środa, 16 sierpnia 2017

[Rok z Nebulą] "Piekło pocztowe" Terry Pratchett

Jak wiecie (lub nie) bardzo lubię Pratchetta. I to szczególnie tego późnego, bo bardziej niż nieskrępowany humor cenię u niego trafność opisów zjawisk znanych z naszej rzeczywistości, wirtuozerię, z jaką uwypukla rzeczy, których w życiu codziennym nie dostrzegamy, mimo że często na nie patrzymy. Dlatego też pomyślałam, że moje nebulowe wyzwanie będzie świetną okazją, żeby przeczytać sobie kolejny tom „Świata Dysku”. Wybrałam „Piekło pocztowe”, po pierwsze dlatego, że to pierwszy tom podcyklu o Moiście von Lipwigu (no a nie będę zaczynać od drugiego), a po drugie, bo mam słabość do ekranizacji.

Moist von Lipwig to prawdziwy oszust, który prowadzi swą działalność nie tyle dla zysku, ile dla sportu. Niestety, po ostatnim numerze został schwytany i skazany. Oraz powieszony. Ale oto Patrycjusz Ankh-Morpork daje mu drugą szansę – wystarczy, że Moist przyjmie posadę poczmistrza (nikt nie musi wiedzieć, że egzekucja była trochę… niedokładna, prawda? A w razie czego, zawsze można to naprawić) i doprowadzi Urząd Pocztowy do dawnej świetności. Zaiste, do rozruszania instytucji praktycznie martwej od kilkudziesięciu lat trzeba specjalnych talentów. A czas już najwyższy, bo sekary zanadto się panoszą.

Dla dyskowego cyklu Pratchetta charakterystyczne jest, że w każdym tomie autor bierze na tapetę jakieś rzeczywiste zjawisko lub element otoczenia. W „Piekle pocztowym” postanowił pochylić się nad mechanizmami monopolizacji rynku i działania korporacji. I szczerze mówiąc, trudno mi wyobrazić sobie innego pisarza, który potrafiłby tak lekko i jednocześnie interesująco pisać na tematy raczej mało nośne fabularnie (znaczy, ja doskonale wiem, że istnieje cały gatunek science fiction poświęcony opisowi świata po tym, jak korporacje zagarną już wszystko i nazywa się cyberpunk, ale w „Piekle pocztowym” Pratchett próbuje nam raczej pokazać mechanizm, który pomaga tworzyć rzeczywistości cyberpunkowe). Pokazuje, jak łatwo ludzie dają się oszukać (po części też jest to bowiem opowieść o oszustwach na różnych poziomach i ich konsekwencjach).

Ale aby te nośne tematy dało się przekazać, potrzebna jest fabuła i bohaterowie. Moist jest nową postacią w cyklu – to typowy bohater chaotyczny dobry (chyba jedyny taki u Partchetta i aż dziwne, że pojawił się dopiero teraz). Niby oszust, który uważa, że ofiary jego przekrętów zasłużyły na wszystko, co ich spotkało (Moist żywi bowiem głębokie przekonanie, że uczciwego człowieka nie da się oszukać i biorąc pod uwagę fakt, że większość jego numerów polega na kuszeniu ofiar, żeby spróbowały oszukać oszusta, trudno dziwić się takiej postawie), ale z drugiej strony brzydzi się bezpośrednią przemocą i potrafi mieć tak zwany gest, o dziwo posiada też pewne poczucie sprawiedliwości. Przyznam, że do tego typu bohaterów mam słabość. Po drugiej stronie barykady, czyli po stronie seraków, mamy Reachera Gilta, który zdaje się być personifikacją drapieżnego kapitalizmu i polityki korporacyjnej. To facet, który nie cofnie się przed niczym, żeby dostać jeszcze trochę więcej pieniędzy, przy czym jest na tyle inteligentny, żeby nie dać się złapać (i eliminuje każdego, kto mógłby go zdemaskować). Paradoksalnie, Gilt jest tym, czym Moist mógłby się za kilka lat stać. A cała fabuła opiera się na pojedynku między nimi dwoma, pomiędzy polityką seraków w duchu „po co poprawiać jakość, skoro można zadbać o bycie jedyną opcją” a konkurowaniem ceną i jakością pocztowych usług.

Wszystko powyższe jest opisane charakterystycznym językiem Pratchetta, choć zdecydowanie bardziej stonowanym niż w początkowych tomach cyklu. Bark tu szalonych metafor i długich dygresji, ale poczucie humoru i pewna doza absurdu pozostaje. Osobiście wolę to stonowanie.

To jest naprawdę dobra powieść, nie tylko jak na Świat Dysku, ale w ogóle. Nie wiem, czy akurat o tyle lepsza od innych z cyklu, żeby dostać nagrodę (miałabym innych kandydatów; choć tym razem może zaważyła aktualna było nie było tematyka), ale i tak warto przeczytać. Polecam, jak zwykle Pratchetta.

Tytuł: Piekło pocztowe
Autor: Terry Pratchett
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Tytuł oryginalny: Going Postal
Cykl: Świat Dysku
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2016
Stron: 476

sobota, 12 sierpnia 2017

"Zabawa w Boga" (antologia)

O antologii wydawanej przez sekcję literacką Śląskiego Klubu Fantastyki dowiedziałam się z jednej z fejsikowych grup. Sama inicjatywa mnie cieszyła, bo uważam, że dobrze dla literatury jest, jeśli młodzi autorzy mają okazję zadebiutować jakimś opowiadaniem, a prasy branżowej, w której mogą to zrobić, nie ma zbyt wiele. Tym samym nie potrafiłam odmówić, kiedy odezwała się do mnie jedna z redaktorek antologii z propozycją zrecenzowania tejże.

W skład antologii wchodzą opowiadania zwycięzców konkursu zorganizowanego przez ŚKF – niektórzy to debiutanci, inni krótką formę już gdzieś kiedyś publikowali, a niektórzy to i powieść mają za sobą. Jest też jedno nazwisko zza granicy, uznanego autora opowiadań (u nas praktycznie nieznanego, niestety). Pozwólcie, że teraz pochylę się nad każdym tekstem z osobna.

Zbiór otwiera opowiadanie amerykańskiego gościa antologii, Beniamina Rosenbauma. I chyba nie ma co owijać w bawełnę: „Przyjmujący nowe” to tekst, który z całego zbioru podobał mi się najbardziej. Fabularnie to opowieść o pewnym młodziku, który podejrzanie prędko awansuje w hierarchii swojego cechu, aby na końcu odkryć, co w tym podejrzanego. Proste, prawda? Tyle że nie do końca. Po pierwsze, wszyscy bohaterowie należą do rasy obcych o fascynującej biologii (tak, wiem, zboczenie zawodowe. Cóż poradzę?). Autor stworzył obcych przechowujących wspomnienia i elementy osobowości w specjalnym gatunku symbiontów – jakież to pole do rozważań! (bo któż tu jest rasą rozumną właściwie?). A żeby było jeszcze ciekawiej, cech, o którym wspomniałam na początku, to rzeźbiarze bogów – pomniki, które tworzą, stają się pełnoprawnymi bóstwami. Jakież pole do intryg i nadużyć! Uwielbiam teksty, które zostają mi w głowie na długo po tym, jak skończę lekturę, które mogę w myślach obracać i rozkładać na czynniki pierwsze jak budowlę z klocków lego. „Przyjmujący nowe” jest właśnie takim tekstem.

„Chirurg” Anny Hrycyszyn to z kolei tekst bardzo poprawny – nie mylić z przeciętny. Pomysł na wykorzystanie motywu tzw. „filipińskich chirurgów” jest dość ciekawy, a na oryginalności zyskuje jeszcze poprzez osadzenie akcji w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Opowiadanie jest napisane poprawnym językiem, ma bardzo poprawną pointę i czyta się je z poprawną przyjemnością, ale brak mu iskry, niestety. Mimo to chętnie przeczytałabym inne teksty autorki w poszukiwaniu tejże iskry. Wierzę, że może się pojawić.

„Kary i żywioły” Jesiona Kowala to chyba nie jest opowiadanie dla mnie. Właściwie (co nawet zasugerowano we wstępie) jest dla miłośników Szekspira. Cóż, mam wrażenie, że aby zrozumieć tekst, niezbędna jest znajomość „Burzy”. Nie znam jej, więc może w tym momencie zakończę rozważania nad fabułą. Nadmienię tylko, że jest to chyba autor z najbardziej charakterystycznym językiem w całym zbiorze. Ale nie wiem, co o tej charakterystyczności myśleć.

„Korona Północy” Anny Aleksandrowicz to opowiadanie, do którego mam stosunek ambiwalentny. Bo od strony emocjonalnej kompletnie do mnie nie trafiło, a w przypadku krótkich form lubię, kiedy jednak w emocje uderzają. Ale od strony rozumu, czysto analitycznej – to jest majstersztyk. Pomysł jest interesujący (i zaskakująco rzadko eksploatowany), autorka bowiem postanowiła zmierzyć się z motywami mitologicznymi. Postanowiła pokazać, jak umierają bogowie w miejscu i czasie, kiedy nikt już w nich nie wierzy, kiedy taki bóg spędza wieczność z kobietą (niegdyś śmiertelną), co do której jest świadomy, że nigdy nie odwzajemniała jego uczucia, ale brak już mu boskiej pewności siebie, żeby ten fakt ignorować. Kiedy cała boskość zamienia się w statyczne trwanie i nie wiadomo już, czy jest bardziej błogosławieństwem, czy przekleństwem. Bardzo melancholijny tekst, smutny, ale piękny.

„Kot z pudełka” Łukasza Marka Fiemy to sympatyczne opowiadanie. Autor postanowił pobawić się tutaj trochę motywami biotechnologicznymi – manipulacja genetyczna i te sprawy. Jednocześnie nie starszy, jakie to potwory jesteśmy w stanie stworzyć. Nie, próbuje raczej pokazać, że jakkolwiek nietypowe byłyby efekty naszych eksperymentów, człowiek też jest w stanie zrobić coś pięknego. Konstrukcyjnie narracja tekstu tworzy całkiem przyjemną klamrę.

Z „Lekiem” Marty Potockiej mam z kolei problem. Samo założenie opowiadania – wynaleziono lek, który wyeliminował główna przyczynę śmierci, i co teraz? – jest ciekawe i ma ogromny potencjał, którego, mam wrażenie, autorka nie wykorzystała. Opowiadanie wydaje się urwane w połowie, w momencie, kiedy tak naprawdę zabawa powinna się dopiero rozkręcić. Poza tym napisane jest poprawnie i pod względem technicznym nie ma się do czego przyczepić.

