wtorek, 13 lutego 2018

"Zima" Michał Ochnik

Jak już kilkukrotnie zdarzało mi się wspominać, zawsze z zainteresowaniem śledzę literackie poczynania koleżanek blogerek i kolegów blogerów. Nie inaczej było w przypadku zapowiadanej od lat (od pierwszych zapowiedzi do wydania opłynęło jakieś trzy czy cztery lata) „Zimy”, debiutanckiej powieści Michała Ochnika, którego bloga śledzę prawie od początku. Byłam bardzo ciekawa, jak też autorowi udała się forma tak bardzo inna niż blogowa notka. I przyznam, że po lekturze uczucia mam nieco mieszane. Ale zacznijmy od początku.

Do Vadeline, małego, sennego miasteczka na rubieżach (które, z racji odkrycia sporego złoża złota w pobliżu niedługo nie będzie już ani małe, ani senne) przybywa ekscentryczny młody mężczyzna. Jego jedynym celem i marzeniem zdaje się być odbudowa lokalnego teatru oraz znalezienie niepublikowanych sztuk wybitnego dramaturga, Samuela Zimmermana, który właśnie w Vadeline się urodził i przez większość życia mieszkał. Jednak czy nie wydaje się odrobinę podejrzane, aby ktoś porzucił życie w stolicy i przeniósł się na totalne odludzie, w dodatku ładując w to odludzie małą fortunę li tylko z powodu obsesji na punkcie konkretnego autora? Czy za całą sprawą nie kryje się coś więcej? Przepis na udany zamach stanu na przykład?

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to język. Cała „Zima” jest, mam wrażenie, stylizowana na powieść dziewiętnastowieczną i widać to nie tylko w konstrukcji nazw rozdziałów, ale też w bardzo bogatym (żeby nie powiedzieć „barokowym”) języku. Zdania są krągłe, rozbudowane i często złożone, narrator używa bogatych epitetów, wszystko opisując w wielu słowy, co mnie osobiście  w gorszych momentach przypominało natchnione monologi Ani Shirley (choć przynajmniej aniowej śmiesznej górnolotności nam oszczędzono), a w lepszych narrację Jane Austen. I to jest w sumie zabieg, który mogę kupić, bo wyróżnia się na tle tych wszystkich przejrzystych stylów, jakich pełno w literaturze rozrywkowej.

Natomiast znaczne gorzej wyszła autorowi stylizacja i różnicowanie języka na potrzeby świata przedstawionego (i ten właśnie aspekt języka najbardziej mi w lekturze przeszkadzał). Z jednej strony postacie używają lokalnych idiomów (co jest zdecydowanie plusem, lubię takie smaczki), autor też podkreśla kilkukrotnie, że studenci przyjeżdżający z prowincji do stolicy znacznie różnią się wymową i manierami językowymi od tubylców, że czyjśtam akcent zdradzał pochodzenie, tyle że... to zróżnicowanie językowo-etniczne pozostaje jeno deklaratywne. Mimo narratorskich zapewnień w dialogach wszyscy posługują się jednakowym, bogatym językiem, takim samiutkim, jakiego używa narrator. I jestem w stanie uwierzyć, że takich barokowych fraz mógłby używać arystokrata czy przybyły właśnie ze stolicy młody człowiek z tytułem naukowym, ale trochę mi zgrzytają w ustach prowincjonalnego ulicznika czy prostego, starego myśliwego. A większość postaci drugo- i trzecioplanowych to właśnie tacy prości ludzie z prowincji, więc zgrzytały mi dość często.

