Strony

poniedziałek, 29 września 2014

Anielski, diabelski, kosmiczny czy ziemski czyli spadkobiercy duchowi Pawełków i Janeczek - "Tajemnica Diabelskiego Kręgu" Anna Kańtoch

Annę Kańtoch uważam za dobrą pisarkę. Nie tylko ja zresztą, o czym świadczą liczne fandomowe nagrody, jakie otrzymuje. I chociaż konwencja i pewne elementy konstrukcyjne pozostają właściwie niezmienione, to autorka lubi w tę formę wciskać różne tworzywo. „Tajemnica Diabelskiego Kręgu” to tworzywo powieści młodzieżowej. Jak jej się to udało?

Nina miała osiem lat, kiedy z nieba spadły anioły. Było to w czasie, kiedy Polska intensywnie leczyła rany po II wojnie światowej i dla małej Niny, jak i dla większości Polaków, był to znak od samego Boga. Teraz Nina ma trzynaście lat i czasem nachodzą ją wątpliwości, czy anioły rzeczywiście są boskimi posłańcami choć nie wypada takich myśli wypowiadać, ani nawet świadomie formułować. Niemniej, kiedy skrzydlaty z ich kamienicy mówi Ninie, że ma wyjechać do klasztoru w Markotach, dziewczyna wybiera się w drogę. Okazuje się, że na miejscu czeka na nią jeszcze dwanaścioro kolegów i koleżanek oraz splot tajemniczych zdarzeń. A także ukryte niebezpieczeństwo.

Powiem na wstępie, że jako lekka powieść młodzieżowa „Tajemnica Diabelskiego Kręgu” mnie nie rozczarowała. Spodziewałam się solidnie napisanej, prostej i w pełni rozrywkowej historii i taką dostałam. Co prawda wiem, że Kańtoch jest zdolna do rzeczy daleko lepszych, ale wiedziałam też, że tym razem czeka mnie czysta rozrywka (jakoś tak mam, że po Uroborosie spodziewam się czystej, młodzieżowej rozrywki. Po Powergraphie na przykład już czegoś poważniejszego). Niemniej fakt, że dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam, nie stoi na przeszkodzie, aby trochę o rzeczach fajnych i niedociągnięciach podeliberować.

Zacznijmy od bohaterów. Nina jest postacią bardzo dobrze napisaną – myśląca, bystra dziewczyna, trochę introwertyczna, ale nie jakoś szczególnie. Co prawda akcja toczy się w latach pięćdziesiątych, ale sądzę, że autorce udało się uchwycić wszystkie uniwersalne niezależnie od czasu cechy wczesnonastoletniego charakteru: jest skłonność do przesadnego dramatyzowania, do podważania autorytetów, ale też do podziwiania dorosłych, którzy w oczach bohaterki są tego podziwu godni. Przyznam, że Nina jest jedną z najlepiej skonstruowanych nastoletnich bohaterek, z jaką przyszło mi się spotkać. Niestety, trochę brakuje opisów interakcji z innymi bohaterami. Owszem, wyalienowanie w grupie, kiedy w toku fabuły koledzy odsuwają się od dziewczyny jest bardzo plastycznie opisane, ale problem w tym, że Nina nie nawiązała prawie żadnych relacji, których rozpad moglibyśmy oglądać. Autorka skonstruowała postać lekko aspołeczną, chyba świadomie, to i nie dziwota, że relacje są dość płytkie.

Sam brak głębi we wzajemnych stosunkach bohaterów byłby zapewne mniej widoczny, gdyby byli oni bardziej trójwymiarowi. I znów, Nina jest dopracowana, natomiast pozostałym dzieciom trochę tego dopracowania brak. Można to wybaczyć w stosunku do bohaterów, z którymi na wakacjach Nina nie trzymała się blisko – jeśli trzynaścioro dzieci spędzić razem i zamknąć na tydzień w jednym budynku, to będzie to zdecydowanie zbyt mało czasu, żeby nawiązały przyjaźnie z więcej niż jedną, dwiema osobami, a narracja prowadzona jest z perspektywy dziewczyny (choć trzecioosobowa) i dlatego pokazuje tylko te więzi, które bezpośrednio jej dotyczą. Niemniej, mamy przecież dwoje bohaterów, którzy zasłużyli na znacznie więcej, niż dostali. Tamara to zadziorna chłopczyca, która nie lubi swojej macochy, choć ta niczym sobie na to nie zasłużyła. I to w zasadzie wszystko, co o niej wiemy. Tej postaci szczególnie mi szkoda, bo aż prosiła się o fascynującą historię, wewnętrzny konflikt i wreszcie khatarsis, a tymczasem nie dostaliśmy nic oprócz obiecującego elementu standardowej youngadultowej trójcy. Podobnie z Jackiem, który przez większość czasu był tak nijaki, ze podświadomie założyłam jakiś zaskakujący zwrot akcji z nim związany czy niespodziewaną tajemnicę, która wyjdzie na jaw. Niestety, nic podobnego nie ma miejsca.

Fabuła za to jest całkiem przyzwoita. Do pewnego momentu trochę przypomina te wszystkie panysamochodziki i inne peerelowskie powieści o młodocianych, domorosłych detektywach, później przechodzi w schemat filmowego slaschera (minus fruwające flaki), żeby ostatecznie doszło do czysto horrorowej konfrontacji ze Złem (oczywiście przyciętej na miarę młodocianych widzów). Jednak bardziej interesujące wydaje mi się to, czego autorka nie napisała. A konkretnie, czego nie napisała o genezie aniołów i ich powodu przybycia na Ziemię. Bardzo chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat, a jeszcze bardziej poznać wersję drugiej strony (choć obawiam się, że autorka raczej zrezygnuje z relatywizmu moralnego, który chciałabym tam zobaczyć – w końcu to powieść młodzieżowa. A może jednak mnie zaskoczy?).

