Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Carlos Ruiz Zafon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Carlos Ruiz Zafon. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 maja 2015

"Cień wiatru" Carlos Ruiz Zafon

„Cień wiatru” czytali już chyba wszyscy – swego czasu strach było do lodówki zajrzeć, żeby z niej nie wyskoczył. I zbierał praktycznie same pozytywne recenzje. Nie powiem, też mnie ta książka zaintrygowała, jednak w czasach największej popularności (właściwie do tej pory to dość popularny tytuł – może nie tak, jak parę lat temu, ale ciągle) nie miałam okazji po nią sięgnąć. Niedawno, dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza, w moim posiadaniu znalazł się ebook (jako iż po tych kilku latach wydawca zdecydował się wypuścić powieści Zafona w formie elektronicznej). I co? I się rozczarowałam.

O czym ta powieść jest, wiedzą chyba już wszyscy (od dawna żyję w przeświadczeniu, że jestem ostatnią osobą, przynajmniej w blogosferze książkowej, która przeczytała „Cień wiatru”), ale dla porządku przypomnę. Narratorem jest Daniel, syn pewnego barcelońskiego księgarza. Poznajemy go w momencie, kiedy ojciec pokazuje mu Cmentarz Zapomnianych Książek – miejsce, gdzie trzyma się tytuły zapomniane i bezpańskie, taki trochę dziwny antykwariat. Daniel może wybrać sobie książkę do „adopcji”, którą będzie się opiekował. Wybór pada na „Ceń wiatru”, powieść niejakiego Juliana Caraxa, którą chłopak z wypiekami na twarzy pochłania w jedną noc. Po tym doświadczeniu, postanawia dowiedzieć się wszystkiego o tajemniczym autorze. Nie wie, że wplącze go to w mroczną i niebezpieczną historię.

Brzmi zachęcająco, prawda? Książka, sekret i śledztwo dotyczące pisarza to rzeczy, które przyciągną uwagę każdego mola książkowego. I niby wszystko jest w porządku, bo to śledztwo, sekrety i tajemniczy pisarz rzeczywiście w „Cieniu wiatru” są. Tylko jakoś mało satysfakcjonująco.

Pierwszym, co mnie rozczarowało, były opisy miłosnych perypetii Daniela – było ich zdecydowanie za dużo, znacznie więcej niż opowieści o Julianie Caraxie, po której Daniel miał być przecież tylko przewodnikiem. Tymczasem sporo rozdziałów autor poświęcił na opisywanie najpierw nieszczęśliwej miłości do starszej kobiety (dwudziestolatki, która w chwili poznania Daniela była odeń dwukrotnie starsza), później zaś burzliwego romansu z rówieśniczką. Z jednej strony Zafon postąpił w jakimś stopniu logicznie – skoro całą historię poznajemy z ust Daniela, dorastającego w czasie tej opowieści, nie ma się co dziwić, że nastolatek sporo miejsca, czasu i uwagi poświęca niewieścim przymiotom (trochę irytuje za to, że inni mężczyźni zajmujący dość ważne miejsce w narracji też myślą głównie o babskich tyłkach i biustach), z drugiej, nie to mnie jako czytelniczce obiecano.

Za drugim rozczarowaniem stoją te pochwalne peany, które wylewały się z internetu. Widzicie, po tej fali zachwytów spodziewałam się czegoś przełomowego, zaskakującego, z drugim, a może nawet trzecim i czwartym dnem. Tymczasem dostałam fabułę, która mogłaby być owocem romansu brazylijskiej telenoweli z klasyczną powieścią gotycką. Im bliżej byłam rozwiązania zagadki, tym bardziej przewidywalna się stawała i tym bardziej stawała mi przed oczami wizja bohaterów w scenach i dialogach z jakiegoś „Serca Clarity” rodem. Z telenoweli rodem był też lekarz, który w czasach przed pierwszą wojną światową potrafił rozpoznać ciążę w cztery dni po domniemanym zapłodnieniu, co mnie dość ubawiło (choć dopuszczam też myśl, że doktorek po prostu był z tych, dla których seks=ciążą, zawsze i wszędzie. Ale to z kolei nie najlepiej świadczy o jakości jego usług).

A właśnie, bohaterowie. Trójwymiarowych mamy może trzech – Daniela, jego przyjaciela Fermina i Caraxa. Daniel to typowy chłopak, nastolatek jak każdy inny, nawet można go polubić, bo miewa i słabości, i porywy szlachetności czy idealizmu. Fermin to postać niezwykle barwna i nawet sympatyczna, niestety, autor każe mu w każdej scenie perorować na temat babskich tyłków, co na początku dodaje postaci kolorytu, ale później wywołuje tylko niecierpliwione przewracanie oczami. Za to sam Carax jest o tyle ciekawy, że Zafon umyślił dla niego rolę typowego bohatera powieści gotyckiej i zgrabnie a konsekwentnie każe mu ją odgrywać. Reszta to tylko jednowymiarowe, płaskie cienie, mające do odegrania określoną partię – już to famme fatale, już to starego ojca, już to młodej ukochanej, już to przyjaciela z młodości. I ani odrobinę poza te ramy nie wychodzą, przez co życia w nich niewiele.

