Serię o Kate Daniels autorstwa Ilony Andrews (tak, wiem, że to pseudonim) polecano mi wielokrotnie i zawsze, kiedy pytałam na facebookowych grupach o miłą, lekką lekturę. W końcu nadszedł ten dzień i zabrałam się za książkę. Wrażenie okazało się przedziwne, z wielu powodów.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fabryka Słów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fabryka Słów. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 15 czerwca 2021
piątek, 17 czerwca 2016
"Popiół i kurz. Opowieści ze świata Pomiędzy" - Jarosław Grzędowicz
Patrząc wstecz, mój kontakt z Grzędowiczem był zaskakująco krótki. Ot, pojedynczy tom „Pana Lodowego Ogrodu” i tyle. Wyjaśnienie jest prozaiczne – więcej w bibliotece nie mieli, a z czasem i chęć poszukiwań opadła. Niemniej, na liście sobie kilka tytułów tego pana zanotowałam, żeby mieć na przyszłość pod ręką. I tak sobie tam tkwiły, bo zawsze było coś do przeczytania pod ręką bardziej. Ale ostatnio zabrałam „Popiół i kurz” spod ręki Lubego, skoro już się tam znalazł.
Książka to właściwie dwa teksty. Rolę prologu pełni opowiadanie „Obol dla Lilith”, po czym przechodzimy do zupełnie innej historii, już w rozmiarze powieści. Oba łączy główny bohater, pewien profesor etnografii, w świecie Pomiędzy używający imienia Charon. Świat Pomiędzy to miejsce już nie będące naszą rzeczywistością, ale jeszcze nie będące zaświatami. Czasami gubią się w nim dusze osób zmarłych nagle i tragicznie. Charon je przeprowadza. Odpłatnie, jak to Charon. Ale czasem jest do zrobienia coś więcej.
Świat Pomiędzy, czyli miejsce akcji to najmocniejsza strona powieści. Mroczny, surrealistyczny w ten niepokojący sposób, ale na swój sposób wspaniały. Na moje oko mocno inspirowany obrazami Beksińskiego, choć autor przywołuje Boscha. Zresztą, istoty zamieszkujące Pomiędzy mogły być inspirowane Boschem, ale świat, w którym żyją z pewnością stworzył Beksiński. Jaka piękna, mroczna gra mogłaby się w nim rozgrywać! Może nie odniosłaby sukcesu na miarę Wiedźmina, w końcu nie ten gatunek, ale mogłaby być wydarzeniem.
A dlaczego świat Pomiędzy nie nadaje się na RPG? Cóż, osobiście sądzę, że bliżej mu jednak klimatem do horroru niż do drużynowego questu. Gdybym nie należała do tych, którzy horroru nie potrafią rozpoznać nawet wtedy, gdy ten kopnie ich w tyłek (przynajmniej horroru pisanego. Tych filmowych nie oglądam, bo się boję), zaryzykowałabym twierdzenie, że „Popiół i kurz” jest właśnie horrorem. Albo chociaż dark fantasy (czymkolwiek miałoby być). Grzędowicz lubi budować mroczne, surrealistyczne klimaty nawet wtedy, kiedy docelowo nie zamierza straszyć. Ale Pomiędzy aż się prosi o horrorową interpretację. W końcu to świat zmarłych i upiorów.
Ciekawe jest to, że autor inspiruje się mitologią Czukczów. Jest to wspólne dla Grzędowicza i Kossakowskiej, która swoją drogą też napisała dylogię o facecie podróżującym między wymiarami. Można by z tego faktu wysnuć jakąś teorię o wspólnocie inspiracji w małżeństwach pisarzy. Tyle że Grzędowicz oba motywy wykorzystał w jednej powieści, a Kossakowska osobno pisała o podróżach między wymiarami, a osobno o mitologii Czukczów. Taka ciekawostka, ciekawe, czy o czymś świadczy.
Przy całym zachwycie światem przedstawionym najbardziej irytował mnie główny bohater. Przez dłuższy czas nie mogłam dojść, dlaczego. „Popiół i kurz” to jednak mimo całej mroczności urban fantasy (a przynajmniej jest to klasyfikacja tak samo uprawniona, jak wszystkie poprzednie, które tu przywoływałam). Mamy bohatera niczym Clint Eastwood stojącego na straży bezbronnych w dzikich rubieżach nieżywego świata, tak ja to robią Harry Dresden czy inny Peter Grant. Kurczę, Charon nawet ogólny oklep zbiera z podobną częstotliwością, co Dresden. Ale jakoś Dresdena lubię, a Charona nie. Po zastanowieniu doszłam do wniosku, że to przez zrzędliwość nie lubię Charona. Podczas gdy mój ulubiony typ bohatera zwykle rozładowuje napięcie humorem i ciętą ripostą, Charon tylko narzeka. Niby robi to, w czym statystyczny Polak jest najlepszy i pewnie niektórym przez to wydaje się bardziej swojski, ale mnie najzwyczajniej w świecie irytuje. Co ciekawe, w opowiadaniu irytował mniej. Może jakbym dostała zbiór krótszych tekstów zamiast powieści, wyszłoby lepiej (na marginesie uważam, że ponurzy jeźdźcy pustkowi, którym płaci się za usługi lepiej wypadają w krótszej niż w dłuższej formie. Ale to moje osobiste zdanie, zupełnie niczym poza subiektywnymi preferencjami nieuzasadnione).
Właściwie to szkoda, że „Popiół i kurz” nie ma kontynuacji. Jakieś opowiadania bym przeczytała. To fajny koncept, choć może nie wszystkie jego elementy trafiają w moje gusta. Można śmiało czytać, jak kogoś nie irytują zrzędliwcy.
Autor: Jarosław Grzędowicz
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2012
Stron: 329
środa, 10 września 2014
Zabawa znacznie ciekawsza czyli więcej Kańtoch w Kańtoch - "Zabawki diabła" Anna Kańtoch
Na pierwszy tom opowiadań o Domenicu Jordanie narzekałam, bo mnie rozczarował – spodziewałam się czegoś lepszego niż tylko dobry zbiór. Jednak, zwłaszcza w ostatnich opowiadaniach, było już widać poprawę. Ta wzrostowa tendencja utrzymuje się i przyznam, że gdyby „Diabeł na wieży” miał poziom „Zabawek diabła”, to nie narzekałabym. Choć oczywiście zawsze mogłoby być lepiej.
W „Zabawkach diabła” kolejne opowiadania nie są już tak od siebie oderwane, jak w poprzednim tomie. Nie tylko sam Domenic, ale i inne postacie wracają w kolejnych historiach, już to odgrywając małe epizody, już to będąc kluczowymi dla fabuły. Niektóre motywy zapoczątkowane w drugim opowiadaniu, czyli „Nocnym Strażniku”, powracają aż do końca tomu (w drugim, bo pierwsze - „Mandracourt” - jest retrospektywne. Motywy w nim zawarte powracają o tyle, że miały ogromny wpływ na charakter i życie Jordana. Ale o tym może później). Inne przenikają się tylko w pojedynczych historiach, tworząc wątki poboczne. Całość ma klimat bardziej mroczny i ponury niż poprzedni zbiór – wzmiankę o serialu „Z archiwum X” na okładce można potraktować wiążąco, przynajmniej jeśli chodzi o klimat.
Poprzednio narzekałam też na samego Domenica, który jawił mi się bohaterem zanadto niedostępnym. Należę do czytelników, którzy lubią babrać się w psychicznych bebechach, dlatego ograniczone informacje, którymi mnie autorka uraczyła dość mocno uwierały. Tutaj nie mam już tego problemu. W „Mandracourt” mamy okazję poznać mroczny sekret z przeszłości Domenica, który nie tyle sprawił, że wtedy jeszcze chłopiec stał się mężczyzną, którego mieliśmy okazje obserwować, ile odsłonił nam jego podstawowe cechy i motywacje, przejawiane od zawsze. To, co poprzednio autorka dawała do zrozumienia epitetami, teraz nabrało głębi i zyskało podłoże, pozwalając nam wejrzeć głębiej. Nie jest to może obraz szczególnie oryginalny, zwłaszcza w świetle panującej ostatnio mody na popkulturalnych bohaterów aspergeropodobnych (Zwierz popkulturalny miała o tym bardzo fajną notkę), ale spójny i przekonujący.
Ciekawą postacią jest też brat Domenica - dziedzic Mandracourt. Autorka przewidziała dla ich relacji ciekawy obrót (choć w momencie, kiedy rozgrywa się lwia część akcji, główny tor braterskich uczuć jest już ustalony i tylko eskaluje), szkoda tylko, ze postanowiła poprowadzić fabułę w taki sposób, że rozwój tych relacji z konieczności śledzimy fragmentarycznie. Żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, w ten układ wmieszana jest Alais – kuzynka i żona starszego Jordana, która wychowywała się razem z braćmi. Nie jest to trójkąt miłosny (tak naprawdę, mimo różnych silnych uczuć żywionych do Alais, żaden z braci jej nie kocha; mam szczere wątpliwości, czy Domenic w ogóle jest zdolny do uczuć głębszych niż fascynacja), raczej relacja oparta na trójstronnej mieszance fascynacji, cierpienia, nienawiści i urazy, z pewną dozą nieuświadomionego masochizmu. Myślę, że gdyby autorka zdecydowała się teraz przekuć swoje opowiadania na powieść, mógłby jej wyjść jeden z najlepszych dramatów psychologicznych w polskiej fantastyce.
Nie wyszedł w opowiadaniach, bo sama ich forma nie bardzo temu sprzyja. Autorka ciągle trzyma się akcji rodem z serialowych procedurali (tak sobie myślę że gdyby te opowiadania przerobić na serial z porządnym scenariuszem, to mogłoby wyjść coś naprawdę świetnego), co ma swoje dobre strony, ale zdecydowanie nie sprzyja pogłębianiu relacji między postaciami. Wspomnianą dobrą stroną jest fakt, że Kańtoch ma naprawdę świetne pomyły na kolejne zagadki podsuwane Domenicowi, które szkoda zmarnować, a które trudno (lub w ogóle) byłoby ująć w formie bardziej spójnej fabularnie. Moim faworytem jest „Cień w słońcu”, będący najbardziej niepokojącym tekstem w zbiorze (naprawdę, radzę nie czytać wieczorem przy jednej lampce). Tytułowe „Zabawki diabła” niewiele mu ustępują, a dodatkowo zawierają największy chyba ładunek informacji o pogmatwanych relacjach bohaterów. „Ciernie” uważam za nieco słabsze – fabule co prawda nie można wiele zarzucić, ale brakuje im klimatu, tak jak i „Nocnemu Strażnikowi” czy „Karnawałowi we krwi”. Ten ostatni rekompensuje braki kilkoma dobrymi scenami i fajnym pomysłem na znane fantastyczne stworzenia.
Tak więc mimo tego, że cykl o Domenicu Jordanie raczej nie dorasta do swoich następców, polecam. Zwłaszcza, ze jeśli ktoś się uprze, właściwie nie ma przeszkód, aby sięgnąć tylko po drugi, lepszy tom. A Kańtoch zawsze dobra.
Tytuł: Zabawki diabła
Autor: Anna Kańtoch
Cykl: Domenic Jordan
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2009
Stron: 472
poniedziałek, 8 września 2014
Diabeł tkwi w szczegółach czyli rozczarowanie na wieży - "Diabeł na wieży" Anna Kańtoch
„Diabeł na wieży”, czyli pierwszy tom opowiadań o Domenicu Jordanie nie jest co prawda debiutem, ale dopiero drugą książka autorki. Ponieważ opowiadania osadzone są w tym samym uniwersum (a nawet w tym samym kraju) i dotyczą tych samych bohaterów, pozwolę sobie zrezygnować ze schematu, według którego zwykle omawiam zbiory opowiadań i omówić „Diabła…” jako spójny utwór. Zważywszy na to, że schematy poszczególnych historii są do siebie raczej podobne (każda opisuje próbę rozwiązania przez Domenica zagadki o magicznej proweniencji).