Sami bohaterowie też mi zapewnili swego rodzaju dysonans poznawczy. „Zima” to tak naprawdę powieść bardzo kameralna. Nie dlatego, że autor okroił obsadę (ta jest bardzo rozbudowana), ale dlatego, że praktycznie cały dostępny czas antenowy zajął główny bohater, Victor Caillou. Jest to postać w pewnym stopniu udana: autor nakreślił nam portret nieco idealistycznego człowieka, takiego sympatycznego wariata, o którym wszyscy znajomi mówią, że jest nieco szurnięty, ale powszechnie się go lubi i daje zarażać entuzjazmem. Facet ma niezaprzeczalną charyzmę i jest bystrzachą na cztery nogi kutym, z takich raczej sprytnych niż odważnych. Oraz jest tajemniczy. I z tą tajemniczością mam problem. Do pewnego momentu ona naprawdę się sprawdza – sprawia, że bohater wydaje się czytelnikowi bardziej intrygujący, zaczyna budzić ciekawość. Problem w tym, że Victor do końca pozostaje tak bardzo tajemniczy, że właściwie niczego poza tu-i-teraz się o nim nie dowiadujemy. Owszem, wiemy, że brał udział w jakichś zbrojnych działaniach ruchu oporu, że był wziętym reżyserem w stolicy i kilka innych detali z przeszłości autor nam ujawnia, tyle że one nie mają znaczenia. Nie wiemy skąd Victor się właściwie wziął, co go ukształtowało, skąd bierze się jego postawa... Brak mu przeszłości. A do bohatera bez przeszłości, w dodatku takiego, co do którego ostatecznie trudno stwierdzić, czy jego obecny wizerunek nie jest aby tylko wystudiowaną maską, trudno się przywiązać.

Dlatego też znacznie ciekawiej wypadają drugoplanowi aktorzy tego przedstawienia. Moim chyba ulubionym był niedostępny arystokrata, niczym zły duch czający się w swej podmiejskiej rezydencji, który, mimo wielu różnic światopoglądowych, potrafił jednak wyjść poza ciasne postrzeganie świata. Sympatycznie wypada też trupa młodych aktorów, choć tak naprawdę niewiele o niej wiemy, oraz najlepszy przyjaciel głównego bohatera, Neil. Który ma wszystko, czego Victorowi jako postaci brakuje. Niestety, brakuje mu paru rzeczy, które lubiłam w Victorze.

Poza Neilem, wszystkich bohaterów łączy jedno – teatr ich w taki czy inny sposób odmienia i dla ludzi bardziej zaznajomionych z tematem byłoby tu spore pole do interpretacyjnego popisu (ja się nie podejmuję; o teatrze i jego toposach wiem tyle, że trzeba siadać twarzą do sceny). Przy okazji, autor też sporo nawiązuje do różnych dzieł kultury, ale pewnie jakieś 90% tego mi umknęło.

Najbardziej w całej powieści przemawia do mnie świat przedstawiony. Autorzy fantastyki wykazują nad wyraz intensywne zainteresowanie zimą (inne pory roku doprawdy mogą poczuć się pokrzywdzone), ale tutejsza wariacja na temat Królowej Śniegu wypada ciekawie. Oto bowiem mamy planetę o nieproporcjonalnie długiej zimie, indukowanej nie tylko warunkami astronomicznymi, ale też najwyraźniej magią Białej Królowej. Nie wiadomo za bardzo, czym ona właściwie jest, ale na pewno nie człowiekiem. Nie wiadomo, skąd się wzięła i jak można się jej pozbyć, ale od mniej więcej dwustu lat sprawuje niepodzielną i despotyczną władzę na planecie. Szczerze mówiąc, geneza Białej Królowej, historia jej podbojów oraz mechanizmy rządzące światem przedstawionym wydaje mi się znacznie bardziej interesująca, niż wydarzenia bieżące. Ale ostatnio ciągle tak mam.

I tylko zakończenie wydało mi się rozczarowujące. Nie chce za wiele zdradzać (tekst już i tak się robi ponadprzeciętnie długi jak na tego blogaska, nie nawykłam o pisania takich), ale... No, spodziewałam się czegoś więcej niż wyświechtanego, bezbarwnego banału. Po fabule tak bardzo odbiegającej od tego, do czego przyzwyczaiło nas fantasy (co prawda mamy tu ciągle wariację na temat szukania potężnego artefaktu, ale przyjemnie nietypowo podaną) liczyłam na równie kreatywne zakończenie. No to się przeliczyłam.