„Marzenie Rotha” Małgorzaty Binkowskiej to kolejny tekst, z którym mam problem. Tutaj z kolei polega on na braku klarowności puenty opowiadania. Ogólny pomysł uważam za świetny: oto bowiem ludzkość doszła do poziomu rozwoju, w którym społeczeństwo składa się ze zwykłych ludzi oraz z czegoś w rodzaju androidów, bionicznych superkomputerów, którzy mimo że wyglądają po ludzku, zdecydowanie nie do końca są ludźmi (autorka wystylizowała ich na wzór geniuszy z lekką odmianą autyzmu mam wrażenie). Czasem powstają drobne nieporozumienia i do rozwiązania ich niezbędni są specjalni tłumacze, którzy będą w stanie wyłuszczyć, o co biokomputerowi właściwie chodzi, a czego nie potrafi wyartykułować. W opowiadaniu mamy właśnie jeden z takich przypadków. I gdyby nie niejasna puenta (znaczy, ja się domyślam, o co autorce mogło chodzić, ale to jest to miejsce, w którym nie powinnam się domyślać, tylko wiedzieć), byłby to jeden z ciekawszych tekstów zbioru.

Tutaj dochodzimy do najbardziej problematycznego opowiadania, czyli „Mrok zabije wieloryba” Olgi Niziołek. Po pierwsze jest to tekst z gatunku new weird czy tam innego realizmu magicznego, a z tymi gatunkami nie jestem zbyt kompatybilna. Toteż trudno mi ocenić, jak dobrze lub źle w ramach gatunku opowiadanie wypada. Na poziomie fabularnym mamy tu opowieść o dziewczynie przekonanej, że w jej wnętrznościach przebywa miniaturowy wieloryb, który nie daje jej żyć oraz o mężczyźnie, który nosi w sobie mrok (na początku myślałam, że to taka metafora chorób psychicznych, ale biorąc pod uwagę zakończenie opowiadania, to mam nadzieję, że nie). Przyznam, że kompletnie nie wiem, jak mam odczytywać ten tekst. Może więc już nie będę tego rozważać, pożalę się jedynie na motyw, który kompletnie zniszczył mój kołek do zawieszania niewiary. Otóż mamy tutaj osobnika płci męskiej mającego niebezpieczne dla społeczeństwa zdolności, które mogą być dziedziczne. Osobnik brał udział w jakimś rządowym programie badań. Kiedy program zakończono, co zrobił rząd w celu upewnienia się, że osobnik nie przekaże swoich niebezpiecznych zdolności potomstwu? Nie, nie wysterylizował go. Kazał mu podpisać oświadczenie, że nie będzie miał dzieci. Kurtyna.

„My ether” Alicji Tempłowicz to kolejne z przyjemnie poprawnych opowiadań. Mamy tutaj świat, który mógłby być Francją w przededniu rewolucji francuskiej, gdyby nie eter, elektryczność, hybrydy oraz kilka innych wynalazków. Ogólnie jest to ciekawie napisana historia upadku arystokracji, ilustracja tego, jak małostkowe wojenki o władzę pośrednio doprowadzają do zniszczenia znanego porządku, ze szkodą dla wszystkich stron biorących w tych wojenkach udział.

„Ordan” Magdaleny Czarneckiej to z kolei mój ulubiony polski tekst zbioru. Lubię teksty, które po prostu są literaturą przygodową, pisaną z myślą o wciągnięciu czytelnika w jakąś fajną historię i nieudające, że miały być wielką metaforą czy poruszać trudne tematy. Które bawią, ale mają też potencjał, żeby dawać do myślenia. „Ordan” właśnie taki jest – to literacki odpowiednik kina nowej przygody. Ja tę uczciwość względem czytelnika cenię. Poza tym autorka stworzyła bardzo ciekawy świat (który kojarzy mi się trochę z „Diuną” a trochę z „Gwiezdnymi wojnami”) i całkiem interesujących bohaterów. Sama historia może nie jest szczególnie zaskakująca i innowacyjna, ale daje radę. Chciałabym kiedyś przeczytać coś więcej z tego uniwersum – tam jest naprawdę ogromny potencjał.

„Serce Vann” Karoliny Fedryk jest pod pewnymi względami podobne do „Ordanu” („Ordana”?) – też jest tekstem z potencjałem do rozwinięcia. Tyle że jest dla odmiany (kolejną już w zbiorze) historią upadku tytułowego Vann – miasta magów. Mamy więc młodą bohaterkę, przed inwazją wroga na miasto naiwną, dobrze sytuowaną dziewczynę zakochaną w swoim królu. Po upadku miasta patrzymy, jak przechodzi przemianę, jak upadają jej ideały i jak w tle marnieje wspaniałe niegdyś miasto. Wszystko to napisane bardzo ładnym, choć nieco zachowawczym językiem. Ale nie jestem miłośniczką eksperymentów językowych, więc nie narzekam.

„Warunek początkowy” Krystyny Chodorowskiej to pułapka. Tylko udaje, że jest fantastyką. Pod cieniutką pozłotą futuryzmu mamy bowiem opowiadanie o… sztuce. Konkretniej muzyce. (To jest w sumie trochę znamienne dla tej autorki, że pod cienką warstwą futuryzmu mamy pochwałę lub rozważania nad jakąś dziedziną kultury. Przynajmniej na ile mogę ocenić po dwóch opowiadaniach ;) ). I jest to bardzo dobre opowiadanie o wykorzystywaniu nowej technologii w starej sztuce, o miłości do swojej pasji i o tym, że robienie tego, co się kocha czyni człowieka szczęśliwym. A gdzieś tam w tle bohater poszukuje pierwowzoru awatara ekspedientki, w sumie mało istotne.

„Wyliczanka” Agnieszki Zapart to jedyny tekst w zbiorze, który jako tako możnaby zaliczyć do grozy (odrobinę). Narracyjnie jest nietypowy (na tle zbioru), bo autorka przerzuca nas ze „współczesnej” narracji, gdzie babcia opowiada wnuczkowi pewną historię do retrospekcji tejże historii (ale nie bójcie się, wszystko jest przejrzyste, nikt się nie pogubi). Mamy więc trochę o patologii śląskiego osiedla, przed którą dzieci uciekają w świat wyobraźni. I ku ich przerażeniu, jedno z ich życzeń pewnego dnia się spełnia. Tekst wymagałby załatania drobnych dziur fabularnych, ale są one na tyle niewielkie, że w krótkiej formie można je wybaczyć. Ogólnie kolejne z solidnych, ale nie wybijających się opowiadań.

Zbiór zamyka „Pomarańcza”, króciutkie opowiadanie Rosenbauma. Całkiem przyjemne, choć nie tak dobre, jak otwierające. Pomysł boskiej pomarańczy ma jednak pewien urok.

Cóż, nie jest to może zbiór wybitny, nie ma w nim raczej tekstów, które zapamiętam do końca życia. Z drugiej strony nie ma w nim też tekstów bardzo słabych. Gdybym miała wydać na niego te niecałe dziesięć złotych (bo tyle kosztuje ebook) nie uznałabym tych pieniędzy za stracone. Więc zachęcę i Was do wydania dyszki – dostaniecie przyzwoite opowiadania, niektóre nawet bardzo dobre (a jeśli się już zdecydujecie, to kupcie w Madbooks – obiecali cały zysk ze sprzedaży przekazać ŚKF).

Tytuł: Zabawa w Boga
Autor: zbiorowy
Wydawnictwo: ŚKF
Rok: 2017
Stron: 316

środa, 9 sierpnia 2017

"Wiedźma opiekunka" Olga Gromyko

Pierwszy tom przygód Wolhy Rednej wywarł na mnie na tyle dobre wrażenie, że postanowiłam zapoznać się z kolejnym. I im dalej w las, tym więcej dostrzegam podobieństw z dresdenowskim cyklem Jima Butchera. Nie są to bynajmniej podobieństwa fabularne, a raczej w ogólnej konstrukcji świata i sposobie narracji (pomijam takie oczywistości, jak narracja pierwszoosobowa, obecna w obu cyklach). Obie książki maja pewne cechy, które sprawiają, że bardzo dobrze mi się je czyta. Choć, że mi się dobrze czyta, to jeszcze nie znaczy, że wszystkim.

Od wydarzeń opisanych w poprzednim tomie minęło półtora roku, Wolha musi jeszcze tylko zdać ostatnie egzaminy i już będzie wolna jako ten ptaszek. Będzie też musiała opuści zaciszne szkolne gniazdo i odlecieć w dorosłe życie. Najchętniej poleciałaby do Dogewy, w której ostatnio spędzała więcej czasu, niż w szkole (bo wiecie, zbieranie materiału do pracy dyplomowej i takie tam *mrug, mrug*), ale Mistrz rektor, a jednocześnie opiekun Wolhy od czasu, kiedy na swoją odpowiedzialność wymusił przyjęcie biednej sieroty do szkoły magii już załatwił dla niej stabilną i dobrze płatną posadę na królewskim dworze Belorii. Ale panna Redna nie byłaby sobą, gdyby skorzystała z tak nudziarsko przewidywalnej propozycji.

To, co mnie pociąga (zarówno u Gromyko, jak i u wspomnianego we wstępie Butchera) to taka specyficzna chaotyczna przemyślność tworzonych światów. Beloria na pierwszy rzut oka wygląda jak zbiór nieprzemyślanych elementów, które autorka wrzuciła do swojego świata, bo fajnie wyglądają i inni też je mają. Ale z biegiem czasu okazuje się, że wszystko było przemyślane i ma swoje miejsce w fabule. Sama Beloria w tym tomie też zyskała jakiś szerszy kontekst w świecie przedstawionym. Niby było wiadomo, że to tylko jeden z krajów, który z kimś tam sąsiaduje i z kimś tam toczył wojny, ale teraz mieliśmy okazję poznać tych „ktosiów” bliżej i dowiedzieć się, że autorka dołożyła starań, aby mówili własnym językiem i mieli własna kulturę, a (w niektórych przypadkach) nawet własna biologię. Przy okazji uzasadnienie zyskało kilka podanych w poprzednim tomie informacji (i nie, nie wygląda to na pośpieszne doklejanie właśnie wymyślonych wyjaśnień, wręcz przeciwnie) oraz okazało się, że niektóre trzecioplanowe drobiazgi pierwszego tomu mają dość kluczowe znaczenie dla fabuły drugiego. Uwielbiam, kiedy okazuje się, że autor od początku ma przemyślany cały cykl i konsekwentnie realizuje swój plan, a nie dopisuje kolejne tomy na łapu-capu.