Chwil może dla stylu. Po misternym konstruowaniu „Przedksiężycwych” i cyzelowaniu języka w „Czarnem” Kańtoch wraca do stylu podobnego do znanego z opowieści o Domenicu Jordanie. Z tym, że nawet ten w zamierzeniu lekki styl jest już dużo bardziej dopracowany niż w opowiadaniach, przez co opisy stają się bardziej plastyczne i niepokojące kiedy trzeba.

„Tajemnica Diabelskiego Kręgu” to powieść fajna – szybka i łatwa w czytaniu, wciągająca, z ciekawą bohaterką i intrygą oraz z charakterystycznym kańtochowym, lekko surrealistycznym klimatem. Niestety, nie jest wolna od wad, po usunięciu których niewątpliwie byłaby fajniejsza. Autorka planuje (choć nie obiecuje) drugi tom, o czym mówiła na coperniconowym spotkaniu i z pewnością po niego sięgnę, jeśli się ukaże. A nuż następnym razem uzupełni braki?
 
Tytuł: Tajemnica Diabelskiego Kręgu
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Uroboros
Rok: 2013
Stron: 510

poniedziałek, 22 września 2014

Znowu w Toruniu byłam, czyli relacja z Coperniconu 2014

To już mój drugi Copernicon, ale wyjątkowy, bo po raz pierwszy prowadziłam punkty programu. Dwa konkretnie (trzeci mi odpadł, bo okazało się, że Marek Huberath nie może się pojawić). To było chyba najdziwniejsze przeżycie tego roku, bo z jednej strony trochę euforyczne, a z drugiej trzeba walczyć z nieustającą chęcią wpełznięcia pod stół i zostania tam. Moja walka z wrodzoną nieśmiałością i ogólną niechęcią do pokazywania się w większym gronie ludzi chyba jeszcze nie została wystarczająco zwalczona...

Coperniconowy smok miał kilka wersji - to jedna z trzech, które widziałam.
Ale może po kolei. W tym roku na Coperniconie nie byłam sama, towarzyszyła mi koleżanka G. ze swoją siostrą A. Dachu nad głową użyczyli nieoceniona Serenity i Turel (niech im bór wynagrodzi w czym tam sobie chcą, a najlepiej w figurkach do Warhammera 40k, bo czemu by nie). Zaczęło się dość niefortunnie, bo uciekł nam pociąg, w związku z czym nie zdążyłyśmy na panel dyskusyjny prowadzony przez Serenity o seksie w fantastyce. Wielki smutek i żal, ale podobno ktoś całość nagrał i wrzucił do sieci. Mnie nie udało się znaleźć, może wy będziecie mieli więcej szczęścia. 

Coperniconowy zestaw startowy. Była jeszcze nieśmiertelna papierowa bransoletka, ale nie dowiozłam jej do domu. Za to wstążeczki do identyfikatorów, które miały być czerwone, okazały się różowawe (widoczna na zdjęciu była jedną z najbardziej zbliżonych do czerwieni) ku wielkiemu niezadowoleniu panów.;)
W związku z dywersyjnymi działaniami PKP byłyśmy na miejscu dopiero około dziesiątej wieczorem, ale jako iż Serenity ciągle pełniła obowiązki organizatorskie na terenie konwentu, to wraz z Turelem pojechaliśmy zobaczyć, jak jej idzie. Przy okazji udało się nam zaakredytować - już się bałyśmy, że będzie trzeba to zrobić rano, bo teoretycznie punkt miał być czynny do 22.00. Potem co prawda głównie czekaliśmy na naszą ulubioną orgę, ale nie powiem, że bezproduktywnie, bo bezczelnie i całkiem jawnie podsłuchiwałam rozmowę Turela o japońskim uzbrojeniu (nie pogonił mnie, to chyba się nie gniewa;)).

Pierwszy i absolutnie najlepszy zakup konwentowy:)
W sobotę był mój wielki dzień, bo miałam swoje punkty programu. Zaczęliśmy dzień wcześnie, bo już w okolicach dziewiątej byliśmy całym stadem na terenie konwentu. Za wcześnie. Ktoś z organizatorów przytomnie pomyślał, że ludzie będą jednak chcieli się wyspać, ewentualnie dojechać i zarówno w sobotę, jak i w niedzielę, program zaczynał się o dziesiątej. Niestety, hale handlowe również otwierały się o tej porze, więc musiałyśmy sobie z G. poczekać na zakupy (reszta o godzinie zero wybrała się na konkurs tolkienowski - nieodłączny element absolutnie każdego konwentu, czasem nawet w różnych wariantach przewija się kilkukrotnie). Hale targowe co prawda nie były tak imponujące jak na Pyrkonie, ale i tak znacznie pełniejsze fascynujących rzeczy niż mój portfel gotówki. I co najważniejsze, na targowisko wstęp był wolny, nie trzeba było być uczestnikiem konwentu, żeby się tam obłowić.

A potem prowadziłam trzy godziny programu. Na początek spotkanie autorskie z Anią Kańtoch, która jest absolutnie przeuroczą osobą. Chyba poszło dobrze, mam nadzieję, że zarówno słuchacze, jak i pisarka byli usatysfakcjonowani.