Zbiory opowiadań o jednym bohaterze, rozgrywające się w tym samym świecie były swego czasu bardzo popularne – można było opowiedzieć fantastyczną historię bez konieczności konstruowania spójnego neverlandu. Kiedyś bardzo mi to odpowiadało, bo średnio interesowała mnie sytuacja geopolityczna, jakieś opisy czy spójność świata przedstawionego, liczyła się tylko wartka akcja i fascynujący główny bohater. Teraz bardziej cenię rozbudowane tło, dlatego czytając „Diabła na wieży”, czułam pewien niedosyt. Tym większy, że momentami widać było, że autorka potrafi ładnie zakreślić tło, bo kreślenie małych widoczków przychodzi jej łatwo i wychodzi świetnie. Tylko że wszystkie te oderwane krajobrazy i miasta nie tworzą całości. Po trosze można to tłumaczyć formą, wszak w opowiadaniach trudno skonstruować spójny świat, ale nie jest to niemożliwe (Wegnerowi się przecież udało). W „Diable…” mamy tylko przerzucanie bohatera z jednego bliżej nieokreślonego miejsca w inne. Dodatkowo warstwa kulturowo-mitologiczna również pozostaje fragmentaryczna. Wiemy co nieco o religii (w tym momencie mogłabym się zacząć wyzłośliwiać, że autorka działała według zasady „chrześcijaństwo w każdym uniwersum”, ale wyszło jej to tak naturalnie i z dodatkowym lokalnym kolorytem, że pozostaje mi raczej przyklasnąć i stawiać za wzór. Choć wolałabym, żeby religia w neverlandach nie była zaczerpnięta z naszego podwórka), docierają do nas jakieś okruchy o magii, mamy jedno święto, ale to właściwie tyle. Co boli tym bardziej, że w układzie sił… nazwijmy je „magicznych”, jaki obmyśliła autorka, tkwi olbrzymi potencjał. Cóż, może trochę go wykorzysta w następnym tomie.
Przejdźmy do drugiego elementu, czyli głównego bohatera. Domenic Jordan jest centrum wszelkich wydarzeń – czasem wysuniętym na pierwszy plan, innym razem będącym jedynie siłą sprawczą, ale zawsze niezbędnym. Jest typowym bohaterem w typie wiedźmińskim, jakich całkiem sporo można znaleźć na kartach polskiej fantastyki z lat dwutysięcznych: włada magią, mieczem, oraz bystrym umysłem, jeździ po świecie i rozwiązuje zagadki magicznej proweniencji, a poza tym posiada niepokojąca powierzchowność. No i mam problem, bo z jednej strony strasznie lubię bohaterów w typie wiedźmińskim, zwłaszcza jeśli autor nie podszył ich sukinsyństwem. Z drugiej, Domenic nie podbije serca czytelnika poczuciem humoru czy ostrym językiem, jego mroczna przeszłość (właściwie w ogóle przeszłość, pochodzenie i cokolwiek, co wydarzyło się przed akcją opowiadań) pozostaje w sferze domysłów, a sposób bycia raczej odstręcza. Nie byłaby to wada (w końcu bohater nie musi być misiem przytulinkiem o ciepłym, puchatym serduszku, żebym go lubiła; właściwie wolę tych chaotycznych dobrych;)), ale na tym etapie o Domenicu wiemy zbyt mało, żeby zapałać do niego jakimkolwiek czytelniczym uczuciem (to się zmienia w kolejnym tomie, ale na razie o nim nie mówimy). Trudno fascynować się kimś, kto pozostaje w cieniu. (Z drugiej strony, im dalej w opowiadania, tym bardziej z tego cienia wypełza; mam wrażenie, że dopiero z pisaniem kolejnych historii obraz Domenica się autorce wykrystalizowywał. Zobaczymy, co ostatecznie wykwitnie).
„Diabeł na wieży” to z pewnością nie jest zły zbiór – powiedziałabym, że jest co najmniej dobry. Kolejne historie to intrygujące zagadki kryminalne i całkiem fajnie się je czyta. Jednak czuję się rozczarowana – oczekiwałam po autorce, że to, co zaczyna się pokazywać w ostatnich tekstach zbioru - nietuzinkowość, planowość i charakterystyczny styl, będzie już w całym. Poza tym, chyba wyrosłam już ze zbiorów w typie wiedźmińskim. Wolę poczytać powieść napisana z epicki rozmachem bądź niesamowitym stylem i klimatem, albo misternie złożone opowiadania, które nie udają powieści. Więc to nie wina autorki. Ale i tak po kolejny tom sięgnę – może tam to, co lubię u Kańtoch będzie już wyraźniej widoczne.
Autor: Anna Kańtoch
Cykl: Domenic Jordan
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2009
Stron: 368
poniedziałek, 9 czerwca 2014
Zakończenie z dawna wyczekiwane - "Golem i dżin" część II Helene Wecker
Po prawie pól roku czekania, czytelnicy dostali wreszcie zakończenie opowieści o nowojorskiej odysei golema i dżina. Jako czytelniczka, nieustająco jestem rozczarowana faktem, że musiałam aż tyle czekać na coś, co zagraniczni czytelnicy dostali nie tyle szybciej (to przecież zrozumiałe), co w całości. Niemniej przyznam, że czuję się usatysfakcjonowana lekturą.
Zwyczajowy opis fabuły sobie odpuszczę, bo nie dość, że byłoby to bez sensu, to jeszcze ordynarnym spoilerem. Dość rzec, że tak jak wcześniej autorka koncentrowała się na opisie miasta i kreśleniu portretów postaci, tak teraz wreszcie wzięła się za pchanie akcji do przodu wartko, ale nie chaotycznie. Bardzo ładnie wyszło też zakończenie, bo i zaskakujące, i logiczne (choć z tą logiką to już tak ledwo ledwo, prawie wyszedł bóg z maszyny, ale jeszcze się autorka uratowała, zawieszenie wiary z kołka nie spadło i czytelniczka nie prychnęła z dezaprobatą, a raczej dała się wciągnąć w intrygę).
Pchanie akcji do przodu sprawia, że możemy zobaczyć, jak bohaterowie działają w warunkach ekstremalnych (czyli nareszcie widzimy ich jako całość), a więc uzyskują pewną wielowymiarowość, która była co prawda już wcześniej sugerowana, ale jeszcze nie miała szansy się ukazać. Powracają też postacie, których nie spodziewałam się już zobaczyć. To jest w ogóle bardzo ciekawe, jak Wecker świetnie wykorzystuje bohaterów drugoplanowych – czytelnik pochłaniający mnóstwo dzieł literatury popularnej jest na ogół przyzwyczajony do tego, że drugi i trzeci plan składa się ze statystów jednorazowego użytku. (I nie mówię tu tylko o bohaterach mających rację bytu na zasadzie teatralnej strzelby, co to przewijają się na dziesiątym planie, że by na końcu wystrzelić – do takich już nas popkultura przyzwyczaiła i podświadomie tego od nich oczekujemy. Pewnym novum są postacie dalszoplanowe, które mają do odegrania więcej niż jedną rolę). Tymczasem Wecker planuje tak, aby wszystko w jej opowieści działało jak trybiki w zegarku, gdzie nawet najmniejszy jest bardzo ważny. I nagle dziewczyna, która zdawała się służyć tylko podkreśleniu nieodpowiedzialności dżina, wraca i ładnie wpasowuje się w kluczowe wydarzenia.
Cóż, tym razem krótko, ale sami przyznacie, że pisanie o drugiej części powieści, która w założeniu nie miała być nigdy dzielona jest dość karkołomnym pomysłem. Dlatego potwierdzam wszystkie dobre przeczucia, jakie towarzyszyły mi podczas lektury części pierwszej – autorka mnie nie zawiodła. Dodatkowo udowodniła, że nie potrzeba magii w mieście (a w każdym razie nie za dużo i nie konieczne takiej, no… magicznej) żeby fantasy było urban. Wystarczy umieć jedno z drugim spleść nierozerwalnie, na poziomie tkaniny rzeczywistości. A na tym pani Wecker się zna.
Tytuł: Golem i dżin część 1I
Autor: Helene Wecker
Tytuł oryginalny: Golem and The Jinni
Tłumacz: Małgorzata Koczańska
Seria: Golem i dżin
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2014
Stron: 450
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
O wiktoriańskiej modzie i młodzieży poważnej... tyle, że nie - "Dziewczyna w mechanicznym kołnierzu" Kady Cross
Już kiedy czytałam pierwszą część „Kronik steampunkowych” autorstwa Kady Cross było dla mnie jasne, że nie jest to literatura wysokich lotów – raczej mocno przeciętne czytadełko. Nawet nie dawałam większych szans na wyjście drugiego tomu. Ale skoro już wyszedł, postanowiłam sprawdzić, czy autorka choć trochę poprawiła warsztat od czasu debiutu. Cóż, obawiam się, że nie.
W kilka tygodni po wydarzeniach z „Dziewczyny w stalowym gorsecie” dzielna ekipa wiktoriańskich x-menów dociera do Nowego Jorku, aby pomóc przyjacielowi. Okazuje się, że ten został wmieszany w intrygę mającą na celu zdobycie tajemniczego, ale niezwykle potężnego urządzenia przez jeden z lokalnych gangów. Czy książę Griffin i spółka zdołają temu zapobiec i oczyścić przyjaciela z zarzutów?
Zacznijmy może od zalet. Pani Cross potrafi czasem błysnąć zaskakującym zwrotem akcji. Co prawda jeśli chodzi o jej twórczość, to nie mam wygórowanych oczekiwań, ale w kategorii „lekka powieść młodzieżowa” jej umiejętności zaskakiwania czytelnika wypadają całkiem nieźle. Niestety, unikanie przewidywalnych rozwiązań wydaje się być mocno przypadkowe i występuje raczej w mniejszości.
Co jest zdecydowanym minusem? Niestety, Finley. W poprzednim tomie autorka zamknęła kwestię jej podwójnej osobowości i teraz nieudolnie próbuje znowu ją wykorzystać, co wygląda dość sztucznie i w zasadzie niczego nie wnosi. Czytelnik ani przez chwilę nie wierzy w wątpliwości bohaterki (to znaczy, jest przekonany, że Finley naprawdę te wątpliwości ma, ale od początku wiadomo, jak je rozwieje). Dodatkowo postać ewoluuje w jakąś koszmarną hybrydę Mary Sue z tomboy (pozwólcie, że posłużę się angielskim słowem, bo polska „chłopczyca” w popkulturze kojarzy się raczej pozytywnie). To, co jeszcze w poprzednim tomie było w tej postaci fajne, sympatyczne i kobiece, teraz okazuje się gorsze (zamiłowanie do pięknych sukien zmienia się w fascynację męskimi strojami i zajęciami. I nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie jednoznaczne wskazanie, że ta kobieca edycja dziewczyny była zdecydowanie drugiej kategorii). Poza tym Finley (cóż, aby było sprawiedliwie dodajmy, że nie ona jedna) zachowuje się jak rozkapryszony przedszkolak, narażając przyjaciół i ich wspólną misje na niepowodzenie tylko po to, żeby zrobić komuś na złość. Jest niestrawna do tego stopnia, że momentami czytelnik życzy jej długiej i bolesnej śmierci.
Pozostali bohaterowie są dość sztampowi, ale zdecydowanie mniej irytujący. Paradoksalnie, najlepiej wypadają ci epizodyczni. Moim faworytem „Dziewczyny w mechanicznym kołnierzu” jest... Nicola Tesla. Pojawia się tylko w kilku scenkach i ewidentnie widać, że z tym facetem coś jest nie tak, zgodnie z zamiarem autorki. Całkiem sympatyczna pozostaje też Emily, zdająca się być jedyną rozsądną osobą w grupie. Sam nie dostał na tyle dużo czasu antenowego, żeby można było coś konstruktywnego o nim powiedzieć, a Griffin... cóż, poza ciągłymi kłótniami z Finley i rozterkami pt. „czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie” prezentuje się czytelnikom jako nieuprzejmy buc, postępując chamsko w stosunku do dziewczyny, która może i inteligencją nie grzeszyła, ale jej jedynym przewinieniem było to, że nie była Finley (której, za podobne zachowanie nie spotyka słowo krytyki. Z drugiej strony, panna z dobrego domu wdająca się w miejscu publicznym w pyskówkę z dziewczyną, którą uważa za utrzymankę jest bardzo mało prawdopodobna psychologicznie). W ogóle postacie kobiece nie należące do naszej zgranej paczki są (z jednym wyjątkiem) albo puste, albo podłe, albo głupie, albo wszystko naraz. To takie... nieprofesjonalne. Dla dopełnienia obrazu dodam tylko, ze lokalny czarny charakter nie ma w sobie ani odrobiny uroku czy niejednoznaczności. Jest po prostu kartonową zabawką, co do której losów od początku nikt nie ma wątpliwości.
