Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbiór opowiadań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbiór opowiadań. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 grudnia 2023

"Dynia i jemioła" Aneta Jadowska

 

Z twórczością Anety Jadowskiej to ja mam love-hate relationship. Z jednej strony unikam jak ognia powieści, bo po krótkich formach już wiem, że dłuższe tylko by mnie wymęczyły (poza tym wszystkie fantastyczne rozgrywają się w tym samym uniwersum i są powiązane a o ile kilka mogłabym zaryzykować, to na pewno nie mam zamiaru czytać każdej). Z drugiej wciąż i wciąż sięgam po opowiadania, chyba w próbie zrozumienia fenomenu popularności pisarki. Jak dotąd próba ta nie jest szczególnie udana, ale z jakiegoś powodu nie mogę jej zarzucić. 

wtorek, 18 października 2022

"Miłość, śmierć i roboty" antologia

Netflixowy serial „Miłość, śmierć i roboty” należy do moich ulubionych produkcji tej platformy. Wiedziałam, że większość odcinków w każdym sezonie to ekranizacje opowiadań i w marzyłam, żeby kiedyś te wszystkie pierwowzory przeczytać. Wydawnictwo Nowa Baśń zdawało się czytać mi w myślach i wydało oficjalna antologię serialu. A księgarnia TaniaKsiazka.pl była uprzejma udostępnić mi „Miłość, śmierć i roboty”.

środa, 9 lutego 2022

"Straszliwe młode damy i inne osobliwe historie" Kelly Barnhill


Kelly Barnhill mam na swojej liście do przeczytania (i na półce Legimi) już od dawna. Jej powieści dla młodszych czytelników nieodmiennie są bardzo ciepło przyjmowane, a mi właśnie rośnie młodszy czytelnik, więc warto trzymać rękę na pulsie. Tymczasem autorka napisała zbiór opowiadań dla dorosłych, a Wydawnictwo Literackie postanowiło go wydać po polsku. Sami więc rozumiecie, że lektura była tylko kwestią czasu.

sobota, 16 października 2021

Antologia zajdlowa 2020


Ha, w tym roku mi się udało i przeczytałam wszystkie opowiadania nominowane do nagrody im. Janusza Zajdla. Pewnie pomógł w tym fakt, że było ich tylko pięć, a jedno znałam już wcześniej. I chociaż sama nie oddałam głosu, tak chętnie się z Wami podzielę wrażeniami z lektury tych tekstów (które przez jakiś czas były dostępne do pobrania za darmo, jak co roku). 

środa, 13 października 2021

"Harde baśnie" antologia


Harda Horda to jedna z tych inicjatyw w światku fantastycznym, która nieodmiennie budzi moje ciepłe uczucia. Takoż, kiedy pojawiła się opcja przeczytania kolejnej antologii grupy, „Hardych baśni” byłam zainteresowana. Poprzedni zbiór, „Harda horda”, bardzo miło mnie zaskoczył. I chyba w tym jest problem: wtedy nie wiedziałam czego się spodziewać. A teraz spodziewałam się bardzo wiele. I to chyba było za dużo.

czwartek, 24 grudnia 2020

"Fantastyczne opowieści wigilijne" antologia


Mam słabość do antologii i zbiorów opowiadań. Szczególnym uczuciem darzę jednak antologie tematyczne. Wiecie, losowe (czy też, ściślej rzecz ujmując, według widzimisię redaktora) zbiory opowiadań są fajne, ale kiedy teksty dobierane (lub zamawiane) są według jakiegoś klucza, bywa znacznie ciekawiej. No i nic człowieka nie wybija z nastroju, co akurat przy tematyce świątecznej jest dość istotne.

sobota, 21 listopada 2020

"Cud, Miód, Malina" Aneta Jadowska


Aneta Jadowska jest jedną z tych autorek, które mają niesamowicie prężny i dość duży jak na polskie warunki fandom, a której twórczość nieszczególnie mnie do tej pory interesowała. O sztandarowej heksalogii o Dorze Wilk słyszałam już wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że jest nie dla mnie, a pozostałe powieści stanowiły do tej serii spinoffy, co też jakoś nie zachęcało. Aż trafiłam w „Hardej Hordzie” na opowiadanie autorki zupełnie niezwiązane z pozostałymi powieściami: zamiast samotnej wiedźmy w wielkim mieście mamy tutaj liczny i zżyty ze sobą klan wiedźm małomiasteczkowych.

piątek, 11 września 2020

"Harda Horda" antologia


Kilka lat temu usłyszałam o inicjatywie, jaką jest Harda Horda. Ot, dwanaście (a potem trzynaście) autorek postanowiło się nieoficjalnie zrzeszyć, aby wzajemnie się wspierać, doradzać i mieć większą silę przebicia w ramach promocji swoich tekstów. Przyznam, że od razu zaczęłam żywić do inicjatywy ciepłe uczucia, bo poza autorkami szeroko znanymi były w niej i te panie, które nie miały do tej pory szczęścia do wydawców (bo fakt, że coś się wydało, ale słuch o autorze zaginął niekoniecznie musi świadczyć o marności dzieła tudzież braku potencjału komercyjnego autora. Przykładem niech będzie tułająca się przez lata od jednego niszowego wydawcy do drugiego Agnieszka Hałas czy Marta Kisiel, którą po pierwszej książce wydawca spisał na straty).

Dwa lata temu SQN zaczął wydawać raz do roku wypasione, bogato ilustrowane antologie (na ten rok też były ponoć jakieś plany, ale pandemia pokrzyżowała). W 2018 były to „Inne światy”, w zeszłym roku wyszła w tym formacie „Harda Horda”. Tom zawierał po jednym opowiadaniu każdej zrzeszonej autorki, a poza tym mnóstwo bardzo ładnych ilustracji (niestety, czarnobiałych ku pewnemu mojemu ubolewaniu). Pozwólcie, że pochylę się nad każdym tekstem z osobna. Są na tyle różne, że nie ma sensu omawiać ich w jakikolwiek sposób zbiorczo.

poniedziałek, 27 kwietnia 2020

"Wydech" Ted Chiang


Kiedy człowiek sięga po autora niezwykle uznanego zawsze pozostaje obawa, że się rozczaruje. Sięgając po „Wydech” Teda Chianga nie byłam wyjątkiem. Autor ten nie jest może szeroko rozpoznawany (choć od chwili ekranizacji jednego z jego opowiadań z pewnością bardziej) i nie osiągnął u nas szalonej popularności, ma jednak etykietkę pisarza wybitnego i w pewnych kręgach fandomu nie wypada go nie znać. Jest też znany z bardzo niekomercyjnego trybu pisania: podczas gdy obecnie wydawcy wymagają od swoich autorów spłodzenia opasłego tomiszcza w maksymalnie dwa lata, a w międzyczasie najlepiej jeszcze kilku krótkich tekstów, Chiang pisze wyłącznie opowiadania. A i tych niewiele, bo jak dotąd nazbierało się ich na dwa nieduże zbiorki. Pozostawało pytanie, czy ilość przekłada się na jakość. 

poniedziałek, 16 lipca 2018

Antologia zajdlowa 2018

W tym roku po raz pierwszy udało mi się przeczytać antologię zajdlowych opowiadań. Moja motywacja była tym silniejsza, że zbiór zawierał wszystkie nominowane teksty (w zeszłym roku niestety nie). W świetle tych faktów mogę stwierdzić, że nie zaskoczył mnie zwycięzca tegorocznej edycji plebiscytu. Co nie znaczy, że jestem wyborem czytelników jakoś szczególnie usatysfakcjonowana.

Przyznam, że zaczynając lekturę spodziewałam się czegoś więcej. Wiecie, dobre opowiadania są dobre, ale po nominacjach do najbardziej rozpoznawalnej polskiej nagrody gatunkowej spodziewałam się jednak choć trochę zachwytów. Tymczasem ogólny poziom tekstów jest mniej więcej taki sam, jak ogólny poziom tekstów w polskich antologiach fandomowych, jakie ostatnio miałam okazję czytywać... Nie, że zły. Raczej uśredniony.

Przejdźmy jednak do samych tekstów. Pozwólcie, że dla odmiany będę je omawiać w innej kolejności, niż autorzy ułożyli je w antologii. Zacznę więc od tekstu, który w tym roku zgarnął Zajdla, czyli od „Szaławiły” Marty Kisiel. Jak pisałam wyżej, nie dziwi mnie jego wygrana. Kisiel jest autorką o największym doświadczeniu spośród wszystkich nominowanych pisarzy i to widać – tekst czyta się najpłynniej i przyznam, że ze spora przyjemnością (co jest pewnym osiągnięciem, biorąc pod uwagę, że kompletnie nie znam uniwersum, do którego należy). To właśnie (razem z popularnością autorki) przyczyną zwycięstwa. Sama historia jest prosta (jak dla mnie nawet za prosta) i krzepiąca, główna bohaterka (czterdziestoletnia pani doktor, szukająca po licznych wojażach i pogrzebie toksycznej matki własnego miejsca na świecie) sympatyczna... No samograj.

Osobiście miałabym jednak dwóch innych faworytów (trochę na zasadzie, że Marta Kisiel już jednego Zajdla zgarnęła, niech da szansę innym). Pierwszym jest „Chwała” Przemysława Zańko, która nie dość, że jest dobrze napisana od strony technicznej, to jeszcze ciekawie recyklinguje mocno już wyeksploatowane motywy. Czyli Wojnę Trojańską (wiem, że to już bardziej topos, niż jakiś tam motyw, ale umówmy się - niewiele jest rzeczy w literaturze, do których nawiązywano częściej) oraz steampunk. Z tym, że autor nie poszedł na łatwiznę, przenosząc założenia homeryckiej opowieści w realnia plus-minus dziewiętnastego wieku. Raczej stworzył parową Starożytną Grecję. Ale akurat tło opisywanych wydarzeń jest najmniej istotne – Zańko bowiem napisał tekst mocno antywojenny z perspektywy najczęstszych ofiar wojny – kobiety i dziecka. A zresztą, co ja wam będę pisała – Ninedin zrobiła to lepiej, czytajcie u niej.

Drugim opowiadaniem jest cyberpunkowa „#Eudajmonia” Magdaleny Kucenty. To również dobrze napisany tekst z technicznego punktu widzenia. Mam jednak wrażenie, że trochę za dużo grzybków nam autorka do niego wrzuciła. Teoretycznie skupiła się na bohaterce i jej problemach z rozbitą psychiką i ogromną ilością nieprzepracowanych traum. Co jest wątkiem moim zdaniem najlepiej dopracowanym, jak na główny wątek przystało. Niemniej, mamy tu jeszcze: pytanie o cenę postępu, pochwałę wyższości reala nad wirtualem (która wypada chyba najsłabiej, bo jest poprowadzona ścieżką najbardziej oczywistych motywów), wątek budowania relacji z ludźmi, środowisko internetowych graczy oraz krytykę pewnych praktyk dużych korporacji. Wolałabym, żeby autorka kilka grzybków z tego barszczu wyłowiła.

Zdecydowanie słabiej wypadły dwa ostatnie teksty. „Ecce homo” Leszka Bigosa to kolejna wariacja na temat opowieści biblijnej na zasadzie „A co by było, gdyby Piłat nie skazał Jezusa”. Przyznam, że w polskim środowisku fantastycznym, w którym najpopularniejszą wariacją na temat niezmartwychwstałego Jezusa ciągle są inkwizytorskie teksty Piekary, opowiadanie Bigosa ma pewien urok. Przede wszystkim jest znacznie subtelniejsze niż można by się spodziewać. Zamiast wybijania zębów, przedmurza i oko za oko jest w nim melancholia, smutek i pewna rezygnacja. Niemniej, to trochę za mało.