Absolutnie przefantastyczna Ania Kańtoch na spotkaniu autorskim (zdjęcie robione przez G.)
Potem miałam dwugodzinny panel dyskusyjny o postaciach kobiecych w fantastyce. Nie jestem z niego jakoś specjalnie zadowolona, choć dyskutanci dawali z siebie wszystko - zwłaszcza Olga Gromyko, która świetnie odnajduje się chyba w sytuacjach gdy ma rozmawiać z czytelnikami, bo słyszałam, że na innych panelach też wymiatała. Agnieszka Hałas i Ania Kańtoch też świetnie sobie radziły, tak jak i Marcin Wełnicki. Tylko Jacek Inglot jak zwykle niesforny.

Moi dyskutanci. Od lewej: fragment tłumaczki Olgi Gromyko, sama Olga Gromyko, Agnieszka Hałas, Ania Kańtoch, nieco niewyraźny Marcin Wełnicki i Jacek Inglot.
Następnym punktem programu, na który poszłam, był panel dyskusyjny o militariach w fantastyce, prowadzony przez Turela. Panel wypadł świetnie, a z trójki rozmówców, Ewy Białołęckiej, Bartka Biedrzyckiego i Stanisława Mąderka, największy show robił ten ostatni. W zasadzie na dobrą sprawę mógłby być samowystarczalny.;) Sporo było o sposobach mordowania zombie (jak widłami, to tylko o trzech zębach, pamiętajcie!), o tym, co ignorancka postprodukcja potrafi zepsuć w filmie i o rzucaniu kałachem we wroga. Dodatkową atrakcją był taniec wiedźmina na szkle w wykonaniu Mąderka.
Scenka rodzajowa, w której Stanisłam Mąderek celuje do wyimaginowanych wrogów z atrapy karabinu snajperskiego zmontowanej naprędce z gumowego pistoletu i drewnianego miecza (przynajmniej pochwę miał drewnianą). Wszystkiemu temu przygląda się Ewa Białołęcka i Bartek Biedrzycki. Tak, to właśnie jedna z tych prelekcji, na których dzieją się rzeczy dziwne i wszyscy są szczęśliwi.
Na prelekcji Turela o katanach nie byłam (ale były G. i A. i mówiły, że było świetnie, choć o katanach chyba najmniej), bo akurat w tym samym czasie odbywały się warsztaty ilustracji z Danielem Grzeszkiewiczem, więc wybór był ciężki, acz oczywisty (w ogóle kto to wymyślił, żeby fajne punkty programu dawać o tej samej porze, kiedy inne fajne punkty programu). Warsztaty były świetne, bo i kilka technik na osiągnięcie ciekawych efektów domowymi sposobami i niewielkim kosztem (materiałowym i czasowym) można było podpatrzeć, i dowiedzieć się, jak praca ilustratora wygląda od kuchni i od strony technicznej (rozumianej jako kontakt ze zleceniodawcami) a i kilka ciekawych anegdot padło. Żałuję tylko tego, że po drugiej dobie z przespanymi trzema godzinami byłam już na tyle nieprzytomna, że zdarzało mi się zapomnieć pytanie, zanim zdążyłam je wypowiedzieć. Mogłabym skorzystać więcej.

Potem jeszcze wpadliśmy na prelekcję o matematycznych podstawach muzyki. Temat dość hermetyczny, ale prelegentka była świetnie przygotowana i robiła co mogła, żeby publiczność ją rozumiała. Niestety, okazało się, że dostała komputer bez dźwięku, co trochę zepsuło prelekcję, w planach było odtwarzanie przykładów muzycznych (co prawda część prelegentka zagrała osobiście na flecie, ale taką na przykład harmonię trudno zagrać samemu). Ale słuchacze i tak byli zadowoleni.

I na koniec dnia prelekcja Zwierza Popkulturalnego, która wypadła zupełnie znienacka. Co prawda temat w zasadzie taki, jak w zeszłym roku, czyli jak blogować o popkulturze, ale wykonanie inne. W ogóle zwierza się bardzo fajnie słucha, więc zawsze można to robić jeszcze raz.:)
O tej porze G.już się trzęsły ręce i focia ze Zwierzem mi nie wyszła. Nie będzie lansowania się na cudzą sławę.;(
W niedzielę wpadłyśmy tylko na prelekcję Dominiki Oramus o końcu biologicznej ewolucji człowieka i była to prelekcja zdecydowanie zbyt krótka - mogłabym słuchać przez dwie godzinki, a nie tylko 50 minut. I chyba nie tylko ja, bo ludzi było całkiem sporo i chyba mieli sporo pytań, na które czasu zabrakło. Choć przyznam, że spodziewałam się mocniej zarysowanego wątku naukowego, a tymczasem (poza może Darwinem) dostałam tylko literaturę. Co również nie było złe. Niestety, potem trzeba było się zbierać i jechać do domu i to już było gorsze.

Obowiązkowa fotka z naszym ulubionym strażnikiem Gondoru.
Fajnie było w tym roku na Coperniconie. Odkryłam strefę handlu, organizatorzy dali radę, a i publiczność dopisała (w sobotę było 2000 osób, czyli o jakieś 600 więcej niż w zeszłym roku. Po liczby ostatecznej zajrzyjcie sobie do Serenity, jak już pojawi się jej relacja). Zdobyłam autograf od Ani Kańtoch i rozpoznała mnie Agnieszka Hałas (od której już autografu nie dostałam, bo urodzinowy prezent dla Serenity zajął tyle miejsca, że ani Hałas, ani Oramusa nie wzięłam do podpisania. Następnym razem;)) - jestę sławnym blogerę;). Dowiedziałam się też, że panele dyskusyjne jednak nie są moim żywiołem. Może następnym razem jakaś prelekcja...? W każdym razie w przyszłym roku na pewno też na Copernicon zawitam.