No i sama nie wiem. Z jednej strony jest to debiut i to napisany przed ładnych kilku laty, więc raz, że powinnam potraktować go ulgowo (taki mam zwyczaj względem debiutów). Z drugiej wiem, że autor zdążył się od tego czasu rozwinąć, przynajmniej jeśli chodzi o krótką formę (można sobie obejrzeć próbkę w lutowym numerze Nowej Fantastyki). „Zima” ma kilka ciekawych pomysłów, ale nie jest też wolna od typowych debiutanckich bolączek. Niemniej, autorowi mam zamiar bacznie się przyglądać, nie tylko ze względu na blogowe sympatie.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations.

Tytuł: Zima
Autor: Michał Ochnik
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2017
Stron: 388

środa, 7 lutego 2018

Na co poluje Moreni: luty 2018

Luty miał być miesiącem niezbyt obfitującym w premiery. Tymczasem człowiek budzi się któregoś dnia i stwierdza, ze jego kapownik jakoś podejrzanie spuchł od notatek z datami premier i tego typu rzeczy. Nie przedłużając więc, oto ksiązki, które mnie w lutym zainteresowały.

Chcę mieć:

"Matka Edenu" Chris Beckett
16 lutego

"Ciemny Eden" był fantastyczną lekturą, więc chcę się przekonać, jak wypadła druga książka autora z akcją osadzoną na tej samej planecie. Co prawda zdaję sobie sprawę, że przesunięcie akcji o kilkaset lat sporo zmienia, ale mam nadzieję, że będę tak samo zachwycona, jak za pierwszym razem.

Na dalekiej, pozbawionej słońca planecie, którą jej mieszkańcy nazywają Edenem, wyrosła cywilizacja. Ledwie parę pokoleń temu było ich kilkuset i tulili się do światła i ciepła edeńskich lampodrzew, bojąc się zapuścić dalej w zimny mrok. Teraz ludzkość rozeszła się po całym Edenie i powstały dwa królestwa, oba utrzymujące się dzięki przemocy i zdominowane przez mężczyzn. Oba mają się za prawowitych potomków Geli, kobiety, która przybyła na Eden dawno temu w łodzi pływającej między gwiazdami i stała się matką ich wszystkich. Młoda Gwiazdeczka Strumyk, spotykając przystojnego i potężnego mężczyznę, który przypłynął z drugiej strony Stawu, myśli, że znajdzie pole do popisu dla swojej ambicji i energii. Nie ma jednak pojęcia, że będzie musiała zostać zastępczynią Geli i nosić na palcu jej pierścień, a gdy obejmie tę rolę, jednocześnie pełną władzy i całkiem jej pozbawioną, spróbuje całkowicie odmienić historię Edenu.

"Walden" Henry David Thoreau
27 lutego

Przyznam szczerze, że średnio interesują mnie przemyślenia dziewiętnastowiecznego ekscentryka na temat przyrody same w sobie. Ale ten zbiór esejów jest tak klasyczny w anglosaskiej kulturze, że w co drugiej (jak nie częściej) książce "eko" z tamtych rejonów autor o nim wspomina, cytuje albo się powołuje. Więc warto by było się zapoznać i chyba mieć. W końcu, skoro przetrwało próbę czasu, to i literacko musi jakiś poziom prezentować.

Biblia wszystkich ekologów i ekoentuzjastów!
Książka, która zmieniła sposób patrzenia na otaczający nas świat
Henry David Thoreau (1817-1862) urodził sie w Concord - miasteczku, które w pierwszej połowie XIX w. Było jednym z centrów myśli amerykańskiej. Tutaj wokół mędrca - filozofa Ralpha Walda Emersona - zgromadzili się młodzi ludzie porwani ideami transcendentalizmu, dla których nadrzędną była idea odrodzonej ludzkości. Wśród nich był Thoreau: asceta, moralista, stoik, „bakałarz natury”, „poeta naturalista”, buntownik i mistyk - symbol amerykańskiego indywidualizmu. Nazywano go „produktem w stu procentach lokalnym”, gdyż rodzinne miasteczko stanowiło dla niego centrum świata. Próbował w życiu kariery nauczyciela, był robotnikiem, pomocnikiem, redaktorem, wykładowcą, a nawet producentem ołówków.