„Diabolus ex machina”
Dawida Cieśli zdecydowanie najmniej przypadł mi do gustu. I w sumie trudno powiedzieć dlaczego. Technicznie jest nieco gorzej napisany, a w wykreowany świat czytelnik wkracza zdecydowanie mniej intuicyjnie niż można by oczekiwać (oraz: czy ja widzę nawiązania do Dukaja?). Autor ma kilka ciekawych pomysłów, ładnie gra znanymi „diabelskimi” motywami (jak cyrografy chociażby), odwołuje się do streampunkowego (clockpunkowego?) instrumentarium, ale to wszystko razem nie tworzy całości, która wzbudziłaby we mnie cieplejsze uczucia.

Nie wiem, czy poziom antologii jest reprezentacyjny dla wszystkich roczników. Podejrzewam, że im więcej znanych nazwisk, tym lepsza średnia. Z drugiej strony, dobrze, że pojawiają się w zajdlowym konkursie całkiem nowi autorzy. Przecież nie da się zbyt daleko zajechać na kilku oklepanych nazwiskach.
 
Antologię za darmo można pobrać tutaj.

wtorek, 17 kwietnia 2018

"Szpony i kły" antologia


„Szpony i kły” to antologia będąca owocem konkursu Nowej Fantastyki, zorganizowanego z okazji trzydziestolecia powstania Wiedźmina. Jak każda z podobnych inicjatyw (nie dość, że opowiadania pisane głównie przez amatorów-debiutantów, to jeszcze fanfiki do znanej, budzącej konkretne, duże oczekiwania marki) spotkała się ze sporym sceptycyzmem w środowisku. W uzyskaniu sympatii nie pomogły też bezczelne działania marketingowe ze strony wydawnictwa (wielkie nazwisko Sapkowskiego na okładce sugeruje, że to książka jego autorstwa, tymczasem nawet redaktorem tego zbioru nie był. Malutkie „przedstawia” może łatwo umknąć). Ale czy wypada skreślać książkę tylko w wyniku działań prowadzonych wokół niej? Sama wolałam poczekać ze skreślaniem do czasu poznania treści.

Ostatnio trafiła mi się okazja, aby tę treść poznać. I wiecie co? Nie było aż tak źle. Jakość tekstów przeważnie leży gdzieś pomiędzy „średnie” a „dobre”. Brak tu dzieł wybitnych, ale brak też kompletnych literackich porażek (choć zdarzały się teksty słabsze).

I za taki właśnie słabszy tekst (szczerze mówiąc, najsłabszy ze zbioru) uważam „Kres cudów” Piotra Jedlińkiego, czyli zwycięzcę wzmiankowanego konkursu. Jestem w stanie zrozumieć, co kierowało szanownym jury przy wyborze – autor aż wychodzi ze skóry, żeby tylko jaknajudatniej skopiować styl Sapkowskiego i naćkać jak najwięcej odwołań do kanonicznych opowiadań. I jeżeli za główne kryterium przyjmiemy stworzenie jaknajpodobniejszej kopii stylu, dodatkowe punkty przyznając za nawiązania, to nie dziwota, że „Kres cudów” wygrał. Problem w tym, że to jest zwyczajnie słabe opowiadanie. Fabułe brak wdzięku i puenty. Kopiuje najoczywistszy wiedźmiński schemat (przyjeżdża Geralt na zadupie, aż tu nagle wciskają mu zlecenie, którego nie miał ochoty przyjąć) w sposób niczego niewnoszący. Dodatkowo autor najwyraźniej wyszedł z założenia, że o mocy języka w prozie Sapkowskiego decyduje archaizacja, więc stara się jakoś ją wcisnąć do każdego zdania. Przez co cały tekst wydaje się przyciężki. Nawet jeśli miał to być pastisz (na co mogą wskazywać pewne elementy, choć inne znowuż przeczą tej teorii), to raczej nieudany.

„Krew na śniegu” Beatrycze Nowickiej po takim wstępie wydaje się wręcz arcydziełem – choć tak naprawdę jest to po prostu sprawnie (może nawet najsprawniej w zbiorze, choć walka o pierwsze miejsce jest zacięta) napisana, prosta historia, moim zdaniem znacznie lepiej niż tekst Jedlińskiego oddająca ducha oryginału. Autorka tutaj postanowiła opisać jedno z wydarzeń, które w oryginalnej sadze zostało tylko zasygnalizowane, czyli rozpoczęcie znajomości Geralta i czarodziejki Koral (ponoć po „Sezonie burz” opowiadanie przestało mieścić się w kanonicznej historii, ale nie czytałam „Sezonu...”, więc się nie odniosę). Historia schematem nie odbiega od tych klasycznie serwowanych przez Sapkowskiego, nie jest szczególnie nowatorska, ale czyta się ją przyjemnie. No i puentę ma przyzwoitą.

„Ironia losu” Sobiesława Kolanowskiego to jeden z tych przeciętniejszych tekstów. Od strony technicznoliterackiej nie mam mu nic do zarzucenia – narracja jest płynna, język przyzwoity. Pomysł na fabułę też nienajgorszy, choć chyba można już powiedzieć, że tradycyjny w tej konwencji - znowu do wiedźmina przychodzi ktoś ze zleceniem, którego nasz drogi Geralt nie ma najmniejszej ochoty przyjmować. Co prawda puenta pozostała dla mnie nieco nieczytelna, a epatowanie gołymi, przystojnymi mężczyznami może niektórych odrzucić, ale poza tym nie mam uwag.

„Co dwie głowy...” Nadii Gasik równie są tekstem zaledwie przeciętnym – autorka ma problem ze zrównoważeniem fabuły i zdarza jej się przynudzać mało istotnymi dla akcji dłużyznami. Natomiast pewnym nowum jest fakt, że tym razem wiedźminem nie jet Geralt, a akcja opowiadania toczy się już po wydarzeniach znanych z sagi (co w sumie nie ma znaczenia, noale). Fabuła znowu jest dość przewidywalna (znany schemat, prawdaż), z niedopracowaną puentą, ale przynajmniej nie urąga rozumowi czytelnika.

„Skala powinności” Katarzyny Gielicz z kolei znacznie rożni się konwencją od wszystkich poprzednich tekstów (i w ogóle jet takim punktem granicznym w antologii, od którego zaczyna się odchodzenie od schematu „wiedźmin dostaje zlecenie”). Mamy tutaj bowiem historię dziewczyny, Blotki, która przez dłuższy czas towarzyszyła Coënowi w jego wiedźmińskich wyprawach, w charakterze pomocy i wsparcia psychicznego (i wybaczcie, ale kompletnie nie wiem, czy jest kanoniczna. I szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to zbytnio) oraz ich konfliktu, kiedy wyszło na jaw, że młody wiedźmin uparł się iść na wojnę. Historia jest prosta i krótka, ale muszę przyznać, że także jedna z najbardziej poruszających w zbiorze.

„Bez wzajemności” Barbary Szeląg jest bez wątpienia najciekawszym amatorskim tekstem zbioru. Po pierwsze, nie ma w nim żadnego wiedźmina – tylko trójka znanych z sagi bardów (serio, czy oryginalny Jaskier był naprawdę tak irytujący? Szeląg może mniej, ale generalnie wszyscy autorzy robią z niego przerysowaną drama queen). Marcin Zwierzchowski we wstępie opisuje to opowiadanie jako odpowiedź na „Trochę poświęcenia”, ale osobiście nadałabym mu szerszy kontekst. Autorka zastanawia się bowiem, co by było, gdyby niemej Arielki (tej bardziej disneyowskiej niż andersenwoskiej jednak) książę nie pokochał. Albo gdyby Bella mogła po prostu odejść, zamiast czekać na wywołaną syndromem sztokholmskim miłość do Bestii. Dobrze napisane rozważania na temat tego, co dzieje się z księżniczkami i książętami, którzy jednak nie będą żyli razem długo i szczęśliwie to zaskakujący powiew świeżości.

„Lekcja samotności” Przemysława Gula to taki tekst, który właściwie mógłby być osadzony w dowolnym uniwersum – setting wiedźmiński jest tu bardzo pretekstowy. To sprawnie napisana historia młodej uczennicy czarodziejki, która odkrywa, że nie można nikomu ufać. A to wszystko na tle korytarzy akademii oraz w przeddzień walnej bitwy. Napisane jest to zgodnie z prawidłami sztuki, ale osobom spodziewającym się wiedźmińskiego klimatu może wydać się zbyt neutralne.

„Nie będzie śladu” Tomasza Zliczewskiego to dziwny tekst. Najbliżej mu chyba do thrillera psychologicznego w settingu fantasy (z rodzaju „w małej wiosce zaczynają ginąć ludzie”). A że niezbyt dobrze znam się na tym rodzaju literatury, trudno mi oceniać czy porównywać tropy. Niemniej, językowo bardzo przyzwoicie.

„Dziewczyna, która nigdy nie płakała” Andrzeja W. Sawickiego była dla mnie pewnym rozczarowaniem. Nie dlatego, że jest jakimś szczególnie złym tekstem – prezentuje poziom dobrego rzemiosła. I o to właśnie chodzi: od autora doświadczonego i po opowiadaniu pisanym „w hołdzie” spodziewałabym się jednak więcej. Tymczasem dostajemy całkiem przyjemną historię elfiej wojowniczki, która ciężko ranna zostaje przygarnięta przez uchodźców z drugiej strony barykady. Najciekawszym wątkiem opowiadania jest właśnie to, jak zmaga się z niechęcią niektórych członków opiekującej się nią społeczności i jak powoli rewiduje swój światopogląd.

„Ballada o Kwiatuszku” Michała Smyka jest opowiadaniem, które zostawiło mnie z poczuciem głębokiego second hand embarrassment, jak to udatnie nazywają Anglosasi. Literacko ciężko się przyczepić (może poza faktem, że język jest nieco bezbarwny), ale część pomysłu na fabułę jest zdecydowanie z gatunku... ryzykownych. Otóż okazuje się, że zrządzeniem jakiegoś wyjątkowo złośliwego bóstwa Jaskier po śmierci w postaci ducha pojawia się wtedy, kiedy jedna z jego dawnych kochanek (tytułowa Kwiatuszek) właśnie uprawia seks, w dodatku w miejscu, gdzie rzecz się dzieje. I tylko na czas uprawiania tegoż seksu zostaje, po czym pogrąża się w niebycie aż do następnego stosunku. I w sumie reszta pomysłu (czyli cel pojawiania się Jaskra) jest całkiem niezła, puenta też udana, ale nad czasem egzystencji naszego eterycznego poety nie mogę przejść do porządku dziennego. Autor mógł wybrać w zasadzie jakąkolwiek inną czynność i niczego by to w fabule nie zmieniło. Chyba miało być zabawnie. Nie wyszło.

Zbiór zamykają tytułowe „Szpony i kły” Jacka Wróbla. Jest to klasyczny retelling „Wiedźmina”, opowiadania, od którego wszystko się zaczęło: tym razem poznajemy wersję księżniczki strzygi. Nie jest to może opowiadanie rewolucyjne, ale z bardzo przyjemnym pomysłem, dobrze wykonane i jednak wnoszące powiew świeżości. Zaskakująco mi się spodobało (no i autor musiał oczywiście nawiązać też do własnej twórczości. Nawet zgrabnie wyszło).

Nie żałuję czasu spędzonego nad lekturą – zwłaszcza, że bezkosztowo wypożyczyłam ją sobie z biblioteki. Może nie jest to najwybitniejszy zbiór opowiadań, jaki czytałam, ale spodziewając się najgorszego, zostałam miło zaskoczona całkiem niezłym.
 
