie poprzednim) i chociaż wyżyny kunsztu to nie są, zawsze jakaś miła odmiana. Również łasica o wdzięcznym imieniu Ina jest jakoś bardziej prawdopodobna psychologicznie. W poprzednich tomach irytowała mnie strasznie. Głównie swym użalaniem się, jak wiele czasu musiała poświęcić na dogłębne studiowanie ludzkiej fizjo- i psychologii, kiedy to obie dziedziny budzą w niej jedynie odrazę. Tymczasem jej zachowanie wskazywało, że o ile fizjologię przyswoiła, to o psyche uczyła się albo z gangsterskich filmów klasy B, albo też całkiem sobie odpuściła, zakładając, że takie stworzenia jak ludzie ducha nie mają. I mimo, że dalej bardziej przypomina rozkapryszonego dzieciaka niż agenta na służbie, to w „Panie Wilków” przynajmniej do podstawowych zasad psychologii się stosuje.

Kwestia kontrastu osób współczesnych z szesnastowieczną rzeczywistością również najbardziej do mnie, o dziwo, w tym tomie trafia. Może dlatego, że jest mniej ordynarnie pokazana (chociaż ciągłe żale o brak GPSu stają się męczące), a może po prostu dlatego, że odnosi się bardziej do mentalności ludzi z epoki, niż do przedmiotów codziennego użytku.

Znakiem rozpoznawczym cyklu jest niefrasobliwy stosunek autora do śmierci postaci (fabułę skonstruował tak, że większość z naszych ulubieńców w każdej chwili można wskrzesić), więc na takie kwiatki zostałam już przez trzy poprzednie tomy uodporniona. Ma to swoje dobre strony: nawet jeśli mój faworyt zemrze, zawsze jest szansa na to, że ożyje w tomie kolejnym. Z pewnością odbiera to pewien dreszczyk emocji, który przy czytaniu mógłby towarzyszyć, z drugiej strony zyskujemy komfort czytelniczy. Jeśli się z bohaterami zżyliśmy, to nie chcemy, żeby ginęli. A tutaj możemy być o ich los spokojni. Każdy czytelnik powinien ocenić sam, czy to dla niego wada, czy zaleta.

„Pan Wilków” nie odbiega poziomem od reszty cyklu. Ma swoje plusy, jak i minusy, ale żadnego z fanów Pilipiuka nie będę musiała do czytania zachęcać. Ci, którzy jeszcze z autorem nie mieli do czynienia i tak muszą się cofną do tomu pierwszego, więc również nie będę ich przekonywać. Ale wszystkim mogę życzyć przyjemnej lektury, bo książka ta niewątpliwie jest lekturą bardzo przyjemną.


Tytuł: Pan Wilków
Autor: Andrzej Pilipiuk
Cykl: Oko Jelenia
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2009
Stron: 399

czwartek, 23 września 2010

Śmierć w San Francisco - "Brudna robota" Christopher Moore


Swoją znajomość z Moorem zaczęłam od „Krwiopijców”, którzy tak bardzo przypadli mi do gustu, że znowu zapałałam cieplejszymi uczuciami do wampirów. Ponieważ aktualnie do dalszych części cyklu „Love story” nie mam dostępu, postanowiłam się zadowolić „Brudną robotą”. Śmierć jako postać u Pratchetta mnie zauroczyła, więc doszłam do wniosku, że nie zaszkodzi sprawdzić, jak ten temat wykorzystał Moore, zwłaszcza, że obaj panowie specjalizują się w fantastyce humorystycznej.

Charlie Asher, handlarz starzyzną z San Francisko, tuż po zostaniu ojcem wchodzi do sali szpitalnej, na której leży jego żona. Zastaje tam dziwnego faceta, który utrzymuje, że powinien być niewidzialny. Od tej chwili życie Charliego wywraca się do góry nogami, a sam zainteresowany zyskuje (choć nie bez nieprzewidzianych przeszkód) wgląd do spraw nieznanych zwykłym ludziom. Na domiar złego okazuje się, że jego malutka córeczka jako śmiercionośnej broni używa słowa „kotek”…

Jest to druga książka Moore’a, którą czytałam i druga, której akcja dzieje się w San Francisco. Widać, że autor bardzo to miasto lubi. Opisuje przeróżne dzielnice ze swadą i ironią, ale też z humorem i widoczną chęcią ukazania lokalnego kolorytu i klimatu danej części aglomeracji. Nigdy nie byłam w San Francisco, ale nie mam powodów sądzić, że pisarz coś złośliwie wypaczył. Co najwyżej wyolbrzymił i skarykaturował niektóre cechy miasta, które dla niego „zawsze stanowi inspirację” [524]. Z resztą, jak mógłby nie lubić miasta, które opisuje tak barwnie?