A skoro już jesteśmy w temacie, to słów kilka o wątkach miłosnych. O ile w „Dziewczynie w stalowym gorsecie” były całkiem sympatyczne (choć momentami wysilone) i mieszczące się w młodzieżowych schematach, to w kolejnej powieści wypadają po prostu sztucznie. Autorka dała do zrozumienia, że pewne kwestie już wyjaśniła, po czym w kontynuacji otwarła je na nowo tak, jakby kilka ostatnich stron tomu pierwszego nie istniało. W dodatku poprowadziła rozterki bohaterów znowu tymi samymi torami, więc czytelnik otrzymał nużącą powtórkę z rozrywki, okraszona przepychankami z piaskownicy rodem. I o ile niedojrzałości nastoletnich bohaterów można by jeszcze bronić, to w momencie, kiedy czytelnik uświadamia sobie, że nie ma do czynienia z współczesnymi gimnazjalistami, tylko z osiemnastolatkami w czasach wiktoriańskich, wszystko mu opada.
Stosunek do realiów w ogóle autorka ma ciekawy. Rozumiem, że to fantastyka i pewne rzeczy mają prawo się różnić, ale mimo wszystko to nie jest jakiś autonomiczny fantasyland, tylko historia alternatywna. I miło by było, gdyby autorka trochę uwagi poświęciła wyjaśnianiu różnic między naszą rzeczywistością i własną. Choćby sprawa garderoby, której opisy u Cross zajmują sporo miejsca. Nikt nic dziwnego nie widzi w tym, ze w Nowym Jorku przełomu XIX i XX wieku dziewczyna wychodzi w różowych, falbaniastych spodenkach do kolan i gorsecie. Nie wiem jak mieszkańcy miasta, ale ja na ich miejscu pomyślałabym, że panna zapomniała założyć sukienki i wyszła w samej bieliźnie.
Słów kilka o języku. Jest bardzo prosty i to jest w pewnym sensie zaleta, bo target książki taki język preferuje, ale w drugim tomie ta prostota zaczyna męczyć. Być może nie zauważyłam poprzednim razem (a może w poprzedniej książce było lepiej pod tym względem), ale książka pani Cross zawiera męczącą ilość powtórzeń. Autorka średnio trzy razy na rozdział przypomina nam, że Dalton uśmiecha się jak rekin, a Finley potrafiłaby komuś skręcić kark jak kurczakowi. Na dłuższa metę to męczące.
Tak sobie myślę, że jak poprzednia część, tak i ta trafi w gusta targetu – nastolatek zafascynowanych wizją epoki wiktoriańskiej z anime rodem i nie mająca wiele wspólnego z czymkolwiek. Pozostali czytelnicy powinni raczej trzymać się od „Dziewczyny w mechanicznym kołnierzu” z daleka.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Fabryka Słów.
Tytuł: Dziewczyna w mechanicznym kołnierzu
Autor: Kady Cross (Kathryn Smith)
Tytuł oryginalny: The Girl in the Clockwork Collar
Tłumacz: Patricia Sørensen
Autor: Kady Cross (Kathryn Smith)
Tytuł oryginalny: The Girl in the Clockwork Collar
Tłumacz: Patricia Sørensen
Cykl: Kroniki steampunkowe
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2014
Stron: 384
Książka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2014
Stron: 384
Książka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.
piątek, 7 lutego 2014
Nowojorski tygel kulturowy (a właściwie pół tygla) - "Golem i dżin" część 1 Helene Wecker
Powiem wam, moi drodzy czytelnicy, że bardzo trudno jest mi napisać coś konkretnego o części pierwszej „Golema i dżina”. Powód jest prosty – Fabryka Słów znowu zaserwowała czytelnikom tylko pół powieści. Sytuacja i tak jest lepsza, niż w przypadku „Elfów”, bo przynajmniej wiadomo, kiedy spodziewać się zakończenia, ale pisania to nie ułatwia. Książka została podzielona w sposób nieco niefortunny, bo część pierwsza kończy się w momencie, kiedy akcja dopiero zaczyna się zawiązywać. Niemniej, już na tym etapie widać, że możemy mieć do czynienia z powieścią przynajmniej dobrą, do czego postaram się was przekonać.
Kiedy Otto Rotfeld zamawiał sobie u podejrzanego żydowskiego maga glinianą żonę, nie przypuszczał, że nawet nie dopłynie z nią do nowego, amerykańskiego domu. Przez splot niefortunnych zdarzeń niezwykła dziewczyna zostaje sama już w kilka godzin po ożywieniu i tak właśnie ląduje w Nowym Jorku. Czy poradzi sobie bez swojego pana w wielkim, obcym mieście?
Kilka ulic dalej rzemieślnik Abeery dostaje do odnowienia dziwnie grawerowany dzbaneczek na oliwę. Ponieważ wzór jest już zniszczony, postanawia go zeszlifować – i w ten sposób uwalnia dżina. Ten jednak nie ma ochoty spełniać niczyich życzeń, a poza tym ciągle jest uwięziony w ludzkim ciele i pozbawiony większości magicznej mocy. Jedynym sposobem, aby przetrwał w Nowym Jorku jest udawanie ucznia Abeery’ego. Czy dzika natura pustynnego ducha dostosuje się do rutyny miejskiego życia?
Muszę przyznać, że „Golem i dżin” pozytywnie mnie zaskoczył na wielu poziomach. Pani Wecker zdecydowanie potrafi posługiwać się piórem, używając przy tym języka plastycznego, ale nie przekombinowanego. Cechuje ją wyczucie i szczególnie trafny dobór słów – bez wielopiętrowych metafor czy wymyślnych porównań jest w stanie zbudować sugestywny obraz zimowego Nowego Jorku czy syryjskiej pustyni, przedstawić punkt widzenia nieszczęśliwego dżina i panny z dobrego domu. Przy tym wszystkie te przejścia są płynne i nacechowane indywidualnymi przeżyciami bohaterów. Bardzo przyjemnie się to czyta.
Jeśli już o tym mowa, to bohaterów też autorka potrafi tworzyć. Najlepiej to widać na przykładzie dwójki tytułowych stworów – pani Wecker chyba specjalnie dobrała je tak, aby stanowiły swoje przeciwieństwa. Tęskniący za wolnością, niezależny i uparty dżin postawiony obok pragnącej stabilizacji, spokoju i pewności jaką daje rutyna golem sprawia wrażenie jeszcze bardziej nieszczęśliwego i zamkniętego w okowach ludzkiego ciała. Jednocześnie bliskość istoty tak odmiennej dostarcza mu materiału do przemyśleń i zastanowienia się nad własną naturą. To samo dotyczy Chawy, golema. Pisarka pokazuje, że obcowanie z ludźmi zmienia oba stworzenia, ale ponieważ ich natury tak bardzo się różnią, podejście do tych zmian również jest inne.
Autorka nie ograniczyła się jednak do wykreowania trójwymiarowych tytułowych bohaterów. Postacie poboczne również wychodzą jej bardzo charakterystyczne – często wystarczy kilka stron, aby nakreślić historię życia i nadać osobowość komuś, kogo zobaczyliśmy na ulicy. W ten sposób główna opowieść ciągle wzbogacana jest interesującymi epizodami. Zbyt wcześnie jeszcze, aby wyciągać z nich jakieś wnioski, mam jednak przeczucie, że wszystkie zazębią się w dalszej części powieści.
Pomówiliśmy trochę o bohaterach, ale o jednym jeszcze nie wspominałam – Nowy Jork jest tu równie ważny, jak ludzie, golemy i dżiny. Pani Wecker stworzyła jedną z lepszych kreacji miasta w literaturze fantastycznej, jakie miałam okazję poznać – dodajmy, że jest to miasto dziewiętnastowieczne, z właściwym tej epoce klimatem. Nowy Jork z powieści tętni życiem, pełno w nim dzielnic kolorowych mniejszości i ich zwyczajów, trafiają się wyższe sfery jak i męty społeczne. A wszystko to w oparach pierwszych silników i węglowym smogu, czasem zwiewanych bryzą znad oceanu. Autorka zasypuje czytelników detalami, a wszystko dzięki temu nabiera życia i rozmachu.
Zazwyczaj w takiej sytuacji na zakończenie recenzji mówię, żeby przezornie poczekać do wydania kolejnego tomu. Mogę powiedzieć i tym razem, w końcu wychodzi w maju. Ale zachęcę was do kupienia „Golema i dżina” już teraz – bo jeśli pierwsza część słabo się sprzeda, to wydawca jeszcze nie wyda drugiej i skąd ja się wtedy dowiem, jako to się skończyło?
Kiedy Otto Rotfeld zamawiał sobie u podejrzanego żydowskiego maga glinianą żonę, nie przypuszczał, że nawet nie dopłynie z nią do nowego, amerykańskiego domu. Przez splot niefortunnych zdarzeń niezwykła dziewczyna zostaje sama już w kilka godzin po ożywieniu i tak właśnie ląduje w Nowym Jorku. Czy poradzi sobie bez swojego pana w wielkim, obcym mieście?
Kilka ulic dalej rzemieślnik Abeery dostaje do odnowienia dziwnie grawerowany dzbaneczek na oliwę. Ponieważ wzór jest już zniszczony, postanawia go zeszlifować – i w ten sposób uwalnia dżina. Ten jednak nie ma ochoty spełniać niczyich życzeń, a poza tym ciągle jest uwięziony w ludzkim ciele i pozbawiony większości magicznej mocy. Jedynym sposobem, aby przetrwał w Nowym Jorku jest udawanie ucznia Abeery’ego. Czy dzika natura pustynnego ducha dostosuje się do rutyny miejskiego życia?
Muszę przyznać, że „Golem i dżin” pozytywnie mnie zaskoczył na wielu poziomach. Pani Wecker zdecydowanie potrafi posługiwać się piórem, używając przy tym języka plastycznego, ale nie przekombinowanego. Cechuje ją wyczucie i szczególnie trafny dobór słów – bez wielopiętrowych metafor czy wymyślnych porównań jest w stanie zbudować sugestywny obraz zimowego Nowego Jorku czy syryjskiej pustyni, przedstawić punkt widzenia nieszczęśliwego dżina i panny z dobrego domu. Przy tym wszystkie te przejścia są płynne i nacechowane indywidualnymi przeżyciami bohaterów. Bardzo przyjemnie się to czyta.
Jeśli już o tym mowa, to bohaterów też autorka potrafi tworzyć. Najlepiej to widać na przykładzie dwójki tytułowych stworów – pani Wecker chyba specjalnie dobrała je tak, aby stanowiły swoje przeciwieństwa. Tęskniący za wolnością, niezależny i uparty dżin postawiony obok pragnącej stabilizacji, spokoju i pewności jaką daje rutyna golem sprawia wrażenie jeszcze bardziej nieszczęśliwego i zamkniętego w okowach ludzkiego ciała. Jednocześnie bliskość istoty tak odmiennej dostarcza mu materiału do przemyśleń i zastanowienia się nad własną naturą. To samo dotyczy Chawy, golema. Pisarka pokazuje, że obcowanie z ludźmi zmienia oba stworzenia, ale ponieważ ich natury tak bardzo się różnią, podejście do tych zmian również jest inne.
Autorka nie ograniczyła się jednak do wykreowania trójwymiarowych tytułowych bohaterów. Postacie poboczne również wychodzą jej bardzo charakterystyczne – często wystarczy kilka stron, aby nakreślić historię życia i nadać osobowość komuś, kogo zobaczyliśmy na ulicy. W ten sposób główna opowieść ciągle wzbogacana jest interesującymi epizodami. Zbyt wcześnie jeszcze, aby wyciągać z nich jakieś wnioski, mam jednak przeczucie, że wszystkie zazębią się w dalszej części powieści.
Pomówiliśmy trochę o bohaterach, ale o jednym jeszcze nie wspominałam – Nowy Jork jest tu równie ważny, jak ludzie, golemy i dżiny. Pani Wecker stworzyła jedną z lepszych kreacji miasta w literaturze fantastycznej, jakie miałam okazję poznać – dodajmy, że jest to miasto dziewiętnastowieczne, z właściwym tej epoce klimatem. Nowy Jork z powieści tętni życiem, pełno w nim dzielnic kolorowych mniejszości i ich zwyczajów, trafiają się wyższe sfery jak i męty społeczne. A wszystko to w oparach pierwszych silników i węglowym smogu, czasem zwiewanych bryzą znad oceanu. Autorka zasypuje czytelników detalami, a wszystko dzięki temu nabiera życia i rozmachu.
Zazwyczaj w takiej sytuacji na zakończenie recenzji mówię, żeby przezornie poczekać do wydania kolejnego tomu. Mogę powiedzieć i tym razem, w końcu wychodzi w maju. Ale zachęcę was do kupienia „Golema i dżina” już teraz – bo jeśli pierwsza część słabo się sprzeda, to wydawca jeszcze nie wyda drugiej i skąd ja się wtedy dowiem, jako to się skończyło?