Jak wspominałam, książkę czytałam w formie elektronicznej, więc parę słów i o tym. Zastrzeżeń nie mam, książka ładnie dostosowywała się do czytnikowego formatowania, a i zdjęcia nie straciły wiele (w papierowej wersji również były czarnobiałe, a na czytanie na czytniku nic im z uroku nie ujęło). Co do wad, to zdarzało się przerzucenie tekstu do kolejnego wersu w momentach dość losowych, ale to właściwie wszystko.

Cieszę się, że mam tę książkę w ebooku. Na półce zajmowałaby mi miejsce, a tak ta odrobina zajętej pamięci nikomu nie wadzi. Zafon kompletnie nie sprawdził się dla mnie w dłuższej opowieści, jego młodzieżówki wspominam zdecydowanie lepiej. Cóż, chyba czas zakończyć przygodę z tym panem. Ale wy oczywiście możecie sami go przetestować.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Muza.

Tytuł: Cień wiatru
Autor: Carlos Ruiz Zafon
Tytuł oryginalny: La Sombra del Viento
Tłumacz: Beata Fabjańska-Potapczuk, Carlos Marrodan Casas
Cykl: Cmentarz Zapomnianych Książek
Wydawnictwo: Muza
Rok: 2015
Stron: 512

wtorek, 29 listopada 2011

Upiór kolejarstwa - "Pałac Północy" Carlos Ruiz Zafon

Pisałam kiedyś  o „Księciu Mgły”, pamiętacie? Dzisiaj przyszedł czas na kolejną książkę w dorobku Zafona, drugą, jaką napisał. „Pałac Północy” również jest powieścią młodzieżową, pod pewnymi względami bardzo podobną do „Księcia…”. Zasadnicza różnica między nimi tkwi w klimacie. Nie jest to bowiem łagodny klimat europejskiego wybrzeża, a wilgotna i gorąca atmosfera Kalkuty. Posłuchajcie…

Pewnej burzowej nocy w Kalkucie przychodzi na świat dwoje dzieci: chłopczyk i dziewczynka, bliźnięta. Grozi im wielkie niebezpieczeństwo, toteż krewni postanawiają je rozdzielić, łudząc się, że to dzieciom pomoże. Szesnaście lat później Ben, który właśnie wchodzi w dorosłe życie, przypadkiem dowiaduje się, że ma siostrę. Wraz z siostra wraca koszmar z przeszłości i Ben z oddanymi przyjaciółmi, staje w obliczu wielkiej zagadki. Zagadki, której nierozwiązanie przypłaci niechybną śmiercią, a która wiąże się z jego ojcem, spalonym dworcem kolejowym i upiornym, płonącym pociągiem.

Fabuła wykazuje wiele podobieństw do „Księcia Mgły”, więc czytelnik znający go będzie pozbawiony wielu niespodzianek, w porównaniu z pierwszym spotkaniem z autorem. Nie przeszkadzało mi to jednak, chociaż sprawiło, że miałam mniej radości z czytania o przygodach bliźniąt. Zrekompensował to klimat opowieści: duszne noce Kalkuty, jej nieustanne, monsunowe deszcze i nieprzerwane zagrożenie ze strony ognia wraz z upiorną, płonącą lokomotywą tworzą atmosferę najlepszych opowieści o duchach. 

Klimat i barwny, plastyczny język, jakim posługuje się autor to największe atuty książki. Kiedy Zafon o czymś pisze, od razu widzę to oczyma wyobraźni. Skoro twórca już w tych pierwszych powieściach miał tak sprawne pióro, nie mogę się doczekać, cóż takiego mi zaprezentuje w dojrzalszych dziełach.

Napisałam krótko, bo po recenzji „Księcia Mgły” do „Pałacu Północy” niewiele mogę dodać. Jest to przednia powieść młodzieżowa, może trochę mało odkrywcza, ale świetna w czytaniu. Polecam wszystkim, bo to świetna lektura na jeden, dwa wieczory.

Tytuł: Pałac Północy
Autor: Carlos Ruiz Zafon
Tytuł oryginalny: El Palacio de la Medianoche
Tłumacz: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas
Wydawnictwo: Muza
Rok: 2011

Stron: 288

sobota, 13 sierpnia 2011

Mroczny książę (i bez skojarzeń z wampirami proszę!) - "Książę Mgły" Carlos Ruiz Zafon

Zakładałam, że pierwszą książką Zafona, jaką przeczytam, będzie „Cień wiatru”. Jednak, jak to ze wszystkimi wychwalanymi pod niebiosa książkami bywa, zabierałam się do niego jak pies do jeża z baaaardzo długimi kolcami, czyli krótko mówiąc, patrzyłam z nieufnością i jakoś nie miałam śmiałości się wgryźć. Toteż, po namyśle (a prowokujące prężenie grzbietu na bibliotecznym regale też miało w tym swój udział) postanowiłam jednak najpierw się zapoznać z „Księciem mgły”. Pomyślałam, że pomimo iż to młodzieżówka i debiut do tego, da mi jakieś pojęcie o stylu autora, a dodatkowo będę się mogła cieszyć lekturą, nie psując sobie przyjemności wygórowanymi oczekiwaniami. Muszę przyznać, że była to dobra decyzja.