Najmocniejszą stroną powieści Moore’a jest humor. Nie przeczę, „Brudna robota” aż się od niego skrzy i o dziwo nie jest to tylko czarny humor. Nie podobała mi się jedna rzecz: humor ten niekiedy staje się wręcz obrzydliwy. Niektóre sceny mają w założeniu budzić salwy śmiechu, we mnie jednak budzą niesmak. Zazwyczaj nie mam nic przeciwko karykaturowaniu scen erotycznych, tudzież wykorzystywaniu takich podtekstów w celu rozbawienia czytelnika, ale są w „Brudnej robocie” takie sceny, w których pan Moore przeciąga strunę do granic możliwości (tylko od osobistej odporności czytelnika zależy osąd, czy ta struna już pękła). W tym względzie Pratchett radzi sobie lepiej – nigdy nie trafiają mu się takie wpadki. Ale pan Pratchett, w przeciwieństwie do Moore’a nie celuje w takich podtekstach, w związku z czym unika stąpania po dość kruchym lodzie.

Dodatkowym plusem jest dla mnie to, że miałam okazje znowu spotkać postacie znane z „Krwiopijców”. Cesarz i jego wierni żołnierze odgrywają mniej więcej taką samą rolę dla fabuły jak w poprzedniej książce, podobnie inspektor Rivera. Epizodycznie pojawia się nawet pewna rudowłosa wampirzyca. Zawsze to miło spotkać znanych i lubianych.

Podsumowując, „Brudna robota” nie zachwyciła mnie tak jak „Krwiopijcy”. Wolę też Pratchettowską wizję śmierci (lub Śmierci). Ale Moore potrafi poprawić humor tak samo skutecznie jak Pratchett, a lektura bez wątpienia była ciekawa. Polecam więc tym nieco odporniejszym czytelnikom, którym już zaczyna doskwierać jesienna chandra.

Tytuł: Brudna robota
Autor: Christopher Moore
Tłumacz: Jacek Drewnowski
Tytuł oryginalny: A Dirty Job
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2007
Stron: 526

poniedziałek, 20 września 2010

Bez rewelacji, ale bardzo dobrze - "Klęska ważki" Adrian Tchaikovsky


Problem z drugimi tomami polega na tym, że zazwyczaj nie są już tak dobre jak pierwsze. Niebezpieczeństwo wzrasta zwłaszcza wtedy, gdy tom pierwszy zachwycił czytelnika i narobił mu wielkich nadziei na kontynuację w podobnie rewelacyjnym stylu. Niestety, „Klęska ważki” nie jest tutaj wyjątkiem. Na szczęście jednak autor nie pogrążył się całkowicie – nie stworzył co prawda arcydzieła, ale odwalił kawał naprawdę dobrej roboty.

Akcja tomu drugiego cyklu „Cienie pojętnych” jest ściśle powiązana z tomem pierwszym, a konkretniej: rozpoczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym tom pierwszy zakończono. Nie będę więc zanadto wnikać w zawiłości fabuły, żeby jej nie zdradzić. Powiem jedynie, że autor z jednej strony zaskoczył mnie pozytywnie, bo udawało mu się mnie czasem wyprowadzić w pole, z drugiej strony się jednak rozczarowałam, gdyż akcja nie jest już tak wartka i wciągająca jak w „Imperium Czerni i Złota” a raz czy dwa zdarzały się nawet dłużyzny.

Zastanawiałam się dłuższy czas, dlaczego akcja już mnie tak nie wciąga. Doszłam do wniosku, że to przez rozdzielenie paczki głównych bohaterów. Autor nie tylko rozbił znaną nam wcześniej drużynę, posyłając jej członków w przeciwległe krańce mapy, ale zaczął też ich historię przeplatać zupełnie nowymi wątkami. I jeśli o nie chodzi, to mam mieszane uczucia. Są takie (wątki, nie uczucia), które mnie zupełnie nie zainteresowały (co wpłynęło na spadek zainteresowania akcją), są też takie, które bardzo polubiłam. I jeśli chodzi o pewne przykłady z tej drugiej grupy, to mam do pana Tchaikovsky’iego żal. Część bardzo obiecujących pomysłów została haniebnie zaniedbana, ot, liźnięta tylko powierzchownie i zakończona śpiesznie bez baczenia na jej potencjał (choćby wątek tytułowy). To jeden z moich głównych zarzutów wobec pisarza.

Co jest atutem powieści? Największe emocje wzbudził we mnie wątek Totha. Autor kompletnie mnie zaskoczył takim obrotem sprawy, a na dodatek zaszczepił we mnie ciekawość, jak dalej potoczy się metamorfoza tego niezwykle utalentowanego mechanika. Ogólnie wszyscy bohaterowie są dobrze opracowani i wiarygodni z psychologicznego punktu widzenia, a już zwłaszcza ci drugo- i trzecioplanowi. Warta pochwały jest też obrona Kolegium.