"Legion płomienia" Anthony Ryan
28 lutego

Pierwszy tom cyklu, mimo pewnych wad, bardzo mi się spodobał. Na tyle, że chętnie dam szansę kolejnemu. 

Legion płomienia to drugi tom cyklu Draconis Memoria, epickiej fantasy o wartkiej, obfitującej w magiczne przygody fabule osnutej wokół okrutnej wojny, w której wykuwają się zręby nowego cesarstwa.
Claydon Torcreek uszedł cało z rojącej się od smoków dżungli, wymknął się wrogim tubylczym plemionom i uniknął zimnego tchnienia zdrady, a mimo to jego kłopoty dopiero się zaczęły.
Legendarny biały smok, którego istnienie do niedawna wkładano między bajki, obudził się z długiego snu powodowany żarliwym pragnieniem spopielenia świata ludzi. Jedno miasto padło już ofiarą jego potężnych legionów, a następne wkrótce pójdą w jego ślady – chyba że Clay zdoła odkryć prastary sekret pogrzebany w lodach dalekiego południa. Aby tego dokonać, będzie musiał po raz kolejny zmierzyć się z niewyobrażalnym zagrożeniem. Różnica jest taka, że tym razem w jego rękach spoczywa los nie tylko ojczystego kraju, lecz całego świata.

Chcę przeczytać

"Idiota skończony" antologia
2 lutego

Co prawda wyjątkowo mi nie leży wizualna strona nowych fabrycznych antologii (znaczy technicznie do tych zmutowanych potworów nic nie mam, po prostu nie jarają mnie zmutowane potwory), ale ponieważ miało się w niej znaleźć nowe opowiadanie Białołęckiej, to dałabym się skusić.

Dwunastu autorów, dwanaście światów, dwanaście opowieści.
Ocalały z apokalipsy, wiedźma pracująca w małej kawiarni, mechanik na kosmicznym skokowcu, zwykły urzędnik, któremu powierzono bardzo szczególne dziecko. Wszyscy walczą, choć każdy na swój własny sposób i o coś innego- o przetrwanie, o niezależność, o sukces lub spełnienie marzeń. Wszyscy podejmują głupie decyzje i ponoszą ich konsekwencje. I wszyscy zdają się zapominać, że choć nadzieja jest matką kochającą, to jednak matkuje głupcom. Idiotom skończonym.

"Jak wytresować smoka" Cressida Cowell
13 lutego

Wiem, że książka niewiele ma wspólnego z jedna z moich ulubionych animacji, ale to nie zmienia faktu, że chciałabym się z nią zapoznać. Tylko w sumie to nie bardzo wiadomo, kiedy wychodzi, bo pierwotną datą był 5 lutego.

Każdy początkujący wiking musi stawić czoła śmiertelnie groźnemu smokowi, by dowieść swej nieprzeciętnej odwagi.
Momencik… To ma być jakiś żart?!
Halibut Straszliwa Czkawka Trzeci (dla przyjaciół po prostu Czkawka) nie ma najmniejszej ochoty czegokolwiek udowadniać. Zwłaszcza jeśli ma to związek ze szponami jak brzytwy i paszczami ziejącymi ogniem! Będzie musiał coś wymyślić, żeby poskromić smoka po swojemu, ocalić honor, no i ujść z życiem.

"Pszczoły" Joachim Petterson
14 lutego

Kolejna książka z nurtu "eko" (mam wrażenie, że ostatnio ich tu znacznie więcej niż fantastyki) i, cóż za zaskoczenie, znowu o pszczołach. Malutka, więc mogę się zapoznać, co mi tam. 