Tymczasem będę chyba przez cały tydzień konwent odsypiać (stara jestem, snu potrzebuję). A wam na pocieszenie jeszcze trochę fotek:

Autograf na drugim tomie "Przedksiężycowych" (żeby nie było, w kolejce do recenzji).

Dosztukowałam Charmanderowi Vaporeona do towarzystwa. Turel twierdzi, ze zbieram starter i może mieć rację. W takim razie brakuje mi już tylko roślinnego.
Zakupowa drobnica. To po lewej to skórzana zakładka do książek.

poniedziałek, 15 września 2014

Subiektywne prasowanie #27 - Nowa Fantastyka 09/2014

Tematem z okładki wrześniowego numeru Nowej Fantastyki są jak widać piraci. Jednak i inne tematy poruszane na łamach numeru zasługują na uwagę.

Zaczynamy oczywiście od wstępniaka Jerzego Rzymowskiego, który tym razem pisze o ponurych aspektach osiągnięcia nieśmiertelności (i chodzi mu o rzeczy bardziej przyziemne niż nuda egzystencjalna).

Mateusz Wielgosz (którego felietony wyrastają na moje ulubione artykuły w NF zaraz po Wattsie) zaczyna od powiadomienia o bardzo słusznym kroku BBC, żeby skończyć na streszczeniu tego, o co chodzi z tym efektem cieplarnianym. Wbrew pozorom, na katastrofę nie trzeba będzie czekać, aż stopnieje ostatni lodowiec.

Dalej mamy już temat z okładki, czyli piracki artykuł Andrzeja Kaczmarczyka. Ciekawy o tyle, że autor sporo miejsca poświęcił na tłumaczenie czytelnikowi, że ten oryginalny kapitan Hak znacznie się różnił od disneyowskiego. „Piotrusia Pana” nie znam, więc było to dla mnie pewne odkrycie. Poza tym autor znacznie więcej miejsca poświęca początkom piratów we współczesnej popkulturze, niż chwili obecnej czy głębiej sięgającym korzeniom.

„90 procent bezmyślności”
to tekst, w którym trudno określić tezę przewodnią. Z jednej strony autor chyba miał zamiar przedstawić czytelnikowi kilka przykładów, jak popkultury wykorzystuje motyw nagłego przyrostu inteligencji bohatera. Z drugiej, energicznie bombarduje dość popularny mit dotyczący rzekomego wykorzystywania przez ludzi tylko 10% mózgu. I o ile to drugie wychodzi mu bardzo zgrabnie, to to pierwsze wypada ubogo.

Dalej mamy wywiad kolegi Shadowa z Lauren Beukes. Bardzo interesujący, z ciekawymi pytaniami i jeszcze ciekawszymi odpowiedziami. A podróż dookoła świata tym razem zawiedzie nas do fantastycznych Indii. Za to z lamusa wyciągniemy I wojnę światową i sprawdzimy, jak odbiła się we współczesnej sobie fantastyce.

Przejdźmy do felietonów. Maciej Parowski w trzecim tekście o cenzurze przechodzi do jej bardziej współczesnego oblicza. Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego niektóre filmy nie doczekały się w Polsce żadnej dystrybucji? Oczywiście, pewnie chodziło o zyski, ale warto zastanowić się, co wynika z faktu, że wartościowe filmy są uznawane za mało zyskowne i niepokazywane szerszej publiczności. Rafał Kosik pisze o socjopatach na szczytach władzy. W przeciwieństwie do niego jednak nie uważam, aby to zjawisko miałoby być czymś pozytywnym. Oczywiście, na wysokich stanowiskach bez pewnej dozy przedmiotowego podejścia do podwładnych raczej imperium nie zbudujemy. Ale wciąż pozostają dwa pytania: dlaczego ktokolwiek miałby budować imperium naszym kosztem (bo większość z nas jest tymi przedmiotowo traktowanymi pracownikami, a takiemu psychopatycznemu imperatorowi będzie zależało przecież wyłącznie na własnym dobru – póki siła robocza nie zdycha masowo z głodu, można ją cisnąć) i czy w ogóle potrzebujemy jakiegoś wielkiego imperium? Z Kosikiem zwykle sąsiadował Watts, ale przez jakiś czas go nie będzie. Wakat zajął Robert Ziębiński i ma zamiar pisać o przemijaniu. Zaczyna od rozważań nad tym, jak szybko starzeją się filmowe realia. A Łukasz Orbitowski o „Absentii” - horrorze z dużo większymi możliwościami interpretacji, niż wydaje się na pierwszy rzut oka.

Czas na opowiadania, które znowu stoją na stosunkowo wysokim poziomie. „Dobranoc, Pimky Limky” Marcina Podlewskiego to moim zdaniem najlepsze opowiadanie w zbiorze. Klimaty cyber-biopunkowe, ponure, coś jak wprowadzenie postaci z disneyowskich kreskówek do kryminału nior. Co prawda nie obraziłabym się, gdyby zakończenie było bardziej zrozumiałe, ale nie narzekam. „Matki na przemiał” Dawida Kaina to króciutki tekst w klimacie nietypowej postapokalipsy ze sporą domieszką nihilizmu. Nie można mu wiele zarzucić, jednak zdecydowanie nie mój klimat ani pod względem tematyki, ani stylistyki językowej. „Druciara” Alexandra Guetsche to świetny i subtelny opis powstawania patologii w rodzinie. Dla mnie największa wartość miało pokazanie, jak poczucie winy matki zmienia się w agresję wobec najbliższych (słowną i emocjonalną, bo do rękoczynów przecież nie dochodzi). Przemoc w białych rękawiczkach, z której nawet ofiary nie zdają sobie sprawy. A to wszystko w otoczce łudzącej normalności.