Recenzja dla portalu Insimilion.
Autor: Helene Wecker
Tytuł oryginalny: Golem and The Jinni
Tłumacz: Małgorzata Koczańska
Seria: Golem i dżin
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2013
Stron: 450
środa, 5 lutego 2014
Elfy, para i Londyn - "Dziwni" Stefan Bachmann
Pamiętacie wielki tryumf „Eragona” na listach bestsellerów? Zapewne tak, ale wspominam o nim nie dlatego, że mam do tej powieści jakiś szczególny sentyment, tylko dlatego, że jej sukces nie był zasługą wysokiej jakości pisarstwa czy świeżego pomysłu. Był efektem świetnie poprowadzonej kampanii marketingowej, opartej w dużej mierze na młodym wieku autora. Zapoczątkował też serię książek napisanych przez „genialnych” nastolatków – niestety, większość prezentowała poziom najwyżej średni. Kilka lat już od tego czasu upłynęło, więc byłam przekonana, że i moda umarła śmiercią naturalną. Aż tu nagle Fabryka Słów zaczęła reklamować „Dziwnych” jako powieść genialnego nastolatka, z cytatem z Paoliniego na okładce. Podeszłam więc do całej historii sceptycznie.
A co to za historia? Bart jest podmieńcem, dziwnym, dzieckiem zrodzonym z elfiego ojca i ludzkiej matki, tak samo zresztą jak jego siostra. Jednak, mimo prawie stuletniej obecności feyrów w Anglii, mieszańce ciągle są prześladowane. Nikt poza Bartem nie przejmuje się, gdy w podejrzanych okolicznościach znika mały dziwny z naprzeciwka. Ale kiedy porwana zostaje także Hattie, chłopak wyrusza ratować siostrę. Zwłaszcza, że w Londynie coraz częściej znajduje się ciała zmasakrowanych podmieńców…
Muszę przyznać, że powieść młodego Bachmanna mnie zaskoczyła, zwłaszcza w obliczu tego, że zachwalał ją Paolini. W przeciwieństwie do ”Eragona", ”Dziwnym” bliżej do steampunkowego horroru dla młodszych czytelników niż do sztampowego fantasy. Bachmann świetnie tworzy klimat, ciężki, z odrobiną grozy i niesamowitości, podobny do tego, który mieliśmy w „Koralinie” Gaimana (oczywiście warsztat Gaimana jest o niebo lepszy, ale śmiem twierdzić, że jeśli Bachmann się rozwinie, może sporo osiągnąć). Feyry nie mają wiele wspólnego z duszkami tańczącymi wokół ogniska. Potrafią być bezwzględne, okrutne i egoistyczne – w rzeczy samej, są to główne cechy ich charakteru. Poza tym są zupełnie obce, inne od ludzi. Autor tę odmienność dopiero zaznaczył, wspominając przy okazji, że tam, gdzie magia zanika, magicznym stworzeniom coraz bliżej do ludzi, ale myślę, że warto byłoby to zagadnienie rozwinąć.
Osobną kwestią są ludzcy (albo półludzcy) bohaterowie powieści. Ani postaci młodego podmieńca, ani ciapowatego dżentelmena nie mogę nic zarzucić pod względem konstrukcji. Bartholomew to bardzo samotne dziecko, którego największym marzeniem jest żyć jak inni, a nie wieczne ukrywać się przed wszystkimi. Jego osamotnienie i tęsknota za normalnością zostały świetnie przedstawione przez autora. Z drugiej strony mamy Artura Jelliby, członka Tajnej Rady rządu, pełniącego tę funkcję tylko ze względu na znajomości, jakie posiada jego rodzina. Bo szczerze mówiąc, pan Artur zupełnie nie nadaje się na polityka. Jest przysłowiowymi ciepłymi kluchami - wszystkie sprawy załatwia za niego młoda i energiczna żona, z czego jest bardzo zadowolony. Ta nieudolność sprawia, że początkowo trudno go polubić i wyjątkowo irytuje. Na szczęście autor zapewnił mu rozwój w satysfakcjonującym czytelnika kierunku.
Myślę, że „Dziwni” są idealną historią dla tych młodszych czytelników, którzy lubią trochę się bać podczas lektury. Dla starszych może być nieco zbyt prosta, ale trzeba zaznaczyć, że to nawet nie jest literatura młodzieżowa, ale dziecięca – i na tym poziomie wypada całkiem dobrze. Prosty, ale zastosowany dość wprawnie język, mroczny, steampunkowy Londyn i interesujący bohaterowie są zdecydowanymi zaletami powieści. Wadą jest zakończenie – otwarte niczym wierzeje stodoły i na dobrą sprawę niczego nie kończące. Autor już napisał drugi tom. Ciekawe, czy ukaże się po polsku.
A co to za historia? Bart jest podmieńcem, dziwnym, dzieckiem zrodzonym z elfiego ojca i ludzkiej matki, tak samo zresztą jak jego siostra. Jednak, mimo prawie stuletniej obecności feyrów w Anglii, mieszańce ciągle są prześladowane. Nikt poza Bartem nie przejmuje się, gdy w podejrzanych okolicznościach znika mały dziwny z naprzeciwka. Ale kiedy porwana zostaje także Hattie, chłopak wyrusza ratować siostrę. Zwłaszcza, że w Londynie coraz częściej znajduje się ciała zmasakrowanych podmieńców…
Muszę przyznać, że powieść młodego Bachmanna mnie zaskoczyła, zwłaszcza w obliczu tego, że zachwalał ją Paolini. W przeciwieństwie do ”Eragona", ”Dziwnym” bliżej do steampunkowego horroru dla młodszych czytelników niż do sztampowego fantasy. Bachmann świetnie tworzy klimat, ciężki, z odrobiną grozy i niesamowitości, podobny do tego, który mieliśmy w „Koralinie” Gaimana (oczywiście warsztat Gaimana jest o niebo lepszy, ale śmiem twierdzić, że jeśli Bachmann się rozwinie, może sporo osiągnąć). Feyry nie mają wiele wspólnego z duszkami tańczącymi wokół ogniska. Potrafią być bezwzględne, okrutne i egoistyczne – w rzeczy samej, są to główne cechy ich charakteru. Poza tym są zupełnie obce, inne od ludzi. Autor tę odmienność dopiero zaznaczył, wspominając przy okazji, że tam, gdzie magia zanika, magicznym stworzeniom coraz bliżej do ludzi, ale myślę, że warto byłoby to zagadnienie rozwinąć.
Osobną kwestią są ludzcy (albo półludzcy) bohaterowie powieści. Ani postaci młodego podmieńca, ani ciapowatego dżentelmena nie mogę nic zarzucić pod względem konstrukcji. Bartholomew to bardzo samotne dziecko, którego największym marzeniem jest żyć jak inni, a nie wieczne ukrywać się przed wszystkimi. Jego osamotnienie i tęsknota za normalnością zostały świetnie przedstawione przez autora. Z drugiej strony mamy Artura Jelliby, członka Tajnej Rady rządu, pełniącego tę funkcję tylko ze względu na znajomości, jakie posiada jego rodzina. Bo szczerze mówiąc, pan Artur zupełnie nie nadaje się na polityka. Jest przysłowiowymi ciepłymi kluchami - wszystkie sprawy załatwia za niego młoda i energiczna żona, z czego jest bardzo zadowolony. Ta nieudolność sprawia, że początkowo trudno go polubić i wyjątkowo irytuje. Na szczęście autor zapewnił mu rozwój w satysfakcjonującym czytelnika kierunku.
Myślę, że „Dziwni” są idealną historią dla tych młodszych czytelników, którzy lubią trochę się bać podczas lektury. Dla starszych może być nieco zbyt prosta, ale trzeba zaznaczyć, że to nawet nie jest literatura młodzieżowa, ale dziecięca – i na tym poziomie wypada całkiem dobrze. Prosty, ale zastosowany dość wprawnie język, mroczny, steampunkowy Londyn i interesujący bohaterowie są zdecydowanymi zaletami powieści. Wadą jest zakończenie – otwarte niczym wierzeje stodoły i na dobrą sprawę niczego nie kończące. Autor już napisał drugi tom. Ciekawe, czy ukaże się po polsku.
Recenzja dla portalu Insimilion.
Tytuł: Dziwni
Autor: Stefan Bachmann
Tytuł oryginalny: The Peculiar
Tłumacz: Małgorzata Koczańska
Seria: Dziwni
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2013
Stron:320
środa, 15 stycznia 2014
Za lat trzysta, po Marsie - "2312" Kim Stanley Robinson
Kim Stanley Robinson jest znany w Polsce głównie z cyklu marsjańskiego. Trylogia ma sporą rzeszę fanów i chyba prawdziwym będzie stwierdzenie, że wpisała się już w kanon science fiction. Najnowsze dzieło autora, czyli wydane nakładem Fabryki Słów „2312” pozwala powrócić do świata znanego z marsjańskiej opowieści. Jest to jednak świat starszy o ponad stulecie.
Swan Er Hong jest pogrążona w żałobie – właśnie zmarła osoba, którą najbardziej kochała, jej babka Alex. Miała już co prawda ponad dwieście lat, ale jej śmierć jest tym dotkliwsza, bo po tak długim życiu wydaje się jeszcze bardziej przypadkowa i bezsensowna. Tak się złożyło, że Aleks była nie tylko babką Swan, ale przede wszystkim Lwicą Merkurego – władczynią (choć bardziej odpowiednim słowem byłby jednak burmistrz) jedynego habitatu na Merkurym, Terminatora. Poza tym miała wiele sekretów, a pieczę nad niektórymi z nich będzie musiała przejąć Swan. Na szczęście nie jest sama, z pomocą przychodzą jej byli współpracownicy babki. Jakież to działania prowadziła Alex, że wymagają głębokiej konspiracji? I jak bardzo udział w nich zmieni życie Swan?
Akapit, który widnieje powyżej, może sugerować, że „2312” jest thrillerem sci-fi i muszę przyznać, że po przeczytaniu w internecie materiałów promocyjnych sama byłam o tym przekonana. Jest to jednak bardzo mylne wrażenie. Co prawda wątek potencjalnie sensacyjny się pojawia, nie służy jednak do generowania napięcia, a raczej jako konstrukcja podtrzymująca to, o co autorowi naprawdę chodziło. Czyli kreację świata.
„2312” to, obok np. „Człowieka z Wysokiego Zamku”, jedna z książek, dla których fabuła nie jest kluczowa. Ba, nawet kreacja bohaterów nie jest kluczowa (choć im akurat nie mam nic do zarzucenia, ale do tego jeszcze wrócę). Kluczowa jest wizja przyszłości (lub historii alternatywnej), jaką autor wymyślił. A w „2312” rozmachu tej wizji trudno odmówić.
Oto mamy miasto-habitat pełznące w wiecznej nocy po powierzchni Merkurego. Oto terraformowany Mars. Oto Wenus, która już niedługo stanie się kolejną planetą przyjazną człowiekowi. Oto serferzy w pierścieniach Saturna. A wszystko to i tak tylko wierzchołek góry lodowej. Zaiste, wielbiciele opisów niesamowitej przestrzeni powinni być ukontentowani, zwłaszcza, że wszystko podano w sposób bardzo przyjazny dla odbiorcy. Jednak Robinson nie skupia się tylko na pokazywaniu ładnych widoczków i cudów techniki. Bardziej zdaje się go interesować sytuacja społeczna w Układzie Słonecznym. Zaprezentował nam bowiem ludzkość podzieloną na dwie frakcje: przestrzeniowców, urodzonych poza Ziemią i tam dorastających, często przechodzących modyfikacje ciała i kuracje przedłużające życie, o umysłach otwartych i postępowych, oraz konserwatywnych Ziemian, żyjących często w biedzie na ciągle przeludnionej Ziemi, borykającej się z katastrofą klimatyczną, upatrujących w przestrzeniowcach przyczyny swej niedoli. Autor ciekawie zarysował tu konflikt, którego świadkami jesteśmy na co dzień. To sytuacja, kiedy ktoś z zewnątrz, widząc problemy społeczności, do której nie należy, ale z którą czuje się związany, stara się pomóc, po czym jego oferta zostaje odrzucona nawet nie dlatego, że z tych czy innych względów jest niekorzystna czy bezsensowna, ale dlatego, że pochodzi od obcego. W „2312” widzimy cierpiące narody Ziemi, ciągle rozbite na drobne państewka i społeczności, które wolą aresztować wolontariuszy i konfiskować sprzęt, niż starać się polepszyć ogólną sytuację. Najwyraźniej przez następne trzysta lat nic się nie zmieni. To tylko jeden z poruszanych przez autora aspektów, ale dotarcie i przemyślenie pozostałych pozostawiam Czytelnikom, gdyż nie chcę psuć im zabawy. Zapewniam, że złożoność obrazu, który namalował autor nie zawiedzie Was.