Językowo pan Tchaikovsky jest na tak samo wysokim poziomie, jak w tomie pierwszym, ale że teraz nie pochłaniałam powieści tak spiesznie, rzuciły mi się w oczy literówki, a nawet dość liczne błędy gramatyczne. Po wydawnictwie klasy Rebisu spodziewałam się większej dbałości o szczegóły. No i tłumacz znowu się zgubił: nie mógł się zdecydować, czy jedną z ras (o bardzo charakterystycznym wyglądzie) ma nazywać świerszczami, cykadami czy turkuciami. Używał więc wszystkich terminów zamiennie, czym doprowadzał mnie niemal do furii.

O ile debiutanckie „Imperium Czerni i Złota” było doskonałe, o tyle „Klęska ważki” nie uniknęła błędów debiutanta. Zbyt gwałtowne zakańczanie jednych wątków i nadmierne rozwlekanie drugich nie są jednak wadami na tyle dużymi, żeby psuć przyjemność czytania. Dlatego zamierzam kontynuować znajomość z autorem i mam nadzieję, że wróci do formy.

Tytuł: Klęska ważki
Autor: Adrian Tchaikovsky
Tłumacz: Andrzej Sawicki
Tytuł oryginalny: Dragonfly Falling
Cykl: Cienie Pojętnych
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2010
Stron: 677

środa, 15 września 2010

Co nazwiemy cudem? - "Cud w medycynie" Praca zbiorowa

O „Cudzie w medycynie” pierwszy raz przeczytałam na blogu Skarletki. Bardzo mnie zaintrygowała jej recenzja, a dzięki nieocenionej Joannie miałam okazję skonfrontować rzeczywistość z cudzymi opiniami. I rzeczywistość zwycięsko wyszła z tej konfrontacji.

„Cud w medycynie” to zbiór kilkunastu opowieści (chociaż bardzo blisko im do wywiadu) lekarzy różnych specjalności, wybitnych fachowców w swoich dziedzinach. Opowiadają oni o swoich pacjentach, których wyleczenie uważają za cud. Nie zawsze chodzi tu o przypadki, w których z przyczyn nieznanych nastąpiło cofnięcie i ustąpienie choroby. Czasami tym cudem jest postęp medycyny: zabieg, który kiedyś był dostępny dla wybranych, teraz jest standardową procedurą, operacja, o której kilkanaście lat temu nie można było nawet marzyć została uwieńczona sukcesem, eksperymentalny zabieg pomógł zwalczyć chorobę. Lekarze poruszają też inne problemy. Odpowiadają na pytanie, co według nich jest w medycynie najważniejsze i jak powinna wyglądać praca lekarza.

To, co mnie zaskoczyło, to ogromna pokora i skromność tych ludzi. Mimo, że są uznanymi specjalistami, nieraz światowymi autorytetami w swoich dziedzinach, w ich wypowiedziach nie pobrzmiewa nutka pychy czy dumy. Każdy podkreśla, że ciało ludzkie to wciąż wielka tajemnica i nigdy nie wiadomo, jak konkretny pacjent zareaguje na leczenie. Doktor nigdy nie powinien spoczywać na laurach, ciągle powinien być w stanie mobilizacji, musi być w nim otwartość na innowacje. Aż dziw bierze, że w naszej służbie zdrowia trafiają się jeszcze ludzie, dla których nie są najważniejsze zalecenia NFZu czy limity przyjęć, ludzie, którzy ponad wszystko stawiają dobro pacjenta.

Opowieści same w sobie są bardzo ciekawe. Dowiedziałam się między innymi, że pani doktor kierująca (jako pomysłodawca i kierownik zespołu) głośnym swego czasu przeszczepem twarzy, jest Polką. Wiele można się też dowiedzieć o zawodzie lekarza jako takim, o tym, jakie są nowoczesne metody terapii, ale też jak to wyglądało w latach pięćdziesiątych. O tym, jak wielka odpowiedzialność wiąże się z tym zawodem.

Książka wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie nie tylko wspaniałymi opowieściami lekarzy. Doceniłam fakt, że autorka rozmów nie starała się przesycić wszystkich cudów i „cudów” boską ingerencją. W tym kraju niezwykle łatwo byłoby popełnić takie nadużycie, dlatego rzeczowa relacja jest tym bardziej cenna.

Polecam wszystkim. „Cud w medycynie” to idealna pozycja dla wszystkich, którzy zwątpili w służbę zdrowia i dla tych, którzy szukają wyciszenia, uspokojenia. Lektura tych opowieści bardzo temu sprzyja.