Teksty zagraniczne nietypowo oceniam niżej niż polskie. „Rozdział szósty” Stephena Grahama Jonesa to dość surrealistyczne skrzyżowanie apokalipsy zombie z dysputa naukową i odrobiną przypowieści(?). Zaskakująco ciekawy. „Olbrzymy” Petera Wattsa rozczarowały mnie. Po poprzednim tekście autora miałam pewne oczekiwania, tymczasem dostałam opowiadanie co prawda poprawnie skonstruowane, ale ani poruszające, ani dające do myślenia. Mocno przeciętnie jak na tego autora. „Koniec końca wszystkiego” Dale'a Baileya to pocztówki z zagłady. Mamy tu obrazki z dekadenckiego pożegnania umierającego świata przez bogatych artystów. Obrazek ładny, ale również nie wybitny.

środa, 10 września 2014

Zabawa znacznie ciekawsza czyli więcej Kańtoch w Kańtoch - "Zabawki diabła" Anna Kańtoch

Na pierwszy tom opowiadań o Domenicu Jordanie narzekałam, bo mnie rozczarował – spodziewałam się czegoś lepszego niż tylko dobry zbiór. Jednak, zwłaszcza w ostatnich opowiadaniach, było już widać poprawę. Ta wzrostowa tendencja utrzymuje się i przyznam, że gdyby „Diabeł na wieży” miał poziom „Zabawek diabła”, to nie narzekałabym. Choć oczywiście zawsze mogłoby być lepiej.

W „Zabawkach diabła” kolejne opowiadania nie są już tak od siebie oderwane, jak w poprzednim tomie. Nie tylko sam Domenic, ale i inne postacie wracają w kolejnych historiach, już to odgrywając małe epizody, już to będąc kluczowymi dla fabuły. Niektóre motywy zapoczątkowane w drugim opowiadaniu, czyli „Nocnym Strażniku”, powracają aż do końca tomu (w drugim, bo pierwsze - „Mandracourt” - jest retrospektywne. Motywy w nim zawarte powracają o tyle, że miały ogromny wpływ na charakter i życie Jordana. Ale o tym może później). Inne przenikają się tylko w pojedynczych historiach, tworząc wątki poboczne. Całość ma klimat bardziej mroczny i ponury niż poprzedni zbiór – wzmiankę o serialu „Z archiwum X” na okładce można potraktować wiążąco, przynajmniej jeśli chodzi o klimat.

Poprzednio narzekałam też na samego Domenica, który jawił mi się bohaterem zanadto niedostępnym. Należę do czytelników, którzy lubią babrać się w psychicznych bebechach, dlatego ograniczone informacje, którymi mnie autorka uraczyła dość mocno uwierały. Tutaj nie mam już tego problemu. W „Mandracourt” mamy okazję poznać mroczny sekret z przeszłości Domenica, który nie tyle sprawił, że wtedy jeszcze chłopiec stał się mężczyzną, którego mieliśmy okazje obserwować, ile odsłonił nam jego podstawowe cechy i motywacje, przejawiane od zawsze. To, co poprzednio autorka dawała do zrozumienia epitetami, teraz nabrało głębi i zyskało podłoże, pozwalając nam wejrzeć głębiej. Nie jest to może obraz szczególnie oryginalny, zwłaszcza w świetle panującej ostatnio mody na popkulturalnych bohaterów aspergeropodobnych (Zwierz popkulturalny miała o tym bardzo fajną notkę), ale spójny i przekonujący.

Ciekawą postacią jest też brat Domenica - dziedzic Mandracourt. Autorka przewidziała dla ich relacji ciekawy obrót (choć w momencie, kiedy rozgrywa się lwia część akcji, główny tor braterskich uczuć jest już ustalony i tylko eskaluje), szkoda tylko, ze postanowiła poprowadzić fabułę w taki sposób, że rozwój tych relacji z konieczności śledzimy fragmentarycznie. Żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, w ten układ wmieszana jest Alais – kuzynka i żona starszego Jordana, która wychowywała się razem z braćmi. Nie jest to trójkąt miłosny (tak naprawdę, mimo różnych silnych uczuć żywionych do Alais, żaden z braci jej nie kocha; mam szczere wątpliwości, czy Domenic w ogóle jest zdolny do uczuć głębszych niż fascynacja), raczej relacja oparta na trójstronnej mieszance fascynacji, cierpienia, nienawiści i urazy, z pewną dozą nieuświadomionego masochizmu. Myślę, że gdyby autorka zdecydowała się teraz przekuć swoje opowiadania na powieść, mógłby jej wyjść jeden z najlepszych dramatów psychologicznych w polskiej fantastyce.

