piątek, 28 marca 2014

Na Pyrkonie 2014 byłam

Najwyraźniej rozwijam się jako zwierzę konwentowe. W zeszłym roku ledwo dałam się wyciągnąć na, niewielki jak by nie patrzeć, Copernicon, a w tym ochoczo (choć nie bez bodźca wspomagającego) popędziłam na największy konwent w Polsce, a prawdopodobnie i w Europie, ściągając jeszcze paczkę znajomych. Jak tak dalej pójdzie to na następnym poprowadzę jakiś punkt programu.


Zabawa w zasadzie zaczęła się już w czwartek, bo do Poznania jechałam z przerwą na nocleg w Toruniu (ukłony dla Serenity i Turela, zwłaszcza, że łącznie zwaliło im się do lokalu pięć osób. Nie patrzcie tak na mnie, ja ze sobą przywiozłam tylko trzy - Lubego i dwie koleżanki), by stamtąd o barbarzyńskiej 6:31 i w powiększonym składzie wyruszyć prosto na Pyrkon (w sumie nawet bardzo prosto, bo teren targów fantastyki był naprzeciwko dworca, zaraz po drugiej stronie ulicy. Nie da się zgubić.). Trzygodzinna podróż upłynęła mi pod znakiem plecenia miliona warkoczyków (no dobra, niespełna trzydziestu), więc jeśli widzieliście w piątek blondynkę z takąż fryzurą, to zapewne byłam ja.

Po przyjeździe od razu pobiegliśmy się zaakredytować, postraszeni historiami o kilometrowych kolejkach. A tu szok - choć w ogonku spędziliśmy coś około pół godziny (znaczy, oddelegowany wysłannik spędził), to jest to niczym. A w sobotę kolejek już prawie wcale nie było, mimo że konwentowiczów ciągle przybywało. Brawa dla organizatorów!

Pyrstarter, czyli to, co się dostawało przy akredytacji. Była jeszcze solidna, papierowa torba na wszystko, ale wróciła ze mną w stanie mało fotogenicznym. A na środku - kontrowersyjna pyrkostka.
Jeszcze tylko zrzucić bagaż w hostelu (nie korzystaliśmy z hali noclegowej przewidzianej dla konwentowiczów. Za stara już na to jestem, a poza tym i tak była zatłoczona do granic możliwości), który był dość daleko, bo niestety przełom stycznia i lutego to termin zbyt późny żeby coś bliżej zarezerwować. Potem szybciutko na konwent, bo już za chwilę miała się zacząć prelekcja Krzysztofa Piskorskiego o trochę innej historii podboju kosmosu. Jak zwykle wykład cud, miód i orzeszki, choć Luby był chyba nieco znudzony, znając wcześniej jakieś 3/4 ciekawostek. Ale on akurat w tej tematyce wie prawie wszystko, to i nie dziwota. Trochę też zaszkodził prezentacji fakt, że odbywała się na otwartej scenie w dużej hali, w której w tym samym czasie trwały też inne atrakcje. To sprawiało, że słychać było dużo rzeczy, ale najmniej prelegenta. Plus, że dzięki znajomościom Serenity udało mi się zdobyć autograf od razu po prelekcji i tak oto mam już podpisany "Cienioryt" (kilka słów o nim w przyszłym tygodniu, mam nadzieję), o:


W ogóle z tegorocznym programem Pyrkonu był ten problem, że zawierał niewiele interesujących pozycji, a jeśli nawet, to większość z nich trwała jednocześnie albo w jakichś nieodpowiadających mi porach. Co sprawiło, że w piątek byłam tylko na dwóch, a w sobotę na czterech punktach (no dobrze, chciałam być jeszcze na spotkaniu autorskim Krzysztofa Piskorskiego, ale okazało się jednak być zbyt wcześnie). W niedzielę trzeba już było wracać.

Skoro już jesteśmy przy problemach, to pociągnę temat. Szkoda, że skrócony program imprezy zawierał mnóstwo błędów i braków. Szkoda też, że organizatorzy najwyraźniej nie przewidzieli aż takiego powodzenia imprezy. O ile w piątek było bardzo miło i nie brakowało przestrzeni ani miejsc na prelekcjach (przynajmniej tych wcześniejszych), o tyle w sobotę tłok był nieziemski dosłownie wszędzie (pominąwszy, o dziwo, toalety). Miejmy nadzieję, że organizatorzy, nauczeni doświadczeniem, w przyszłym roku przeznaczą konwentowiczom, wystawcom i prelegentom więcej przestrzeni.