Tytuł: Szpony i kły
Wydawnictwo: SuperNowa
Rok: 2017
Stron: 400

sobota, 12 sierpnia 2017

"Zabawa w Boga" (antologia)

O antologii wydawanej przez sekcję literacką Śląskiego Klubu Fantastyki dowiedziałam się z jednej z fejsikowych grup. Sama inicjatywa mnie cieszyła, bo uważam, że dobrze dla literatury jest, jeśli młodzi autorzy mają okazję zadebiutować jakimś opowiadaniem, a prasy branżowej, w której mogą to zrobić, nie ma zbyt wiele. Tym samym nie potrafiłam odmówić, kiedy odezwała się do mnie jedna z redaktorek antologii z propozycją zrecenzowania tejże.

W skład antologii wchodzą opowiadania zwycięzców konkursu zorganizowanego przez ŚKF – niektórzy to debiutanci, inni krótką formę już gdzieś kiedyś publikowali, a niektórzy to i powieść mają za sobą. Jest też jedno nazwisko zza granicy, uznanego autora opowiadań (u nas praktycznie nieznanego, niestety). Pozwólcie, że teraz pochylę się nad każdym tekstem z osobna.

Zbiór otwiera opowiadanie amerykańskiego gościa antologii, Beniamina Rosenbauma. I chyba nie ma co owijać w bawełnę: „Przyjmujący nowe” to tekst, który z całego zbioru podobał mi się najbardziej. Fabularnie to opowieść o pewnym młodziku, który podejrzanie prędko awansuje w hierarchii swojego cechu, aby na końcu odkryć, co w tym podejrzanego. Proste, prawda? Tyle że nie do końca. Po pierwsze, wszyscy bohaterowie należą do rasy obcych o fascynującej biologii (tak, wiem, zboczenie zawodowe. Cóż poradzę?). Autor stworzył obcych przechowujących wspomnienia i elementy osobowości w specjalnym gatunku symbiontów – jakież to pole do rozważań! (bo któż tu jest rasą rozumną właściwie?). A żeby było jeszcze ciekawiej, cech, o którym wspomniałam na początku, to rzeźbiarze bogów – pomniki, które tworzą, stają się pełnoprawnymi bóstwami. Jakież pole do intryg i nadużyć! Uwielbiam teksty, które zostają mi w głowie na długo po tym, jak skończę lekturę, które mogę w myślach obracać i rozkładać na czynniki pierwsze jak budowlę z klocków lego. „Przyjmujący nowe” jest właśnie takim tekstem.

„Chirurg” Anny Hrycyszyn to z kolei tekst bardzo poprawny – nie mylić z przeciętny. Pomysł na wykorzystanie motywu tzw. „filipińskich chirurgów” jest dość ciekawy, a na oryginalności zyskuje jeszcze poprzez osadzenie akcji w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Opowiadanie jest napisane poprawnym językiem, ma bardzo poprawną pointę i czyta się je z poprawną przyjemnością, ale brak mu iskry, niestety. Mimo to chętnie przeczytałabym inne teksty autorki w poszukiwaniu tejże iskry. Wierzę, że może się pojawić.

„Kary i żywioły” Jesiona Kowala to chyba nie jest opowiadanie dla mnie. Właściwie (co nawet zasugerowano we wstępie) jest dla miłośników Szekspira. Cóż, mam wrażenie, że aby zrozumieć tekst, niezbędna jest znajomość „Burzy”. Nie znam jej, więc może w tym momencie zakończę rozważania nad fabułą. Nadmienię tylko, że jest to chyba autor z najbardziej charakterystycznym językiem w całym zbiorze. Ale nie wiem, co o tej charakterystyczności myśleć.

„Korona Północy” Anny Aleksandrowicz to opowiadanie, do którego mam stosunek ambiwalentny. Bo od strony emocjonalnej kompletnie do mnie nie trafiło, a w przypadku krótkich form lubię, kiedy jednak w emocje uderzają. Ale od strony rozumu, czysto analitycznej – to jest majstersztyk. Pomysł jest interesujący (i zaskakująco rzadko eksploatowany), autorka bowiem postanowiła zmierzyć się z motywami mitologicznymi. Postanowiła pokazać, jak umierają bogowie w miejscu i czasie, kiedy nikt już w nich nie wierzy, kiedy taki bóg spędza wieczność z kobietą (niegdyś śmiertelną), co do której jest świadomy, że nigdy nie odwzajemniała jego uczucia, ale brak już mu boskiej pewności siebie, żeby ten fakt ignorować. Kiedy cała boskość zamienia się w statyczne trwanie i nie wiadomo już, czy jest bardziej błogosławieństwem, czy przekleństwem. Bardzo melancholijny tekst, smutny, ale piękny.

„Kot z pudełka” Łukasza Marka Fiemy to sympatyczne opowiadanie. Autor postanowił pobawić się tutaj trochę motywami biotechnologicznymi – manipulacja genetyczna i te sprawy. Jednocześnie nie starszy, jakie to potwory jesteśmy w stanie stworzyć. Nie, próbuje raczej pokazać, że jakkolwiek nietypowe byłyby efekty naszych eksperymentów, człowiek też jest w stanie zrobić coś pięknego. Konstrukcyjnie narracja tekstu tworzy całkiem przyjemną klamrę.

Z „Lekiem” Marty Potockiej mam z kolei problem. Samo założenie opowiadania – wynaleziono lek, który wyeliminował główna przyczynę śmierci, i co teraz? – jest ciekawe i ma ogromny potencjał, którego, mam wrażenie, autorka nie wykorzystała. Opowiadanie wydaje się urwane w połowie, w momencie, kiedy tak naprawdę zabawa powinna się dopiero rozkręcić. Poza tym napisane jest poprawnie i pod względem technicznym nie ma się do czego przyczepić.

„Marzenie Rotha” Małgorzaty Binkowskiej to kolejny tekst, z którym mam problem. Tutaj z kolei polega on na braku klarowności puenty opowiadania. Ogólny pomysł uważam za świetny: oto bowiem ludzkość doszła do poziomu rozwoju, w którym społeczeństwo składa się ze zwykłych ludzi oraz z czegoś w rodzaju androidów, bionicznych superkomputerów, którzy mimo że wyglądają po ludzku, zdecydowanie nie do końca są ludźmi (autorka wystylizowała ich na wzór geniuszy z lekką odmianą autyzmu mam wrażenie). Czasem powstają drobne nieporozumienia i do rozwiązania ich niezbędni są specjalni tłumacze, którzy będą w stanie wyłuszczyć, o co biokomputerowi właściwie chodzi, a czego nie potrafi wyartykułować. W opowiadaniu mamy właśnie jeden z takich przypadków. I gdyby nie niejasna puenta (znaczy, ja się domyślam, o co autorce mogło chodzić, ale to jest to miejsce, w którym nie powinnam się domyślać, tylko wiedzieć), byłby to jeden z ciekawszych tekstów zbioru.

Tutaj dochodzimy do najbardziej problematycznego opowiadania, czyli „Mrok zabije wieloryba” Olgi Niziołek. Po pierwsze jest to tekst z gatunku new weird czy tam innego realizmu magicznego, a z tymi gatunkami nie jestem zbyt kompatybilna. Toteż trudno mi ocenić, jak dobrze lub źle w ramach gatunku opowiadanie wypada. Na poziomie fabularnym mamy tu opowieść o dziewczynie przekonanej, że w jej wnętrznościach przebywa miniaturowy wieloryb, który nie daje jej żyć oraz o mężczyźnie, który nosi w sobie mrok (na początku myślałam, że to taka metafora chorób psychicznych, ale biorąc pod uwagę zakończenie opowiadania, to mam nadzieję, że nie). Przyznam, że kompletnie nie wiem, jak mam odczytywać ten tekst. Może więc już nie będę tego rozważać, pożalę się jedynie na motyw, który kompletnie zniszczył mój kołek do zawieszania niewiary. Otóż mamy tutaj osobnika płci męskiej mającego niebezpieczne dla społeczeństwa zdolności, które mogą być dziedziczne. Osobnik brał udział w jakimś rządowym programie badań. Kiedy program zakończono, co zrobił rząd w celu upewnienia się, że osobnik nie przekaże swoich niebezpiecznych zdolności potomstwu? Nie, nie wysterylizował go. Kazał mu podpisać oświadczenie, że nie będzie miał dzieci. Kurtyna.

„My ether” Alicji Tempłowicz to kolejne z przyjemnie poprawnych opowiadań. Mamy tutaj świat, który mógłby być Francją w przededniu rewolucji francuskiej, gdyby nie eter, elektryczność, hybrydy oraz kilka innych wynalazków. Ogólnie jest to ciekawie napisana historia upadku arystokracji, ilustracja tego, jak małostkowe wojenki o władzę pośrednio doprowadzają do zniszczenia znanego porządku, ze szkodą dla wszystkich stron biorących w tych wojenkach udział.

„Ordan” Magdaleny Czarneckiej to z kolei mój ulubiony polski tekst zbioru. Lubię teksty, które po prostu są literaturą przygodową, pisaną z myślą o wciągnięciu czytelnika w jakąś fajną historię i nieudające, że miały być wielką metaforą czy poruszać trudne tematy. Które bawią, ale mają też potencjał, żeby dawać do myślenia. „Ordan” właśnie taki jest – to literacki odpowiednik kina nowej przygody. Ja tę uczciwość względem czytelnika cenię. Poza tym autorka stworzyła bardzo ciekawy świat (który kojarzy mi się trochę z „Diuną” a trochę z „Gwiezdnymi wojnami”) i całkiem interesujących bohaterów. Sama historia może nie jest szczególnie zaskakująca i innowacyjna, ale daje radę. Chciałabym kiedyś przeczytać coś więcej z tego uniwersum – tam jest naprawdę ogromny potencjał.

„Serce Vann” Karoliny Fedryk jest pod pewnymi względami podobne do „Ordanu” („Ordana”?) – też jest tekstem z potencjałem do rozwinięcia. Tyle że jest dla odmiany (kolejną już w zbiorze) historią upadku tytułowego Vann – miasta magów. Mamy więc młodą bohaterkę, przed inwazją wroga na miasto naiwną, dobrze sytuowaną dziewczynę zakochaną w swoim królu. Po upadku miasta patrzymy, jak przechodzi przemianę, jak upadają jej ideały i jak w tle marnieje wspaniałe niegdyś miasto. Wszystko to napisane bardzo ładnym, choć nieco zachowawczym językiem. Ale nie jestem miłośniczką eksperymentów językowych, więc nie narzekam.

„Warunek początkowy” Krystyny Chodorowskiej to pułapka. Tylko udaje, że jest fantastyką. Pod cieniutką pozłotą futuryzmu mamy bowiem opowiadanie o… sztuce. Konkretniej muzyce. (To jest w sumie trochę znamienne dla tej autorki, że pod cienką warstwą futuryzmu mamy pochwałę lub rozważania nad jakąś dziedziną kultury. Przynajmniej na ile mogę ocenić po dwóch opowiadaniach ;) ). I jest to bardzo dobre opowiadanie o wykorzystywaniu nowej technologii w starej sztuce, o miłości do swojej pasji i o tym, że robienie tego, co się kocha czyni człowieka szczęśliwym. A gdzieś tam w tle bohater poszukuje pierwowzoru awatara ekspedientki, w sumie mało istotne.

„Wyliczanka” Agnieszki Zapart to jedyny tekst w zbiorze, który jako tako możnaby zaliczyć do grozy (odrobinę). Narracyjnie jest nietypowy (na tle zbioru), bo autorka przerzuca nas ze „współczesnej” narracji, gdzie babcia opowiada wnuczkowi pewną historię do retrospekcji tejże historii (ale nie bójcie się, wszystko jest przejrzyste, nikt się nie pogubi). Mamy więc trochę o patologii śląskiego osiedla, przed którą dzieci uciekają w świat wyobraźni. I ku ich przerażeniu, jedno z ich życzeń pewnego dnia się spełnia. Tekst wymagałby załatania drobnych dziur fabularnych, ale są one na tyle niewielkie, że w krótkiej formie można je wybaczyć. Ogólnie kolejne z solidnych, ale nie wybijających się opowiadań.