Nie wyszedł w opowiadaniach, bo sama ich forma nie bardzo temu sprzyja. Autorka ciągle trzyma się akcji rodem z serialowych procedurali (tak sobie myślę że gdyby te opowiadania przerobić na serial z porządnym scenariuszem, to mogłoby wyjść coś naprawdę świetnego), co ma swoje dobre strony, ale zdecydowanie nie sprzyja pogłębianiu relacji między postaciami. Wspomnianą dobrą stroną jest fakt, że Kańtoch ma naprawdę świetne pomyły na kolejne zagadki podsuwane Domenicowi, które szkoda zmarnować, a które trudno (lub w ogóle) byłoby ująć w formie bardziej spójnej fabularnie. Moim faworytem jest „Cień w słońcu”, będący najbardziej niepokojącym tekstem w zbiorze (naprawdę, radzę nie czytać wieczorem przy jednej lampce). Tytułowe „Zabawki diabła” niewiele mu ustępują, a dodatkowo zawierają największy chyba ładunek informacji o pogmatwanych relacjach bohaterów. „Ciernie” uważam za nieco słabsze – fabule co prawda nie można wiele zarzucić, ale brakuje im klimatu, tak jak i „Nocnemu Strażnikowi” czy „Karnawałowi we krwi”. Ten ostatni rekompensuje braki kilkoma dobrymi scenami i fajnym pomysłem na znane fantastyczne stworzenia.

Tak więc mimo tego, że cykl o Domenicu Jordanie raczej nie dorasta do swoich następców, polecam. Zwłaszcza, ze jeśli ktoś się uprze, właściwie nie ma przeszkód, aby sięgnąć tylko po drugi, lepszy tom. A Kańtoch zawsze dobra.


Tytuł: Zabawki diabła
Autor: Anna Kańtoch
Cykl: Domenic Jordan
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2009
Stron: 472

poniedziałek, 8 września 2014

Diabeł tkwi w szczegółach czyli rozczarowanie na wieży - "Diabeł na wieży" Anna Kańtoch

Czasami zdarzają się autorzy, którzy z każdą kolejną książką znacząco rozwijają swój warsztat. I wtedy powstaje problem. Bo taka Moreni na przykład sięga po najnowszą książkę i się zachwyca. Zdaje sobie sprawę z tego, że ponieważ autorka się rozwija, jej poprzednie książki prawdopodobnie nie będą aż tak dobre. (A przynajmniej przyjmuje do wiadomości ten fakt w jakiś powierzchowny sposób; gdzieś tam, na poziomie podświadomości, tli się jeszcze nadzieja). I potem czuje się trochę rozczarowana, choć książka była przecież całkiem dobra.

„Diabeł na wieży”
, czyli pierwszy tom opowiadań o Domenicu Jordanie nie jest co prawda debiutem, ale dopiero drugą książka autorki. Ponieważ opowiadania osadzone są w tym samym uniwersum (a nawet w tym samym kraju) i dotyczą tych samych bohaterów, pozwolę sobie zrezygnować ze schematu, według którego zwykle omawiam zbiory opowiadań i omówić „Diabła…” jako spójny utwór. Zważywszy na to, że schematy poszczególnych historii są do siebie raczej podobne (każda opisuje próbę rozwiązania przez Domenica zagadki o magicznej proweniencji).

Zbiory opowiadań o jednym bohaterze, rozgrywające się w tym samym świecie były swego czasu bardzo popularne – można było opowiedzieć fantastyczną historię bez konieczności konstruowania spójnego neverlandu. Kiedyś bardzo mi to odpowiadało, bo średnio interesowała mnie sytuacja geopolityczna, jakieś opisy czy spójność świata przedstawionego, liczyła się tylko wartka akcja i fascynujący główny bohater. Teraz bardziej cenię rozbudowane tło, dlatego czytając „Diabła na wieży”, czułam pewien niedosyt. Tym większy, że momentami widać było, że autorka potrafi ładnie zakreślić tło, bo kreślenie małych widoczków przychodzi jej łatwo i wychodzi świetnie. Tylko że wszystkie te oderwane krajobrazy i miasta nie tworzą całości. Po trosze można to tłumaczyć formą, wszak w opowiadaniach trudno skonstruować spójny świat, ale nie jest to niemożliwe (Wegnerowi się przecież udało). W „Diable…” mamy tylko przerzucanie bohatera z jednego bliżej nieokreślonego miejsca w inne. Dodatkowo warstwa kulturowo-mitologiczna również pozostaje fragmentaryczna. Wiemy co nieco o religii (w tym momencie mogłabym się zacząć wyzłośliwiać, że autorka działała według zasady „chrześcijaństwo w każdym uniwersum”, ale wyszło jej to tak naturalnie i z dodatkowym lokalnym kolorytem, że pozostaje mi raczej przyklasnąć i stawiać za wzór. Choć wolałabym, żeby religia w neverlandach nie była zaczerpnięta z naszego podwórka), docierają do nas jakieś okruchy o magii, mamy jedno święto, ale to właściwie tyle. Co boli tym bardziej, że w układzie sił… nazwijmy je „magicznych”, jaki obmyśliła autorka, tkwi olbrzymi potencjał. Cóż, może trochę go wykorzysta w następnym tomie.

Przejdźmy do drugiego elementu, czyli głównego bohatera. Domenic Jordan jest centrum wszelkich wydarzeń – czasem wysuniętym na pierwszy plan, innym razem będącym jedynie siłą sprawczą, ale zawsze niezbędnym. Jest typowym bohaterem w typie wiedźmińskim, jakich całkiem sporo można znaleźć na kartach polskiej fantastyki z lat dwutysięcznych: włada magią, mieczem, oraz bystrym umysłem, jeździ po świecie i rozwiązuje zagadki magicznej proweniencji, a poza tym posiada niepokojąca powierzchowność. No i mam problem, bo z jednej strony strasznie lubię bohaterów w typie wiedźmińskim, zwłaszcza jeśli autor nie podszył ich sukinsyństwem. Z drugiej, Domenic nie podbije serca czytelnika poczuciem humoru czy ostrym językiem, jego mroczna przeszłość (właściwie w ogóle przeszłość, pochodzenie i cokolwiek, co wydarzyło się przed akcją opowiadań) pozostaje w sferze domysłów, a sposób bycia raczej odstręcza. Nie byłaby to wada (w końcu bohater nie musi być misiem przytulinkiem o ciepłym, puchatym serduszku, żebym go lubiła; właściwie wolę tych chaotycznych dobrych;)), ale na tym etapie o Domenicu wiemy zbyt mało, żeby zapałać do niego jakimkolwiek czytelniczym uczuciem (to się zmienia w kolejnym tomie, ale na razie o nim nie mówimy). Trudno fascynować się kimś, kto pozostaje w cieniu. (Z drugiej strony, im dalej w opowiadania, tym bardziej z tego cienia wypełza; mam wrażenie, że dopiero z pisaniem kolejnych historii obraz Domenica się autorce wykrystalizowywał. Zobaczymy, co ostatecznie wykwitnie).