Co do bohaterów, to właściwie kontynuujemy znajomości z poprzedniego tomu, choć pojawia się i kilka nowych. Sama Wolha nie rozwija się jakoś szczególnie – mam raczej wrażenie, że jest główną stałą opowieści, niezmienną i ukształtowaną. Co z jednej strony jest sympatyczne, bo ukształtowano ją całkiem przyjemnie, ale z drugiej… Wiecie, jakby w definicji klasycznej powieści jest ewolucja postaci (po angielsku na to mówią character development) i nie wiem, jak na dłuższą metę autorka poradzi sobie bez tego elementu. Chyba, że dalej jednak coś się zmienia. Len też dalej pozostaje takim trochę tajemniczym ni to przyjacielem, ni to kimś więcej i autorka na jego przykładzie prezentuje raczej działanie biologii gatunku niż ewolucję relacji. No ale biologia przynajmniej ciekawa. Z nowych znajomych mamy Orsanę. Mogłabym o niej kilka słów napisać, jako że na przykładzie tej postaci autorka postanowiła nieco przeinterpretować pewien znany trop, ale to byłby spoiler (doprawdy nieduży, bo podstęp Orsany jest przejrzysty nawet dla pięciolatka, no ale z drugiej strony taki miał być), a spoilerowi nie lubię.

Przyznam, że świetnie mi się czytało tę powieść, mimo drobnych niedociągnięć. Chętnie sięgnę po kolejny. Podoba mi się ta konwencja.

Książkę otrzymałam od Papierowego Księżyca. 
 

Tytuł: Wiedźma opiekunka
Autor: Olga Gromyko
Tytuł oryginalny: Ведьма-хранительница
Tłumacz: Maria Makarevskaya
Cykl: Kroniki Berolskie
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2017
Stron: 496

sobota, 5 sierpnia 2017

Na co poluje Moreni: sierpień 2017

Sierpień znowu nie okazał się szczególnie bogaty w premiery. Może to i lepiej, zdążę sobie nadrobić to i owo z moich przebogatych zaległości czytelniczych, a wrzesień z kolei zapowiada się bardzo bogato. Tymczasem jednak kilka tytułów się znalazło. Nie na tyle jednak ciekawych, żeby wzbudzić we mnie przymus zakupu, więc w dzisiejszym zestawieniu w pewnym sensie brak kategorii zakupowej.

"Upiór w bloku. Kryminałki mieszkaniowe" Martyna Rysa
3 sierpnia

Anegdot związanych z wynajmem mieszkania krąży po sieci tyle, że najciekawsze doczekują się nawet osobnych zestawień. Najwyraźniej pani Ryka zwęszyła w tym temat na reportaż i tak oto mamy "Upiora w bloku". A jako że swego czasu też szukałam czegoś do wynajęcia, bardzo chętnie się dowiem, że mogło być znacznie gorzej.

Wnęka na łóżko udająca pokój.
Dwadzieścia metrów antycznej ruiny.
Podmiejski domek, który okazuje się barakiem pośród chwastów.
Monitoring w każdym pokoju, którym można sterować bezpośrednio z łazienki.
Pośrednicy, którzy udają właścicieli. Właściciele, którzy wcale nie chcą najemców. Sąsiedzi, którzy chcą wiedzieć wszystko… Każdy, kto próbował kiedyś wynająć mieszkanie, musiał mierzyć się z tymi albo innymi problemami. Marta Rysa miała jednak wyjątkowego pecha.
Upiór w bloku. Kryminałki mieszkaniowe to zbiór zabawnych, choć często mrożących krew w żyłach, reportaży o tym jak trudno znaleźć dobre mieszkanie. Autorka z urokiem i niedowierzaniem opisuje szalony świat pośredników i właścicieli nieruchomości.
Przeczytaj, zanim wejdziesz na gumtree.  

"Skrzydła Ognia: Mroczny sekret" Tui T. Sutherland
16 sierpnia

Przerwa między poprzednim tomem a tym była tak długa, że niektórzy zaczęli żartować z wydawcy, że niby zanim skończy cykl, to mu target wyrośnie. Sama już dawno nie jestem targetem, więc się jakoś szczególnie nie niecierpliwiłam, niemniej chętnie poznam ciąg dalszy przygód młodych smoków. Zwłaszcza, że teraz opowieść ma się skupiać na najbardziej niedookreślonym przedstawicielu drużyny. Może być ciekawie.

Coś niedobrego kryje się w mrokach…
Tajemnicze Nocoskrzydłe wszystko ukrywają, począwszy od własnego domu i królowej, a skończywszy na wyborze sojuszniczki w wojnie. Teraz porwały własne smoczę przeznaczenia. Gwiezdny Lotnik jest podekscytowany i przerażony perspektywą poznania swojego plemienia.
Nocoskrzydłe porwały także kilkanaście niewinnych Deszczoskrzydłych i Gwiezdny Lotnik postanowił sobie, że przekona plemię, aby je wypuściło. Niestety Królestwo Nocy jest nieszczęsną krainą pełną sekretów znacznie straszliwszych, niż można by podejrzewać, i wszystkie zwoje Pyrrii nie zdołałyby teraz pomóc Gwiezdnemu Lotnikowi. Losy dwóch królestw spoczywają w jego łapach, a pozostałe smoczęta znajdują się zbyt daleko, żeby mu pomóc. Gwiezdny Lotnik będzie musiał odnaleźć w sobie odwagę… I to zanim będzie za późno.


"Życie pszczół" Maurice Maeterlick
30 sierpnia

Pszczoły to bardzo chodliwy towar w literaturze od dawna. Ale z uwagi na to, że obecnie przeżywamy renesans mody na tematykę przyrodniczą mam wrażenie, że wydawcy usilnie szukają takich tytułów. Ci mniej odważni celują w ksiązki, które niby są o przyrodzie, ale bardziej to jednak fikcja literacka albo, no cóż, literatura z ambicjami. Tu mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem, bo autorowi zdarzyło się przecież dostać Nobla. A choć sama publikacja jest wiekowa, to wydanie ponoć bardzo piękne, więc nawet zastanawiam się, czy nie nabyć.

Z pszczołami ma się sprawa podobnie jak z wieloma rzeczami tego świata. Dostrzegamy różne fakty, śledzimy obyczaje, powiadamy: robią to a to, pracują w ten a ten sposób, królowa tak przychodzi na świat, robotnice są dziewicami, rój następuje w tym a tym czasie. Wydaje nam się, że poznaliśmy wszystko, i nie pytamy o więcej. Widzimy, jak śpieszą z kwiatu na kwiat, obserwujemy rozgwar i ruch ula a egzystencję tę uważamy za bardzo prostą, wyznaczając jej granice od instynktownego szukania karmy do również instynktownego rozmnażania się. Ale gdy tylko zbliżymy się do przedmiotu naszych badań, by sobie zeń zdać sprawę, uderza nas niezwłocznie niesłychana złożoność najnaturalniejszych zjawisk i stajemy wobec zagadki inteligencji, woli, przeznaczenia, celu, środków czy przyczyn. I obezwładnia nas ta niepoznawalna organizacja najdrobniejszego przejawu życia.

"Szamanka od umarlaków" Martyna Raduchowska
30 sierpnia

To jest książka, którą polecono mi jako dobre, polskie urban fantasy. O samej autorce zaś czytelnicy wypowiadają się dość ciepło - było to jedno z nazwisk wydawanych przez FS w latach świetności, po którym później słuch zaginął. Mam wrażenie, że teraz te nazwiska (nie tylko od FS, ale i od świętej pamięci Runy) przeżywają zasłużony renesans i dobrze, bo zwykle to dużo lepsza fantastyka niż sztandarowe pióra FS. Chciałabym sprawdzić, czy "Szamanka..." utwierdzi mnie w tym przekonaniu. (opis z okładki do poprzedniego wydania, bo nowego nie mogę znaleźć).

Medium ma w życiu przerąbane. Medium, które nie chce być medium, ma przerąbane w dwójnasób. Medium bez powołania, za to z awersją do duchów, ma przerąbane wzdłuż, wszerz i naokoło. Ida Brzezińska świetnie wie, czego chce: normalnego życia. I gdyby to od niej zależało, w jej rodzinie na pewno nie byłoby ojca maga, matki czarownicy, babki jasnowidzki ani ciotki medium. Ani bez mała dwudziestu pokoleń podobnych wariatów. Tymczasem jednak ? o, zgrozo - są. A geny sumiennie robią swoje obdarzając Idę równie nadprzyrodzonym co niepożądanym szóstym zmysłem. Do tego jeszcze wredny, podły Pech o sadystycznych skłonnościach z upodobaniem krzyżuje jej plany, wpycha w szpony apodyktycznej ciotki, nęka stałą obecnością umarłych i wplątuje w aferę, od której na kilometry czuć pieprzem i imbirem - zapachem czarnej magii. Postawmy sprawę jasno - Ida nie ma Pecha. To Pech ma Idę.

Dodatkowo

"Księga cmentarna" Neil Gaiman
2 sierpnia

Ksiązkę już dawno przeczytałam i należy do moich ulubionych gaimanowskich powieści. A ponieważ nowe wydanie szalenie mi się podoba, zamierzam ją kupić do kolekcji.;)

Kiedy małemu dziecku udaje się uciec przed mordercą zamierzającym zabić całą rodzinę, kto mógłby przypuszczać, że schronienia udzieli mu miejscowy cmentarz? Wychowany przez zamieszkujące go duchy, zjawy i widma, Nik musi uczyć się życia od umarłych. Ale wciąż grozi mu niebezpieczeństwo, bo morderca nie ustaje w wysiłkach, żeby dokończyć swoje zadanie...

środa, 2 sierpnia 2017

Stosik #94

Lipcowy stosik okazał się zaskakująco obfity. Głownie dlatego, że przyszło do mnie trochę egzemplarzy recenzenckich, które powinny dotrzeć w miesiąc wcześniej, a planowane książkowe zakupy też mi się trochę opóźniły. I tak oto powstał ten stos.


Od góry - zakupy. "Ocen na końcu drogi" wyłowiłam z kosza z tanią książką. Dalej zakupy z Arosa. "Kojot Charlie" kusił mnie już od jakiegoś czasu i w końcu pomyślałam, że jednak sobie kupię tą opowieść o wychowywanym przez ludzi kojocie. Na "Dzieci czasu" czekałam, więc ni mogłam nie nabyć. Autor obiecywał narrację z perspektywy obcych, zobaczymy, co z tego wyszło. "Skrzydła nocy" Silverberga to oczywisty must have, w końcu Artefakty.