Pszczoły = życie
Czytaliście z wypiekami na twarzy Historię pszczół Mai Lunde? Nadszedł czas by dowiedzieć się więcej o tych fascynujących owadach i zaprosić je do swego ogrodu.
„Gdy zginie ostatnia pszczoła, ludzkości pozostaną tylko cztery lata życia” – to zdanie przypisywano przez lata Albertowi Einsteinowi. Dziś biolodzy biją na alarm, a organizacje proekologiczne organizują kolejne akcje na rzecz ratowania zmniejszającej się populacji owadów, od których zależy nasze życie i życie naszej planety. Powagę sytuacji pojął Joachim Petterson i z grafika przekwalifikował się na… pszczelarza. A dokładniej stał się pszczelarzem po godzinach i dziś pasji tej poświęca każdą wolną chwilę. Jest znawcą zwyczajów pszczół, wie, jak je obłaskawić i jak zapewnić im idealne warunki życia w przydomowym ogrodzie. W tej książce zebrał wszystkie swoje doświadczenia, anegdoty i przemyślenia. Konkretne porady sąsiadują tu z osobistymi opowieściami o zakładaniu pasieki. O swojej pasji Petterson opowiada z przejęciem i prawdziwym zaangażowaniem, które udzielają się czytelnikom.
Teraz czas na Was! Obudźcie się do życia razem z pszczołami. To najsłodsza książka tej wiosny.

"To, co najlepsze" tom 1 Harlan Ellison
15 lutego

Nie znam żadnego tekstu Ellisona i chyba nadarzyła się okazja, żeby to nadrobić. Toteż skorzystam, bo zewsząd słyszę tylko pozytywne opinie. Mam już ebooka, będzie czytanie.

Najważniejsza premiera fantastyczna ostatnich lat!
Harlan Ellison – kontrowersyjny geniusz światowej literatury, prowokator nieustannie testujący granice wyobraźni. Obsypany nagrodami, zaliczony w poczet wielkich mistrzów SF i horroru. Jego twórczość była inspiracją m.in. dla Neila Gaimana, Dana Simmonsa, Jamesa Camerona i rodzeństwa Wachowskich. "To, co najlepsze" to dwutomowa kolekcja, po raz pierwszy ukazująca polskim czytelnikom bogactwo i różnorodność dorobku tego niezwykłego pisarza i scenarzysty. Drugi tom ukaże się jesienią 2018.
Nie mogę wyobrazić sobie science fiction późnego XX wieku bez Harlana Ellisona. Byłoby nudno!
Ursula K. Le Guin
Nowa Fala zrewolucjonizowała amerykańską fantastykę. A Harlan Ellison zrewolucjonizował Nową Falę. Dostał za to – między innymi nagrodami – jedenaście Hugo i pięć Nebuli. "Ptak śmierci", "Nie mam ust, a muszę krzyczeć", "Dziwne wino", "Ukorz się, pajacu, rzecze Tiktaktor". I mój faworyt: "Chłopiec i jego pies". Żaden szanujący się miłośnik fantastyki nie może sobie pozwolić na to, by nie znać Harlana Ellisona. A poznać naprawdę warto. Ręczę za to moim słowem.
Andrzej Sapkowski
Moje opowiadania ruszają w świat i wywołują piekło. Od czasu do czasu jakiś oszczerca lub urażony krytyk mówi: „Napisał to tylko po to, żeby szokować”. Uśmiecham się wtedy i kiwam głową. Dokładnie tak.
Harlan Ellison w liście do Stephena Kinga
Harlan jest gigantem wśród ludzi pod względem odwagi, waleczności, wymowy, dowcipu, czaru, inteligencji – pod każdym względem oprócz wzrostu.
Isaac Asimov we wstępie do "Niebezpiecznych wizji"


"Elegia dla bidoków" J. D. Vance
15 lutego

Kiedy już zbiorę się na powrót do literatury głównonurtowej to będzie jedna z książek, od których zamierzam zacząć. A tymczasem notuję sobie ku pamięci.