Piątek w pawilonie handlowym - jeszcze da się normalnie poruszać. Później było już tylko gorzej.
A jak już przy przestrzeni jesteśmy, to powiedzmy o tej handlowej. Przyznam, że bardzo liczyłam na to, że tym razem uda mi się kupić kilka fajnych rzeczy, bo na zeszłorocznym Coperniconie byłam zbyt zaaferowana prelekcjami, żeby zrobić jakikolwiek zakup (choć nie bez znaczenia był też pewnie fakt, ze stoiska nie były skoncentrowane, a rozrzucone po budynkach). Więc kiedy tym razem w piątek weszłam do pawilonu handlowego, byłam zachwycona. Czego tam nie było! Kubki, przypinki, biżuteria, kości, gry, maskotki, zakładki... Rozczarowały mnie chyba tylko stoiska z książkami, ale i to tylko dlatego, że większość pożądanych pozycji już miałam. Choć od chwili powrotu do domu żałuje, że nie pogrzebałam głębiej w pudełku z przecenionym o 20% Światem Dysku (możne znalazłabym "Potworny regiment") i nie zdecydowałam się kupić "Kroków w nieznane 2010" i "451 stopni Farenheita" (zwłaszcza tego drugiego, choć oba były przecenione o 15 zł...). Z drugiej strony, Luby podarował mi pluszowego Charmandera i kupiłam wymarzony kubek od Kobiety Ślimaka, wiec ostatecznie wyszłam na plus. Od razu pochwalę się zakupami moimi:

Pyrzakupy nieksiązkowe moje. Za największy sukces uważam pluszowego pokemona i ślimakowy kubek z miałuczniczką (całość grafiki tutaj). nie wiem, z jakiego anime/mangi pochodzi dyndadełko z kotem, ale jego mina sprawia, ze się z nim utożsamiam każdego ranka od poniedziałku do piątku. Wisiorek z k12 jeszcze sobie przerobię - mam zamiar zawiesić go na plecionce z rzemienia. Tylko najpierw muszę kupić rzemień i go zapleść... Z przypinek najbardziej cieszą mnie te ze smokami - zwłaszcza, że tą z herbem Targaryernów dorwałam chyba ostatnią na konwencie. A Szczerbatek taki słodki, wow! Za to z kucykowej przypinki nie jestem zadowolona - ale bardzo chciałam jakąś mieć, a ta najmniej mi się nie podobała...Tylko Powergraphowa smycz jest wartością dodaną, wyniesioną ze spotkania z wydawnictwem. Za darmo dawali!
...i Lubego:

Po czym jest butelka i kapsle wie każdy, kto grywał w Fallouta (stoisko z colą zostało wyczyszczone chyba już w piątek, bo w sobotę nie było po nim śladu).;) Obok ślimakowy kubek z tej samej serii co mój, tylko z innym kotełem (grafika tutaj). I trzy przypinki, dwie serialowe i jedna gierczana.:)
A na koniec wspólne zakupy książkowe - za skromne, żeby prezentować je osobno:

"Wyposażenie osobiste" jest moje (Matko Wszystkich Regałów, jakie ta seria ma paskudne okładki...), zaś Luby, jako miłośnik space oper, nabył "Ziarna ziemi", a jako miłośnik historii alternatywnych "Roma Eterna".
Zakupy odhaczone, wracajmy do prelekcji. W piątek byłam już tylko u Serenity - mówiła o szpiegostwie w średniowieczu. Powodzenie tematu przeszło chyba oczekiwania nas wszystkich - ja z Lubym jeszcze wywalczyliśmy kawałek podłogi pod samą tablicą, ale Turelowi już się nie udało. Ogólnie salki naukowe były zdecydowanie zbyt małe jak na potrzeby prelekcji, zwłaszcza przy ponad 24 tysiącach konwentowiczów... Mimo obecności gżdacza salowego (który w krytycznej chwili się ulotnił) nie obyło się bez zakłóceń w postaci chłopaka wpadającego do sali (o ile da się mówić o wpadnięciu do sali, w której każdy centymetr podłogi jest pokryty ludźmi) i krzyczącego z wyrzutem, że prelekcja powinna się już skończyć (trwała akurat od 10 minut - delikwent chyba pomyślał, ze to jeszcze poprzednia. Albo pomylił sale). Serenity trochę się spłoszyła własną sławą, ale poradziła sobie świetnie - w czym zdecydowanie pomogły jej liczne pytania z sali. Bardzo ciekawa prelekcja, choć mam wrażenie, ze niektórzy słuchacze byli zawiedzeni faktem, że najbardziej pożądanym agentem średniowiecza nie był wyposażony w subergadżety i świetnie wyszkolony we wszystkich sztukach walki szpieg z Krainy Deszczowców, a zwykły, dziarski kupiec.