Tytuł: Cud w medycynie. Na granicy życia i śmierci. Opowieści lekarzy.
Autor: Praca zbiorowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2010
Stron: 250


P.S. Postanowiłam skorzystać z pomysłu podpatrzonego u Kalio i zapytać was w ankiecie, którą z recenzowanych w sierpniu książek chcielibyście przeczytać.:)

poniedziałek, 13 września 2010

Gratka dla entomologa - "Imperium Czerni i Złota" Adrian Tchaikovsky


Przed, a właściwie tuż po rozpoczęciu lektury przeczytałam wywiad z autorem. Przygnębiła mnie informacja że pan Thaikovsky planuje napisać około dziesięciu tomów swojego cyklu. Nie lubię długaśnych cykli. Mają one tendencję do utraty jakości wprost proporcjonalnej do numeru tomu, a pod koniec stają się (że powtórzę za Sapkowskim), nudne, aż hemoroidy bolą. Jednak teraz, po lekturze pierwszego tomu, ta sama informacja niezmiernie mnie cieszy, a radość tę przyćmiewa jedynie fakt, że zakup dziewięciu książek to jednak spory wydatek. A pomyśleć, że gdyby nie przeczucie Lubego, który „Imperium Czerni i Złota” nabył przypadkiem, prawdopodobnie nigdy bym go nie przeczytała.

Ogólny zarys fabuły jest standardowy. Oto na wschodzie (no jakże by inaczej) powstaje nowe mocarstwo oparte na sile niepokonanej jak dotąd armii i wciąż głodne nowych podbojów. Jednak mieszkańcy Nizin, skupieni na sprawach nieustannie prowadzących podjazdowe wojenki miast – państw, nie chcą dostrzec zagrożenia i beztrosko sprzedają Imperium broń w ilościach hurtowych. Jedynie mistrz Stenwold Maker dostrzega niebezpieczeństwo, jednak jego ostrzeżenia są od siedemnastu lat wyśmiewane. Pozostawiony sam sobie, od kilkunastu lat tworzy siatkę szpiegowską działającą przeciw Imperium. Właśnie ma do niej dołączyć czwórka jego ostatnich podopiecznych.

Zanim zacznie swoje pienia pochwalne, słów parę o konstrukcji świata przedstawionego. Anglosasi w tej kwestii często popadają w jeden z dwóch głównych schematów. Pierwszy: tolkienowsko – RPGowy, gdzie mamy najczęściej trzy razy humanoidalne (elfy, krasnoludy, ludzie) w różnych wariacjach i mrowie ras Złych i Mrocznych, które zawzięcie ze sobą wojują w odwiecznej walce dobra ze złem. Drugi: łotrzykowsko – wiktoriański, gdzie występują praktycznie sami ludzie (niektórzy są magami) i w scenerii wielkiego miasta (najczęściej) toczą się rozgrywki o przejęcie władzy i wpływów, czasem tylko trzeba owo miasto uratować. Tchaikovski zręcznie ominął te schematy. W jego powieści mamy samych ludzi, którzy walczą jeno o władzę i dominację, ale są oni podzieleni na całe mnóstwo najróżniejszych ras. W świecie tym bowiem niczym niezwykłym nie są karaluchy wielkości psów ani ćmy wielkości dłoni. Więcej nawet: ogromnych nocnych motyli i takich samych chrząszczy używa się powszechnie jako środków transportu, a trzymetrowe modliszki sieją postrach wśród puszcz. A każdy z tych wielkich owadów jest patronem jakiejś rasy. I tak na przykład Żuki (dygresja: nazwa ta kojarzy mi się dość nieszczęśliwie z żukiem gnojarzem. Jeśli dobrze zrozumiałam to, co czytałam na anglojęzycznych stronach, w oryginale były Skarabeusze – może i w zasadzie to samo, co nasze gnojarze, ale o ileż lepiej brzmi. Tłumacz chciał, żeby było bardziej swojsko, ale trochę mu nie wyszło. Koniec dygresji.) są mistrzowskimi inżynierami i konstruktorami, Mrówki potrafią tworzyć ze swoimi ziomkami wspólną jaźń, Pająki są mistrzami intryg a Osy niezmordowanymi wojownikami, zawsze wiernymi swojemu imperium i miotającymi pociskami sztuki w każdego z jego wrogów. Wszystkie rasy dzielą się na Pojętnych – konstruktorów zafascynowanych maszynami, i Niepojętnych – czyli tych, którzy dawniej parali się magią. Urzekł mnie autor tą mnogością ras i różnorodnością świata, zwłaszcza, że jest to doskonały pretekst do pokazania różnych niesnasek między bohaterami i takich problemów, jak nietolerancja, brak zrozumienia dla inności czy dyskryminacja. A wszystko subtelnie, nienatarczywie i ciekawie.