Zbiór zamyka „Pomarańcza”, króciutkie opowiadanie Rosenbauma. Całkiem przyjemne, choć nie tak dobre, jak otwierające. Pomysł boskiej pomarańczy ma jednak pewien urok.

Cóż, nie jest to może zbiór wybitny, nie ma w nim raczej tekstów, które zapamiętam do końca życia. Z drugiej strony nie ma w nim też tekstów bardzo słabych. Gdybym miała wydać na niego te niecałe dziesięć złotych (bo tyle kosztuje ebook) nie uznałabym tych pieniędzy za stracone. Więc zachęcę i Was do wydania dyszki – dostaniecie przyzwoite opowiadania, niektóre nawet bardzo dobre (a jeśli się już zdecydujecie, to kupcie w Madbooks – obiecali cały zysk ze sprzedaży przekazać ŚKF).

Tytuł: Zabawa w Boga
Autor: zbiorowy
Wydawnictwo: ŚKF
Rok: 2017
Stron: 316

piątek, 24 marca 2017

"Bezkres magii" Brandon Sanderson

Brandon Sanderson jest zdecydowanie jednym z płodniejszych pisarzy. Jego sztandarowym metacyklem pozostaje jednak ciągle Cosmere. Dla żyjących w nieświadomości: Cosmere to uniwersum, które łączy i „Elantris”, i „Z mgły zrodzonego” i „Archiwum Burzowego Światła”. Tak, tak, wszystkie te powieści łączy wspólny wszechświat, mający do zaoferowania jeszcze o wiele więcej. „Bezkres magii” to zbiór opowiadań, w którym odwiedzimy planety zarówno znane i lubiane, jak i kilka całkiem nowych.

Autor i wydawca zadbali o to, żeby nawet nieobeznany (lub obeznany tylko częściowo) czytelnik się nie zgubił i nie poczuł pokrzywdzony. Teksty pogrupowane są według miejsc, w których rozgrywa się akcja. Każdy zestaw opowiadań poprzedzony jest wstępem, pokrótce charakteryzującym cały układ gwiezdny, jego mapą i ilustracją do samego opowiadania. Poza ostatnią z wymienionych, jest to kopalnia smaczków dla każdego fana (oraz dla takich dziwadeł jak ja, które bardzo sobie cenią szersze spojrzenie na tworzone uniwersum. Na przykład takie, które uwzględnia ruch planety wokół gwiazdy, klimat oraz jego wpływ na florę i faunę. A także samą florę i faunę). Dodatkowo każdy tekst ma posłowie, w którym autor ukazuje proces twórczy. I zaczyna się spoiler alertem – bardzo to miłe ze strony autora.

Przejdźmy może do rzeczy, czyli do opowiadań samych w sobie. Zbiór rozpoczyna się tekstami osadzonymi w układzie Sel, czyli tam, gdzie „Elantris”. O „Duszy Cesarza” pisałam swego czasu osobną notkę, więc tu ją pominę (nadmienię tylko, że byłaby chyba najlepszym tekstem w zbiorze) i przejdę od razu do kolejnego tekstu.

„Nadzieja Elantris” jest z kolei tekstem najsłabszym. Odnosi się do kluczowych wydarzeń z powieści, więc może daruję sobie opis fabuły (nie żeby działo się szczególnie dużo. Czy ciekawie) – powiem tylko, ze pokazuje, co działo się w mieście, kiedy „oko kamery” pokazywało nam w powieści inne okolice i wydarzenia. Jakkolwiek idea uzupełniania opowiadaniami luk w fabule powieści jest ciekawa, tak sama „Nadzieja Elantris” ani trochę. Fabuła jest przewidywalna, właściwie te kilkanaście stron tekstu możnaby spokojnie streścić do jednej, niewiele tracąc. Poza tym to tak ordynarne granie na emocjach czytelnika, że aż nieskuteczne. Nuda, panie.

Następnie mamy trzy opowiadania ze świata „Z Mgły Zrodzonego”.

„Jedenasty metal” to okazja do spotkania z Keislerem – widzimy go podczas szkolenia na Zrodzonego z Mgły. Jest to tekst nieco lepszy niż „Nadzieja Elantris” – nie tak egzaltowany – ale cierpiący na podobne wady: przewidywalność fabuły, brak umiejętności zainteresowania czytelnika (czyli mnie). To opowiadanie fantasy jakich wiele, bardzo przeciętne i nie wyróżniające się niczym, choć bardzo poprawnie napisane.

„Allomanta Jak i Czeluści Eltanii” (w tym tytule „Jak” to imię bohatera, a nie zaimek. Przez dłuższy czas byłam w błędzie) z kolei uważam za jeden z ciekawszych tekstów zbioru. Autor nawiązuje w nich do formy odcinkowej powieści przygodowej, jakie ukazywały się w dziewiętnastowiecznych gazetach. I wychodzi mu to bardzo dobrze, muszę przyznać. Zwłaszcza, że wybraną formę nie tylko odtwarza, ale też wzbogaca na swój sposób. Jak bowiem snuję swoją romantyczno-awanturniczą przygodę w listach do redakcji, ale ma też redaktora – lekko cynicznego i bardziej kochającego nagie, konkretne fakty niż barwne opowieści Handerwyma. Handerwym jest drugim narratorem, choć czytamy go jedynie w przypisach. Mi osobiście znacznie ciekawiej czytało się jego przypisy, niż historię główną. Przy okazji mam wrażenie, że autor złożył tym opowiadaniem hołd wszystkim sfrustrowanym swoją niewdzięczną pracą redaktorom (choć nie przyznał się do tego w posłowiu).

„Z Mgły Zrodzony: Tajna historia” z kolei jest tekstem bardziej nastawionym na ekspozycję ukrytych w powieści aspektów świata przedstawionego. To zadanie spełnia wspaniale. Natomiast jako historia fabularna straszliwie się dłuży. Niewiele się tu dzieje, niewiele rzeczy wyeksponowano, mamy za to wykład z „eterycznej” (że się tak wyrażę) mechaniki świata oraz zapewne solidny koszyk ukrytych smaczków i powiązań z powieściami, których albo jeszcze nie znam, albo jeszcze nie zostały napisane. Gdybym nie znała uniwersum, wynudziłabym się solidnie.

Akcja kolejnego tekstu rozgrywa się w układzie Taldarin, znanym z wydanego niedawno u nas komiksu „Biały piasek". Bardzo przyjemy, pustynny świat, który chętnie jeszcze odwiedzę. Samo opowiadanie to opowieść inicjacyjna osnuta na kanwie konfliktu ojciec-syn. Niby nic nowego czy odkrywczego, ale czyta się całkiem przyjemnie.

„Cienie dla ciszy w Lasach Piekła” dzieją się na Ternie, który nie dorobił się własnej powieści (za to opowiadanie było już u nas publikowane wcześniej, w antologii „Niebezpieczne kobiety”). Przyznam, że to jedno z moich ulubionych opowiadań ze zbioru. Autor mocno eksploatuje w nim motyw rubieży, przy okazji obsadzając postać kobiecą w bardzo interesującej roli. Tekst zawiera też satysfakcjonujący plot twist, co niestety w tym zbiorze należy do rzadkości.

„Szósty ze Zmierzchu” (rozgrywający się w układzie Driminad, który też nie doczekał się dłuższego tekstu) z kolei nie zachwyca może fabułą (na tym etapie wydaje się ona mocno naciągana, choć mogłoby się to zmienić, jeśli autor wybrałby dłuższą formę, pozwalającą na lepszą ekspozycję tła), za to z pewnością stałby się jednym z moich ulubionych światów. Mam słabość do planet, które próbują zabić swoich mieszkańców. Bardzo do mnie przemawia też pomysł telepatii na tyle powszechnej, że wykorzystywanej przez większość drapieżników jako główny zmysł podczas polowania.

„Tancerka krawędzi”, bodajże jedyny premierowy tekst zbioru (reszta była publikowana już wcześniej) jest… no… dobra. To bardzo poprawnie napisany tekst, znowu uzupełniający pewne braki fabularne powieści. Fabuła zaskakuje, plot twist jest satysfakcjonujący, wszystko jest na mocną czwórkę. Tyle ze nie ma tu niczego, co mogłoby sprawić, żeby historia zapadła w pamięć. Dodatkowo nie podzielam sympatii autora względem głównej bohaterki.

Przyznam, że „Bezkres magii” jako zbiór trochę mnie rozczarował. Spodziewałam się większej ilości tekstów, które mają to „coś”. Tym czasem dostałam zbiór bardzo poprawny, doskonale rzemieślniczy, ale wbrew tytułowi magii pozbawiony. Owszem, czytało się go przyjemnie. Owszem, może się czepiam. Ale wiem, że nie zapadnie mi w pamięć.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Bezkres magii
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: Arcanum Unbounded. The Cosmere Collection
Tłumacz: Anna Studiarek
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 640

wtorek, 10 maja 2016

"Szpital kosmiczny" James White

„Szpital kosmiczny” to taki cykl, który od dawna mnie kusił z różnych miejsc czy to internetów, czy to reala. I w końcu Luby przytargał mi pierwszy tom z biblioteki. Tego faktu nie mogłam zignorować.

„Szpital kosmiczny” to pierwszy tom cyklu o tym samym tytule i jest zbiorem opowiadań (jak zdążyłam się zorientować, nie jedynym, ale powieści też jest kilka). W jego skład wchodzi pięć tekstów („Lekarz”, „Szpital”, „Kłopoty z Emily”, „Kłopotliwy gość” i „Przybysz z zewnątrz”. Patrząc na te tytuły mam wrażenie, że autor – czy może raczej polski wydawca - miał do ich wymyślania taką samą smykałkę, jak ja), które mają formę typowego kryminału lub, jak kto woli, scenariusza odcinka serialu „Dr House”. Ot, jest medyczna zagwozdka, którą trzeba rozwikłać, bo pacjent nam zejdzie, a w międzyczasie szczypta rozwoju bohaterów. Nic fabularnie nowego od czasów Sherlocka Holmesa, co nie znaczy, że jest nudno.

Ale może o fabule i innych takich istotnych dla recenzji kwestiach później. Teraz chciałabym zając się kwestią, która niespodziewanie mnie podczas lektury dopadła. Widzicie, „Szpital kosmiczny” został pierwszy raz wydany w 1962 roku (a pierwsze opowiadanie napisano nawet pięć lat wcześniej) i to widać. Może nie na pierwszy rzut oka, bo sam tekst jakoś mocno się nie zestarzał, ale wprawny obserwator czytając o świecie zupełnie fikcyjnym zauważy, czym różniła się namacalna rzeczywistość autora od współczesnej rzeczywistości czytelnika. Na przykład, kiedy jeden z bohaterów zostaje oskarżony o spowodowanie wypadku, śledczy zbierają tylko zeznania świadków. Współczesny pisarz, planując taką scenę, musiałby w pierwszej kolejności zastanowić się, jak wyeliminować monitoring, dla niego i czytelników będący kwestią oczywistą. White nawet się o nim nie zająknął, bo w latach pięćdziesiątych powszechny monitoring był wizją równie fantastyczną, co międzyplanetarny szpital i autor po prostu wybrał tę drugą opcję. Albo taka scenka: do lekarza podchodzi sanitariusz z propozycją zastrzyku pobudzającego. Lekarz się godzi, zastrzyk dostaje ale boli bardziej niż powinno, na informację o czym sanitariusz mówi, że to normalne, bo tej igły użył wcześniej na dwóch innych chętnych i się stępiła. Dla współczesnego lekarza to nie do pomyślenia, a co dopiero (imaginuje sobie współczesny czytelnik) dla takiego z dalekiej przyszłości. Jednak dla pisarza było to jak najbardziej normalne, bo w czasach, kiedy opowiadanie powstawało, jednorazowe igły i strzykawki były jedynie nowinką dyskutowaną w kręgach medycznych. Że już pominę milczeniem metody tresury pewnego kosmicznego gada, bo każdy współczesny behawiorysta na ich wspomnienie dostałby palpitacji.