„Diabeł na wieży”
to z pewnością nie jest zły zbiór – powiedziałabym, że jest co najmniej dobry. Kolejne historie to intrygujące zagadki kryminalne i całkiem fajnie się je czyta. Jednak czuję się rozczarowana – oczekiwałam po autorce, że to, co zaczyna się pokazywać w ostatnich tekstach zbioru - nietuzinkowość, planowość i charakterystyczny styl, będzie już w całym. Poza tym, chyba wyrosłam już ze zbiorów w typie wiedźmińskim. Wolę poczytać powieść napisana z epicki rozmachem bądź niesamowitym stylem i klimatem, albo misternie złożone opowiadania, które nie udają powieści. Więc to nie wina autorki. Ale i tak po kolejny tom sięgnę – może tam to, co lubię u Kańtoch będzie już wyraźniej widoczne.

Tytuł: Diabeł na wieży
Autor: Anna Kańtoch
Cykl: Domenic Jordan
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2009

Stron: 368

sobota, 6 września 2014

Kup pan nerkę, czyli wanna z lodem zbędna - "Czerwony rynek" Scott Carney

Niniejsza recenzję sponsoruje JoannazKociewia, która pozyczyła mi ksiązkę. Dzięki!:)

Jak część z Was zapewne wie, moje czytelnicze gusta można z grubsza podzielić na trzy kategorie: fantastyka, zwierzęta i literatura faktu, która już to zahacza o kategorię numer dwa, już to krystalizuje się w kilku lubianych przeze mnie podzbiorach. Jednym z takich podzbiorów jest literatura medyczna i do niego można też zaliczyć „Czerwony rynek”. Kiedy tylko pojawiła się w zapowiedziach, wiedziałam, że koniecznie muszę przeczytać. Rozważałam nawet zakup, tyle że koleżanka JoannazKociewia mnie ubiegła i pozwoliła skorzystać. Ale o czym my właściwie rozmawiamy?

Tytułowy czerwony rynek to określenie wszelkich praktyk związanych z handlem częściami ludzkiego ciała, żywymi bądź martwymi. Autor w kilku rozdziałach prezentuje różne oblicza czerwonego rynku, jedne całkiem legalne, inne półlegalne, a jeszcze inne całkowicie niezgodne z prawem. Czasem czytelnik dostaje tylko reportaż pod tytułem „tak jest”, pozwalający zobaczyć kulisy niektórych procesów, częściej jednak można się dowiedzieć, jak wygląda mroczniejsza strona tego, czego nam, ludziom zachodu (szczególnie krajów europejskich, gdzie ubezpieczenie – przynajmniej w teorii – pokrywa koszty leczenia w kraju, a ubezpieczyciel nie szuka tańszej, zagranicznej alternatywy) nawet nie przyszłoby do głowy wiązać z wyzyskiem czy przestępczością.

Mam trochę problem z tymi tekstami. Widać, że autor stara się zachować maksymalny obiektywizm, pokazywać zarówno wynaturzenia systemu, jak i jego lepsze oblicze oraz mieć na uwadze, że gra idzie o czyjeś życie. Z drugiej strony w niektórych przypadkach odnoszę wrażenie, że Carneyowi jest bardzo niewygodnie z tym, że jakiejś praktyki nie może z żadnej strony potępić. Tak jest w przypadku handlu włosami. Pochodzą one najczęściej ze świątyni i są dobrowolnie oddawane w charakterze religijnej ofiary (te gorszej jakości są po prostu skupowane jako odpady z salonów fryzjerskich czy prywatnych domów). Osobiście nie widzę nic zdrożnego w tym, że mnisi, zamiast płacić za utylizację „ofiar”, postanowili sprzedać je z zyskiem (zwłaszcza, że spora część tego zysku jest przeznaczona na cele charytatywne). Za to autor dokłada sporo starań, żebym jednak coś zdrożnego w tym zobaczyła.

Moim drugim problemem jest to, że autor skupił się tylko na jednym aspekcie (choć w wielu różnych odsłonach) problemu – mianowicie chodzi o wyzysk mieszkańców krajów biedniejszych i działalność przestępczą (lub prawie przestępczą) z tym związaną. To jest niezwykle ważne (i bardzo medialne, dodam nieco złośliwie) i stanowi największy problem całej sprawy, ale też sprawia, że do pewnych problemów wygodniej jest podejść tylko pod określonym kontem. Na przykład problemy z dawstwem gamet przedstawione są tylko od strony pobierania komórek jajowych i tylko pod kątem cypryjskich klinik masowo skupujących komórki od dawczyń zza wschodniej granicy. Sama chętnie przeczytałabym bardziej wielopłaszczyznową analizę problemu.