Sobotni dzień zaczęliśmy z Lubym od panelu dyskusyjnego poświęconego kolonizacji światów. Trochę się zawiedliśmy - dyskutanci poświęcili większość czasu na dowodzenie, że żadnej kolonizacji nie będzie, bo to się ekonomicznie nie opłaca. Niby prawda, ale to mało ciekawe i dość oczywiste, więc nad czym się tu rozwodzić? Sytuacje próbowali ratować Andrzej Zimniak i Marek Huberath, ale byli skutecznie blokowani przez coraz agresywniejsze w tonie wypowiedzi Jacka Inglota (który zdawał się mieć jakiś osobisty uraz do Huberatha. Może niektórym takie animozje uatrakcyjniają spektakl, ale na mnie działają wręcz odwrotnie).

Następnie poszliśmy na prezentację nowej serii polskiej fantastyki od Rebisu. Byłam bardzo ciekawa "Horyzontów Zdarzeń" i spotkanie z wydawcą i autorami pierwszych tomów tylko zaostrzyły mój apetyt. Seria zapowiada się jako jedyne mniej niszowe miejsce, gdzie polscy autorzy będą mogli publikować pozycje ambitniejsze i nieco trudniejsze (bo te czysto rozrywkowe wydają już Fabryka Słów i Uroboros), a że wydawca nie wyklucza publikowania ciekawych debiutantów, liczę może nie na narodziny jakiejś nowej gwiazdy, ale przynajmniej na wsparcie świeżej krwi. Poza tym Marcin Przybyłek świetnie mówił nie tylko o swojej powieści wydanej w ramach serii, ale też o innych ciekawych rzeczach. Rafał Dębski próbował dzielnie mu sekundować, ale chore gardło nie pozwoliło dotrzymać pola. Będę się przyglądać i trzymać kciuki za "Horyzonty..." (a "Światło cieni", powieść Rafała Dębskiego, można było na Pyrkonie przedpremierowo kupić).

Dalej poszliśmy na panel dyskusyjny o historii alternatywnej, ale poszedł w tak sztywno patriotyczno-zadętym kierunku, ze wyszliśmy przed końcem. Za to spotkanie z Powergraphem uważam za nader owocne - nie dość, ze zgarnęłam smycz, to jeszcze dowiedziałam się, że nowy Wegner będzie prawdopodobnie po wakacjach.^^ Fani Rafała Kosika i Wita Szostaka również nie narzekali na informacje. No i można było pomęczyć wyżej wymienionych o autografy.;)

A jeśli już przy autografach jesteśmy, to mam jeszcze jeden, od Anny Kańtoch (chciałam mieć jeszcze od Tada Williamsa, ale jak ostatni ciołek zapomniałam książki z hostelu:(). Tadam:



Dzień zakończył się dwuminutową ulewą, która akurat złapała nas w drodze po prowiant. Zanim dobiegliśmy do najbliższego budynku, byliśmy przemoknięci, a zanim zdążyliśmy się w nim otrząsnąć z wody, przestało padać. Niemniej, mimo mokrego zakończenia i małej ilości prelekcji, konwent uważam za udany - dużo ludzi to mnóstwo costplayu, na który namiętnie polowałam z aparatem. Poniżej garść trofeów:

Pani pidgeotto, której kostium urzekł mnie od pierwszego wejrzenia. Przebraniu towarzyszyły odpowiednie efekty wokalne.:)
Siły Imperium mierzą do Lubego. To chyba udowadnia, ze jest po jasnej stronie mocy.
Babska część paczki z naszym prywatnym strażnikiem Gondoru.;)
Luby w towarzystwie widma ze "Stargate Atlantis"
Parada Nyancata. Jedna z rzeczy (obok starwarsowych szturmowców spontanicznie salutujących siedmiolatkowi przebranemu za Vadera  i Nazgula zachwycającego się około rocznym niemowlakiem w wózku), która zdecydowanie zrobiła mi dzień.
Moreni, jej warkoczyki, szturmowcy i koleżanka Gosia, wykonawczyni warkoczyków i wielka fanka szturmowców.:)
Lego Kapitan Ameryka^^
W przyszłym roku też jedziemy.^^