Pisałam, ze bohaterowie nie są kluczowi dla tej powieści. Nie oznacza to jednak, że zostali potraktowani po macoszemu. Jako dzieci swoich czasów i realiów, zostali przez autora pieczołowicie skonstruowani, żeby tym lepiej ilustrować świat, który wykreował. I tak, Swan jest typową buntowniczką bez powodu. Niepokorna, ciągle sprawdza granice wytrzymałości własnej i cudzej, często zdarza jej się postępować według zasady „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Taka wolna, artystyczna dusza, na wskroś ludzka. Byłaby irytująca, gdyby nie równoważył jej Warham, spokojny olbrzym z Tytana. Zrównoważony, nieco flegmatyczny, z wielką potrzebą stabilizacji. Ta dwójka uzupełnia się doskonale i sprawia, że czytelnik nie czuje się znużony nadpobudliwością jednego czy flegmatycznością drugiego. Ważne jest też, że autorowi zależało na tym, abyśmy mimo tych trzystu lat i przepaści technologicznej, dostrzegli w bohaterach ludzi takich samych jak my.
Oczywiście „2312” jest powieścią zbyt obszerną, by występowały w niej jeno dwie postacie – dlatego mają liczną asystę. Niemniej, mimo iż każdy z bohaterów pobocznych jest bardzo dopracowany, żaden nie ma tyle charakteru, co wymieniona wcześniej dwójka. Młody robotnik wysłany na Wenus, choć wyposażony przez autora w osobowość, zdaje się służyć głównie pokazaniu wenusjańskiej społeczności. Z inspektorem Interplanu (czyli pozaziemskiej policji) jest podobnie, choć on i tak dostał najwięcej czasu antenowego. Niemniej, nie czuje się, żeby w powieści występowały jakieś braki obsady.
Pochylmy się na chwilę nad językiem. Styl Robinsona można określić jako przystępny i, o ile opisywane cuda kosmosu mogą przekraczać możliwości wyobraźni co mniej zaprawionych czytelników, tak sam opis nie powinien nikogo przerosnąć. Czasem tylko gdzieniegdzie autor ni w pięć, ni w dziesięć zaszpanuje trudnym słowem. Wygląda to dość nienaturalnie i złośliwie miałam wrażenie, że są to te chwile, gdy pan Robinson przypominał sobie, ze jest uznanym pisarzem science fiction, a takiemu nie godzi się używać zbyt prostego języka. W reszcie tekstu mamy wręcz mistrzowski popis umiejętności tworzenia skomplikowanych struktur za pomocą prostych słów w sposób zrozumiały dla czytelnika. Rzadkość, należy doceniać.
Napis na okładce informuje, że „2312” zostało nagrodzone Nebulą. Jest to jedna z tych nielicznych nagród literackich, którym ufam (choć nie bezgranicznie). Po przeczytaniu powieści mogę stwierdzić, że mojego zaufania i tym razem nagroda nie zawiodła. Więc jeśli lubicie powieści napisane z rozmachem, swadą i większym naciskiem na świat przedstawiony, niż na opowieść, jest to książka dla was. Choć i fanom opowieści może przypaść do gustu.
Swan Er Hong jest pogrążona w żałobie – właśnie zmarła osoba, którą najbardziej kochała, jej babka Alex. Miała już co prawda ponad dwieście lat, ale jej śmierć jest tym dotkliwsza, bo po tak długim życiu wydaje się jeszcze bardziej przypadkowa i bezsensowna. Tak się złożyło, że Aleks była nie tylko babką Swan, ale przede wszystkim Lwicą Merkurego – władczynią (choć bardziej odpowiednim słowem byłby jednak burmistrz) jedynego habitatu na Merkurym, Terminatora. Poza tym miała wiele sekretów, a pieczę nad niektórymi z nich będzie musiała przejąć Swan. Na szczęście nie jest sama, z pomocą przychodzą jej byli współpracownicy babki. Jakież to działania prowadziła Alex, że wymagają głębokiej konspiracji? I jak bardzo udział w nich zmieni życie Swan?
Akapit, który widnieje powyżej, może sugerować, że „2312” jest thrillerem sci-fi i muszę przyznać, że po przeczytaniu w internecie materiałów promocyjnych sama byłam o tym przekonana. Jest to jednak bardzo mylne wrażenie. Co prawda wątek potencjalnie sensacyjny się pojawia, nie służy jednak do generowania napięcia, a raczej jako konstrukcja podtrzymująca to, o co autorowi naprawdę chodziło. Czyli kreację świata.
„2312” to, obok np. „Człowieka z Wysokiego Zamku”, jedna z książek, dla których fabuła nie jest kluczowa. Ba, nawet kreacja bohaterów nie jest kluczowa (choć im akurat nie mam nic do zarzucenia, ale do tego jeszcze wrócę). Kluczowa jest wizja przyszłości (lub historii alternatywnej), jaką autor wymyślił. A w „2312” rozmachu tej wizji trudno odmówić.
Oto mamy miasto-habitat pełznące w wiecznej nocy po powierzchni Merkurego. Oto terraformowany Mars. Oto Wenus, która już niedługo stanie się kolejną planetą przyjazną człowiekowi. Oto serferzy w pierścieniach Saturna. A wszystko to i tak tylko wierzchołek góry lodowej. Zaiste, wielbiciele opisów niesamowitej przestrzeni powinni być ukontentowani, zwłaszcza, że wszystko podano w sposób bardzo przyjazny dla odbiorcy. Jednak Robinson nie skupia się tylko na pokazywaniu ładnych widoczków i cudów techniki. Bardziej zdaje się go interesować sytuacja społeczna w Układzie Słonecznym. Zaprezentował nam bowiem ludzkość podzieloną na dwie frakcje: przestrzeniowców, urodzonych poza Ziemią i tam dorastających, często przechodzących modyfikacje ciała i kuracje przedłużające życie, o umysłach otwartych i postępowych, oraz konserwatywnych Ziemian, żyjących często w biedzie na ciągle przeludnionej Ziemi, borykającej się z katastrofą klimatyczną, upatrujących w przestrzeniowcach przyczyny swej niedoli. Autor ciekawie zarysował tu konflikt, którego świadkami jesteśmy na co dzień. To sytuacja, kiedy ktoś z zewnątrz, widząc problemy społeczności, do której nie należy, ale z którą czuje się związany, stara się pomóc, po czym jego oferta zostaje odrzucona nawet nie dlatego, że z tych czy innych względów jest niekorzystna czy bezsensowna, ale dlatego, że pochodzi od obcego. W „2312” widzimy cierpiące narody Ziemi, ciągle rozbite na drobne państewka i społeczności, które wolą aresztować wolontariuszy i konfiskować sprzęt, niż starać się polepszyć ogólną sytuację. Najwyraźniej przez następne trzysta lat nic się nie zmieni. To tylko jeden z poruszanych przez autora aspektów, ale dotarcie i przemyślenie pozostałych pozostawiam Czytelnikom, gdyż nie chcę psuć im zabawy. Zapewniam, że złożoność obrazu, który namalował autor nie zawiedzie Was.
Pisałam, ze bohaterowie nie są kluczowi dla tej powieści. Nie oznacza to jednak, że zostali potraktowani po macoszemu. Jako dzieci swoich czasów i realiów, zostali przez autora pieczołowicie skonstruowani, żeby tym lepiej ilustrować świat, który wykreował. I tak, Swan jest typową buntowniczką bez powodu. Niepokorna, ciągle sprawdza granice wytrzymałości własnej i cudzej, często zdarza jej się postępować według zasady „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Taka wolna, artystyczna dusza, na wskroś ludzka. Byłaby irytująca, gdyby nie równoważył jej Warham, spokojny olbrzym z Tytana. Zrównoważony, nieco flegmatyczny, z wielką potrzebą stabilizacji. Ta dwójka uzupełnia się doskonale i sprawia, że czytelnik nie czuje się znużony nadpobudliwością jednego czy flegmatycznością drugiego. Ważne jest też, że autorowi zależało na tym, abyśmy mimo tych trzystu lat i przepaści technologicznej, dostrzegli w bohaterach ludzi takich samych jak my.
Oczywiście „2312” jest powieścią zbyt obszerną, by występowały w niej jeno dwie postacie – dlatego mają liczną asystę. Niemniej, mimo iż każdy z bohaterów pobocznych jest bardzo dopracowany, żaden nie ma tyle charakteru, co wymieniona wcześniej dwójka. Młody robotnik wysłany na Wenus, choć wyposażony przez autora w osobowość, zdaje się służyć głównie pokazaniu wenusjańskiej społeczności. Z inspektorem Interplanu (czyli pozaziemskiej policji) jest podobnie, choć on i tak dostał najwięcej czasu antenowego. Niemniej, nie czuje się, żeby w powieści występowały jakieś braki obsady.
Pochylmy się na chwilę nad językiem. Styl Robinsona można określić jako przystępny i, o ile opisywane cuda kosmosu mogą przekraczać możliwości wyobraźni co mniej zaprawionych czytelników, tak sam opis nie powinien nikogo przerosnąć. Czasem tylko gdzieniegdzie autor ni w pięć, ni w dziesięć zaszpanuje trudnym słowem. Wygląda to dość nienaturalnie i złośliwie miałam wrażenie, że są to te chwile, gdy pan Robinson przypominał sobie, ze jest uznanym pisarzem science fiction, a takiemu nie godzi się używać zbyt prostego języka. W reszcie tekstu mamy wręcz mistrzowski popis umiejętności tworzenia skomplikowanych struktur za pomocą prostych słów w sposób zrozumiały dla czytelnika. Rzadkość, należy doceniać.
Napis na okładce informuje, że „2312” zostało nagrodzone Nebulą. Jest to jedna z tych nielicznych nagród literackich, którym ufam (choć nie bezgranicznie). Po przeczytaniu powieści mogę stwierdzić, że mojego zaufania i tym razem nagroda nie zawiodła. Więc jeśli lubicie powieści napisane z rozmachem, swadą i większym naciskiem na świat przedstawiony, niż na opowieść, jest to książka dla was. Choć i fanom opowieści może przypaść do gustu.
Recenzja dla portalu Insimilion.
Tytuł: 2312
Autor: Kim Stanley Robinson
Tytuł oryginalny: 2312
Tłumacz: Małgorzata Koczańska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2013
Stron: 636
Autor: Kim Stanley Robinson
Tytuł oryginalny: 2312
Tłumacz: Małgorzata Koczańska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2013
Stron: 636
sobota, 19 października 2013
Trolowanie historii - "W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka" Mark Hodder
Recenzję sponsoruje Serenity, która pożyczyła mi książkę. Dziękuję.:)
Fabryka Słów od jakiegoś czasu wydaje znacznie więcej pisarzy zagranicznych niż polskich. Nic dziwnego – starzy wyjadacze już dawno opróżnili swoje szuflady, a żeby debiutant przyniósł zysk, trzeba go najpierw wypromować… Dlatego wydawnictwo sięga po autorów zagranicznych. Ich los jest często dość smutny, bo po wydaniu pierwszego tomu serii najczęściej znikają. Nieliczna garstka doczekuje się takiego zbioru fanów, żeby opłacało się wydawać ciąg dalszy. Z cyklu o Burtonie i Swinburne’ie wyszły jak dotąd trzy tomy (przyszłość czwartego, będącego początkiem nowej trylogii, jest jak dotąd nieznana), co można uznać za sukces, bo steampunk się podobno u nas nie sprzedaje. Co w tej powieści jest i czy coś w ogóle?
Sir Richard Francis Burton właśnie zastanawia się nad rozwojem swojej kariery. Po aferze, jaką jego przyjaciel i współpracownik rozpętał w związku z wyprawą do źródeł Nilu, rozdział podróżniczy trzeba zamknąć. Może zostanie pisarzem? Albo ambasadorem? Albo tajnym agentem korony?... Zaraz, zaraz, co!? Ano tak, propozycja od samego premiera. Warto ją rozważyć, bo co prawda same sprawy są dość osobliwe (ściganie postaci z folkloru ludowego? Burton wyśmiałby taki rozkaz, gdyby rzeczona postać nie przefasonowała mu akurat twarzy) a historia o jego zasługach nie wspomni, ale za to jakież wyzwanie! No i może udałoby się jakoś pomóc Swinburne’owi, bo się poecina zapije na śmierć, jak tak dalej pójdzie. A na upadek przyjaciela bezczynnie patrzeć nie można.