Teraz czas na obiecane pienia pochwalne. „Imperium Czerni i Złota” to powieść niezwykle wciągająca, wprost nie mogłam się od niej oderwać. Nie dość, że świat zachwycający, to jeszcze akcja toczy się tak wartko, że nawet pan Pilipiuk się chowa. Na pierwsze 150 stron przypada, bagatelka: zdobycie miasta, pojedynek na arenie, agitacja polityczna, atak skrytobójców, ucieczka sterowcem, ucieczka na sterowcu i ucieczka ze sterowca a także mała katastrofa lotnicza. A to dopiero początek, dalej jest jeszcze lepiej. Wszystko zaś opisane językiem barwnym i żywym, ale niezbyt skomplikowanym.

Z kreacją bohaterów pisarz również świetnie sobie poradził. Są żywi i pełnokrwiści, czytając miałam wrażenie, że na wszystkie wydarzenia spoglądam zza ich ramienia. Przeżywają emocje, niektórych czeka zwrot życiowy, inni muszą zrewidować własną tożsamość, a wszyscy w czasie trwania lektury dojrzewają. Dodatkowy punkt dla autora daję za to, że mimo, iż nie szczędził im trudności i niepowodzeń, to nie znęca się nad podopiecznymi tak, jak choćby Martin. I chociaż opisy walk i potyczek są częste, rozwłóczonych flaków i rozbryzganych mózgów nie uświadczymy.

Troszkę przeszkadzały mi w lekturze pewne niezręczności w tłumaczeniu. O jednej już wspomniałam. Irytujące były też używane dość często określenia poszczególnych raso jako „modliszkopodobni”, „osopodobni” itd. Podejrzewam, że po angielsku brzmi to lepiej, a i po polsku można by tyło to ująć bardziej estetycznie. A już kompletnym kuriozum było nazwanie kobiety z rasy Motyli „motylicą”. Po polsku motylice to grupa dość paskudnych, zarówno w wyglądzie, jak i w zwyczajach pasożytów wewnętrznych, tymczasem w powieści chodziło o niezwykle urodziwą i utalentowaną tancerkę.

Podsumowując: autor zaczął od standardu, ale przebudował schematy i dodał szczyptę własnych, oryginalnych pomysłów, otrzymując produkt całkiem świeży. I to taki, od którego oderwać się nie sposób, a czyta się z wypiekami na twarzy. Polecam wszystkim, może poza tymi, którzy panicznie boją się wszelkich stawonogów, a dla fanów fantasy to pozycja obowiązkowa. I radzę mieć pod ręką następny tom.;)

Tytuł: Imperium Czerni i Złota
Autor: Adrian Tchaikovsky
Tłumacz: Andrzej Sawicki
Tytuł oryginalny: Empire in Black and Gold
Cykl: Cienie Pojętnych
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2009
Stron: 631

niedziela, 12 września 2010

O pasji czytania - "Jak powieść" Daniel Pennac


W piątek przyszła do mnie paczuszka od Joanny (dziękuję!). Były w niej dwie książki, które już dawno chciałam przeczytać. Postanowiłam wytężyć jednak silną wolę i zanim wezmę się za nowoprzybyłe, skończyć chociaż jedną z zaczętych. Położyłam więc na stoliku, aby czekały na odpowiedni moment. I tak na siebie nawzajem popatrywałyśmy, ja na nie, one na mnie. A potem przyszła mama i zabrała jedną. Wiedziona poczuciem solidarności, nie namyślając się długo, chwyciłam drugą. Przeczytałam w jeden wieczór. Było to „Jak powieść” Daniela Pennaca.

Na początku miałam mieszane uczucia. Spodziewałam się czegoś podobnego do „Ex librisu”, czyli esejów zwartych i o czytaniu jako takim. Tymczasem dostałam poradnik, jak nie zniechęcać dzieci do czytania przez rodzicielską nadgorliwość. Nie zniechęciłam się, jako iż, po pierwsze: na razie dzieci nie mam, ale kiedyś zapewne będę miała, więc wiedza taka z pewnością mi się przyda, a po drugie: wszystko było napisane świetnie, z humorem i pazurem. Dopiero dalej zaczęło się to, co tygrysy lubią najbardziej.

„Jak powieść” jest pochwałą czytania dla rozrywki. Czytamy nie dlatego, że „Trzeba czytać!”, że autor znany, że nie wypada nie czytać. Czytamy dlatego, że sprawia nam to przyjemność. Czytanie ma być czynnością niezwykle intymną i nikt nie ma prawa narzucać nam obowiązku czytania, ba, nikt nawet nie ma prawa narzucania nam lektur, ani nawet narzucania jedynie słusznej interpretacji. Wszystko to jest naszą intymną rozmową z autorem i nikt nie powinien próbować jej podsłuchiwać.