Przytaczając te przykłady (nie będące jedynymi; przynajmniej tak samo fascynujące jest (nie)opisywanie kobiet przez White’a. Zawsze fascynuje mnie, gdy ówczesnym autorom jak najbardziej mieściły się w głowach galaktyki pełne fantastycznych stworzeń, natomiast kompletnie brakowało tam miejsca dla kobiet na odpowiedzialnych stanowiskach. Ot, takie czasy) chciałam zaznaczyć jedynie fakt, że fantastyka, przez swoje opisywanie krain odległych (czy to w czasie, czy dowolnie pojmowanej przestrzeni, czy też w jednym i drugim) wcale nie uwolniła się od naleciałości i uprzedzeń „tu i teraz”. Wymaganie tego od niej jest zwyczajnie głupie, bo autor to, co wymyśli, przecedza przez filtr doświadczeń, a doświadczenia z kolei łączą go ze współczesnością. Tu zakończę może rzucanie truizmami i zabiorę się za informacje istotne dla recenzji.

Fabuły poszczególnych opowiadań skupiają się na zagadkach medycznych i trzeba przyznać, że całkiem zgrabnie autorowi te zagadki powychodziły. Moim zdaniem, pod względem konstrukcji najlepszy jest „Lekarz”, bo w nim jeszcze autor nie objawiał irytującej z czasem maniery konstruowania narracji na zasadzie „wiem, ale nie powiem” (gdzie wie główny bohater, ale ani kolegom po fachu, ani czytelnikowi nie powie. W pewnym momencie zaczęło mi się to kojarzyć ze współczesnymi powieściami młodzieżowymi, gdzie nie można niczego powiedzieć bardziej doświadczonym dorosłym, bo jeszcze nie daj boże przyjdą i rozwiążą problem). Trochę inną strukturę ma „Szpital”, bo tutaj autor skupia się raczej na wprowadzeniu i pokazaniu rozwoju nowej postaci niż na zagadkach (oraz wyczuwam krytykę pacyfizmu, bardzo łopatologiczną). Głównych postaci zasadniczo mamy dwie. Pierwszą jest O’Mara, bohater pierwszego opowiadania i drugoplanowy bohater kolejnych tekstów. Poza tym, że tępy wygląd przeszkadzał mu w uzyskaniu pracy odpowiadającej kwalifikacjom (bo O’Mara to piekielnie inteligentny facet. Swoją drogą, kompletnie mnie nie przekonuje to założenie fabularne. Że wiecie, facet wygląda jak tępy głaz, więc niech te głazy łupie), wiemy o nim zasadniczo niewiele. Zdecydowanie bardziej zależało autorowi na ekspozycji drugiego bohatera, doktora Conwaya. W pierwszym tekście, w którym występuje, przeżywa przyspieszony proces dojrzewania, jak, nie przymierzając, bohater współczesnej młodzieżówki, ale ogólnie jest postacią dość dobrze skonstruowaną. Ot, gdyby jakiś serial z gatunku medycznych procedurali jakimś cudem rozgrywał się w kosmosie, Conway byłby bardzo akuratną główną postacią męską.

Tak sobie narzekam na „Szpital kosmiczny”, ale ostatecznie bardzo przyjemnie się go czytało. Widzicie, to jest ten typ SF, który na swój użytek nazywam startrekowym. Opowiada on o tym, ze ludzkość jednak na stare lata zmądrzała i nie dość, że się sama nie wybiła, to jeszcze nie tłucze się z nowo poznanymi kosmitami, a we współpracy z nimi tworzy wysoce humanitarne projekty. To bardzo optymistyczna wizja, ale po tym katastroficznym SF, jakim się od dłuższego czasu karmiłam, bardzo mi smakowała. Z pewnością przeczytam kolejny tom.

Tytuł: Szpital kosmiczny
Autor: James White
Tytuł oryginalny: Hospital Station
Tłumacz: Wiktor Bukato
Cykl: Szpital kosmiczny
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2002
Stron: 272

piątek, 4 grudnia 2015

"Rzeczy ulotne. Cuda i zmyślenia" Neil Gaiman

Dochodzę do wniosku, że opowiadania Gaimana nie są dla mnie. Wróć, inaczej: krótkie teksty Gaimana nie są dla mnie. Pełnowymiarowe opowiadania czytam z ogromną przyjemnością, ale wszelkie szorty, wiersze i inne wynalazki to już inna para kaloszy. Problem w tym, że szorty, wiersze i inne wynalazki stanowią ogromna większość tekstów, jakie możemy znaleźć w zbiorach opowiadań tego autora (i dlatego zastanawiam się czy ta nazwa ta tych książek jest zasadna). Niemniej, próbuję. Tym razem próbowałam z „Rzeczami ulotnymi”.

O niektórych utworach z tego zbiorku pisałam już wcześniej, bo były publikowane gdzie indziej. I tak „Październik w fotelu”, „Instrukcję”, „Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach” i „Ptaka słońca” omawiałam przy okazji recenzowania „M jak magia”. Za to „Fakty w sprawie zniknięcia panny Finch”, „Jak myślisz, jakie to uczucie”, „Piętnaście malowanych kart z wampirzego tarota” i „Gdy nastał koniec” - przy okazji „Dymu i luster”. Swoją drogą, mamy tu dziewięć utworów publikowanych w innych zbiorach. Prawie jedna trzecia. Słabo.

Przejdźmy jednak do samych tekstów i zacznijmy od najlepszego. Niewątpliwie jest nim „Studium w szmaragdzie” – jedyny utwór w tej książce, który naprawdę mnie zachwycił. Mamy tu bowiem bardzo mocne, a jednocześnie niezwykle zgrabne nawiązania do dwóch ikon popkultury – Sherlocka Holmesa i Wielkich Przedwiecznych. A na dodatek przewrotne i mocne zakończenie, czyli to, bez czego dobre opowiadanie nie może się obejść. Cud miód i orzeszki.

Dobrym opowiadaniem jest też „Władca górskiej doliny”, odnoszący się do wydarzeń po zakończeniu „Amerykańskich bogów”. Nie jestem fanką akurat tej powieści, ale Cienia polubiłam, a tutaj właśnie on jest głównym bohaterem. Autor bardzo zgrabnie rozgrywa tu motyw potwora i walczącego z nim bohatera, dodając liczne niuansiki, a przy tym opowiada ciekawą historię. Oby więcej takich tekstów.

Niestety, jest to jedyny tekst na tak wysokim poziomie. Za nim plasuje się kilka tekstów całkiem dobrych. „Zabłąkane oblubienice złowieszczych oprawców w bezimiennym domu nocy potwornego pożądania” może jakoś nie podbiły mojego serca treścią, ale za to są oparte na świetnym, zaskakującym pomyśle (a że ich treść dałoby się streścić jednym zdaniem złożonym – i to nieskomplikowanym – to o niej nie napiszę). Całkiem fajny jest też „Goliat”, opowiadanie mocno inspirowane „Matrixem”. Tę inspirację widać i dla niektórych wielbicieli filmu może ona sprawiać, że tekst będzie nudny (acz do samych wydarzeń w scenariuszu nie nawiązuje), ale czyta się go całkiem przyjemnie.

Myślę, że to dobry moment (a przynajmniej tak dobry, jak każdy inny), żeby rozprawić się z wierszami. Na uwagę zasługują dwa. „Dzień, w którym przybyły spodki” to zgrabne, choć może niezbyt odkrywcze połączenie apokalipsy i wiersza miłosnego. „Wymyślanie Aladyna” to z jednej strony retelling historii Secherezady (a przynajmniej kawałka jej historii), a z drugiej próba ubrania w literaturę procesu powstawania opowieści. Pozostałe wiersze (a jest ich pięć) kompletnie nie mają ikry, z czego „Zmiana w wodwo” jest zdecydowanie najsłabsza.

Z „Problemem Zuzanny” sama mam pewien problem. Rozumiem nawiązanie do Narnii i w ogóle, tylko chyba nie pojmuję symboliki. Myślę, że sen o pożeraniu dzieci przez lwa miał symbolizować to, że ten je wykorzystał, ale do analizy tego, co nastąpiło później, trzeba by chyba zatrudnić Freuda.

Na pozytywna wzmiankę zasługuje jeszcze krótkie „To inni”, czyli opowieść o tym, jak może wyglądać osobiste piekło dla każdego z nas. O reszcie powiem wprost – nie podobały mi się. „Kamyki z alei wspomnień” to mdły zapis dziecięcego lęku, podobnie „Pora zamykania”. „Smak goryczy” zapowiadał się ciekawie, ale zakończenie rozczarowuje. „Pamiątki i skarby” odnoszą się do postaci znanych z powieści Gaimana, ale tematyka ogólnie mi się nie spodobała. „Arlekin i walentynki” zapewne ma jakiś potencjał i przyznam, że sam pomysł jest ciekawy, ale kompletnie do mnie nie trafia. „Dziwne dziewczynki” to strzępy opowieści, pasujące do siebie mniej niż łaty w patchworku. „Karmiący i karmieni” to horror w klimatach miejskiej legendy, ale ja nie przepadam za horrorami. „Krup chorobotwórców” to nieudany eksperyment literacki. „Kartki z pamiętnika znalezionego w pudełku po butach w autobusie rejsowym gdzieś między Tulusą w stanie Oklahoma i Louisville w Kentucky” to zbiór tak lubianych prze Gaimana fragmentów wyrwanych z kontekstu.

I tak o. Zrobię sobie jeszcze jedno podejście do zbiorów Gaimana, a później dam sobie spokój (przynajmniej do czasu wydania następnego zbioru – to chyba jakieś uzależnienie). Albo zacznę wybierać te, gdzie średnia długość tekstu przekracza dwadzieścia pięć stron.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag

Tytuł: Rzeczy ulotne
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginalny: Fragile Things. Short Fictions and Wonders
Tłumacz: Paulina Braiter
Wydawnictwo: MAG
Rok: 2015
Stron: 344

wtorek, 11 sierpnia 2015

"Dym i lustra" Neil Gaiman

Mój czytelniczy związek z Neilem Gaimanem należy do tych bardziej burzliwych. Część jego pozycji mnie nieodmiennie zachwyca, ale inne głęboko rozczarowują. Reakcji pośrednich nie stwierdzono. Sytuacja komplikuje się dodatkowo, kiedy chodzi o zbiór opowiadań. Wiadomo, że w takich zbiorach teksty na ogół prezentują różny poziom, a przy mnogości form, stylów i tematów, jakimi lubi operować Gaiman, dochodzi jeszcze kwestia gustu – nie wszystko każdemu musi odpowiadać. Niemniej, muszę przyznać, ze zbiór „Dym i lustra” jako całość mnie rozczarował.

Gaiman pisze zazwyczaj krótkie opowiadania, a że w zbiorze mamy i szorty, i drabble, i wiersze, to wszystkich tekstów jest aż trzydzieści pięć. Niektóre („Rycerskość”, „Cena”, „Trollowy most” i „Nie pytaj diabła”) poznałam już wcześniej, w „M jak magii”, więc nie będę o nich pisać – ciekawych odsyłam do istniejącej recenzji. Ciekawy jest „Wstęp”, w którym autor zapoznaje czytelników z okolicznościami powstania poszczególnych utworów. W przypadku niektórych z nich to najciekawsza część.