Wiele jest elementów, na które warto w tej książce zwrócić uwagę. Zacznijmy może od najważniejszego duetu bohaterów. Burton to outsider (co autor moim zdaniem trochę zbyt często powtarza, zwłaszcza na początku - czytelnik raczej zapamięta po pierwszym razie) o bardzo egzotycznej jak na Brytyjskiego dżentelmena urodzie – śniada cera, chmurne spojrzenie ciemnych oczu i szeroka szczęka bandyty raczej nie pasują do typowego wizerunku, ale bardzo podobają się paniom. Swinburne za to jest drobny, blady i rudy – mimo iż ma dwadzieścia cztery lata, łatwo pomylić go z wyrośniętym dwunastolatkiem. Przypadła mu rola pomagiera głównego bohatera i trochę komicznego ozdobnika (znaczy: trochę ozdobnika, nie trochę komicznego), w których to rolach jest tak wtłoczony w schemat, że aż przykro. Najważniejszy jest oczywiście Burton, dla dobra imperium tropiący afery zbyt dziwne, żeby zwyczajne służby sobie z nimi poradziły. Robi to za pomocą ostrego umysłu i często twardej pięści. Z czymś się kojarzy, prawda? Tak jak nerwowy, niestabilny Swinburne niezbyt przypomina Watsona, tak skojarzenie Burtona z Holmesem nasuwa się samo (zwłaszcza, jeśli ktoś kojarzy Sherlocka głownie z nowych filmowych produkcji, a nie z prozy Doyle’a).
Przy tym spodziewałam się bardziej szczegółowej psychologii. Wiem, że to powieść rozrywkowa, ale bohaterowie wydają mi się jacyś niedookreśleni – a właściwie określeni przez kilka podstawowych cech. Burton jest piekielnie inteligentnym buntownikiem, poszukującym swojego miejsca. Swinburne – nerwowym młodzieńcem uzależnionym od adrenaliny i skłonnym do autodestrukcji. I to w zasadzie wszystko. Najbardziej na plus wyróżnia się tytułowy Skaczący Jack, będący postacią skądinąd tragiczną. Pozostaje mieć nadzieję, ze autor rozwinie trochę kwestię psychologii – odnosiłam wrażenie, ze brak głębi nie jest skutkiem braku umiejętności, a zbytniej destylacji testu.
Jeszcze chwilę zostańmy przy bohaterach, pan Hodder postanowił bowiem wpleść w swoją opowieść postacie historyczne. A że historia u niego alternatywna, to i postacie nieco się różnią od tych znanych. Mamy więc Karola Darwina i Florence Nightingale , monarchów, polityków i sirów służących za tło oraz wiele postaci znanych jedynie Anglikom lub anglofilom. Nawet Oscar Wilde się załapał. Aby nie utrudniać lektury, autor opatrzył powieść małym sprostowaniem, wyjaśniającym, jakichż to zbrodni na historii się dopuścił. Bardzo miło z jego strony, porównanie wypada dość fascynująco.
Świat przedstawiony wywołał u mnie uczucia nieco sprzeczne. Z jednej strony mamy wspaniale odmalowany dziewiętnastowieczny Londyn, który przemawia do wyobraźni i od razu wciąga czytelnik w swoje trzewia (autor ten efekt uzyskuje głównie dzięki operowaniu detalami, co osobiście bardzo lubię), z drugiej średnio przystający poziomem element steampunkowy. Nie zrozumcie mnie źle, autor odrobił lekcje – parowe maszyny na ulicach opisuje czasem bardzo szczegółowo. Za moje wrażenie odpowiada chyba fakt, że „biologiczna” część postępu technologicznego jest potraktowana niewspółmiernie. Podczas gdy technologia to dziedzina „na poważnie”, megakonie czy charty kurierskie są raczej kopalnią elementów komicznych i to dość pośledniej jakości. Westerfeld zrobił to lepiej.
Co jest najmocniejszą strona powieści? Oczywiście linia fabularna. Można powiedzieć, że „W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka” jest kryminałem i to bardzo dobrze skonstruowanym. Autorowi udało się czytelnika skołować (a właściwie ustawić go w takim otoczeniu, ze nie za bardzo miał możliwość domyślenia się czegokolwiek do samego końca) i dzięki temu zaskakuje go na każdym kroku. Warto też zwrócić uwagę na pewien element zaczerpnięty prosto z kanonu motywów SF, ale to już każdy we własnym zakresie, bo nie chce zdradzić zbyt wiele.
Ostatecznie polecam, bo to kawałek bardzo dobrej prozy rozrywkowej. Spodoba się i miłośnikom Londynu, i fanom steampunku, i wreszcie tym, którzy lubią kryminały. Mamy tu ciekawych (choć mm nadzieję, że w drugim tomie lepiej dopracowanych) bohaterów, wielowarstwową intrygę i zabawy z historią. Czego chcieć więcej?
Tytuł: W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka
Autor: Mark Hodder
Tytuł oryginalny: The Strange Affair of Spring Heeled Jack
Tłumacz: Krzysztof Sokołowski
Cykl: Burton i Swinburne
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2012
Stron: 516
wtorek, 24 września 2013
Angielskie wszyscy znamy, czas na niemieckie - "Elfy" t.1 Bernhart Hennen
Zdarzało mi się ostatnio dość mocno narzekać na brak klasycznej fantasy – takiej z wyprawą, wierną drużyną i jakimś określonym (albo i nie) złem w tle. Chciałam tylko, żeby to jeszcze było dobrze napisane. W tym momencie wpadła mi w oko powieść Bernharta Hennena, którą właśnie wydała Fabryka Słów. „Elfy”, bo o nich mowa, dawały nadzieję, że dostanę to, czego chciałam. Teraz jestem po lekturze i nie bardzo wiem, co mogę o książce powiedzieć.
Gdy jarl Mandred wyruszał ze swoimi dzielnymi wojami na poszukiwanie potwora, który podobno zszedł z gór, nie wierzył, że opowieści o pół-człowieku, pół-dziku są prawdziwe. Szybko i boleśnie dotarło do niego, że się mylił. Uciekając przed potworem, schronił się w kamiennym kręgu – bramie do świata elfów. Ku zdziwieniu jarla, brama otwarła się i przeniosła go do Alfenmarchii. Tam udało mu się uzyskać od królowej pomoc – drużyna wojowników miała mu towarzyszyć w polowaniu na potwora. Jednak elfy niczego nie robią za darmo, a cena ich pomocy jest wysoka. Nawet one nie są w stanie przewidzieć, jak bardzo…
Może zaczniemy od tego, z czym mam problemy w tej książce, a jest takich rzeczy kilka. Pierwsza i najważniejsza to bohaterowie. I to nie jest tak, że autor błędnie ich skonstruował, bo wręcz przeciwnie. Po prostu na tych pawie pięciuset stronach nie bardzo jest kogo polubić. Mandred ma pełne prawo być hałaśliwym, porywczym i zapalczywym wikingiem, gardzącym bardziej subtelnymi elfami i uwielbiającym chlać na umór, ale taka postać wzbudza irytację, a nie sympatię. Podobnie z wyniosłą królowa elfów – choć tu mamy jeszcze fakt, że jakoś kłóci mi się wizerunek sprawnej władczyni mającej za sobą tysiąclecia doświadczenia z rozkapryszoną histeryczką, która z niej często wychodzi. Ale najbardziej mnie zabolało, kiedy jedyna zdawałoby się naprawdę sensowna postać kobieca została prędziutko zamieniona w dziewicę w opałach, w sam raz do ratowania. I to w dość nieprzyjemnych okolicznościach.
Największym problemem pierwszej księgi „Elfów”, z którego w większości wynikają wszystkie powyższe, jest to, że to w zasadzie dopiero połowa części pierwszego tomu cyklu. I to dość nieszczęśliwie podzielona, bo w momencie, kiedy bohaterowie zaczynają się zmieniać, a czytelnik do nich przywiązywać, dostajemy planszę z komunikatem, że „ciąg dalszy nastąpi”. W tym momencie zostajemy z nielubianymi bohaterami, akcją zawieszoną gdzieś pośrodku niczego i tym niemożliwie wyświechtanym i znienawidzonym chyba przez wszystkich motywem damsel in distress. Ja widzę, że wszystko idzie ku lepszemu i mam nadzieję (choć marną), że może nawet ta koszmarna zagrożona dziewica okaże się dekonstrukcją wątku i nas zaskoczy, ale nie wiem, ilu czytelników będzie miało tyle nadziei i dobrej woli co ja.
Jakie mamy plusy? Opisy walk i dynamicznych scen wychodzą autorowi świetnie. Hennen potrafi uchwycić ruch i pokazać go jak na filmie, nie zanudzając czytelnika opisami ekwilibrystyki. Co prawda sceny, w których ukazuje życie wewnętrzne bohaterów bywają przeraźliwie nudne, ale na szczęście nie jest ich znowu tak wiele. Inna rzecz, że język jest dość sztywny i niektóre kwestie brzmią bardzo pompatycznie i nienaturalnie, ale taki już widać urok tego autora.
Bardzo trudno mi polecić lub nie tom pierwszy „Elfów”. Byłoby o de facto polecanie (lub nie) połowy powieści, a nikt rozsądny tego nie robi. Radzę poczekać, aż ukaże się reszta, bo mam wrażenie, że to jednak będzie dobra książka. Tylko niech wydawca pozwoli nam doczytać ją do końca.
Gdy jarl Mandred wyruszał ze swoimi dzielnymi wojami na poszukiwanie potwora, który podobno zszedł z gór, nie wierzył, że opowieści o pół-człowieku, pół-dziku są prawdziwe. Szybko i boleśnie dotarło do niego, że się mylił. Uciekając przed potworem, schronił się w kamiennym kręgu – bramie do świata elfów. Ku zdziwieniu jarla, brama otwarła się i przeniosła go do Alfenmarchii. Tam udało mu się uzyskać od królowej pomoc – drużyna wojowników miała mu towarzyszyć w polowaniu na potwora. Jednak elfy niczego nie robią za darmo, a cena ich pomocy jest wysoka. Nawet one nie są w stanie przewidzieć, jak bardzo…
Może zaczniemy od tego, z czym mam problemy w tej książce, a jest takich rzeczy kilka. Pierwsza i najważniejsza to bohaterowie. I to nie jest tak, że autor błędnie ich skonstruował, bo wręcz przeciwnie. Po prostu na tych pawie pięciuset stronach nie bardzo jest kogo polubić. Mandred ma pełne prawo być hałaśliwym, porywczym i zapalczywym wikingiem, gardzącym bardziej subtelnymi elfami i uwielbiającym chlać na umór, ale taka postać wzbudza irytację, a nie sympatię. Podobnie z wyniosłą królowa elfów – choć tu mamy jeszcze fakt, że jakoś kłóci mi się wizerunek sprawnej władczyni mającej za sobą tysiąclecia doświadczenia z rozkapryszoną histeryczką, która z niej często wychodzi. Ale najbardziej mnie zabolało, kiedy jedyna zdawałoby się naprawdę sensowna postać kobieca została prędziutko zamieniona w dziewicę w opałach, w sam raz do ratowania. I to w dość nieprzyjemnych okolicznościach.
Największym problemem pierwszej księgi „Elfów”, z którego w większości wynikają wszystkie powyższe, jest to, że to w zasadzie dopiero połowa części pierwszego tomu cyklu. I to dość nieszczęśliwie podzielona, bo w momencie, kiedy bohaterowie zaczynają się zmieniać, a czytelnik do nich przywiązywać, dostajemy planszę z komunikatem, że „ciąg dalszy nastąpi”. W tym momencie zostajemy z nielubianymi bohaterami, akcją zawieszoną gdzieś pośrodku niczego i tym niemożliwie wyświechtanym i znienawidzonym chyba przez wszystkich motywem damsel in distress. Ja widzę, że wszystko idzie ku lepszemu i mam nadzieję (choć marną), że może nawet ta koszmarna zagrożona dziewica okaże się dekonstrukcją wątku i nas zaskoczy, ale nie wiem, ilu czytelników będzie miało tyle nadziei i dobrej woli co ja.
Jakie mamy plusy? Opisy walk i dynamicznych scen wychodzą autorowi świetnie. Hennen potrafi uchwycić ruch i pokazać go jak na filmie, nie zanudzając czytelnika opisami ekwilibrystyki. Co prawda sceny, w których ukazuje życie wewnętrzne bohaterów bywają przeraźliwie nudne, ale na szczęście nie jest ich znowu tak wiele. Inna rzecz, że język jest dość sztywny i niektóre kwestie brzmią bardzo pompatycznie i nienaturalnie, ale taki już widać urok tego autora.