Od ponad 60. tygodni bestseller „New York Timesa”, niemal 2 miliony sprzedanych egzemplarzy. Prawa do tłumaczenia nabyli wydawcy z kilkunastu krajów. W produkcji film w reżyserii Rona Howarda.
Zdaniem recenzentów i czytelników Elegia dla bidoków odpowiada na pytanie: dlaczego Donald Trump wygrał wybory.
Porażająca, choć niepozbawiona humoru opowieść o dorastaniu w biednym miasteczku w „pasie rdzy”. To również napisana z uczuciem i zaangażowaniem analiza kultury pogrążonej w kryzysie – kultury białych Amerykanów z klasy robotniczej. O zmierzchu tej grupy społecznej, od czterdziestu lat ulegającej powolnej degradacji, powiedziano już niejedno. Nigdy dotąd jednak nie opisano jej z takim żarem, a zwłaszcza – od środka.
Historia Vance’ów zaczyna się w pełnych nadziei latach powojennych. Ciężką pracą udało im się awansować do klasy średniej, a ukoronowaniem sukcesu stał się J.D., który jako pierwszy w rodzinie zdobył dyplom wyższej uczelni. Vance pokazuje jednak, że nie da się uciec od spuścizny przemocy, alkoholizmu, biedy i traum, tak typowych dla rejonu, z którego się wywodzili.
Elegia dla bidoków to aktualne i niepokojące rozważania o tym, że znaczna część Stanów Zjednoczonych straciła wiarę w amerykański sen, co znalazło odzwierciedlenie w wyniku ostatnich wyborów prezydenckich. To książka, która pokazała Amerykanom z dużych miast, jak mało wiedzą o swoich rodakach, jak mylne mają o nich wyobrażenie. Ciepła, wyrozumiała narracja Vance’a stała się ważnym głosem w dyskusji o rozwarstwieniu społecznym. W tym sensie jest to rzecz uniwersalna, rzuca nowe światło na podziały społeczne i polityczne również w Polsce.


"Słodziutki. Biografia cukru" Dariusz Kortko, Judyta Watoła
15 lutego

Na fali popularności przeróżnych książek popularnonaukowych wypływają również pozycje o jedzeniu. "Słodziutki" zainteresował mnie tym, że poza pochyleniem się nad pozycją cukru w dietetyce obiecuje również przybliżenie historii "białej śmierci". Chętnie bym poznała.

Nasze komórki nie wiedzą, że jedzenia jest pod dostatkiem. Działają, jak od milionów lat: oszczędzają energię i robią zapasy. Tymczasem dziś zagrożeniem  nie jest brak energii, lecz jej nadmiar. Bo wciąż karmimy się cukrem.
Dlaczego królowa Elżbieta I miała czarne zęby? Czy Polacy na Haiti walczyli o niepodległość czy o cukier? Jak radzono sobie bez cukru w czasie okupacji, i za PRL-u, gdy był na kartki? Kto dzisiaj produkuje najwięcej cukru na świecie? I wreszcie co jest bardziej niebezpieczne dla człowieka: cukier? Czy tłuszcz?
„Słodziutki” to opowieść o substancji, która przebojem wdarła się na nasze stoły i rozpycha się na nich coraz bardziej. Wiele tu historii o wojnach, niewolnikach, wielkich odkryciach geograficznych, powstaniach, piratach, ogromnych fortunach i kryzysach, w których cukier odgrywał pierwszoplanową rolę. Autorzy przytaczają wiele zaskakujących, często mrożących krew w żyłach faktów medycznych, przykładów kryminalnych wręcz praktyk koncernów spożywczych oraz dowodów manipulowania badaniami naukowymi przez lobbystów wielkiego biznesu.
Prof. Leszek Czupryniek, diabetolog, jeden z bohaterów książki, ostrzega: Jeśli ktoś będzie zjadał pięć pączków dziennie, za dziesięć lat oślepnie.


"Czerwony śnieg" Ian R. MacLeod
16 lutego

MacLeod nie jest moim ulubionym autorem Uczty Wyobraźni, niemniej jednak jestem ciekawa jego kolejnej pozycji. Choć nie śpieszy mi się.

