środa, 4 czerwca 2014

Rzeki Chicago - "Front burzowy" Jim Butcher

Ostatnimi czasy często (no, przynajmniej statystycznie częściej niż kiedykolwiek wcześniej) czytam książki z gatunku urban fantasy. Podobają mi się różnie, raz bardziej, raz mniej, ale nie wynika to z mojego stosunku do samej konwencji. Bo urban fantasy lubię i ubolewam trochę nad tym, że w Polsce nie sprzedaje się najlepiej, a więc i wydawcy rzadko w nią inwestują. Jednak czasem coś się wydaje. Ostatnio furorę w blogosferze robiły „Rzeki Londynu”, postanowiłam więc pójść tropem maga-detektywa w wielkim mieście. I choć zostałam w tym samym wydawnictwie, to miasto się zmieniło. Witajcie w Chicago i poznajcie Harry'ego Dresdena.

Harry właściwie powinien się cieszyć – w branży magów-prywatnych detektywów na rynku chicagowskim jest monopolistą. Niestety, nie oznacza to wzrostu zapotrzebowania na jego usługi. Mówiąc wprost interes cienko przędze i gdyby nie w miarę regularna praca jako konsultant policji do spraw dziwnych, Dresden pewnie przymierałby głodem i spał pod mostem. Tak więc gdy tylko zadzwoniła porucznik Murphy w sprawie podwójnego morderstwa, pognał ochoczo obejrzeć miejsce zbrodni. Ale telefon od przestraszonej klientki w sprawie zaginionego męża i to jeszcze tego samego dnia? To już jak klęska urodzaju. Harry będzie miał pracowity weekend.

Trudno mi będzie nie porównywać „Frontu burzowego” do „Rzek Londynu”. Po prawdzie uważam, że mijałoby się to z celem, bo obie powieści mają zaskakująco wiele zbieżnych elementów (zwłaszcza w konstrukcji fabuły – ale to chyba nie tak znowu dziwne w przypadku kryminałów – i postaci). Na takim porównaniu Butcher mógłby zyskać wielu czytelników, bo uważam, że w pewnych aspektach zdecydowanie przewyższa Aaronovitcha.

Główny bohater na przykład zdecydowanie jest jednym z takich aspektów. Peter Grant był całkiem sympatycznym, ale nowicjuszem i większość jego uroku bazowała na tym, że świat magii odkrywał razem z czytelnikiem, był równoprawnym towarzyszem podróży przez magiczny Londyn. Z Harrym Dresdenem sprawa ma się inaczej – on jest przewodnikiem, doświadczonym i dość potężnym magiem w wielkim mieście. Chętnie dzieli się z czytelnikiem swoją wiedzą w takiej ilości, w jakiej wymaga tego sprawne prowadzenie fabuły i mimo że nie dostajemy na początku wykładu z mechanizmu magii (i chwała autorowi za to), nie czujemy się też zagubieni. Może nasza wiedza jako czytelników nie jest kompletna, ale zawsze wystarczająca (i przynajmniej pisarz nie spławia czytelnika wieczną niewiedzą głównego bohatera, jak to robił Tad Williams).

Poza tym, nie ukrywam, Harry Dresden jest tym typem bohatera, jakiego moje czytelnicze serduszko zawsze darzyło ciepłymi uczuciami. Na okładce możemy przeczytać, że „Front burzowy” to „doskonała humorystyczna fantasy”, ale jedynym źródłem tego humoru (poza może kilkoma mniej lub bardziej subtelnymi sytuacjami, a i to tylko ze względu na sposób narracji) jest sam Harry, jego sarkazm i dystans do siebie – co ma niebagatelne znaczenie, jako iż narrację mamy pierwszoosobową. Poza tym Dresden jest facetem uroczo staroświeckim, z tych, co to otwierają paniom drzwi, nigdy się nie narzucają i generalnie wykazują opiekuńcze uczucia w stosunku do słabszych i przyjaciół (także w taki irytujący sposób, nie mówiąc im o swoich problemach, żeby nie sprowadzać na nich zagrożenia. Mimo że przyjaciele są z policji i te informacje bardzo ułatwiłyby im sprawę). Do tego fajne jest, że autor nie upiera się, aby swojemu podopiecznemu dosztukować koniecznie jakąś panienkę (albo wianuszek panienek – mam wrażenie, że wielu pisarzy płci obojga wychodzi z założenia, że true bohater musi mieć bujne życie uczuciowo-erotyczne. Nie, nie musi) – owszem, motyw randki się pojawia, ale marginalnie i nie jest eksponowany. Dodajmy jeszcze burzliwą przeszłość i ukryty sekret (nawet więcej niż jeden), a dostaniemy to, co tygrysy lubią najbardziej.

Przy całej świetności głównego bohatera, „Front burzowy” jest na dobrą sprawę sztuką jednego aktora. Co prawda nie znam się na kryminałach, ale obstawiam, że taka ekspozycja głównej postaci jest tam przyjętym standardem (mówię o tych z detektywem-samotnym wilkiem rozwiązującym zagadki) – a książka Butchera to nic innego jak kryminał z domieszką magii. Postacie drugoplanowe są, nawet autor dobrze je skonstruował i interesująco przedstawił, niestety (może poza porucznik Murphy, która pojawiała się wcale często) dostały trochę za mało czasu antenowego. Nic to, w końcu jeszcze wiele tomów przed nami. Butcher ma naturalną zdolność konstruowania ciekawych postaci, więc wierzę, że i te drugoplanowe się rozwiną.

Dla równowagi, z opisem świata przedstawionego jest ciut gorzej. U Aaronovitcha na przykład Londyn żył, był kolejnym bohaterem powieści i chyba nikt sobie nie wyobraża przeniesienia akcji „Rzek Londynu” do innego miasta. U Butchera Chicago praktycznie nie istnieje – powieść mogłaby się rozgrywać w dowolnym innym mieście zachodniego kręgu kulturowego i nikt nie zauważyłby różnicy. Nie powiem, żeby mi to szczególnie przeszkadzało, ale szkoda, że to fantasy jest tak mało urban (choć przyznam, że Aaronovitch miał łatwiej – sam wiek europejskich miast sprawia, że amerykańskim świeżakom trudno je przebić. A Londyn to klasa sama w sobie).

I to nawet nie jest tak, że Jim Butcher pisze jakąś wybitną literaturę. Pisze po prostu świetną rozrywkę, a „Akta Dresdena” są jednym z tych nielicznych cykli, w których im dalej, tym podobno lepiej. Pióro autor ma sprawne, bohaterów ciekawych, a że cykl liczy sobie już kilkanaście części, to najwyraźniej i pomysłów nie brakuje. Nic tylko czytać.

Tytuł: Front burzowy
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Storm Front
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2011
Stron: 352


Ksiązka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...