Dalej pakiet do recenzji. "Psi dar" od Marginesów już przeczytany i zrecenzowany. "Zaczarowanych" od Papierowego Księżyca napoczęłam i jest to doświadczenie ciekawe, ale chwilowo nie mam weny na dokończenie. "Bez odkupienia" czeka na swoją kolej, a "Miasto schodów" recenzowałam przedpremierowo. Nie mogło też zabraknąć "Ognia przebudzenia" od Maga - w końcu to ksiązka o smokach. "Czarownica znad kałuży" to papierowy egzemplarz ebooka otrzymanego wcześniej od Genius Creations. A "Wilcza godzina" to ciekawostka zza wschodniej granicy, od SQN.

A na koniec zdobycz, z której jestem najbardziej dumna - zakupiony ostatni brakujący tom serii Eco, którego nakład na chwilę obecną już się wyczerpuje (jest tylko to, co w sklepach, w hurtowniach brak). Czyli "Mądrość i cuda świata roślin". Co prawda Moreni była na tyle bystra, żeby dopytać, czy będzie dodruk albo wznowienie (będzie wznowienie), ale ponieważ jest życiową bułą, nie dopytała w jakiej formie. A ponieważ książka interesuje mnie wyłącznie jako uzupełnienie serii, wolałam nabyć, póki jest.

środa, 26 lipca 2017

"Psi dar" Claire Guest

Przyznam, że mimo mojej nieustającej miłości do wszelkiej literatury o zwierzętach z książkami o psach mam pewien problem. W przypadku czystej fikcji autorzy często próbują czytelnika szantażować emocjonalnie w sposób wyjątkowo mało subtelny (no bo wiadomo, że jak piesek umiera, najlepiej poświęcając za kogoś życie, to się czytelniku wzruszysz. Nie będziesz skończonym męskim organem rozrodczym, żeby się nie wzruszyć, prawda? PRAWDA!?), co mnie wyjątkowo irytuje. W przypadku nie-fikcji… cóż, dość powiedzieć, że czasem mam wrażenie, że każdy psiarz chce napisać biografię swojego jakże wyjątkowego pupila. Co czasem daje fajne efekty, ale raz, że rzadko, a dwa, sprawia, że książek o psach mamy zatrzęsienie i zaczynam instynktownie szukać czegoś bardziej oryginalnego. „Psi dar” był o tyle wyjątkowy, że łączy wątki zwierząt z wątkami medycznymi, czyli ostatniego (po zwierzętach i fantastyce) z wierzchołków trójkąta moich głównych zainteresowań.

„Psi dar” jest historią poszerzenia zastosowania psów w medycynie. Pomocnicy niewidomych są dla nas już od lat czymś oczywistym, asystenci niepełnosprawnych ruchowo też się opatrzyli, jednak wszelka pomoc, jaką chorzy otrzymywali dotąd od psów polegała na wykonywaniu odpowiednich zadań na polecenie podopiecznego. Claire Guest postanowiła sprawdzić, czy da się w medycynie wykorzystać psi węch i temu projektowi poświęciła lwią część swojego życia. Po czym o swoich zmaganiach napisała (po trosze autobiograficzną) książkę.

Z książkami o zwierzętach zazwyczaj jest tak, że ponieważ autor ma do opowiedzenia ciekawą historię, wybacza mu się niedostatki stylu (no niestety, nie każdy jest zawodowym pisarzem jak Koontz czy Woolfson, nie każdy ma ukryty talent do pióra). Z Claire Guest jest podobnie. Jej styl jest po szkolnemu poprawny, płynny, ale bez jakichkolwiek pretensji do literackości. Powiedziałabym, że jest tak przejrzysty i zrozumiały, że aż nudny.

Natomiast sama historia już nudna zdecydowanie nie jest. Mnie osobiście fascynuje medycyna, zwłaszcza w odsłonie literackiej, więc z ogromnym zainteresowaniem śledziłam, jak autorka-narratorka przeciera nowe szlaki nie tylko w szkoleniu psów jako takim, ale w szkoleniu przede wszystkim psów asystujących. Założona przez nią fundacja specjalizuje się w psach wywąchujących choroby – ostrzegających cukrzyków przed hipo(albo hiper)glikemią, ekstremalnych alergików o obecności alergenów czy narkoleptyków przed nadchodzącym atakiem. Możemy poznać kulisy powstawania fundacji i pionierskie programy szkoleniowe, wprowadzane przez Claire.

Jednak największym (i jak dotąd niespełnionym, chociaż prace trwają) marzeniem autorki pozostaje wyszkolenie psów do wykrywania nowotworów we wczesnym stadium. W tej dziedzinie też jest pionierką. Obserwujemy jej zmagania najpierw z ludźmi, którzy nie wierzyli w sukces przedsięwzięcia, później z obojętnością środowiska naukowego i z problemami natury zupełnie prozaicznej (na przykład skąd wziąć próbki do badań). Podziwiam ją za wytrwałość, ale także za skrupulatność w przestrzeganiu naukowych standardów przy eksperymentach i sporą dozę pokory.

Przy czym „Psi dar” to także opowieść o życiu trenerki i jej psów. Autorka opowiada o tym, jak bardzo psy były dla niej zawsze ważne, jak ceni sobie więź człowieka ze zwierzęciem. I jak mocny konkretne zwierzęta wywarły wpływ na jaj życie. Przybliża życiorysy swoich ulubieńców, które splatają się z jej własnym – od pierwszego Stroszka (dlaczego tłumacz postanowił tłumaczyć niektóre imiona, a innych nie, pozostaje dla mnie zagadką) po Daisy i Floren. Każdy jest wyjątkowy.

Myślę, że „Psi dar” to książka dla każdego. Dla miłośników psów – to oczywiste. Ale też dla lubiących opowieści o pionierach i o odkrywaniu nowych dróg w, zdawałoby się, dobrze poznanych dziedzinach. Dla tych, którzy lubią czytać o medycynie i dla miłośników wątków biograficznych. A wreszcie dla lubiących wspomnienia. Taka książka o szerokim spektrum. Poza tym ma jak dotąd najładniejszą okładkę w serii.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Marginesy.


Tytuł: Psi dar. Jak węch Daisy uratował mi życie
Autor: Claire Guest
Tytuł oryginalny: Daisy's Gift
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2017
Stron: 308

piątek, 21 lipca 2017

Z okazji Dnia Świnki Morskiej: poznajcie Świnkonomicon

Zupełnym przypadkiem tak jakoś wyszło, że od kiedy mam świnki niezobowiązująco pojawiają się raz do roku wpisy na ich temat. I co roku się kryguję, że to zupełnym przypadkiem. Cóż, chyba najwyższy czas przestać się oszukiwać. Niniejszym oświadczam do odwołania, że świński wpis z okazji Dnia Świnki Morskiej staje się nową świecką tradycją na blogu. Rzekłam.

Jak dotąd próbowałam powiązać świnki z popkulturą. Powstał wpis o tym, jak bardzo tam ich nie ma i gdzie jednak odgrywają rolę uroczego tła. W tym roku jednak zabrakło mi pomysłu na popkulturowe konotacje. Dlatego też pomyślałam, że przedstawię Wam moje stado, bo w końcu czemu nie, a w ciągu ostatnich dwóch lat Świnkonomicon mocno się zmienił (na przykład została już tylko połowa składu startowego;(). Poza tym zawsze fajnie pochwalić się swoimi uroczymi zwierzątkami, internet to uwielbia.

Tak więc przystępuję do krótkiej prezentacji mojego wymuskanego czteroświniu.

Momo
Najstarsza jest Momo - jedna z założycielek Świnkonomiconu, zwana też Laserowooką lub Świnką Puchatą. Jest z nami najdłużej, więc znamy się najlepiej i chyba najbardziej się lubimy. Jako jedyna z moich świń jest w stanie docenić uroki leniwego popołudnia z książką. Koneserka literatury, nie przepuści żadnej okazji do sprawdzenia jakości utworu (a że według niej książki dzielą się na smaczne i niesmaczne, to już inna sprawa. Cóż, wielcy krytycy tworzą wszak własne kategorie). Zdecydowana przeciwniczka ebooków. W stadzie jest alfą, od kiedy w styczniu przejęła to opuszczone stanowisko. Nie ma szczególnych predyspozycji do sprawowania władzy i to było widać, ale teraz nabrała doświadczenia i jako tako sobie radzi. Akuratna, kochana i miziasta. Z urodzenia jest rasowym rexem o maści zwanej szafranową.

Skuld
Pół roku młodsza jest Skuld, świnka rasy kundel bury. Adoptowaliśmy ją ze Stowarzyszenia Pomocy Świnkom Morskim, bodaj jedynej w Polsce organizacji zajmującej się wyłącznie świnkami morskimi (całkiem sporo ich czeka na dom, więc jeśli planujecie świnkę, może warto adoptować?). Przedadopcyjna historia Skuld nie jest szczególnie fascynująca, bo mała urodziła się już w domu tymczasowym stowarzyszenia. Jednak jej (nieznany) rodowód obejmuje kilka pokoleń mnożących się w bardzo bliskim pokrewieństwie (wiecie, pan sobie kupił parkę, po czym bardzo się zdziwił, że gryzonie się rozmnażają. Przekazał na rzecz SPŚM kilkadziesiąt świnek, pochodzących od tejże pary, w tym ciężarną mamę Skuld). Co nieco odbiło się na jej zdrowiu w postaci entropiom i wielorzędowości rzęs – czytelnikom obytym ze światem psów rasowych te terminy nie powinny być obce.


Plebejskie pochodzenie nasza kremowa dama nadrabia ambicjami. Dobra, powiedzmy wprost – Skuld ma galopujący kompleks Napoleona. Jest najmniejsza w stadzie, a wydaje jej się, że zasługuje na najwyższą pozycję, którą praktycznie od samego początku próbuje zdobyć. Za czasów poprzedniej alfy, wręcz urodzonej do tej roli, nie było szans na emancypację, więc Skuld zadowalała się prowokowaniem świnek bliższych jej statusem (konkretnie Momo). Kiedy jednak nastąpiła zmiana na głównym stanowisku, zwietrzyła okazję. Przez cały styczeń i luty wszczynała nieustanne bunty i pucze, dręcząc przy tym wszystkich, którzy na to pozwalali. Sny o potędze skończyły się bardzo szybko, kiedy „wszyscy” zorientowali się, że w sumie to są od dręczycielki dwa razy więksi i okazali swoje niezadowolenie. Po tym zdarzeniu Skuld wpadła w trwającą kilka tygodni depresję. Ale już jej przeszło. Choć ciągle jest ciężko obrażona na resztę stada. Świnki są pamiętliwe.