Mi osobiście najbliższy sercu wydał się krótki tekst traktujący o czasie na czytanie. Któż z nas, moli książkowych, nie słyszał nigdy odzywek w rodzaju: „Skąd ty masz tyle czasu na czytanie? Chyba nie masz w domu nic do roboty.”, „Lepiej zamiast czytać te głupoty do nauki byś się wziął, a nie czas marnujesz!”, „Szczęściara z ciebie, ja też bym chętnie coś przeczytała, ale nie mam czasu.” ? Chyba każdemu zdarzyło się prowadzić podobne wymiany zdań. Pennac podsumowuje to jednym trafnym zdaniem: „Skoro tylko pojawia się kwestia czasu na czytanie, to znaczy, że nie ma ochoty na czytanie.” [122] „Czas na czytanie jest zawsze czasem ukradzionym. (Tak samo z resztą jak czas na pisanie czy czas na kochanie).” [123] Wie to każdy zagorzały czytelnik. Sama często kradnę sobie godzinkę snu albo rezygnuję z przestawiania bibelotów na półkach, aby poczytać. Jednak ten, kto czytać nie lubi (i nie ma żadnej innej pasji, dla której analogicznie wykrada czas), nigdy tego nie zrozumie.

Wiele jeszcze było smaczków w tych krótkich esejach. Żeby wymienić wszystkie musiałabym przepisać pół książki, ale wtedy nie mielibyście po co jej czytać.;) Dlatego na zakończenie ograniczę się do wymienienia Nienaruszalnych Praw Czytelnika. Jest ich 10, a pogrubię te, z których nagminnie korzystam.;)
1. Prawo do nieczytania.
2. Prawo do przeskakiwania stron.
3. Prawo do niekończenia książki.
4. Prawo do czytania jeszcze raz.
5. Prawo do czytania byle czego.
6. Prawo do bovaryzmu (choroby przenoszonej przez tekst).
7. Prawo do czytania byle gdzie.
8. Prawo do czytania na wyrywki.
9. Prawo do czytania na głos.
10. Prawo do milczenia.

Tytuł: Jak powieść
Autor: Daniel Pennac
Tłumacz: Katarzyna Bieńkowska
Tytuł oryginalny: Comme un roman
Wydawnictwo: Muza
Rok: 2007
Stron: 171

sobota, 11 września 2010

Lubiący łańcuszek

Jakiś czas temu zostałam zaproszona do łańcuszka przez Arię. Co prawda z opóźnieniem, ale i ja w końcu dopisuję swoje 10 rzeczy, które lubię.:)

1. Lubię spędzać czas z moim Lubym.

2. Lubię czytać, co chyba nie jest niczym zaskakującym.

3. Lubię rysować, najczęściej obiekty fantastyczne, bo wtedy nikt mi nie powie, że niepodobne do oryginału.;)

4. Lubię koty. Bo są ciepłe, puchate i mruczące.

5. Lubię smoki. Skoro były zwierzęta rzeczywiste, to teraz czas i na zwierzęta fantastyczne. Najbardziej lubię smoki inteligentne i dobre (takie, jak choćby Temeraire, czy Pożeracz Chmur), ale lubię też te inteligentne i złe (jak u Tolkiena). Nie lubię tylko smoków głupich, będących zwierzętami jak każde inne.

6. Lubię pizzę. Najlepiej pepperoni i w ilościach hurtowych.;)

7. Lubię ciepło. Nie ekstremum w postaci czterdziestostopniowych upałów, ale takie zwykłe ciepło, kiedy słoneczko przygrzewa i można wyjść do ogródka się poopalać bez ryzyka udaru.

8. Lubię piękno. Cokolwiek miałoby się pod tym pojęciem kryć.

9. Lubię naturę. Wielkie miasta są raczej nie dla mnie.

10. Lubię księgarnie (nie mylić z Empikiem!) i biblioteki. Mają taką przychylną atmosferę.

Do łańcuszka nie zaproszę nikogo, gdyż większość znakomita już brała w nim udział, a ja słabo się orientuję, kto. Nie chcę zdublować.

czwartek, 2 września 2010

To z antylopą jest coś nie tak czy z myśliwym? - "Antylopa szuka myśliwego" Wojciech Albiński


Z nazwiskiem Albińskiego spotkałam się po raz pierwszy. Ponieważ mam jakiś uraz podświadomy do wszelkich nagród literackich, nie słyszałam, że już raz był nominowany do NIKE i że to już trzeci jego zbiór opowiadań. Nie zdawałam sobie w ogóle sprawy z istnienia takiego pisarza. Dopiero dzięki DKK zostałam oświecona. I tym razem Klub mnie nie zawiódł, bo pan Wojciech Albiński pozytywnie mnie zaskoczył. Ale w sumie nie miałam wygórowanych oczekiwań.