Bardzo trudno mi polecić lub nie tom pierwszy „Elfów”. Byłoby o de facto polecanie (lub nie) połowy powieści, a nikt rozsądny tego nie robi. Radzę poczekać, aż ukaże się reszta, bo mam wrażenie, że to jednak będzie dobra książka. Tylko niech wydawca pozwoli nam doczytać ją do końca.
Recenzja dla portalu Insimilion.
Tytuł: Elfy. Księga 1
Autor: Bernhart Hennen
Tytuł oryginalny: Die Elfen
Tłumacz: Małgorzata Wilk
Cykl: Elfy
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2013
Stron: 460
Autor: Bernhart Hennen
Tytuł oryginalny: Die Elfen
Tłumacz: Małgorzata Wilk
Cykl: Elfy
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2013
Stron: 460
PS. Przypominam, że można polubić "Z pamiętnika książkoholika" na Facebooku.:)
sobota, 31 sierpnia 2013
Komiksowo steampunkowo - "Dziewczyna w stalowym gorsecie" Kady Cross
Steampunk jest podobno gatunkiem kiepsko się sprzedającym w naszym kraju. Ponieważ uważam, że to jednak bardzo ciekawy nurt, cieszy mnie każdy tytuł, który wychodzi. Fabryka Słów, obok cenionego skądinąd cyklu Hoddera, postanowiła wypuścić coś lżejszego i skierowanego raczej do nastoletniego czytelnika. W ten sposób światło dzienne ujrzała „Dziewczyna w stalowym gorsecie”, pierwszy tom trylogii autorstwa Kady Cross.
Finley jest miłą, układną pokojówką. Ktokolwiek popatrzyłby na nią z boku, zdziwiłby się bardzo, wiedząc, że często zmienia miejsce pracy, zazwyczaj w burzliwych okolicznościach. Tak to już jest, że czasem uwalnia się nasza mroczna połowa… Właśnie po jednym z takich opłakanych w skutkach „uwolnień” Finley wpada pod koła welocyklu księcia Griffina Kinga. Ten, wiedziony po trosze poczuciem winy, a po trosze intuicją, postanawia zabrać ją do swojej rezydencji. W końcu sam ma pewną dziwną przypadłość, jak większość ludzi z jego otoczenia. Dziewczę wyskakujące z nieludzką prędkością na londyńską ulicę powinno tam pasować.
Autorka w podziękowaniach zamieszczonych na końcu książki nie kryje się z faktem, że główną inspiracją powieści była „Liga Niezwykłych Dżentelmenów” i seria o X-menach. I to niestety widać. Nie chodzi nawet o źródło inspiracji, bo do obu serii nic nie mam, tylko widzicie – to są komiksy. W komiksach nie potrzeba opisów, bo wszystko widać na obrazkach. Autorka najwyraźniej zapomniała, że cuda alternatywnej wiktoriańskiej Anglii warto byłoby opisać szerzej niż tylko kilkoma zdawkowo rzuconymi zdaniami. Zwłaszcza że wizja pani Cross miała spory rozmach, bo są tam i pospolite roboty wszelkich maści i rodzajów, i powozy parowe, i powszechne sterowce, a wreszcie dość mocno odbiegająca od znanej z historii moda. Szkoda, że większości tych smaczków czytelnik musi się sam domyślać.
Skąpość opisów to nie jedyna bolączka świata przedstawionego. Choć autorka miała piękną wizję, widać, że trochę zabrakło jej samozaparcia czy chęci, aby doszlifować detale. Większości czytelników pewnie takie drobne niedociągnięcia nie przeszkadzają, ale dla mnie były wyjątkowo irytujące. Weźmy wspomnianą wyżej modę, bardziej steampunkową niż wiktoriańską: niektóre odstępstwa pani Cross w kilku słowach uwiarygodniła, ale inne wyglądają dość komicznie. Taki na przykład gorset, który dość często występuje jako wierzchnia część garderoby. Z pewnością wygląda fajnie, ale już gdy człowiek wie, że gorsety na wierzchu w owym czasie nosiły wyłącznie damy negocjowanego afektu, zaczyna na cnotliwą Finley w gorsecie patrzeć dość dziwnie (choć nie zdziwiłabym się, gdyby ta wpadka była zasługą tłumaczenia/redakcji). Innym przykładem jest badanie na zgodność grup krwi, które jedna z bohaterek wykonała… pięć lat przed ich odkryciem (grup krwi, oczywiście).
Przejdźmy może do bohaterów, nieco schematycznych, ale ostatecznie całkiem fajnych. Może najpierw przyjrzyjmy im się zbiorczo, bo autorka niewielu ich stworzyła i generalnie grają w jednej drużynie. Jako zbiorowość są idealną wręcz tajną organizacją, bo mamy i genialnego naukowca od wymyślania gadżetów, i supersilnego wojownika o ponurym charakterze, ale gołębim sercu, i szlachetnego prowodyra, a wreszcie własnego trikstera. Wrażenia trochę psuje fakt, że wszyscy są nastolatkami, bo to monotonne i męczące na dłuższą metę, ale w sumie nic wielkiego. Gorzej, że wszyscy zachowują się jak współczesne nastolatki (Finley przez jakiś czas okazuje wiktoriańską pruderyjność, ale i jej dość szybko przechodzi), co nieco psuje klimat epoki, nawet jeśli to epoka alternatywna. Naprawdę, można się było bardziej wysilić.
Czas pochylić się nad każdym z osobna. Finley, czyli bohaterka tytułowa, to postać intensywnie inspirowana Jekyllem i Hyde’em. Trochę szkoda, że autorka postanowiła nie wykorzystywać dalej tego pomysłu. Szkoda również, że romantyczny wątek z nią związany rozegrała tak sztampowo i mało intrygująco, że już bardziej się nie da (naprawdę, jeśli już wchodzimy w schemat „ich dwóch, ona jedna”, to niechże nie będzie od początku oczywiste, który pan jest tym właściwym). Dużo ciekawiej został rozegrany wątek romantyczny między delikatną, choć inteligentną Emily, a mrukliwym i pełnym pretensji Samem – osobiście trochę (ale tylko trochę) skojarzył mi się z „Wichrowymi Wzgórzami”. Zaś co do Emily, to mam z nią problem, rzutujący na postrzeganie całej ekipy. Dziewczyna jest po prostu zbyt genialna. Bo czego to ona nie wynalazła: i odpowiednik komórki, i krótkofalówki, i podrasowała bryki całego oddziału, i mechaniczne bestie tworzy, i broń na każdą okazję wymyśli… Przy czym jej geniusz mniej drażni w odniesieniu do niej samej, a bardziej w kontekście całej drużyny marzeń. No bo jeśli mają taki hipersprzęt i wypasione moce, to czy ktokolwiek będzie się przejmował możliwością ich przegranej?
Kilka słów o stronie językowej. Pani Cross pisze przystępnie i prosto (może nawet zbyt prosto), więc książkę pochłania się błyskawicznie. Na plus należy policzyć, że postacie, w zależności od pochodzenia, różnią się wymową. Inaczej wysławia się książę, a inaczej książę złodziei, zaś szkockiego górala obaj rozumieją z trudnością. Za to w polskim przekładzie wszyscy bezustannie „kiwają twierdząco” głowami. To irytujące – przecież nie jesteśmy w Bułgarii, żeby ktokolwiek mógł kiwnąć przecząco.
Patrzę na tę książkę i dociera do mnie, że chyba znowu nie jestem targetem. Nastolatka, zwłaszcza zafascynowana anime (to jest ten gatunek twórczości, gdzie nastolatki niezależnie od realiów zawsze zachowują się współcześnie), byłaby zachwycona i bohaterami, i dość przewidywalną fabułą, i wątkami miłosnymi wreszcie. Młodszym czytelnikom pozostaje mi książkę polecić. Choć czarno widzę możliwość doczekania drugiego tomu.
Recenzja dla portalu Insimilion.
Tytuł: Dziewczyna w stalowym gorsecie
Autor: Kady Cross (Kathryn Smith)
Tytuł oryginalny: the Girl in Steel Corset
Tłumacz: Patricia Sørensen
Autor: Kady Cross (Kathryn Smith)
Tytuł oryginalny: the Girl in Steel Corset
Tłumacz: Patricia Sørensen
Cykl: Kroniki steampunkowe
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2013
Stron: 440
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2013
Stron: 440
niedziela, 26 maja 2013
Zabawy prądem - "Michael Vey. Więzień celi 25" Richard Paul Evans
Richard Paul Evans to pisarz niewątpliwie znany oraz bardzo płodny. Na polskim rynku dostępne jest już ponad dziesięć tytułów tego autora, ale nie są one związane z fantastyką. Wręcz przeciwnie, pana Evansa zwykło się kojarzyć z prostymi, obyczajowymi historiami, leżącymi gdzieś pomiędzy Musso a Schmittem. Tym większe było zaskoczenie, kiedy okazało się, że pisarz w swoim dorobku ma też książki z kategorii young adult, jak najbardziej mieszczące się w ramach fantastyki i wcale się od tego nie odżegnujące. Przyjrzyjmy się więc pierwszemu tomowi cyklu o Michaelu Veyu.
Michael Vey to niezwykły nastolatek. Owszem, chodzi do szkoły, jego wyniki w nauce są raczej średnie, w sporcie też nie celuje, a urodę ma przeciętną. Bywa też obiektem zaczepek szkolnych chuliganów – cóż, kiedy choruje się na zespół Tourette’a, należy się spodziewać trudności. Całe szczęście, że to tylko uporczywe mruganie, a nie coś bardziej spektakularnego. Niemniej, Michael jest niezwykły z jeszcze jednego powodu – ma właściwości żywego paralizatora. I kiedy pewnego dnia nieopatrznie ich używa, jego życie zmienia się. Początkowo na lepsze, bo nagle staje się najpopularniejszym chłopakiem w szkole. Ale później pojawiają się ludzie, przed którymi matka próbowała go chronić przez czternaście lat. I przestaje być fajnie.
Zacznijmy może od narzekań. „Więzień celi 25” to książka dla młodszej młodzieży i autor już na początku popełnia błąd – przez pierwsze sto stron przynudza straszliwie. Rozumiem, że budowanie klimatu, że wprowadzenie postaci i tak dalej, ale trzeba mieć na uwadze, iż czytelnik sięgający po młodzieżową książkę, która nie jest romansem, łaknie przede wszystkim akcji. I jeśli ta akcja rozpoczyna się dopiero po jednej trzeciej powieści, to większość czytelników może nie doczekać. Na szczęście później jest już tylko lepiej.
Na bohaterów też mogę trochę ponarzekać, ale tylko trochę, bo się bronią. Po pierwsze, świetnym pomysłem było umieszczenie na pierwszym miejscu dzieciaka z Tourette’em. Głównie ze względu na wymiar dydaktyczny, bo sukces powieści z pewnością przyczyniłby się do zwiększenia świadomości społecznej w kwestii tego schorzenia, ale także dlatego, że bohater z defektem, który jest po prostu defektem, a nie zakamuflowanym superdopalaczem (jak ADHD w cyklu o herosach Riordana) to jednak swego rodzaju nowatorstwo. Trochę mniej cieszy fakt, że schemat 2+1 (dwóch chłopaków i dziewczyna) ciągle obowiązuje, bo jest już naprawdę wysłużony, a w innych konfiguracjach relacje między bohaterami można ciekawiej budować. Tylko że te relacje najpierw muszą nabrać jakiegoś głębszego wymiaru, czego u autora niestety nie ma. Cóż, jako zaletę można policzyć fakt, że cała trójka głównych bohaterów, mimo sztampowości (dajcie spokój, Wybraniec, Kolega Wybrańca aka Bystry Pajac i Ta Ładna – już Rowling zrobiła to lepiej), daje się lubić.
Bohaterem, który panu Evansowi naprawdę wyszedł, okazał się lokalny czarny charakter, doktor Hatch. Na jego przykładzie, może mało subtelnie, ale za to bardzo obrazowo (pewna prostota przekazu w powieściach młodzieżowych jest jednak wskazana) autor pokazał trochę obrzydliwej manipulacji w akcji. Wiecie, to ten rodzaj szwarccharakteru, który na pierwszy rzut oka nie wydaje się taki zły. Typowy przestępca w białych rękawiczkach, dobry wujek – sprawi, że będziesz opływać w luksusy. W zamian prawie niczego od ciebie nie zechce, tylko takiej drobnej przysługi od czasu do czasu, na przykład żebyś strącił samolot pasażerski… O ile w literaturze dla dorosłych ten typ przestępcy pojawia się stosunkowo często (w komiksie z resztą też), to w powieści młodzieżowej gości rzadko, moim zdaniem niesłusznie. Brawa dla autora za rezygnację ze schematu, według którego lokalne Zło musi być wredne i od samego początku odrażające.