Zacznę może od wierszy, bo jest to najbardziej mi obca forma literacka (zwłaszcza w przekładzie. Nie chcę niczego ujmować pani Braiter, ale niestety, poezji zwykle nie da się przełożyć tak, żeby zachować i cały urok, i całe znaczenie. W przypadku tego zbioru w przekładzie wyparowało, mam wrażenie, bardzo dużo uroku). Zbiór otwiera (nawet przed wstępem) utwór „Wróżąc z wnętrzności” i jest w nim jakaś iskra, dreszcz emocji, ale nieszczególnie do mnie trafia. To samo mogę powiedzieć o „Pożartym (scenach z filmu)” – jest to dłuższy utwór (ballada? Bo na poemat chyba jednak za krótki) stylizowany na scenariusz horroru. „Biała droga” to jeden z niewielu wierszy w tym zbiorze, który jakoś tam do mnie przemawia. Został oparty na pożenionych przez Gaimana motywach znanej (nie mi, żeby nie było) angielskiej baśni i japońskiej mitologii. Mnie osobiście opowieść przypomina mickiewiczowską balladę („Lilie” konkretnie, jeśli ktoś ciekawy) i może stąd sympatia. „Królowa noży” zaś to ballada o zniknięciu pewnej staruszki, która kompletnie mnie nie kupiła.

To dopiero początek poezji gaimanowskiej, bo dalej mamy jeszcze „Wirusa” - krótki utwór o graniu w gry, który nie do końca mnie przekonał, choć coś w nim musi być. „Bay Wolf” to wiersz z wykorzystaniem postaci, która pojawiła się we wcześniejszym opowiadaniu. Ta opowieść o walce wilkołaka z morskim potworem ma sporo literackiego wdzięku, ale kompletnie do mnie nie przemawia. „Zimne barwy” to wizja technomagicznego świata przyznam szczerze, że dużo chętniej oglądałabym ją w formie opowiadania niż wiersza. „Zimne morze” to opowieść zakochanego w morzu żeglarza, a „Pustynny wiatr” – zakochanego pustyni nomada. Jest jeszcze „Wampirza sestyna”, również podobna do romantycznych ballad. Mimo że temat wiersza jakoś do mnie nie trafia, to wykonanie ciekawe.

Szczerze mówiąc, większość opowiadań ze zbioru kompletnie mnie nie przekonała. Widzicie, u Gaimana lubię magię (zarówno słów, jak i pokazywanych scen), tymczasem tutaj mamy epatowanie naturalizmem i sporo seksu, który gdzieś w połowie tomu zaczyna nudzić i drażnić. Do tego sporo historii co prawda ma pointę, ale nie ma rozwiązania, czego nie wiem, jak wy, ale ja nie lubię. Taka „Uczta” na przykład jest już chyba bardziej pornograficzna niż erotyczna i w sumie gdyby nie była którymś z kolei utworem z naturalistycznym seksem, to wzruszyłabym ramionami i napisała coś o sprawnie napisanych „momentach”. A tak napiszę, że czytałam z irytacją i znużeniem. Dla odmiany „Jedno życie urządzone w stylu wczesnego Moorcocka”, „Mysz”, „Jak myślisz, jakie to uczucie” i „Kufelek starego Shoggotha” to teksty kompletnie bezpłciowe (temu ostatniemu nawet nawiązanie do Lovecrafta nie pomogła). Jeśli nawet stał za nimi jakiś głęboki zamysł, to nie mogę go odnaleźć. „Zamiatacz snów” i „Poczucie obcości” stoją o oczko wyżej, bo przynajmniej mniej więcej wiadomo, co autor chciał przekazać czytelnikowi, nie można też powiedzieć, że nie miał na nie pomysłu. Tyle, że ten pomysł do mnie nie trafia (choć idei gościa sprzątającego resztki snów i, hm, niespodziewanych skutków onanizmu nie sposób odmówić oryginalności).

Są też teksty przeciętne – żebyście nie myśleli, że tylko narzekam. „Złote rybki i inne historie” to całkiem sympatyczna opowieść o Hollywood i tym, jak się przepisuje książkę na scenariusz. „Fakty w sprawie zniknięcia panny Finch” mają fenomenalny pomysł, ale wykonanie trochę przegadane. Urok stworzonego przez autora nocnego, podziemnego cyrku mnie nie oczarował, acz rozumiem, że bez niego pomysł nie miałby sensu. Oraz chyba jestem kompletnie niewrażliwa na nawiązania literackie, bo wplątanie Lovecrafta w „To tylko jeszcze jeden koniec świata, nic więcej” nie zrobiło na mnie wrażenia, w przeciwieństwie do głównego bohatera tekstu, wilkołaka zajmującego się zapobieganiem podobnym zdarzeniom (pojawia się jeszcze w „Bay Wolfie”). To samo z nawiązaniem do Adriana Mole’a, czyli „O tym, jak pojechaliśmy obejrzeć koniec świata, autorstwa Dawnie Morningside, lat 11 i ¼”. O ile relacje bohaterów bardzo mi się podobały, to sam pomysł na fabułę tak średnio. Dodatkowo mam jeszcze problem z narracją – autor starał się ją stylizować na relację jedenastolatki, nie prowadzoną na żywo, tylko spisana po jakimś czasie. I choć styl dziecięcej pisaniny odwzorował trafnie, to ja takiego stylu bardzo nie lubię.

„Córka sów” to z kolei szort stylizowany na historię przepisaną z siedemnastowiecznej księgi, co samo w sobie jest ciekawą stylizacją, ale treść kojarzy mi się z popularnymi creepypastami. „Szukając dziewczyny” to opowiadanie, które mogłoby być obyczajowe (zastanawiałam się, czy przechodzi test Brzytwą Lema, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że tak). Z tym, że historii łagodnej obsesji bohatera na punkcie wiecznie dziewiętnastoletniej dziewczyny z rozkładówki brak ikry. Podobnie, jak „Załatwimy ich panu hurtowo”, ale tu sytuację ratuje pewna przewrotność tekstu i próba pokazania, jakie potwory potrafi robić z ludzi słowo „promocja”. Podobnie jest z „Dziecizną” – ona akurat nadawałaby się do akcji promocyjnej organizowanej przez PETA. „Gdy nastał koniec” oceniam jako zgrabne nawiązanie do Księgi Rodzaju, ale o tym króciutkim tekście trudno powiedzieć cokolwiek więcej.

Nie jest jednak tak, że w „Dymie i lustrach" znajdziemy tylko teksty słabe i takie sobie. Najlepsze zostawiłam na koniec. „Mikołaj był…” to drabble (tekst poniżej 100 słów), więc trudno cokolwiek o nim napisać, nie zdradzając zbyt wiele. „Zmiany” to coś, czego nigdy bym z Gaimanem nie skojarzyła, gdyby nie było podpisane. Jest to bowiem czystej wody science fiction. Autor w skondensowanej formie przedstawił długofalowe skutki społeczne wprowadzenia łatwej w użyciu pigułki zmieniającej płeć (i przy okazji leczącej raka) i zrobił to świetnie. Aż chciałoby się to rozwinąć w powieść. „Piętnaście malowanych kart z wampirzego tarota” to zbiór piętnastu króciutkich tekstów o wampirach, eksplorujących znane motywy, ale mocnych. „Morderstwa i tajemnice” to według mnie zdecydowanie najlepszy tekst zbioru (zaraz po „Cenie”, ale „Cena” to moje ulubione opowiadanie Gaimana ever) i chyba najdłuższy. Mogłabym go zaliczyć do fantasy anielskiej, gdybym w ogóle odróżniała taki podgatunek. Świetna historia o planowaniu i konsekwencjach. „Szkło, śnieg i jabłka” to odważny retelling baśni o królewnie Śnieżce. Gaiman postanowił opowiedzieć prawdziwą historię złej macochy, która oczywiście znacznie różni się od tej nam znanej. Wiadomo przecież, że historie piszą zwycięzcy.

Ufff, tyle tekstów, a tak niewiele dobrych. Ale nic o, nie tracę wiary w Gaimana i kolejne zbiory też przeczytam. Może tam będzie więcej satysfakcjonującej treści.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag

Tytuł: Dym i lustra
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginalny: Smoke and Mirrors: Short fictions and illusions
Tłumacz: Paulina Braiter
Wydawnictwo: MAG
Rok: 2015
Stron: 372

wtorek, 30 czerwca 2015

"Cuda i Dziwy Mistrza Haxerlina" Jacek Wróbel

W polskiej fantastyce utarła się tradycja, że co poczytniejsze cykle wyrastają ze zbiorów opowiadań. Praktyczne to, w końcu debiutantowi łatwiej wyszlifować na początek kilka krótszych tekstów niż jeden długi, a i beta testy w czasopismach łatwiej robić. Ostatnio ta tradycja zamarła, głównie dlatego, że drastycznie spadła u nas liczba wydawanych debiutantów. Wydawnictwo Genius Creations stara się temu przeciwdziałać i to właśnie oni wydali zbiorek Jacka Wróbla pt. „Cuda i Dziwy Mistrza Haxerlina”.

Po prawdzie zbiorek nie jest stuprocentowym debiutem, bo dwa z dziewięciu opowiadań ukazywały się już w Nowej Fantastyce, a trzecie w Fantastyce wydaniu specjalnym, ale to raczej mało istotny detal. Przejdźmy do rzeczy ważniejszych, czyli omówienia poszczególnych opowiadań (jeśli was to nie interesuje, możecie przeskoczyć dziewięć kolejnych akapitów), a na koniec dorzucę jeszcze kilka akapitów ogólnie o całości.

„Nie wszystko złoto, co się świeci” jest właśnie jednym z opowiadań publikowanych wcześniej w Nowej Fantastyce (ponad dwa lata temu) i co prawda w książce mamy do czynienia z jego nieco rozwiniętą wersją, ale moja ocena nie zmieniła się. Fabuła mówi o tym, jak to Mistrz Haxerlin został zmuszony okolicznościami (o konkretnym imieniu i nazwisku, dodajmy) do złapania pewnej nimfy. Postanowił to zrobić za pomocą farbowanego bohatera. I teraz tak: tekst jest sprawnie napisany i nawet jakiś swój urok ma, ale pomysł na niego nie należy do tych pierwszej świeżości (a żarty ze zniewieściałych mężczyzn są już od dawna nudne…). Krótko mówiąc, oceniłabym go jako poprawny, ale gdybym tylko po nim miała ocenić, czy czytam dalej, to nie byłabym do końca przekonana.

Na szczęście pierwszy tekst jest jednocześnie najsłabszym (choć do innych miewam zastrzeżenia, to literacko zawsze stoją przynajmniej o poziom wyżej). Kolejny „Monopolista” to raczej miniaturka, ale nie pozbawiona uroku. Autor dworuje sobie w niej z wielkich korporacji, stosujących nie zawsze uczciwe metody konkurencji. Acz przyznam, że pod koniec opowiadania spodziewałam się czegoś więcej – czytając ostatnią linijkę, byłam przeświadczona, że na następnej stronie znajdę ciąg dalszy. Być może to nie wina autora, bo pointa, którą zastosował jak najbardziej może tekst zamykać, ale jakiś niedosyt pozostał.

„Succi vitalis” osobiście uważam za jeden z najlepszych tekstów zbioru. Fabuła jest dość prosta – ot, w mieście, z którego Haxerlin musiał się bardzo szybko wydostać, ogłoszono kwarantannę. Próbując podstępem wymusić przepustkę farbowany mag wplątuje się w działania grupy wałczącej z tajemniczą epidemią. Kilka epidemii już w historii polskiej fantastyki mieliśmy, sama nawet znam jeden brawurowy przypadek zwalczania, więc pomysł na fabułę jakoś szczególnie innowacyjny nie jest. Jednak nie w tym tkwi jego siła – siła tkwi w postaciach (no i w poincie, ale nad nią nie będę się rozwodzić ze zrozumiałych względów). Moim faworytem jest młody zastępca burmistrza – bohater bardzo złożony; niby dojrzały, opanowany i odpowiedzialny, ale kryjący w sercu zadrę.