„Antylopa szuka myśliwego” to zbiór sześciu opowiadań o szeroko pojętej tematyce afrykańskiej. Zakres zagadnień w nich poruszanych jest bardzo szeroki i choć czasem nie mogłam dojść, co autor miał na myśli (przyznam, że z odkrywaniem drugiego i trzeciego dna utworów literackich kiepsko sobie radzę), czytało się bardzo przyjemnie. Zwłaszcza ze strony warsztatowej nie można pisarzowi niczego zarzucić. Język opowiadań bardzo przypadł mi do gustu. Nie można o nim co prawda powiedzieć, że jest poetycki, czy wyszukany, jednak autor potrafi za jego pomocą tworzyć niezwykle sugestywne obrazy. I te właśnie obrazy, niczym szkice nakreślone jeno prostymi liniami, a mimo tego bardzo żywe, są najmocniejszą stroną prozy Albińskiego.

Jak często w zbiorach bywa, i tu poziom poszczególnych opowiadań jest nierówny. Moje uznanie zdobyły szczególnie dwa z nich. „Śmierć plantatora” to krótka, niezwykle błyskotliwa czarna komedia z elementem groteski. Pan Albiński zaskoczył mnie kompletnie tym utworkiem, gdyż po przeczytaniu notek na okładce i skrzydełkach nie spodziewałam się ani takiej tematyki, ani takiej formy. Od strony fabularnej jest to niewątpliwie najlepsza część zbioru. Drugim opowiadaniem, które mi się szczególnie spodobało, jest „Kto z państwa popełnił ludobójstwo?”. Ten tekst poruszył we mnie jakąś głębszą nutę. Porusza tematykę rzezi etnicznych, jakie zdarzają się w Afryce i problemów etycznych z nimi związanych. Jak to jest, że gdzieś na świecie, całkiem jawnie dochodzi do zbrodni zbliżonych okrucieństwem do Holocaustu i o liczbie ofiar liczonej w dziesiątkach tysięcy, a ONZ ogranicza się tylko do wysłania komisji? W naszych krajach o takich wydarzeniach wspomina tylko enigmatyczna migawka w „Wiadomościach”. Jak to się dzieje, że żadno z państw określających się mianem cywilizowanych nie jest w stanie pomóc? Ale z drugiej strony: jak ukarać winnych, gdy jeden naród rzuca się całkiem spontanicznie i z beztroską, jaką może wykazywać tylko tłum, do mordowania drugiego? Nie można przecież całego narodu zamknąć w więzieniach albo wymordować w odwecie. Inną kwestią poruszaną w tym opowiadaniu jest to, czy Europejczycy potrafią zrozumieć kulturę afrykańską i ludzi w niej wychowanych. Autor jest zdania, że nie. Że bierzemy z tamtej kultury tylko to, co potrafimy zaakceptować i co nie zaburza naszego światopoglądu. Reszta nas, Europejczyków, nie interesuje.

Pozostałe opowiadania, łącznie z tytułowym, nie przemówiły do mnie tak silnie. Zaś kompletne fiasko poniosłam, próbując wyłuskać przekaz autora z „Ojca Izydora”. Motywacje głównego bohatera są dla mnie niezrozumiałe, a przekaz mętny i rozmyty. Ale zawsze mam problemy z utworami silnie nawiązującymi do idei komunizmu, pewnie dlatego, że w przeciwieństwie do autorów takich utworów, nie mogę go pamiętać.

Zdążyłam się dowiedzieć, że Albiński nie wszystkim się podoba i nie do wszystkich przemawia. Mimo tego myślę, że warto się z nim zapoznać. Choćby dla kontrastu z Afryką Kapuścińskiego czy tą z „W pustyni i w puszczy”.

Tytuł: Antylopa szuka myśliwego
Autor: Wojciech Albiński
Wydawnictwo: Twój styl
Rok: 2006
Stron: 161

środa, 1 września 2010

Wcale nie złota - "Żmija" Andrzej Sapkowski


Andrzej Sapkowski lubi twierdzić, że każdy pisarz, zwłaszcza fantasta, bo ich wszak krytyka głównonurtowa po głowach nie głaszcze, a wręcz przeciwnie, winien być profesjonalistą. Profesjonalizm ów winien się objawiać przez dbałość o realia pisanych powieści, a zwłaszcza o to, aby te realia były rzeczywiste. W powieściach dziejących się w innych światach rzeczywistość realiów winna się objawiać tym, że kopiami walczy jazda, a nie piechota i że nie wozi się naładowanych kusz w jukach. W powieściach umieszczonych w naszym uniwersum, ale w czasach historycznych i dawno (lub mniej dawno) minionych, rzeczywistość realiów wymaga więcej wiedzy od pisarza. Tutaj polega ona na tym, że pisarz zadał sobie trud dogłębnego zapoznania się z ówczesnymi czasami, ze zwyczajami tam panującymi i ogólnym kolorytem. Nie zaszkodzi, jeśli zna dokładnie daty i przebieg jakichś tamtejszych bitew, ale tu można wybaczyć drobne przeinaczanie faktów. Do takiego historycznego podgatunku fantasy należy „Żmija”. Tylko mam wrażenie, że w tej książce szanowny autor tak bardzo skupił się na profesjonalizmie, iż zapomniał, że powinien jeszcze jakąś historię do tego opowiedzieć.