Cóż jeszcze mogę powiedzieć o tej operującej schematem z X-menów rodem powieści? Nie jest to z pewnością literatura wybitna, ale kawałek solidnego burgera z frytkami w fabrycznym menu. Jeśli ktoś taki literacki fast food lubi, z pewnością będzie zadowolony. Trzeba jednak mieć na uwadze, że zakończenie jest otwarte jak wierzeje stodoły, więc kupno drugiego tomu będzie nieuniknione. Miejmy nadzieję, że wyjdzie niebawem.
Michael Vey to niezwykły nastolatek. Owszem, chodzi do szkoły, jego wyniki w nauce są raczej średnie, w sporcie też nie celuje, a urodę ma przeciętną. Bywa też obiektem zaczepek szkolnych chuliganów – cóż, kiedy choruje się na zespół Tourette’a, należy się spodziewać trudności. Całe szczęście, że to tylko uporczywe mruganie, a nie coś bardziej spektakularnego. Niemniej, Michael jest niezwykły z jeszcze jednego powodu – ma właściwości żywego paralizatora. I kiedy pewnego dnia nieopatrznie ich używa, jego życie zmienia się. Początkowo na lepsze, bo nagle staje się najpopularniejszym chłopakiem w szkole. Ale później pojawiają się ludzie, przed którymi matka próbowała go chronić przez czternaście lat. I przestaje być fajnie.
Zacznijmy może od narzekań. „Więzień celi 25” to książka dla młodszej młodzieży i autor już na początku popełnia błąd – przez pierwsze sto stron przynudza straszliwie. Rozumiem, że budowanie klimatu, że wprowadzenie postaci i tak dalej, ale trzeba mieć na uwadze, iż czytelnik sięgający po młodzieżową książkę, która nie jest romansem, łaknie przede wszystkim akcji. I jeśli ta akcja rozpoczyna się dopiero po jednej trzeciej powieści, to większość czytelników może nie doczekać. Na szczęście później jest już tylko lepiej.
Na bohaterów też mogę trochę ponarzekać, ale tylko trochę, bo się bronią. Po pierwsze, świetnym pomysłem było umieszczenie na pierwszym miejscu dzieciaka z Tourette’em. Głównie ze względu na wymiar dydaktyczny, bo sukces powieści z pewnością przyczyniłby się do zwiększenia świadomości społecznej w kwestii tego schorzenia, ale także dlatego, że bohater z defektem, który jest po prostu defektem, a nie zakamuflowanym superdopalaczem (jak ADHD w cyklu o herosach Riordana) to jednak swego rodzaju nowatorstwo. Trochę mniej cieszy fakt, że schemat 2+1 (dwóch chłopaków i dziewczyna) ciągle obowiązuje, bo jest już naprawdę wysłużony, a w innych konfiguracjach relacje między bohaterami można ciekawiej budować. Tylko że te relacje najpierw muszą nabrać jakiegoś głębszego wymiaru, czego u autora niestety nie ma. Cóż, jako zaletę można policzyć fakt, że cała trójka głównych bohaterów, mimo sztampowości (dajcie spokój, Wybraniec, Kolega Wybrańca aka Bystry Pajac i Ta Ładna – już Rowling zrobiła to lepiej), daje się lubić.
Bohaterem, który panu Evansowi naprawdę wyszedł, okazał się lokalny czarny charakter, doktor Hatch. Na jego przykładzie, może mało subtelnie, ale za to bardzo obrazowo (pewna prostota przekazu w powieściach młodzieżowych jest jednak wskazana) autor pokazał trochę obrzydliwej manipulacji w akcji. Wiecie, to ten rodzaj szwarccharakteru, który na pierwszy rzut oka nie wydaje się taki zły. Typowy przestępca w białych rękawiczkach, dobry wujek – sprawi, że będziesz opływać w luksusy. W zamian prawie niczego od ciebie nie zechce, tylko takiej drobnej przysługi od czasu do czasu, na przykład żebyś strącił samolot pasażerski… O ile w literaturze dla dorosłych ten typ przestępcy pojawia się stosunkowo często (w komiksie z resztą też), to w powieści młodzieżowej gości rzadko, moim zdaniem niesłusznie. Brawa dla autora za rezygnację ze schematu, według którego lokalne Zło musi być wredne i od samego początku odrażające.
Cóż jeszcze mogę powiedzieć o tej operującej schematem z X-menów rodem powieści? Nie jest to z pewnością literatura wybitna, ale kawałek solidnego burgera z frytkami w fabrycznym menu. Jeśli ktoś taki literacki fast food lubi, z pewnością będzie zadowolony. Trzeba jednak mieć na uwadze, że zakończenie jest otwarte jak wierzeje stodoły, więc kupno drugiego tomu będzie nieuniknione. Miejmy nadzieję, że wyjdzie niebawem.
Recenzja dla portalu Insimilion.
Tytuł: Michael Vey więzień celi 25
Autor: Richard Paul Evans
Tytuł oryginalny: Michael Vey: The Prisoner of Cell 25
Tłumacz: Patryk Sawicki
Cykl: Michael Vey
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2013
Stron: 400czwartek, 7 lutego 2013
Słabe żarna - "Żarna niebios" Maja Lidia Kossakowska
Recenzję sponsoruje Serenity, która pożyczyła mi książkę. Dziękuję!:)
„Żarna niebios” to poszerzona o
dwa teksty wersja debiutanckiego zbiorku Mai Lidii Kossakowskiej pt. „Obrońcy
królestwa” (chyba nikogo nie zaskoczę faktem, że wydawca nie raczył czytelników
poinformować o tym drobnym szczególe?). Jest też dobitnym dowodem na to, że
starzeję się jako czytelniczka fantastyki.
Zbiorek zawiera 10 opowiadań:
wszystkie te, które można było przeczytać w „Obrońcach Królestwa”, a dodatkowo
jeszcze teksty „Żarna niebios” i „Gringo”. I niestety, trudno w nim znaleźć
opowiadanie lepsze niż przeciętne.
Na pierwszy ogień idzie „Światło
w tunelu”, krótka historia chirurga plastycznego, który po wypadku samochodowym
zostaje porwany przez dwóch zdesperowanych aniołów. Historia planowana jako
lekka, zabawna i zaskakująca, w istocie okazuje się cienka jak zadek węża.
Bohaterowie zamiast bawić, irytują głupotą, fabuła jest przewidywalna, a i o
języku trudno powiedzieć coś poza tym, że jest poprawny (co mnie w sumie nie
zaskakuje, ale trochę szkoda).
„Dopuszczalne straty”, jeśli
oceniać je w kategorii opowiadań, są cienkie już nawet nie jak zadek węża, ale
jak żebro bakterii. Dla kogoś, kto nie czytał jeszcze „Siewcy Wiatru” mogą
nieść pewne zaskakujące nowości, ale pozostałych czytelników nawet nie
zadowolą. Zwłaszcza, że fabuły czy dobrej pointy nie ma co tam szukać. Tekst
sprawdza się jedynie jako uzupełnienie fabuły „Siewcy…” i jestem zaskoczona, że
nie pojawił się jako prolog powieści. Generalnie jednak przyczyna irytacji jest
w tym przypadku dość osobista: zaczęli mnie denerwować potężni archaniołowie
przekomarzający się jak rozszczebiotane licealistki i zwracający się do siebie
per Gabrysiu czy Luciu, co przy (mającej miejsce ładnych parę lat temu)
lekturze „Siewcy…” jakoś mi nie przeszkadzało. Pozostaje mieć nadzieję, że
autorka w późniejszych tekstach ograniczyła tę manierę, gdyż w innych
opowiadaniach zbioru jej natężenie jest mniejsze.
„Sól na pastwiskach niebieskich”
jest powodem, dla którego po tak słabym początku nie porzuciłam zbioru.
Historia anioła zakochanego w śmiertelniczce nie jest może ani szczególnie
oryginalna, ani zaskakująca, ale fajnie czasem poczytać prosty tekst
przemawiający do emocji i po babsku się powzruszać.
„Zobaczyć czerwień” jest z kolei
dowodem na to, że Kossakowska potrafi tworzyć całkiem dobre postaci kobiece –
tyle tylko, że z założenia patologiczne, bo inaczej wychodzą jej miękkie mameje
(a jeśli nawet nie, to autorka prędzej czy później zafunduje im lobotomię –
tak, nie mogę wybaczyć tego, co zrobiła z Hiją w „Zbieraczu Burz”). Dane jest
nam bowiem poznać Lilith, Matkę Demonów, egotyczną nimfomankę i generalnie wredną sukę,
po czym obserwujemy jej konflikt z Asmodeuszem. Fabularnie raczej nic
porywającego, ale i nie tragicznie złe.
W ocenie „Kosza na śmieci” niemal
na pewno jestem nieobiektywna, gdyż mam słabość do historii o artystach. A
tutaj mamy komiksiarza Adama, który po spotkaniu pod kioskiem faceta z tatuażem
na twarzy i bliznami na rękach dostaje obsesji stworzenia komiksu z takim
bohaterem. To tekst, jakiego spodziewałabym się raczej po Ćwieku, zważywszy na pomysł
z komiksem, ale język jest już stuprocentowo kossakowski. I mimo iż zakończenie
rozczarowuje, lektura była przyjemna.
„Smuga krwi” to z kolei całkiem
przyjemna historia o głębiańskim najemniku i dziewczynie. Główny bohater budzi
sympatię i chyba polubiłam go najbardziej z całego zbioru, ale z opowiadaniem
mam mały problem - mianowicie nie bardzo wiem, co autorka miała na myśli.
Wychodzi na to, że przesłanie brzmi „niektórzy są małymi, wrednymi kreaturami i
zawsze będą oceniać innych swoją miarą”, ale to byłoby tak łopatologiczne, że
aż szkoda na nie takiej fajnej historyjki.
„Żarna niebios” to kolejny tekst,
który uważam za słaby. Po pierwsze irytuje mnie Beryl – bohaterka, która w
nietypowych okolicznościach dołącza do dwóch aniołów, a potem w zasadzie znika,
stając się jakimś tam tłem. Po co tyle zachodu z wprowadzaniem bezużytecznej
postaci, ja się pytam? Po drugie fabuła, oparta na wykryciu spisku przeciw
anielsko-diabelskiej koalicji jest tak drętwa, że aż zęby bolą. A i sam pomysł
jakiś mdło poprowadzony – mam wrażenie, że można było wycisnąć z niego więcej.
„Wieża zapałek” dla odmiany znowu
jest tekstem przyzwoitym. Poznajemy w niej młodego anioła stróża, któremu jako
zastępcę przydzielają komandosa na rencie. Zamysł zdaje się był taki, żeby
ukazać budowanie prawdziwej, męskiej przyjaźni i proces upadku purytańskich
ideałów niedoświadczonego anioła oraz to, jak biedak sobie z tym radzi.
Opowiadanie wszystkie te postulaty realizuje i to w nawet fajny sposób, ale
relacje bohaterów wydają się zbyt płytkie. A szkoda.
„Gringo” jest opowiadaniem
nastawionym na rozbawienie czytelnika. W rzeczy samej, historia
demona-wygnańca, który z nudów postanowił pomóc małemu karierowiczowi wdrapać
się na szczyt, ale przedobrzył, niczemu innemu służyć nie może. Czyta się ją
całkiem przyjemnie i z uśmiechem plączącym się na wargach, a potem równie łatwo
zapomina.
„Beznogi tancerz” został
wykorzystany jako prolog do „Siewcy Wiatru” i jest chyba opowiadaniem z
najlepszą pointą w całym zbiorze. A sednem fabuły jest wytłumaczenie, skąd się
wziął Abbadon.
Cóż, zbiorem jestem raczej
zawiedziona – już od dawna rozrywkowe fabułki mnie nie zadowalają. Przyznam, że
gdybym teraz rozpoczynała od „Żaren niebios” znajomość z Kossakowską, raczej
nic więcej tej autorki bym nie przeczytała. Na szczęście są inne, lepsze
książki pani K.
Tytuł: Żarna niebios
Autor: Maja Ldia Kossakowska
Wydawnictwo: Fabryka słów
Rok: 2008
Stron: 509
Wydawnictwo: Fabryka słów
Rok: 2008
Stron: 509
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