Pomimo trudnego charakteru względem innych świnek, Skuld jest przesłodka dla swoich ludzi. Lubi być głaskana, uroczo się przy tym rozpłaszczając i zaglądając głaskaczowi głęboko w oczy. Mam silne wrażenie, że doskonale wie, jak przybrać najbardziej rozczulającą pozycję.

Ahsoka
Trzecia w kolejności jest Ahsoka – jako rasowy CUY osiąga masę przeciętnego yorka. To właśnie ona została pogromczynią Skuld. Imię ma po jednym z Jedi, to i nie dziwota, że alergicznie reaguje na niedoszłych imperatorów (choć ostatnio dowiedziałam się, że i w „Opowieściach z Narnii” występuje postać o takim imieniu). A i charakter ma dość wojowniczy.


Ahsoka jest bardzo zrównoważoną świnką. Odważna, ale ostrożna, pierwsza zwietrzy zagrożenie i ostrzeże resztę stada (wiadomo przecież, że śmiercionośne jaszczempie i insze drapieżniki są powszechne w polskich mieszkaniach. Trzeba się mieć na baczności). Nie przepada za siedzeniem na kolanach, za to bardzo wdzięcznie rozlewa się, głaskana „na wolności”. Do niedawna Ahsoka była cynglem Momo, delegowanym do tych zbyt brutalnych na wrażliwe momełowe sumienie akcji pacyfikacyjnych. Ale ostatnio dojrzała i najwyraźniej pozycja prawej łapy szefowej przestała jej wystarczać. Podejmuje więc tak kulturalne, jak nieskuteczne próby przejęcia władzy. Chyba za bardzo lubi Momo, żeby ją zwyczajnie zlać.

Serenada
Najmłodszym nabytkiem stada jest Serenada, świnka importowana z drugiego końca Polski, bo tak, nazywana Świnką Puchatszą. Słodki, przytulaśny dzieciak, który uwielbia być głaskany w dowolnej konfiguracji. I zawsze ma mnóstwo do powiedzenia. Zawodowy pocieszacz pokrzywdzonych świnek, truchtający przez świat z jakąś taką dziecięcą naiwnością. Ciągle pracuję nad jej zamiłowaniem do literatury, bo przecież Momo potrzebuje zmiennika w towarzyszeniu mi przy lekturze. Niestety, Serenada nie wykazuje chęci. Ale pracujemy nad tym.

Na zakończenie mały disclaimer. Jak zauważyliście (bądź nie) trzy z moich czterech świnek to zwierzęta rasowe, z rodowodami i w ogóle. Piszę o tym nie dlatego, żeby się chwalić, tylko dlatego, żeby uświadomić Was, że istnieje coś takiego, jak hodowle gryzoni rasowych (najwięcej wiem o tych świńskich, ale istnieje też kilka chomiczych, mysich i szczurzych) i jest to zdecydowanie fajniejsze miejsce do pozyskania puchatego towarzysza niż sklep zoologiczny. Nie chcę się wdawać w szczegóły, bo to nie miejsce ku temu (jeśli ktoś jest zainteresowany, niech pyta w komentarzach), ale pomyślcie o nich, jeśli planujecie zakup zwierzaka. Albo go adoptujcie.:)

Mam nadzieję, że ilość uroczych zdjęć wynagrodziła wam ten mój zwierzęcy ekshibicjonizm.

środa, 19 lipca 2017

[Rok z Nebulą] "Wśród obcych" Jo Walton

Minął pierwszy miesiąc mojego Roku z Nebulą, czas więc napisać o pierwszej lekturze (z drobnym opóźnieniem co prawda, ale udawajmy, że tego nie widzimy). Na początek wybrałam „Wśród obcych” Jo Walton, powieść nie tylko obsypaną branżowymi nagrodami, ale też bardzo ciepło przyjętą przez blogosferę. Cztery lata temu mówili o niej dosłownie wszyscy, co po części przyczyniło się do mojego oporu przed czytaniem. Niemniej, teraz nadeszła odpowiednia chwila.

„Wśród obcych” to dziennik piętnastolatki, trochę ponad pół roku z życia Mori. To nie było dobre pół roku – niedawno straciła w wypadku siostrę bliźniaczkę oraz ruchomość stawu biodrowego. Ponadto musiała uciekać od swojej nie do końca normalnej matki i szukać wsparcia u ojca, którego nawet nie pamięta. Ten ostatecznie wysyła ją do szkoły z internatem, która dla dziewczyny jest zupełnie innym światem, pełnym dziewcząt o tak odmiennym światopoglądzie, że mogłyby pochodzić z obcej planety. Przy zdrowych zmysłach trzymają Mori tylko ukochane powieści SF. No i jest jeszcze magia.

Przyznam, że jak na powieść wręcz zarzuconą gatunkowymi nagrodami, „Wśród obcych” zawiera bardzo mało fantastyki. Z trudem przechodzi test brzytwą Lema, a wystarczyłoby kilka kosmetycznych modyfikacji, żeby go nie przeszła. Chodzi o przedstawienie magii. Mori widzi wróżki (faerie chyba byłoby bardziej adekwatnym słowem. Albo jestem nieodwracalnie zepsuta Dresdenem) i potrafi z nimi rozmawiać, ale magia w tym świecie działa albo nie, a nawet jeśli działa, równie łatwo można ją uznać za zbieg okoliczności. Fakt, że poznajemy wszystkie wydarzenia (oraz prawidła rządzące magią) z perspektywy i ust Mori sprawia, że właściwie nie mamy pewności, czy to wszystko dzieje się naprawdę. To że w magię wierzy piętnastoletnia narratorka nie znaczy, że ona działa obiektywnie. Równie dobrze może to być odpowiedź na bezsilność w obliczu despotycznej matki i śmierci siostry, prosta racjonalizacja i próba uzyskania kontroli nad czymś, nad czym kontroli się de facto nie ma. Ale wiecie co? Kiedy autor pozostawia mi wybór, zawsze wybieram tę ciekawszą opcję. W tym wypadku z magią i wróżkami.

Ale i w chwilach, kiedy magia spychana jest na dalszy plan, powieść też jest bardzo interesująca. W chwilach, kiedy wróżki się nie pojawiają, zostaje samotna, inteligentna nastolatka, która próbuje sobie radzić z dorastaniem w zupełnie nieznanej sytuacji. „Wśród obcych” to właściwie historia dojrzewania nerda płci żeńskiej u schyłku lat siedemdziesiątych. Dla mnie o tyle udana, że widzę wiele punktów stycznych z moim dorastaniem. Mamy tu wszystkie główne punkty z powieści dla nastolatek rodem: problem ze szkolnymi koleżankami, wątki patologii (matka, śmierć siostry, nieobecny ojciec), zagubienie w nowej szkole i powolne odbudowywanie swojego miejsca w społeczności, pierwszą miłość. Aż dziwne, że jeszcze nikt nie zaliczył jej do YA. Może to dlatego, że jest wyjątkowo dobrze napisana.

„Wśród obcych” jest też jednym z nielicznych hołdów dla czytelnictwa, jakie przeciekają na nasz rynek – co tłumaczy jej popularność w blogosferze. Większość bowiem informacji, jakie Mori zamieszcza w swoim dzienniku dotyczy tego, co czytała. A że czyta bardzo dużo, to i rozważania o literaturze się mnożą. Dostajemy więc balsam na serduszko czytelnika, ze szczególnym uwzględnieniem fandomu. A mnie osobiście pewnym optymizmem napawa fakt, że sporo książek, o których w powieści mowa, a których w chwili wydania nie było na naszym rynku, teraz już jest.

Tak już trochę na zakończenie pochylmy się może nad tą magią, co to niby jest, a jakby jej nie było. Mori widzi wróżki – niesamowite, magiczne duszki o rozpiętości kształtów od tolkienowskiego wysokiego elfa po pospolitego gnoma. One mówią jej, co ma robić, aby wpływać na rzeczywistość, ale jest to wpływ bardzo subtelny – nigdy nie wiadomo, czy magia rzeczywiście zadziałała, a jeśli tak, to w jakim stopniu. Dlatego też Mori korzysta z niej rzadko i za każdym razem towarzyszą tego rozważania nad etycznym aspektem sprawy. No bo przecież jeśli poprosi się o przyjaciół i się jakichś w końcu spotka, to człowiek nigdy nie będzie pewny, czy polubili go, bo jest fajny, czy też wyłącznie dlatego, że rzucił urok… To rzadko spotykane przedstawienie magii, a opisane tak sugestywnie, że sama zaczęłam zastanawiać się, czy aby któraś z moich rzeczy nie ma czasem magicznego ładunku. Magia nadaje też metaforycznego aspektu konfliktowi z matką – Mori opisuje ją jako czarownicę, niepoczytalną i niebezpieczną, skłonną manipulować własnymi dziećmi (żywymi czy martwymi) aby osiągnąć swoje cele. Z kart pamiętnika spogląda na nas archetypiczna zła wiedźma – w pewnej scenie widzimy ją wręcz rozczochraną, dziwacznie ubraną i ze znamieniem na policzku. Doprawdy, brakuje tylko haczykowatego nosa. Od początku oczywistym jest, że relacja dziewczyny z matką dąży do spektakularnego rozwiązania w finale powieści. Na poziomie narracji jest to pojedynek magiczny. Ale czytelnik nigdy się nie dowie, czy przypadkiem cały konflikt nie był bardziej przyziemny. Bo równie dobrze możemy tu mieć do czynienia z niepoczytalną kobietą od lat znęcającą się psychicznie nad swoimi córkami (w tych rzadkich chwilach, kiedy w ogóle się nimi zajmowała).

Cóż, wiele miejsca w tym tekście poświęciłam na próbę napisania, że trudno powiedzieć nawet, czy „Wśród obcych” to fantastyka, czy też nie. Rozważania nad tym zagadnieniem są fascynujące, ale niezależnie od ich wyników, powieść jest świetna. Nie wiem, jak wypadła na tle innych nominacji do nagród, które otrzymała. Może faktycznie były tam tytuły lepsze. Ale „Wśród obcych” z pewnością jest dość dobra, żebym za jakiś czas zechciała do niej wrócić.