14 komentarzy:

  1. Whoa, Charmander mnie urzekł :D. No i ej, strój pidgeotto mistrzowski, cieszę się, że zrobiłaś mu zdjęcie ;). Choć wizja takiego tłumu mnie lekko przeraża, to i tak im więcej czytam relacji, tym bardziej żałuję, że mnie nie było.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też nie cierpię tłumów, ale IMO warto.:)

      Usuń
  2. Fakt, hala generalnie nie była dobrym pomysłem, bo przy prelekcjach nie było słychać prowadzącego, a przy koncertach nie dało się stać w kolejce po autografy ze względu na hałas. Tak czy inaczej było wspaniale i nic tego nie zmieni. :D

    Też już się chyba robię za stara na spanie w salach wspólnych - specjalnie wyszukałam miejsce daleko drzwi, a i tak zostałam zmasakrowana randomowym wiatrem i jakimiś kosmicznymi masami ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieje, że organizatorzy wezmą sobie kilka rzeczy do serca i w przyszłym roku Pyrkon będzie jeszcze wspanialszy.:)

      Usuń
  3. Moreni, czym się różni żemień od rzemienia? ;) Powiedz Lubemu, że tłumaczka bardzo poleca "Ziarna Ziemi", z tym że to książka dla lubiących sympatyczne pozytywne postacie w stylu gwiezdnowojennym (w ogóle dosyć gwiezdnowojenna w klimacie, przynajmniej ja ją tak odebrałam). A kolejne tomy trzymają poziom. Fajnie, że Pyrkon udany! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Różni się jak sądzę stopniem nieprzytomności piszącej.;) Ale już wszystko jest na swoim miejscu (mam nadzieję przynajmniej).:)
      Od razu rzuciło mi się w oczy znajome nazwisko tłumaczki.^^ W kazdym razie Luby ma wysokie oczekiwania względem przekładu, bo ten w czytanym przez niego ostatnio "Star Carrier" rozczarował go niechlujnością. Ale polecanke od tłumaczki przekażę, z tego co piszesz wynika, ze powinien być zachwycony.:)

      Usuń
  4. Moja koleżanka wraz ze swoim chłopakiem prezentowali się jako gnijąca para młoda :) Sama nie byłam, ale cześć moich znajomych było i wiem, że pełne szaleństwo. Wrócili generalnie zadowoleni. Koleżanka - Gnijąca Panna Młoda urzeczona, często jeździ na konwenty i już szykuje się na następny. Kolega natomiast, miłośnik fantastyki też chętnie mi poopowiadał co tam się działo. Wrócił ukontentowany. Może zabiorę się ze znajomymi w przyszłym roku :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe, która z dwuch widzianych przeze mnie Gnijących Panien Młodych była Twoją koleżanką (Pana Młodego przy żadnej nie odnotowałam, ale to przeciez o niczy nie swiadczy;)). na nastepny wybieram sie dopiero we wrzesniu.

      Usuń
  5. Te skrzydła absolutnie wygrywają. To był papier? Ten tłum musiał być dla niej potrójnie kłopotliwy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to był papier - o ile dobrze zauważyłam, składany w technice, w jakiej robi sie dośc popularne swego czasu papierowe łabędzie i kubki. Panna miała jeszcze kolorowy ogon sięgający poniżej kolan, tez robiony w tej technice.;)
      Cóż, jej kostium był przynajmniej lekki. Był jeszcze upiór pierścienia na nazgulu(?), który ział ogniem i machał skrzydłami (wszystko to było elementami kostiumu). Biedak w sobote po południu był juz tak umęczony, że nie miał siły nawet pozować do zdjęć.

      Usuń
  6. Kurczę, aż żałuję, że nie zdecydowaliśmy się jechać. Tłumy to normalne ale można przywyknąć...relacja zachęcająca, za rok się skusimy :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie życzę miłej zabawy za rok:)

      Usuń
  7. O mwahahahahaha! ;P Nie zazdroszczę osobie w środku tego lega :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego, co zauważyłam, kostium był tekturowo-materiałowy, a nie plastikowy, więc nie było tak źle.;)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...