Na pobojowisku po ostatniej wielkiej bitwie Wojny Secesyjnej rozczarowany życiem unionista-lekarz natrafia na obrabiającą trupy dziwną postać i jego życie zmienia się na zawsze…
W Strasburgu, parę lat przed Rewolucją Francuską, konserwator obrazów dostaje zlecenie namalowania cyklu portretów pięknej kobiety w różnych fazach jej życia, choć sama kobieta najwyraźniej się nie starzeje…
W Nowym Jorku z czasów prohibicji młoda marksistka pojawia się nagle wśród elit, w dodatku podszywając się pod osobę, która nigdy nie istniała…
Czerwony śnieg to powieść o miłości i krwi, o ideach i snach, a wszystko wiąże w całość tajemnicze stworzenie wywiedzione z najmroczniejszych przedwiecznych ludzkich mitów, które cudem przetrwało do dzisiejszych czasów, wciąż rośnie i wciąż zabija…


"Kształt wody" Guillermo del Toro, Daniel Kraus
27 lutego

Plan jest taki, żeby najpierw obejrzeć film, ale nie wiem, czy w napięty grafik okołowalentynkowy dam radę wcisnąć kolejny seans. No zobaczymy. W każdym razie, jeśli się nie uda, to zadowolę się tą nowelizacją (upowieściowienie to takie brzydkie słowo).

Porywająca opowieść o kobiecie i jej samotności, o mężczyźnie i jego traumie oraz o niezwykłej istocie, która na zawsze zmienia te dwa życia.
Przygotujcie się na nowe wrażenia, jakich dotąd nie wywołała żadna książka ani film!
Tajny rządowy Ośrodek Badań Kosmicznych Occam w  Baltimore otrzymuje do analizy niezwykły obiekt: humanoidalną istotę schwytaną w wodach Amazonii. W laboratorium toczy się gra wywiadów i sprzecznych stanowisk: jedni naukowcy chcą stworzenie uśmiercić i zbadać jego organizm, by odkryć tajemnicę odległych podróży kosmicznych, inni natomiast proponują utrzymywać go przy życiu dla dobra postępu technologicznego. Tymczasem pomiędzy istotą a opiekującą się nim w  tajemnicy jedną z  woźnych, która porozumiewa się ze stworem za pomocą języka migowego, nawiązuje się zaskakująco głęboka więź…
Na podstawie pomysłu Daniela Krausa Guillermo del Toro nakręcił film uhonorowany Złotym Lwem na festiwalu filmowym w Wenecji oraz dwoma Złotymi Globami za reżyserię i muzykę, uznany powszechnie za najlepsze dzieło tego reżysera od czasu Labiryntu fauna.


"Pułapka czasu" Madeleine L'Engle
28 lutego

To już mocno leciwa powieść młodzieżowa, ale jestem ciekawa, czy przetrwała prób czasu. no i ktoś postanowił ją zekranizować, więc miło będzie sprawdzić, jak się oryginał ma do filmu. Acz w zapowiedziach na stronie wydawnictwa jeszcze jej nie ma, więc nie przywiązywałabym się do daty.

Wydanie związane z wejściem na ekrany pełnometrażowego filmu, zawierające wprowadzenie reżyserki Avy DuVernay.
W roku 1962 Madeleine L’Engle zadebiutowała powieścią „Pułapka czasu”, która w roku 1963 została nagrodzona Newbery Medal. Łącząca naukę i fantastykę, ciemność i światło, strach i przyjaźń historia stała się klasyką literatury dziecięcej i jest uwielbiana na całym świecie. A teraz Disney przenosi ją na srebrny ekran! Ekranizacja w gwiazdorskiej obsadzie, w której znaleźli się: Oprah Winfrey, Reese Witherspoon, Mindy Kaling, Chris Pine i nowicjuszka Storm Reid, ożywi świat „Pułapki” dla nowego pokolenia fanów.


Dodatkowo:

"Naznaczeni błękitem" i "Drugi Krąg" Ewa Białołęcka
15 lutego

Czytałam te książki kilka lat temu (nawet jest moja stara recka tutaj), mam nawet zbiór opowiadań, który był dla nich podstawą. Chętnie uzupełnię swój księgozbiór o cały cykl, jeśli tylko będzie wiadomo coś konkretnego na temat kontynuacji.