Tytuł: Wśród obcych
Autor: Jo Walton
Tytuł oryginalny: Among Others
Tłumacz: Izabela Miksza, Marek S. Nowowiejski
Wydawnictwo: Akurat
Rok: 2013
Stron: 366


środa, 12 lipca 2017

"Zawód: wiedźma" Olga Gromyko

Kontynuując swoja przygodę z rozrywkową rosyjskojęzyczną fantasy, postanowiłam wziąć się za chyba najgłośniejsze (przynajmniej u nas) w tej kategorii nazwisko. W dodatku zaczęłam od sztandarowego cyklu, a co (złośliwi mogą twierdzić, że to dlatego, że akurat go wznawiano. Po części to prawda, bo tylko głupi by nie skorzystał z ładnego, nowego wydania, ale tytuł miałam na oku już od lat).

Wolha Redna jest jedną ze studentek na wydziale magii teoretycznej i praktycznej Starmińskiej Wyższej Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. A właściwie jedyną studentką, bo to wydział wybitnie zmaskulinizowany. Świadczy to o pewnej wyjątkowości nie tylko intelektualnej, ale też temperamentu, nie dziwi więc (no dobra, mnie ciągle jednak dziwi), że została wybrana jako emisariuszka z pewną interesującą, ale i niebezpieczna misją. Ma się bowiem udać na ziemie wampirów, aby udzielić pomocy tamtejszemu królowi w sprawie tajemniczych zaginięć obywateli.

Przyznam, że miałam pewne wątpliwości, kiedy zaczynałam lekturę. Widzicie, kiedy reklamowano pierwsze wydanie (popełnione przez inne wydawnictwo), duży nacisk kładziono na to, że Wolha jest wredna: podły charakter, niewyparzona gęba, bezczelność i te sprawy. Osobiście mam problem z bohaterami, których konstrukcję opiera się na antypatycznej bezczelności („Spalić wiedźmę” najlepszym przykładem). Na szczęście ten marketingowy opis postaci okazał się nie do końca zgodny z prawdą. Tak, Wolha zazwyczaj najpierw mówi, a potem myśli. Tak, często jest bezczelna i nie okazuje szacunku ludziom wyżej od niej postawionym. Tak, miewa szalone pomysły i nie szczędzi innym złośliwości. Ale poza tym to zwyczajna, sympatyczna dziewczyna o dobrym sercu, choć kłującej powierzchowności i trudnym charakterze.

Wolha jest tym typem bohaterki, która balansuje na granicy marysuizmu i bardzo łatwo byłoby autorce tę granicę przekroczyć. Bo tak: sierota z biednej rodziny, ale niezwykle utalentowana (i przez to nieszczególnie lubiana przez rektora uczelni), inteligentna i uparta, co pozwala się jej sprawdzać w typowo męskiej dziedzinie. Poza tym interesuje się nią najprzystojniejszy bohater powieści, więc wicie, rozumicie… Tymczasem autorka bardzo zgrabnie te rafy omija. Owszem, dziewczyna jest inteligentną, ambitną uczennicą, ale też niezła rozrabiarą, która nie przepuści okazji do wycięcia numeru znajomym (a często jakimś cudem ofiarami tych numerów padają nie znajomi, ale przypadkowo przechodzący nauczyciele…), co irytuje wychowawców. Fakt, że jest sierotą sprawia jedynie, że musi się do nauki przykładać, bo jak straci stypendium, to nie będzie miała z czego żyć. A z faktu, że jest jedyną dziewczyną na swoim wydziale nie wynika zgoła nic, ot, ma po prostu talent do przedmiotów żmudnych, ścisłych i bezpośrednio destrukcyjnych, podczas gdy koleżanki wolą bardziej subtelne dziedziny. (Wartością dodaną jest sporo wplecionych w fabułę żartów z życia uczelni. Coś, co u nas robi Aleksandra Janusz, tylko że ona skupia się bardziej na kadrze, tymczasem Gromyko na studentach). Zaś przystojny bohater... dość powiedzieć, że nie do końca wiadomo, czy bardziej traktuje Wolhę jako potencjalną partnerkę, czy jako fascynującą, zupełnie nieromantyczną ciekawostkę.

Kolejną kwestią są wampiry. Cały ten wątek jest sukcesem, z wielu powodów. Po pierwsze autorka postanowiła zerwać ze stereotypem wyniosłej arystokracji w zamczyskach (sparklących meyerpirów jeszcze wtedy nie było, miały się pojawić za dwa lata), dając nam tajemniczą i izolującą się co prawda, ale całkiem zwyczajną inną rasę rozumną. Ale to tylko jedna, pomniejsza kwestia. Otóż cały wątek, przynajmniej w pierwszej części powieści, jest właściwie lekko podaną i nienachlaną metaforą ksenofobii. To przebrana w kostium humorystycznej przygotówki opowieść o irracjonalnym strachu prowadzącym do wyniszczających wojen i pogromów, o tym, że kruchą, powojenną równowagę może zakłócić pojedynczy incydent i o tym, że boimy się tego, czego nie rozumiemy, ale i to zrozumienie może zostać wykorzystane przeciwko nam. Może nie tak subtelnie, jak u Pratchetta, ale zdecydowanie w podobnym duchu.

Literacko jest to powieść co najmniej o klasę lepiej napisana, niż „Sztylet Rodowy”. Historia składa się na spójną całość, a w tle majaczy zarys czegoś większego, świat przedstawiony trzyma się kupy, jest bogaty (momentami nawet za bardzo, moim zdaniem) i barwny, a postacie trójwymiarowe, z nie do końca jasnymi intencjami w niektórych przypadkach. Może tylko bohaterów mogłoby być więcej, bo w zasadzie jest to powieść napisana na dwie-trzy osoby jakieś role w tle. No ale przecież nie każdy ma obowiązek tworzyć stada równoprawnych bohaterów.

Mimo obaw, to było zdecydowanie udane spotkanie. Niedługo zabieram się za kolejną część. I mam nadzieję, że pozostawi równie dobre wrażenie, a autorka ciągle będzie się opierać pokusie pójścia na łatwiznę.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Tytuł: Zawód: wiedźma
Autor: Olga Gromyko
Tytuł oryginalny: Профессия: ведьма
Tłumacz: Maria Makarevskaya, Małgorzata Kaczorowska
Cykl: Kroniki Berolskie
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2016
Stron: 544

środa, 5 lipca 2017

Na co poluje Moreni: lipiec 2017

Lato nie jest najgorętszym okresem w branży wydawniczej i to widać po zapowiedziach. Czerwiec był miesiącem niezbyt obfitym, lipiec zapowiada się podobnie.

Mamy też spadkowiczów. Na 28 lipca przesunięto premierę "Zdrajcy" Jima Butchera, a na 5 lipca "Lily i ośmiornicy" Stevena Rowleya, które wcześniej zapowiadane były na czerwiec.

Chcę mieć

"Dzieci czasu" Adrian Tchaikovsky
4 lipca

Okładka tej ksiązki wygląda trochę jak "dawno temu w trawie" 20 000 lat później i... w sumie to coś w tym jest. Niemniej, mam dobre zdanie o autorze (co nie przeszkodziło mi porzucić jego poprzedni cykl po czterech tomach. I kupić pozostałe 6, żeby patrzyły na mnie z wyrzutem z półki) i zamierzam to nabyć. Choć fakt, że część bohaterów to rasa kosmitów wywodząca się w prostej linii od pająków może niektórych odstraszyć (mnie nie).

Ostatni ludzie opuścili umierającą Ziemię, by desperacko poszukiwać wśród gwiazd nowego domu. Odkrywają prawdziwy skarb, pozostałość po dawnej eksploracji kosmosu: terraformowaną planetę, jakby wprost przygotowaną na ich przyjęcie. Nowy Eden okazuje się jednak daleki od idyllicznej przystani dla ludzkości. Eksperymenty z czasów ziemskiego Starego Imperium stworzyły tam cywilizację, która dla ludzi jawi się niczym najgorszy koszmar. Szybko staje się jasne, że w nieuchronnym konflikcie może ocaleć tylko zwycięzca. Gra o przetrwanie będzie bezwzględna. Czy ludzie zasługują na to, by zostać spadkobiercami nowej Ziemi?

Chcę przeczytać

"Wilcza godzina" Andrius Tapinas
5 lipca

Fantastyka spoza kręgu anglosaskiego jest gratką sama w sobie, toteż litewski autor musiał mnie zainteresować (i to już ładnych kilka miesięcy temu, kiedy tylko wydawca zaczął o nim przebąkiwać). Zwłaszcza, że to steampunk, a więc gatunek u nas rzadki. No i okładka - raz, że ładniejsza od oryginału(choć to akurat nie było żadne wyzwanie), a dwa, że mocno mi się kojarzy z baśnią o Żelaznym Wilku. Mam nadzieję, że uda mi się zweryfikować te skojarzenia.

Wilno A.D. 1905
Wynalazek alchemików z Uniwersytetu Wileńskiego wywrócił życie w Europie do góry nogami. Teraz między miastami Aliansu latają potężne sterowce, po ulicach jeżdżą karety parowe, porządku pilnują golemy, a mechanicy konstruują automatony.
Wilno wyrwało się ze szponów Imperium Rosyjskiego i stało się wolnym miastem – ośrodkiem postępu, nauki i mistyki. A teraz grozi mu niebezpieczeństwo.
Tajemnice alchemiczne, przebiegli szpiedzy, tajne organizacje, miłosne intrygi, przerażające morderstwa, okrutne potyczki w wileńskiej przestrzeni powietrznej, ponure podziemia i dobrze znane postaci historyczne przedstawione w nowym świetle. Przygotujcie się na grozę i niebezpieczeństwa w pierwszej litewskiej powieści steampunkowej!
Śledźcie wydarzenia i czekajcie, aż wybije… WILCZA GODZINA

"Ogień przebudzenia" Anthony Ryan
5 lipca

W zasadzie to pewnie i tak skończy się na tym, że tę książkę kupię, bo smoki. Ale na razie postaram się sprawiać wrażenie czytelnika rozsądnego, który poczeka na opinie innych. czy coś.