„Większe związanie Hatecrafta” wprowadza postać, która będzie towarzyszyła nam przez kilka kolejnych tekstów – chodzi o demona uwięzionego w ciele jedenastolatka. Pomysł moim zdaniem bardzo fajny i ciekawie wykonany, ze sporym potencjałem komicznym. A samo opowiadanie przestrzega przed pułapkami rodzicielskiej nadopiekuńczości.

„…aż po grób” to sztandarowy przykład problemu, jaki mam niektórymi opowiadaniami Wróbla. Pomysł wydaje się rewelacyjny, autor zastosował nietuzinkowe rozwiązania, udało mu się zaskoczyć czytelnika. Po czym najbardziej innowacyjne wątki są zamykane w sposób co najmniej rozczarowujący.

„Najcenniejszy skarb na świecie” niektórym czytelnikom jest już znany – również ukazał się kiedyś w Nowej Fantastyce. Jest to tekst bardzo pocieszny, czysto humorystyczny (w innych zdarza się autorowi trącić poważniejszą nutę), z bardzo ciekawym pomysłem i pointą przecudnej urody (może nie jakąś szczególnie innowacyjną, ale idealnie pasującą do całości). Możemy się z niego dowiedzieć, dlaczego należy ostrożnie podchodzić do znalezionych map skarbów.

„Śpiew przez łzy” to moje osobiste największe rozczarowanie tomu. Pomysł na pierwszy rzut oka jest świetny – Haxerlin spotyka barda, który jest jakiś taki cosik podejrzany. I choć przeczucia Mistrza okazują się trafne, to pointa tekstu jest bardzo niezadowalająca (o ile postawimy brawurową tezę, że w ogóle istnieje). A zapowiadało się tak pięknie…

Dla kontrastu „Grota Valdura” to moim zdaniem jeden z najlepszych tekstów w zbiorze (to dobrze, bo przedostatni – widać, że autor z opowiadania na opowiadanie coraz bardziej się rozwija). Jest to typowa parodia RPGowego questa, bardzo udana zresztą (nawet gobliny są). Niemniej, dla mnie jest to ostatecznie tekst bardzo smutny, bo tajemnica tytułowej groty nastraja do raczej ponurych przemyśleń.

„Totalna evangelizacja” to również bardzo dobre opowiadanie i może nie aż tak ponure w ostatecznym rozrachunku, ale za to zdecydowanie nie tylko do śmiechu. Autor porusza w nim temat fanatyzmu religijnego – robi to dość przewrotnie, ale moim zdaniem bardzo trafnie komentuje całe zjawisko. Mamy tu też jakiś wstęp do teologii i kosmologii uniwersum, zapowiadającej się bardzo ciekawie. Mam nadzieję, że temat w przyszłości powróci.

Opowiedziałam już o każdym utworze z osobna, czas na wszystkie razem, czyli kilka uwag ogólnych. Opowiadania w zbiorze mają być z założenia humorystyczne i powiem wam, że autor sobie trudny kawałek fantastyki wybrał. Ale skoro już wybrał, to postanowił wykorzystać każda możliwość rozbawienia widza. I jakkolwiek z większości tych prób wyszedł zwycięsko, to nie zawsze tak samo zwycięsko. W moim przypadku najmniej skuteczne były zabawne w założeniu sytuacje – część nie śmieszyła wcale, czasem wywoływały lekki uśmiech. Lepiej wypadały nawiązania do popkultury, choć niektóre nawet jak na mój odporny gust były zbyt bezpośrednie (na przykład te do Gwiezdnych Wojen). Za to pochwała należy się za zabawy językiem. W tej kwestii autor ma poczucie humoru podobne do Pratchetta – lubi rzucić celnym  bonmocikiem, co wychodzi mu bardzo dobrze. W warstwie humorystyczno-językowej właśnie to najbardziej mi się podobało.

A jak bohaterowie? Wszak to oni mają spajać tego typu zbiory opowiadań. Szczerze mówiąc, bohaterów jest dwóch. Jednym, głównym i najważniejszym, jest oczywiście sam Haxerlin. Przed lekturą zastanawiałam się, czy będzie podobny do innego polskiego farbowanego maga – Arivalda. Cóż, nie do końca. Pozwólcie, że sięgnę po nomenklaturę RPGową: Arivald był neutralny dobry, Haxerlin jest zdecydowanie chaotyczny dobry. Oszustwo jest jego sposobem na życie i nasz magik nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia. Z drugiej strony, stara się nie czynić nikomu krzywdy (także dlatego, że w tym biznesie to się bardzo często i wyjątkowo złośliwie mści). W ostatecznym rozrachunku mamy dość sympatycznego, zdroworozsądkowego osobnika, mimo że swoje za uszami ma.

Drugim bohaterem jest Bo’akh–Bonthuzel (zwany pieszczotliwie Thuzem), wspomniany już demon uwięziony w ciele dwunastolatka. Autor bardzo ładnie wykorzystał ten pomysł, kontrastując odruchy potężnego (acz obecnie pozbawionego mocy) demona z odruchami dziecka. Wygląda to bardzo pociesznie i powiem szczerze, że bardzo jestem zainteresowana, co też by z Thuza wyrosło (najprawdopodobniej psychopata, ale wierzę, że autor jest w stanie wznieść się ponad tak oczywiste rozwiązania). Poza tym Wróbel miewa świetne pomysły na postacie drugo- i trzecioplanowe. Niestety, nie rozwija ich, a szkoda. Mam nadzieję, że z niektórymi będę miała okazję jeszcze się spotkać.

Teraz czas na akapit poświęcony kwestiom feministycznym. Jak być może widać, jestem kobietą płci żeńskiej i lubię mieć jakąś bohaterkę do lubienia w książce, którą akurat czytam (nie musi być miła i puchata, może być wredną suczą). Polska fantastyka jest w tej kwestii wyjątkowo kulawa, więc bacznie się jej przyglądam. „Cudom i Dziwom…” też. I kiedy się tak człowiek przygląda pod tym kątem, to mu się robi bardzo smutno. Nawet nie jest tak, że Wróbel nie umie pisać kobiet, bo zdecydowanie widać, że umie. Tylko jakoś tak się dzieje, że wszystkie jego kobiety to postacie smutne/pokrzywdzone/skrzywione, albo wszystko na raz (a jak już któraś okazuje się nie pasować do żadnej kategorii, to ostatecznie też okazuje się nie być kobietą). Facetów to nie dotyczy – mamy pełną gamę charakterów i dróg życiowych. Trochę mnie uwiera ten dysonans (a jest to dysonans bardzo powszechny u nas, więc uwiera mnie tym bardziej). Panie Wróbel, jesteśmy w fantasylandzie, wyobraźni dodaj mi skrzydeł i te sprawy, naprawdę tak trudno napisać normalną, zadowoloną z życia babkę, której nie grozi straszny koniec? Przecież widać, że pan potrafi.

Czy polecam? Polecam. „Cuda i Dziwy…” to kawałek naprawdę relaksującej i bardzo przyzwoicie napisanej rozrywki, idealnej na lato. Może nie jest to debiut powalający, ale bardzo sympatyczny. Mam nadzieję, że autorowi nie zabraknie pary i pomysłów na rozwijanie Haxerlina, bo potencjał jest, i to jaki (a chodzą słuchy, że to nie będzie ostatnie spotkanie z Mistrzem Haxerlinem). I że rozwinie kilka wątków (na przykład teologiczny; jak zazwyczaj mnie irytują, tak tutaj czuję się zaintrygowana). Czekam z pewną taką niecierpliwością.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Genius Creations

Tytuł: Cuda i Dziwy Mistrza Haxerlina
Autor: Jacek Wróbel
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok: 2015
Stron: 375

środa, 3 grudnia 2014

Ukruszmy smokom zęby krat czyli młodociane brewerie - "Smoki na zamku Ukruszon" Terry Pratchett

Pratchett gościł już na łamach tego bloga kilkukrotnie. Najczęściej ze Światem Dysku, ale nie tylko. Gościł w wydaniu dla dorosłych i dla młodszych czytelników. Raz nawet gościł w prasie. I to właśnie wspomnienie tego prasowego występu nakłoniło mnie do przeczytania „Smoków na zamku Ukruszon”. Choć po prawdzie trochę dałam się zwieść własnym rojeniom.

Bo wiecie, jakoś tak byłam przekonana, że opowiadania są jednak bardziej młodzieżowe. „Piekielny interes” pochodzi z tego samego okresu, co teksty ze zbioru (czyli z bardzo, bardzo wczesnej twórczości sir Terry’ego) i jest bardziej uniwersalny. Właśnie czegoś takiego (czyli kierowanego do odbiorców w wieku ok. 12 lat) się spodziewałam. Tymczasem większość tekstów w „Smokach…” jest przeznaczona raczej dla dzieciaków sześcio – dziesięcioletnich. Co nie jest wadą, po prostu rozmija się z moimi oczekiwaniami.

Prywatne oczekiwania może jednak rzućmy w kąt, bo przecież nie autora wina, co sobie czytelnik założył przed lekturą. Jak już wspominałam, opowiadania powstały w czasie nastolęctwa autora i były pisane dla jego rówieśników. I mam z tym mały dylemat, bo nie wiem, czy oceniać je jako twórczość bardzo młodego pisarza (przecież taki je napisał), czy raczej dojrzałego i uznanego (taki je po latach przejrzał i uznał, że nadają się do pokazania szerszej publiczności). Z jednej strony po tych tekstach widać, ze pisała je osoba bardzo młoda (i przybierając perspektywę oceny młodego talentu należałoby uznać, że tak, talent ich autora jest zaiste nieprzeciętny), z drugiej, jeśli ktoś zna późniejszą twórczość Pratchetta, nawet, a może zwłaszcza, młodzieżową, to będzie czuł niedosyt, bo dostanie zaledwie zarodek poziomu, do którego jest przyzwyczajony. A sprawę jeszcze bardziej komplikuje fakt, że te historyjki jako opowiadania dla najmłodszych tak czy siak się bronią.

Mówiłam, że jak jest ciemno, to jest ciemno.;)
Jakie to historyjki? Ano rozrzut tematyczny mamy spory, choć wszystkie są utrzymane w konwencji humorystyczno-przygodowej. Mamy więc i nawiązania do legend arturiańskich, baśni, podróże w czasie i przestrzeni oraz niecodzienne mutacje codzienności. Mam przy tym wrażenia, że opowiadania są ułożone w kolejności powstawania (tytułowe „Smoki na zamku Ukruszon” są pierwsze i jednocześnie najsłabsze w zbiorze, potem jest już systematycznie lepiej, więc albo to, albo się przyzwyczaiłam). Najbardziej podobały mi się dwie „Klechdy o Ludzie Dywanu”, z których potem wyrósł „Dywan”. Obie podobały mi się do tego stopnia, że postanowiłam przeczytać powieść, której dały początek. Bardzo udane w swej absurdalności były też trzy inne teksty: „Autobus linii 59A cofa się w czasie” (mój osobisty faworyt zaraz po „dywanowym” tandemie), „Święty Mikołaj idzie do pracy” i „Paskudny śniegolud”. Reszta jest raczej przeciętna – przyjemna, ale niezostająca w pamięci. Znalazło się tam nawet rozwinięcie do postaci opowiadania pewnego starego żartu.

Trzy słowa o wydaniu, bo jest piękne, co przyzna każdy patrząc na okładkę. A w środku jest tylko ciekawiej, bo ilustracji jest mnóstwo i chociaż za takim stylem akurat nie przepadam, to nie sposób mu odmówić uroku. Do tego liternictwo wyraża emocje i jak jest ciemno, to jest ciemno. Co prawda wydaje mi się, że ilustracje byłyby znacznie bardziej zachwycające, gdyby dodać im kolor, ale to już tylko takie moje luźne uwagi.