Akcja powieści rozgrywa się w czasie wojny w Afganistanie, kiedy to napadło na niego ZSRR. Miejscem akcji również jest Afganistan, a konkretnie Hindukusz. Bohaterem zaś jest żołnierz nazwiskiem Lewart. W czasie służby na zastawie „Gorynycz” spotyka on pewnego węża, tytułową żmiję. Gad to niezwykły, iście jak posążek ze złota wyglądający, gdyż mieni się barwą tego kruszcu od czubka nosa po koniuszek ogona, z wyłączeniem źrenic, czarnych i pionowych. A kto w owe źrenice wpatrywać się zacznie ten… ale o tym możecie przeczytać sami.

Andrzej Sapkowski zaiste bardzo profesjonalnie potraktował swoją najnowszą powieść. Stwierdzę nawet, że wątła fabułka tego profesjonalizmu nie jest w stanie udźwignąć. Wiele stron zajmuje autorowi szczegółowe opisywanie, z jakiego rodzaju broni strzelali do siebie sowieccy żołnierze i mudżahedini, jak się w żargonie nazywali i jak wyglądało życie w afgańskich okopach. Zagęszczenie tego żargonu i fachowego nazewnictwa broni było tak wysokie, że już na stronie 10. odechciało mi się szukać go w słowniczku na końcu książki (naprawdę jest mi dalece obojętne, czym się różni AKS od AKMu i z którego z nich zastrzelono akurat jednego z bohaterów). I wszystko byłoby fajnie, gdyby szanowny autor poprzestał na krótkiej powieści opisującej realia żołnierskiego życia i zmiany, jakie wojna powoduje w człowieku. Ale w którymś momencie autorowi przypomniało się, że przecież jest fantastą i nie godzi się, aby niefantastyczne powieści popełniał. Dokleił tedy magiczną złotą żmiję. I w ten sposób powstała powieść fantasy, która na usunięciu fantastycznych elementów wiele by zyskała.

Już czytając poprzedni cykl ASa, ten o wojnach husyckich, zauważyłam, że szanowny autor uwielbia się przechwalać swoją wiedzą. Wydawało mi się, że niebezpiecznie dryfuje do przystani pełnej pisarzy, którzy uwielbiają naśmiewać się z czytelnika i po dziecinnemu wołać „Zobacz, jestem mądrzejszy od ciebie! A ty jesteś głupi i choćbyś pękł, mądrzejszy ode mnie nie będziesz, o!”. W „Żmii” autor nie zmienił kursu ani na jotę. Doszłam do wniosku, że węża dodał nie tylko dlatego, że przypomniał sobie o obowiązku pisania fantastyki, ale też dlatego, żeby móc się pochwalić znajomością bliskowschodnich mitów na temat węży i ich miejsca w tamtejszych wierzeniach. Pewnie ze dwadzieścia stron takich wywodów by się zebrało. Chciał się też pochwalić znajomością cytatów wszelakich, którymi lubią się w wolnych chwilach przerzucać żołnierze radzieccy. I nawet umieszczenie wśród nich jednego byłego pracownika naukowego jakoś mnie nie przekona o naturalności takiej wojskowej zabawy. Po prostu trudno mi sobie wyobrazić rzuconych na front wojaków, którzy w chwilach wolnych od ostrzału dyskutują za pomocą cytatów z Orwella.

Cała książka sprawi wrażenie na siłę rozciągniętej, jak stara guma od kaleson. Gdyby ją skrócić (książkę, nie gumę) do jakichś 50 stron, mielibyśmy oryginalne opowiadanko, gdzie styl Sapkowskiego byłby tak samo zachwycający jak w opowiadaniach wiedźmińskich. A na dwustu stronach styl ten gubi się całkiem. Gdzieniegdzie tylko błyśnie, ale humoru już wcale doszukać się nie można. Zdaję sobie sprawę, że tematyka zabawna nie jest, ale bez trudu można by przemycić tu i ówdzie odrobinę językowego żartu, bo w takim, jak mi się zdaje, szanowny autor się specjalizuje. A tak mamy pisarza na pół gwizdka, gdzie doszukać się tego, co w nim zawsze ceniłam nie sposób.

Podsumowując, zawiodłam się na ASie srodze. „Żmiję” można sobie odpuścić, gdyż całe jej złoto okazało się tombakiem jeno. Bardzo profesjonalnie podrobionym, aż sama dałam się nabrać.

Tytuł: Żmija
Autor: Andrzej Sapkowski
Wydawnictwo: NOWA
Rok: 2009
Stron: 230