Na rozległych terytoriach kontrolowanych przez Żelazny Syndykat Handlowy najcenniejszym towarem jest smocza krew. Spuszczana z trzymanych w niewoli lub odławianych w dziczy Czerwonych, Zielonych, Niebieskich i Czarnych, po przedestylowaniu służy do wytwarzania eliksirów dających niewiarygodną moc. Tych, którzy potrafią z niej korzystać, nazywa się Błogosławionymi.
Mało kto zna jednak prawdę: smocze rody słabną, a gdy wygasną całkowicie, wojna z sąsiednim Cesarstwem Corvuskim będzie nieunikniona. Ostatnią nadzieją Syndykatu są pogłoski o istnieniu innej rasy smoków, znacznie potężniejszej od pozostałych. Nieliczni wybrańcy losu udają się na jej poszukiwania.
Claydon Torcreek – drobny złodziejaszek i niezarejestrowany Błogosławiony – po wcieleniu do służby w Protektoracie zostaje wysłany w głąb dzikich, niezbadanych krain w poszukiwaniu stworzenia rodem z legend. Lizanne Lethridge – kobieta-szpieg i znakomita zabójczyni – podczas misji na terytorium wroga musi stawić czoło wielkiemu zagrożeniu. Podporucznik Corrick Hilemore służy na krążowniku Syndykatu, który w pogoni za okrutnymi rozbójnikami na odległych rubieżach napotyka inne, znacznie gorsze niebezpieczeństwo. Kiedy żywoty ludzi i państw spotykają się i przeplatają, a to, co znane, zderza się z nieznanym, wszyscy troje muszą dołożyć wszelkich starań, żeby powstrzymać nadciągającą wojnę, która w przeciwnym razie ich pochłonie.

"Krótka historia wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli" Adam Ruthrtford
6 lipca

Bo czasem trzeba jakąś książkę popularnonaukową przeczytać, a genetyka jest cool (mam już nawet ebooka).

Ta książka to opowieść o tobie. Twoja historia jest niepowtarzalna, podobnie jak historia każdego spośród ponad stu miliardów ludzi, którzy kiedykolwiek żyli. Jednak jest to także nasza zbiorowa historia, ponieważ w każdym z genomów przechowujemy dzieje gatunku – narodzin, śmierci, chorób, wojen, klęsk, migracji oraz mnóstwa seksu. Wystarczy cofnąć się zaledwie o kilkadziesiąt stuleci, żeby się przekonać, że większość z siedmiu miliardów żyjących dzisiaj osób pochodzi od garstki ludzi – tylu, ilu mogłoby być mieszkańcami niewielkiej wioski.
Od czasu odczytania przez naukowców genomu ludzkiego, co nastąpiło po raz pierwszy w 2001 roku, stał się on tematem najprzeróżniejszych mitów. Adam Rutherford wyjaśnia, że nasz genom trzeba odczytywać nie jak instrukcję obsługi, ale jak epicki poemat. W porywającej wędrówce po rozległych przestrzeniach genetyki autor zdradza nam, co geny mówią nam obecnie o historii i co historia mówi nam o genach. Od neandertalczyków do morderców, od rudowłosych do ludzkich ras, od martwych królów do epidemii, od ewolucji do epigenetyki – oto nasz nowy portret, który rozwieje wiele nieporozumień i objawi nam, kim jesteśmy i skąd się wzięliśmy.

"Illuminae" Amie Kaufmann, Jay Kristoff
26 lipca

Książka miała dość nietypową promocję (preorder wystylizowany na "pomóżcie nam zebrać fundusze") i fakt, jest to raczej gadżet niż książka, ale mam słabość do Kristoffa i jak mi wpadnie w łapki, to przeczytam.

Rok 2575. Kolejny zwykły dzień w kolonii Kerenza, założonej przez megakorporację KWU, by wydobywać rzadkie surowce. O poranku Kady Grant rzuca swojego chłopaka Ezrę Masona i postanawia, że już nigdy się do niego nie odezwie. Nie spodziewa się jednak, że za kilka godzin będzie świadkiem inwazji BeiTechu, która ją i tysiące innych osób pozbawi domu.
Tych, którym udało się przeżyć, ewakuują trzy statki kosmiczne: Alexander, Hypatia oraz Copernicus. Ściga je wrogi pancernik Lincoln. Jego zadaniem jest uciszyć świadków brutalnego ataku na planetę. Tymczasem na pokładzie Copernicusa rozprzestrzenia się śmiertelnie niebezpieczny wirus, a system sztucznej inteligencji sterujący Alexandrem staje się... największym wrogiem ocalałych.
Kady włamuje się do zaszyfrowanej pamięci statków i odkrywa przerażającą prawdę o wydarzeniach dziejących się na jej oczach. Tylko jedna osoba może powstrzymać zagładę – jej (były!) chłopak Ezra.
Illuminae to powieść, która wprowadzi cię w XXVI wiek. Zamiast klasycznej narracji –niezwykłe dossier: tajne raporty wojskowe, e-maile, plany i schematy, odczyty z procesorów komputerowych. Czytając je, poczujesz się, jakbyś był w samym centrum wydarzeń!


sobota, 1 lipca 2017

Stosik #93

Czerwiec zmusił mnie do odkurzenia idei stosików na płasko. Co mnie w sumie z jednej strony martwi (bo oznacza, że część premier, na które bardzo czekałam w czerwcu się przesunęła, tudzież paczki nie doszły na czas), a z drugiej cieszy, bo oznacza mniejsze zaległości.;) Nie przedłużajmy.


To jedyne papierowe ksiązki, jakie do mnie dotarły w tym miesiącu. "Wiedźma opiekunka" Gromyko to egzemplarz recenzencki od Papierowego Księżyca. Poprzednia część już przeczytana, recenzji możecie spodziewać się na dniach.:) A "Okup Krwi" to jedyny tom cyklu o Herbercie Kruku, którego mi brakowało w papierze (czytałam go już dawno temu, w ebooku).

Wpadło też trochę ebooków.


Wszystkie trzy to egzemplarze do recenzji. "Zabawa w Boga" to antologia Śląskiego Klubu Fantastyki - moja następna w kolejności lektura. "Czarownicę znad kałuży" wzięłam właściwie tylko dlatego, że Silaqui jej patronuje (choć, biorąc pod uwagę fakt, jak rozbieżne miewamy gusta, była w tym odrobina przewrotności). Od Genius Creations. A na koniec pozycja popularnonaukowa od Prószyńskiego i s-ki, czyli "Krótka historia wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli". Bo genetyka jest cool.

środa, 28 czerwca 2017

"Poison City" Paul Crilley

Mam pewną słabość do urban fantasy. Może nie jest to mój ulubiony gatunek, z którego muszę czytać absolutnie wszystko (co, biorąc pod uwagę fakt, jak niewiele u nas wychodzi, nie byłoby jakimś szczególnym wyzwaniem), ale lubię sobie sięgnąć. Do niedawna nie zastanawiałam się, co właściwie sprawia, że niektóre powieści mi się podobają, a inne nie. „Poison City” (nie bardzo rozumiem decyzję wydawcy o pozostawieniu oryginalnego tytułu, serio) sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać.

Gideon Tau jest policjantem w Durbanie – ale nie zwyczajnym krawężnikiem. Pracuje dla wydziału specjalnego, zajmującego się problemami natury nadprzyrodzonej. W chwilach wolnych od pracy zajmuje się prywatnym śledztwem w sprawie porwania własnej córki, którą uprowadzono trzy lata temu. Jest przekonany, że mała nie żyje i teraz zależy mu już tylko na zemście. Tymczasem w mieście zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Policja odnajduje zwłoki ludzi (i nie tylko) zamordowanych najwyraźniej w jakiś rytualny sposób a orisza (bo tak się w Durbanie i okolicy nazywa wszelkie byty nadprzyrodzone) są niespokojne. Coś wisi w powietrzu.

Czytając „Poison City” miałam wrażenie, że autor postanowił wyciągnąć kilka motywów z co bardziej popularnych serii urban fantasy i skompilował je w jednej, na zasadzie „to nie tak powinno być, zrobię to jak należy”. Niestety, to „jak należy” jest bardzo subiektywnym zdaniem autora i jako czytelniczka niekoniecznie je podzielam. Ogólnie mam wrażenie, że autor starał się napisać coś na kształt „Akt Dresdena”, tylko żeby było mroczniej (bo mrok jest bardziej tru) i bardziej realistycznie (z tym specyficznym realizmem rozumianym jako „więcej smrodu, brudu i ubóstwa oraz powtarzania, że ludzie to podłe gnidy”). Bo co my tu mamy? Wydział delficki policji do spraw nadprzyrodzonych różni się od chicagowskiego Wydziału Śledczego do Spraw Specjalnych tylko tym, że ten pierwszy walczy oficjalnie magią i z magią, a ten drugi musi wydatki na nietypowe uzbrojenie i wsparcie ukrywać. Główny bohater ma za towarzysza magicznego psa, ale to wredny, parszywy kundel z problemem alkoholowym, gdzie mu tam do dresdenowskiego Myszka… i tak dalej w tym guście. Oczywiście ta zbieżność motywów może wynikać po prostu z faktu, że gatunek operuje pewnym ograniczonym rekwizytorium. Niemniej, jak dotąd czytani przeze mnie autorzy potrafili tym fabularnym rekwizytom nadać jakiś niewymuszony, indywidualny rys. Crilleyowi się to nie udało.

Świat przedstawiony jest… niespójny. Przy czym jest to rodzaj niespójności tworzony raczej przez nieumiejętność dobierania informacji przez autora, a nie nieprzemyślaną kreację. Ot, taki choćby Traktat, który ludzkość zawarła z oriszami, mający chronić jednych przed agresją drugich (i na odwrót). No i wszystko proste fajne, ale na początku dowiadujemy się, że Tau musi jednego orisza zdjąć po cichu i nieoficjalnie, bo inaczej pogwałciłby Traktat. A musi go zdjąć, bo tenże orisza… porywa dzieci, które później kończą martwe. Czyli wychodzi, że Traktat chroni tylko stronę magiczną… jednak jakieś sto stron dalej mamy scenę, w której bohatera zaatakowały wampiry, a on jest zdziwiony, bo wampiry w ten sposób złamały Traktat. Więc czyżby Traktat nie obejmował dzieci? Dlaczego i w jakich konkretnie okolicznościach? Tego autor nie wyjaśnia.