Trochę sobie ponarzekałam, ale wcale nie jest tak, że uważam przez te narzekania ogólny przekaz książki za niesłuszny. Nawet te niedostatecznie czy na wyrost (według mnie) opisane praktyki posiadają aspekty, które nie mogą być tolerowane i wymagają wdrożenia natychmiastowych rozwiązań. Innych natomiast nie usprawiedliwia nic. Jestem w stanie zrozumieć, że osoba jadąca na operację przeszczepu nerki do Indii wypiera fakt, że nerka, którą otrzyma, została za bezcen kupiona od jakiegoś nędzarza, - w końcu nikt chyba nie chciałby żyć z taką wiedzą (co nie znaczy, że automatycznie takie postępowanie staje się bardziej moralne). Wtedy trudno mówić o tym, że chory osobiście i z premedytacją wykorzystuje czyjąś krzywdę. Ale są sytuacje, w których zarówno „dawca” jak i „biorca” jest oszukiwany zarówno w kwestii pochodzenia, jak i przeznaczenia przedmiotu sprawy (a często też są w to zamieszane organizacje charytatywne, nierzadko działające w dobrej wierze). Te uważam za obrzydliwe w dwójnasób.

Uważam, że książka taka jak „Czerwony rynek" jest potrzebna, choćby po to, żebyśmy my, ludzie z krajów w miarę bogatych, mogli zobaczyć, jaka czasem jest cena naszego spokojnego życia. I że trzeba szukać rozwiązań, żeby tę cenę zminimalizować. Często prostych rozwiązań nie ma, czasem są, ale chwilowo poza naszym zasięgiem. Niemniej, trzeba się starać, bo czerwony rynek jest rynkiem, a na rynku nieuregulowanym pojawia się szara strefa. Tam, gdzie dotyczy to często ludzkiego życia, cena istnienia takiej szarej strefy może być straszliwa.

Tytuł: Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci
Autor: Scott Carney
Tytuł oryginalny: The Red Market
Tłumacz: Janusz Ochab
Cykl: Reportaż
Wydawnictwo: Czarne
Rok: 2014
Stron: 420

poniedziałek, 1 września 2014

Stosik #59

Tym razem nawet nie próbowałam zakładać, że stosik będzie mniejszy, mimo niewielkiej liczby interesujących premier w sierpniu. Tyle dobrego, że przynajmniej udało mi się niewiele wydać na te opasłe tomiszcza, które nabyłam. A całość na dwóch zdjęciach z przyczyn logistycznych (a właściwie z jednej - pierwsze pół stosika nabyłam na urlopie będąc i nie chciało mi się tego taszczyć do miasta pracy tylko po to, żeby zrobić zdjęcia).


Zdjęcie pierwsze (fatalnej jakości, bo robione telefonem), czyli nabytki urlopowe. Te dwa na górze to nawet nie nabytki, a pożyczana od Lubego. Małe i czerwone to książeczka z serii Focusa o wdzięcznym tytule "Jak przetrwać?". Już mi się kilka razy zdarzyło pisać o tych zbiorkach, to i ten jakoś krótko podsumuję, jak przeczytam. O "Ziarnach Ziemi" pisałam przy okazji relacji z Pyrkonu, a że Luby już je przeczytał, to teraz moja kolej. Nieprędko co prawda, bo kolejka długa i ciągle coś mi się w niej przepycha, ale to już nieuniknione.;)

Pozostałe to wynik zakupowego szału, jaki napadł mnie w olsztyńskiej taniej książce (za wszystko zapłaciłam 32 zł, więc sami rozumiecie, żal nie skorzystać). Od góry "Słonie na Neptunie", czyli zbiór opowiadań, w którego tytule się zakochałam. Mam nadzieję, że przynajmniej część zawartości dorównuje mu urodą. Potem "Dzień tryfidów. Poczwarki" nabyte głównie dlatego, że były i to tanio. Poza tym będą mi ładnie wyglądać na półce wśród innych książek z serii Klasyka SF. Za to "Siedemdziesiąt dwie litery" to must have. Co prawda tytułowe opowiadanie mam już w którychś "Krokach w nieznane", ale i tak chciałam mieć tę książkę. Na "Lato Helikonii" i "Zimę Helikonii" dałam się namówić Lubemu, choć cienki głosik z tyłu głowy podpowiadał mi, że pierwszy tom tej trylogii jest już praktycznie nie do zdobycia. Trudno, może kiedyś mi się poszczęści.


A tu zdobycze pozaurlopowe. Na górze jedyny w tym miesiącu egzemplarz recenzencki, czyli "Wieczne życie" od Czarnego. Mieliśmy już w Menażerii reportaż, mieliśmy coś na kształt przypowieści filozoficznej, wygląda na to, że teraz pora na pozycję bardziej popularnonaukową. Ale przekonam się, jak przeczytam.

Niżej trzyczęściowy korpus wsparcia od nieocenionej JoannyzKociewia. "Sowa Wesley" to opowieść o wychowanej przez ludzi płomykówce i mam nadzieję, że mi się spodoba. "Kore" to rzecz i autor, o którym nie miałam pojęcia, dopóki Joanna mnie nie oświeciła. Ciekawe, czy eseje medyczno-kulturowe przypadną mi do gustu. Za to na "Higienistów" od dawna ostrzyłam sobie ząbki. Już się wgryzłam i przyznam, że nie wiem, co o tym powiedzieć - pewnie powiem coś, jak przejdzie mi szok i zdziwienie.

A "Opętanie" kupiłam sobie na przecenie w Matrasie. Doszłam do wniosku, że czas najwyższy nabyć jakąś literaturę wysoką.;)