Kiedy Maximilian Carver postanawia wprowadzić w życie pomysł przeniesienia rodziny z wielkiego miasta do małej, nadmorskiej mieściny nikt się co prawda nie sprzeciwia (jest rok 1943, a wiadomo, że w czasie wojny duże miasta nie są bezpiecznym miejscem), ale też nikt nie jest zadowolony. Humory psują się jeszcze bardziej, kiedy Alice, Max, Irina oaz ich matka wreszcie mają okazję ujrzeć nowe domostwo: nie dość że jest strasznie zapuszczone (od kilku lat nikt tam nie mieszkał), to jeszcze wiąże się z nim bardzo smutna historia. Poprzedni właściciele, państwo Fleishmannowie, opuścili je zaraz po śmierci swojego kilkuletniego wówczas synka, Jacoba. Na dodatek nowe lokum wydaje się być nawiedzone – dzieją się w nim rzeczy co najmniej dziwne. Na szczęście nie wszystko jest takie złe. Max poznaje nowego kolegę, siedemnastoletniego Rolanda, którego dziadkiem jest mieszkający w odosobnieniu i bardzo tajemniczy latarnik. To właśnie od niego dzieciaki usłyszą opowieść o złym czarnoksiężniku, zwanym Księciem Mgły. Nieco sceptycznie nastawiony Max przekona się, że magia jednak istnieje, a w opowieści starego latarnika jest więcej niż tylko ziarno prawdy.

Muszę przyznać, że to najlepsza powieść młodzieżowa (zaraz po książkach o Percym Jacksonie – Harrego Pottera nie liczę, bo nie cały cykl da się zaliczyć do literatury młodzieżowej), jaką zdarzyło mi się czytać. Autor, jak sam napisał we wstępie, chciał „napisać taką książkę, którą z przyjemnością sam bym przeczytał jako dzieciak, jako dwudziestolatek, czterdziestolatek, czy wreszcie sędziwy osiemdziesięciolatek”[7]. Twierdzę, że mu się udało.

Sam pomysł na fabułę powieści, czyli konfrontacja dobrych protagonistów ze złym czarnoksiężnikiem nie jest może niczym nowym, ale Zafonowi udało się go podać w sposób, na jaki nikt wcześniej nie wpadł. Zgrabnie pozszywał ze sobą motywy, które są najbardziej lubiane przez młodych czytelników, dodając jeszcze łatkę fantazji i nowatorstwa do tego pięknego patchworku. Książka czytana przez młodego czytelnika w łóżku, przy świetle lampki jeno, może być jednocześnie przygodówką, powieścią fantasy, kryminałem a nawet horrorem. To wszystko dzięki fenomenalnej umiejętności budowania nastroju i napięcia, jakim wykazała się autor. Dałam się porwać bez reszty.

Dla mnie osobiście największym plusem był sposób, w jaki autor podszedł do tematu magii – dlatego, że wreszcie jest to podejście oryginalne. Magia jest oszustwem. Nie w tym sensie, że cylinder magika ma drugie dno i królik wcale w nim nie znika, ale w tym, że stosowanie jej jest oszustwem wobec naturalnego pożarku rzeczy. I jako takie, może być zasilanie jedynie z niecnych źródeł, na zasadzie „spełnię twoje życzenie, ale oczywiście nie za darmo”.

Wyszło mi zupełnie nieprofesjonalnie, że książka składa się z samych plusów: język – piękny, obrazowy i sugestywny, fabuła – wartka, zaskakująca i trzymająca w napięciu, bohaterowie – z krwi i kości, tak prawdziwi, że wydaje się, że można ich dotknąć przez karty książki i wreszcie zakończenie – w żadnym wypadku nie oczywiste, a jednocześnie poruszające i wyróżniające książkę na tle innych pozycji tego typu. Nawet długość utworu wydaje się być odpowiednia. Minusów nie odnotowałam żadnych. Czy to objaw rodzącego się fanostwa?

Głupia byłam, że bałam się Zafona, a w mojej głowie wątpliwości mnożyły się jak króliki. Trzeba było od razu czytać, a nie marnować czas na niepotrzebne dywagacje. W sercu już rozkwitła dzika radocha (a w oku zalśnił obłąkańczy błysk), że w mojej bibliotece znajdują się wszystkie wydane w Polsce książki Zafona. Nic, tylko czytać. Co i Wam, drodzy Czytelnicy, niniejszym zalecam. 

Tytuł: Książę Mgły
Autor: Carlos Ruiz Zafon
Tytuł oryginalny: El príncipe de la niebla
Tłumacz: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas
Wydawnictwo: Muza
Rok: 2010

Stron: 198
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...