Takich niedomówień, niedopatrzeń i wynikających z nich kiksów jest sporo (na przykład podobno każdy policjant po zakończeniu magicznego szkolenia w wydziale delfickim dostaje duchowego przewodnika – czyli istotę magiczną, mającą udzielać szeroko pojętego wsparcia. Ale w powieści, mimo występowania kilku delfickich policjantów w scenach, w których bardzo przydałoby im się jakiekolwiek wsparcie, widzimy tylko jednego duchowego przewodnika, psa należącego do Tau). Dość znacząco psują one przyjemność z lektury, a autor zdaje się ich kompletnie nieświadomy – beztrosko wprowadza kolejne elementy świata przedstawionego, nie przejmując się dziurami. Oczywiście można w ten sposób prowadzić narrację – Butcherowi na przykład całkiem zgrabnie się udaje, ale on przynajmniej dba o to, żeby bezsensowny na początku element bardzo szybko stał się sensowny. Crilley o tym drugim etapie zapomina. Oczywiście jest szansa, że coś się zepsuło w przekładzie i polskiej redakcji, ale szczerze mówiąc, wątpię.

Postacie wypadają znacznie lepiej niż scena, na której przyszło im grać. Co prawda sam Gideon Tau nie należy do mojego ulubionego typu bohaterów (widzicie, wole dobrych chłopaków/dziewczyny, którzy czasem muszą zastosować nieczyste metody niż twardych gliniarzy z traumą i brakiem wiary w ludzkość, a Tau bliżej do tego drugiego), ale jest napisany spójnie. W tym bardzo ładnie wypada motyw jego obsesji na punkcie córki i ogólne pokazanie, jak bardzo dezorganizuje mu życie (ach te uroki nieprzepracowanych traum). Znacznie ciekawszą postacią (choć, mimo że autor poświęcił jej sporo czasu antenowego, boleśnie słabo wyeksponowaną) jest Armitage – przełożona i w pewnym sensie przyjaciółka głównego bohatera. Niestety, poza tym, że to baba ze stalowymi jajami, niewiele o niej wiemy. Być może autor miałby większe pole manewru, gdyby to nie Gideon był narratorem. Ale jest, a on o Armitage wie wszystko i nie czuje potrzeby powtarzania tego czytelnikowi. Pozostałe postaci to bardziej rekwizyty fabularne – nie potrafiły zaciekawić, a ich role (poza może dwoma, trzema wyjątkami) były bardzo trzecioplanowe.

Doszliśmy do miejsca, w którym powtórzę swój leitmotiv: narracja w czasie teraźniejszym nie jest fajna. Albo nie działa wcale (bo mózg czytelnika automatycznie zmienia czas narracji na wygodniejszy, czyli przeszły), albo odnosi skutek odwrotny do zamierzonego. Nie idźcie tą drogą w klasycznych fabułach. Criley niestety poszedł.

Niewątpliwym plusem „Poison City” jest egzotyczność dekoracji. Rzecz dzieje się przecież RPA i autor postanowił oczarować czytelnika afrykańską menażerią stworzeń nadnaturalnych. To pewna nowość na rynku zalanym kulturą anglosaską (i, rzadziej, słowiańską).

No i z jednej strony nie jest to książka tragiczna – ot, przeciętny przedstawiciel tej grupy utworów, w których prowadzący śledztwo bohater głownie zbiera oklep ogólny. Gdybyśmy mieli do czynienia z debiutem, stwierdziłabym, że autor mimo potknięć, dobrze rokuje. Niestety, nie mamy (i tu być może leży problem – autor pisywał głównie rzeczy osadzone w znanych światach, powieści i scenariusze z różnych franszyz. Tam ekspozycja świata nie jest tak ważna jak ekspozycja fabuły. W utworach własnych niestety ważne są obie te rzeczy). Nie czuję, żeby zmarnowała sobie kawałek życia, czytając ją. Ale jeśli nie wyjdzie u nas kolejny tom (już się pisze), to nie będę płakać. Choć jeśli wyjdzie, to pewnie przy okazji przeczytam.

Tytuł: Poison City
Autor: Paul Crilley
Tytuł oryginalny: Poison City
Tłumacz: Jerzy Malinowski
Cykl: Wydział Delficki
Wydawnictwo: Akurat
Rok: 2016
Stron: 432

środa, 21 czerwca 2017

Na Fantasmazurii 2017 byłam

Wiecie, jestem jedną z tych osób, które nieustannie narzekają, że jak się dzieją fajne rzeczy, to za daleko, żeby można było tam sensownie dotrzeć. I jest to w sumie prawda, bo środkowa północ Polski jest wyjątkowo uboga w eventy, które by mnie interesowały (w ogóle północ Polski jest uboga w eventy). Hipokryzją byłoby olać konwent, kiedy ten już się pojawi.


Dlatego też na pierwszej edycji Fantasmazurii musiałam się pojawić, bo honor blogera nie pozwalał inaczej. Wynikiem czego ta oto notka. A ponieważ po ostatnich Targach Książki spodobała mi się forma wymienionych w punktach luźno powiązanych impresji, ta relacja będzie w tej samej konwencji.

1. Dzień zaczęłyśmy (ja i koleżanka G., która się ze mną na imprezę wybrała) od raźnego tuptania w kierunku Expo Mazury - od przystanku Polskiego Busa i PKSu jest kawałek, a uznałyśmy, że komunikacja miejska jest dla słabych. Acz trzeba przyznać uczciwie, że przystanek jest pod samym budynkiem targów.

2. Byłyśmy dość wcześnie w sobotę. Atrakcje zaczynały się od 10.00, dlatego przycupnęłyśmy w otwartej wcześniej strefie planszówek. Trzeba przyznać, że gdybyśmy chciały skorzystać (nie chciałyśmy) to byłoby w czym wybierać - wypożyczalnia była zaskakująco bogato zaopatrzona.

Konwent bez pluszowych poków to nie konwent. A tym razem maskotki były jakieś ładniejsze niż zwykle.
3. Pierwszym punktem programu, jaki mnie interesował, był dyżur autografowy Aleksandry Janusz-Kamińskiej, który zaczynał się o 11.00. Miałyśmy więc godzinkę na zwiedzanie strefy targowej i wystawowej. Powiem szczerze, że targowa wypadła bardzo przyzwoicie, jak na początkujący konwent. Oczywiście na ogromnej hali zmieściłoby się jeszcze znacznie więcej stoisk, ale i tak było lepiej niż oczekiwałam. Część wystawowa natomiast wypadła trochę ubogo. Za to był czołg (którego nie sfotografowałam, bo fotoreporter ze mnie jak z koziej rzyci waltornia. Fajnych fotek spodziewajcie się dopiero, jak zabiorę ze sobą Lubego).

Autorka dyżuruje...
4. Sam program natomiast wypadł nieco... ascetycznie. Plusem tego było, że na panele dyskusyjne przewidziano po dwie godziny (bo czasem naprawdę godzina to za mało), ale wolałabym mieś trochę większy wybór. A już zupełnie subiektywnie ubolewam, że najwięcej ciekawych punktów było w piątek, kiedy nie było mnie), ale... wolałabym mieć większy wybór. Jednak ponieważ to pierwszy raz, wybaczam.

...i takie autografy daje.:)
5. Aleksandra Janosz to bardzo fajna osoba i trochę szkoda, że nie było do niej najmniejszej kolejki po autograf (serio, zasłużyła na nią). Choć może pomogłoby, gdyby stanowisko dyżurów było jakkolwiek oznakowane. Bo poza ścianką z logo imprezy (i sponsorów), stolikiem i krzesłem nie było tam nic - nawet kartki z nazwiskiem autora mającego akurat dyżur. Co obrotniejsi pożyczali własne ksiązki z mieszczącego się naprzeciwko stoiska MadBooks, żeby się jakoś oznakować, no ale chyba nie o to chodzi...

6. Problematyczne było też, że program nie zawierał informacji o wszystkich atrakcjach. Na przykład nie było w nim nic o turniejach gier planszowych...

Cosplay też był.
7. Pierwszym panelem, na który poszłam, było "Czy fantastyka ma przyszłość, czy pozostają tylko odgrzewane kotlety?". Sam panel była bardzo ciekawy, niestety, skończył się przedwcześnie. Cierpiał jednak na pewną przypadłość, wspólną z innymi panelami, na których na tym konwencie byłam. Mianowicie - dyskutanci na podobny temat rozmawiali w piątek entuzjazm do dyskusji w nich opadł. Poza tym wszyscy się ze sobą zgadzali. To nudne.;P

8. Drugim panelem, było "Nauka a science fiction" i przyznam, że był znacznie ciekawszy (głownie dlatego, że wśród dyskutantów nie panowała aż taka jednomyślność). Co prawda dyskutanci poszli zdecydowanie w kierunku nauki i kiksów fabularnych, niż science fiction jako takiej, ale w sumie to chyba wyszło całej dyskusji na dobre. Najlepiej mi się słuchało Aleksandry Janusz (może to wygląda trochę na psychofaństwo, ale nic nie poradzę, że lubię słuchać praktykujących naukowców z doświadczeniem w narracji). Artur Olchowy też fajnie wypadł, poczułam się zachęcona do przeczytania jego ksiązki.;)

Autorzy zagraniczni też dyżurowali.;)
9. Potem zostało mi już tylko spotkanie z Adrianem Tchaikovskym. Trochę smutne jest to, że Rebis nie skorzystał z okazji i nie wypuściła na Fantasmazurię przedpremierowo nowej powieści autora (która ma premierę za dwa tygodnie), fani byliby wniebowzięci (w tym niżej podpisana, zwłaszcza, że po wysłuchaniu wypowiedzi autora jestem zaintrygowana jeszcze bardziej). Za to zapowiedź turnieju w "Rosyjską Ruletkę" (ogłaszana przez radiowęzeł, bo w programie imprezy jej nie było...) wywołała u Tchaikovsky'ego ogromną wesołość. Ach, no i autor puścił farbę, że "Dzieci czasu" będą miały kontynuację.

Nawet modliszkę mi narysował ^^
10. Zdobyłam autograf! Pierwotnie chciałam wziąć wszystkie dziesięć tomów, ale kiedy okazało się, że mój Nadworny Tragarz nie pojedzie ze mną, musiałam ograniczyć się do jednej...

A na koniec, tradycyjnie, łupy konwentowe.
Co w podsumowaniu? Cóż, Fantasmazuria ma z pewnością potencjał, żeby stać się konwentem może nie tak wielkim jak Pyrkon cy Polcon, ale co najmniej średnim. Miejsce jest, baza hotelowa też pewnie się znajdzie (w końcu to, było nie było, miejscowość turystyczna). A i organizatorzy muszą być obrotni, skoro na pierwszy konwent udało im się sprowadzić kilku zagranicznych gości - to też dobrze wróży. Na chwile obecną trzymam kciuki i kibicuję. W przyszłym roku też pojadę.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...