Nowe pokolenie młodych czytelników ma okazję poznać cykl „Kroniki Drugiego Kręgu” Ewy Białołęckiej, pierwszej damy polskiej fantasy dla młodzieży.
Jeszcze w tym roku wznowienia dwóch kolejnych części oraz długo wyczekiwany ostatni tom serii!
Ewa Białołęcka ‒ najbardziej utytułowana polska pisarka fantasy. Była ośmiokrotnie nominowana do Nagrody Zajdla ‒ trzy razy za powieści, pięć za opowiadania. Statuetkę zdobyła dwukrotnie, za opowiadania Tkacz Iluzji i Błękit maga.
Głuchoniemy Kamyk ‒ pseudonim Smoczy Jeździec, Nocny Śpiewak porośnięty długą sierścią, Jagoda albinoska ‒ każdy boryka się z własną niedoskonałością, ucieka przeznaczeniu i szuka indywidualnej drogi. Bohaterowie są obdarzeni magicznym talentem, jednak muszą za swoje uzdolnienia zapłacić kalectwem. To książka o dorastaniu, przyjaźni i szukaniu drogi w świecie.

sobota, 3 lutego 2018

Stosik #100

Hm, wygląda na to, że stuknął setny stosikowy wpis na blogu. Mogłabym zorganizować jakieś okolicznościowe podsumowanie czy coś, ale za późno się zorientowałam, więc takich rzeczy nie będzie. Będzie za to pokaz zdobyczy z zeszłego miesiąca.;)


Stosik dość skromny, takie lubię - jedna książka kupiona (bo czasopisma to przecież nie książki), jedna do recenzji. Żeby nie przedłużać, do rzeczy.

Na samej górze 6 numerów polskiej edycji "Fantasy & Science Fiction", które nabyłam dzięki Pawłowi z bloga Se czytam - podrzucił mi link do fenomenalnej promocji w sklepie Powergraphu, gdzie już za niecałe dwie dyszki można ten przecudnej urody pakiet nabyć. Kurczę, aż szkoda, że pismo już nie żyje. Prenumerowałabym.

Niżej efekt odwiedzin w bibliotece - "Szpony i kły", czyli antologia fanfików wydana w związku z dwudziestymi urodzinami Wiedźmina. Kupić bym raczej nie kupiła (bo droga, brzydko wydana i znanych nazwisk jak na lekarstwo), ale jak już było w bibliotece to czemu nie sprawdzić, co z tego wyszło.

Dalej - jedyny zakup książkowy. Na "Życie pasterza" czaiłam się, czaiłam i jakoś kupić nie mogłam, bo niby recenzje w blogosferze bardzo pozytywne, niby lubiany nurt "eko", ale jakoś nie byłam skłonna zapłacić pełnej ceny okładkowej. Aż tu wtem - w empiku przecenili do -50%. No to wzięłam, mam nadzieję, że się nie zawiodę.

Dwie kolejne pozycje to wygrane w grudniowych blogowych konkursach, które doszły w styczniu. "Stacja centralna" przyszła do mnie od Misie czytanie podoba - to twarde SF. Sama jeszcze nie zaglądałam, ale Luby już zdążył się od niego odbić. Nie zniechęcam się, w końcu autor, którego wydają również w UW nie może być beznadziejny. "Krzyk morskich ptaków" wygrałam z kolei w konkursie na Dowolniku i tutaj mam już konkretne oczekiwani. Trochę szkoda, że książka ma taki nieporęczny format - wolę mniejsze i zgrabniejsze, takie w jakich wydaje się np. książki Wohllebena bez ilustracji. Większe IMO sprawdzają się tylko w wypadku, kiedy pozycja zawiera albumowe zdjęcia na kredowym papierze. Ta nie zawiera. Ale może treść wynagrodzi mi niewygody czytania.

Na czytniku zaś przedpremierowa recenzencka świeżynka od Prószyńskiego i s-ki, czyli "To, co najlepsze". Wszyscy chwalą tego autora, a ja jeszcze nie znam żadnego jego opowiadania, więc trochę się jaram. Jak mi się spodoba, to zakupie papier.:P

No i co by tu przeczytać: opowiadania, coś "eko", a może powieść fantasy? ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...