Podsumowując, jeśli macie dzieci/kuzynów/sąsiadów w wieku wczesnoszkolnym i chcecie ich zarazić Pratchettem, ta książka będzie idealna. Jeśli chcecie prześledzić ścieżkę rozwoju stylu i warsztatu pisarza takoż. Ale jeśli oczekujecie zachwytów nad znanym i lubianym z Dysku sir Terrym, to może jednak sięgnijcie po coś innego. „Smoki na zamku Ukruszon” to zdecydowanie nie ten kaliber.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.


Tytuł: Smoki na zamku Ukruszon
Autor: Terry Pratchett
Tytuł oryginalny: Dragons at Crumbling Castle: and other stories
Tłumacz: Maciej Szymański
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2014
Stron: 390

środa, 8 maja 2013

Szaleństwo tworzenia i inne opowiadania - "Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy" Jeffrey Ford

Jeffreya Forda znamy w Polsce głównie z trylogii zaczynającej się od „Fizjonomiki”. Poza tym jego opowiadania drukowano w różnych antologiach (np. „Kroki w nieznane”). Nie jest to może autor przesadnie płodny, ale napisał kilka książek nieznanych u nas. Wydawnictwo Mag w ramach serii „Uczta Wyobraźni” postanowiło przypomnieć o pisarzu, wydając w jednym tomie nagradzany zbiór opowiadań oraz powieść. I bardzo dobrze, że postanowiło, bo jest to ktoś, o kim warto pamiętać.

Przypominanie zacznijmy może od kilku ogólnych uwag do zbioru opowiadań (zanim przejdziemy do poszczególnych tekstów). Ci, którzy czytali „Fizjonomikę”, z pewnością odnajdą w nim charakterystyczny styl Forda, choć oczywiście w różnym natężeniu, zależnie od tekstu. Autor operuje językiem, tworząc surrealistyczne wizje z normalnych na pierwszy rzut oka elementów, przekształconych niczym w sennym majaku. Wkłada też sporo wysiłku, aby zatrzeć granicę między obiektywną rzeczywistością a subiektywnym postrzeganiem świata przez bohaterów – stąd czasem opowiadania chwieją się na granicy fantastyki, zaś wszystkim bardzo blisko do realizmu magicznego. Czasem są tak zagmatwane, że bez posłowia (które zdaje się być regułą w amerykańskich, autorskich zbiorach opowiadań) czytelnik nie ma możliwości domyślenia się, o co chodzi.

Ford często tematem swoich opowiadań czyni różne aspekty pisarstwa. „Asystentka pisarza fantasy” to historia dziwnych wydarzeń, które doprowadziły do rozkwitu talentu tytułowej asystentki. Trochę w tym magii, trochę pytań na temat związku autora z jego dziełem, a trochę tradycyjnej relacji mistrz-uczeń. Jest to jednocześnie najmniej „fordowy” tekst w zbiorze – takie klasyczne opowiadanie, bez oniryzmu i surrealizmu. Zupełnie inaczej rzecz ma się ze „Słodkim węzłem”, będącym przepuszczoną przez ten dziwaczny, senny filtr próbą rozliczenia się ze wszystkich kursów kreatywnego pisarstwa, które autor prowadził. Również do twórczości jako takiej odnosi się przewrotny „Jasny poranek” – przepełniona specyficznym humorem i zakończona zaskakującą woltą opowieść o związku pewnego pisarza fantastyki z Kafką.

Mamy też opowiadania badające granice wyobraźni. W nagradzanym „Stworzeniu” na przykład widzimy obraz świata postrzeganego przez małego chłopca wychowywanego w dość religijnej rodzinie (przynajmniej mającego wymagającą i staromodną katechetkę). Oglądamy, w jaki sposób dziecięca wyobraźnia nakłada na rzeczywistość prawdy znalezione w katechizmie i do końca nie wiemy, czy tytułowe stworzenie było prawdziwe, czy narodziło się tylko w umyśle dziecka. Podobnie w tekście „Coś nad morzem”, w którym sny małej dziewczynki przenikają się z opowieściami jej wujka, rzeczywistością i magią.

Ford lubi w swoich tekstach eksperymentować i właśnie takich eksperymentów jest w zbiorze najwięcej. „Kobieta, która liczy swoje oddechy” to wzorowany na psychoanalizach Freuda tekst o pewnej teściowej. Na tle innych opowiadań wypada dość blado, więc chyba można go nazwać nieudanym eksperymentem. „Pansolapia” jest jednym z tych utworów, których nie da się zrozumieć bez podpowiedzi autora – tutaj akurat mamy do czynienia z typową, conanopodobną historią barbarzyńcy, w której brak ciągu przyczynowo-skutkowego, a wszystko dzieje się jednocześnie. Przez to opowieść przypomina rozsypane puzzle, ale są czytelnicy, którym ich układanie może sprawić sporo frajdy. „Delikatny” był zaś wprawką przed pisaniem wyżej wspominanej trylogii – znajdziemy w nim wszystkie motywy, które później autor rozwinął w powieści, jak również charakterystyczny, niepokojący klimat.

Czasem Ford stawia na humor, a czasem na grozę (choć elementy zwłaszcza tej ostatniej da się wyczuć we wszystkich utworach). „W drodze do Nowego Egiptu” to mająca znamiona szalonego snu historia o tym, co się dzieje, kiedy zgodzisz się podrzucić gdzieś Jezusa Chrystusa. Dzieje się mianowicie wiele zabawnych, choć czasem strasznych rzeczy. „Podwieczorek z Juliuszem Verne’em” jest, na swój sposób zabawnym, wyimaginowanym wywiadem, jaki autor chętnie by przeprowadził z tym sławnym pisarzem (a przynajmniej z własnym wyobrażeniem tegoż pisarza). „Z głębi kanionu” zaś ma być horrorem, operującym zużytym już nieco motywem klątwy.

Zostały jeszcze teksty, które mają bardziej klasyczne fabuły. „Miasto Egzo-Szkieletów” i „Pływanie w Lindrethool” łączy klimat czarnobiałych filmów noir, choć ich fabuły (poza pobrzmiewająca tęsknotą za prawdziwym uczuciem) bardzo się różnią. Pierwsze pod tym względem przypomina typowe science fiction, oczywiście odpowiednio wykoślawione na fordowską modłę. Z jednej strony mamy obcą planetę, robakokształtnych kosmitów i kwestię interakcji, z drugiej zaś handel wymienny: stare filmy za robaczą kupę (będącą niesamowitym afrodyzjakiem; widzę w tym przytyk do ludzkości, która jest w stanie znacznie więcej płacić za zbytek wzmagający żądze, niż za artykuły mogące przysłużyć się nauce czy medycynie). A całość służy raczej napiętnowaniu hipokryzji i pokusy życia iluzjami. „Pływanie w Lindrethool” również zahacza o tematykę typową dla SF, ale czerpie z niej tylko rekwizyty. Oto mamy bowiem historię akwizytora sprzedającego komputery napędzane żywymi, ludzkimi mózgami. I znowu problematyka moralna takiego rozwiązania przesuwa się na dalszy plan, na pierwszym zaś pozostaje nieszczęście jednostki wykorzystywanej przez korporację i zdradzonej przez ludzi, którym ufała. Pozostając w klimatach fantastyki naukowej, mamy jeszcze „Daleką oazę” - na poły humorystyczną (humorem raczej wisielczym) opowieść o zabawie człowieka w boga ewolucji, oraz „Zombie Maltusiana”. Opowiadanie to korzenie fabularne ma w czasach zimnej wojny, a osią zdarzeń jest pewien sympatyczny staruszek z mrocznym sekretem. Autor trochę się tu bawi mitem doktora Frankensteina, by potem pointą skonfundować czytelnika. Kompletnie od poetyki science fiction odżegnuje się „Reparata”, która miesza motywy znane z baśni z typowym dla Forda onirycznym klimatem.

Jeśli ktoś była na tyle wytrwały, żeby przebrnąć przez wszystkie wywody dotyczące opowiadań, będzie miał teraz okazję poczytać o powieści. Przejdźmy więc może do „Portretu pani Charbuque”. Na początku fabuła może wydawać się prosta: oto bowiem Piambo, wzięty nowojorski malarz-portrecista, dostaje zlecenie od tajemniczej damy. Podobno ma być ono niezwykłe, a że dama płaci ekstra, artysta postanawia przynajmniej wypytać o szczegóły. Okazuje się, że pani Charbuque obmyśliła dla niego prawdziwe wyzwanie – ma namalować portret, nie patrząc na nią. Może tylko słuchać jej opowieści i ewentualnie zadawać pytania pomocnicze. Piambo jest tym podekscytowany, czuje, że to przełom w jego karierze. Już wkrótce ma się okazać, że nie tylko.

O stylu Forda nie będę już wspominać, bo zrobiłam to przy okazji opowiadań. Niemniej, w porównaniu z „Fizjonomiką”, „Portret…” jest powieścią zdecydowanie bardziej wyważoną, staranniejszą, obliczoną na spowijanie czytelnika opiumowymi oparami opisów, a nie szokowanie dziwnością wizji. Choć, trzeba autorowi przyznać, że i bez udziwnień opowieść pozostaje niepokojąca. W zasadzie jest to też powieść niefantastyczna – nawet przy ogromnej dozie dobrej woli nie można tam znaleźć niczego bardziej niecodziennego, niż to, co pojawia się w dowolny kryminale czy thrillerze (i oczywiście nie przechodzi badania brzytwą Lema). „Portretowi…” najbliżej chyba do kryminału noir, choć oczywiście nie spełnia wszystkich kryteriów.

Odejdźmy jednak od klasyfikacji i zajmijmy się na chwilę bohaterami. Na narratora opowieści pisarz wyznaczył Piambo, więc to z jego perspektywy (i w pierwszej osobie liczby pojedynczej) poznajemy fabułę. Wbrew pozorom, malarz nie jest najciekawszą postacią – czasem miałam wręcz wrażenie, że to najmniej interesująca postać. No bo z czym tu porównać portrecistę, który jak na artystę prowadzi całkiem stabilny styl życia? Z niezwykle tajemniczą zleceniodawczynią? Z jej niewidomym, ale podejrzanie sprawnym służącym? Z kolegą po fachu, opiumistą niepozbawionym obsesji? Z Samantą, aktorką i wieloletnia partnerką, która prawdziwie kocha, ale i charakteru, żeby zastawić pułapkę na niewiernego mężczyznę, jej nie brak? Sami przyznajcie – na tle tej barwnej galerii główny bohater wypada blado, zwłaszcza że jest jeszcze kilka niesamowitych postaci epizodycznych. Niemniej, trzeba przyznać, że Ford ma niezwykły talent do tworzenia postaci żywych, nieprzestylizowanych i naturalnych – to, oraz wyrazisty styl są zdecydowanie najmocniejszą stroną autora.

Wady? Cóż, chyba miejsce sztuki i procesu tworzenia w tym wszystkim. Osobiście, mając w pamięci tytuł i tekst z okładki, liczyłam, że w tej dziedzinie będzie więcej i bardziej obrazowo. Cieszy mnie, że Ford bardzo zgrabnie i niezwykle sugestywnie opisał obrazy, ale pozostał pewien niedosyt. Choć może po prostu miałam zbyt duże wymagania.

Jeśli ktoś po przeczytaniu tych wywodów (lub, co bardzie prawdopodobne, po ich szybkim przewinięciu, bo za długie) potrzebuje zachęty w krótkich, żołnierskich słowach, to proszę bardzo: warto przeczytać. Nawet bardzo. I nawet dla tych, którzy wolą kryminały od fantastyki – choć oni raczej powinni ominąć zbiór opowiadań. Polecam.
 
Recenzja dla portalu Insimilion.
 

Tytuł: Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy
Autor: Jeffrey Ford
Tytuł oryginalny: The Portrait of Mrs. Charbuque. The Fantasy Writer's Assistant
Tłumacz: Robert Waliś
Wydawnictwo: MAG
Rok: 2013
Stron: 524
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...