Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rebis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rebis. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 czerwca 2022

"Jak kochać zwierzęta w świecie człowieka" Henry Mance

 Jestem łasa na wszelkie reportaże o zwierzętach i mam potrzebę osobistego sprawdzenia każdego takiego tytułu (jak bardzo pilna jest ta potrzeba, to już zależy od konkretnego tytułu). Ostatnia zapowiedź Rebisu wyglądała bardzo kusząco, a że dotąd wydawca raczej mnie w kwestii jakościowej nie zawodził, to kiedy tylko nadarzyła się okazja, zamówiłam „Jak kochać zwierzęta w świecie człowieka” Henry’ego Mance’a w ramach współpracy z księgarnią TaniaKsiazka.pl. Miałam spore oczekiwania. Dlatego mój zawód też był duży.

wtorek, 24 maja 2022

"Scholomance: Ostatni absolwent" Naomi Novik


Kiedy wychodzi nowa książka ulubionej autorki, to oczywiście koniecznie trzeba ją jak najszybciej przeczytać. Tak więc dzięki współpracy z księgarnią TaniaKsiazka.pl, trafił do mnie „Ostatni absolwent” Naomi Novik, drugi tom cyklu „Scholomance”. Nie spodziewałam się po nim zbyt wiele, bo już tom pierwszy, delikatnie mówiąc, nie był najlepszym, co spod pióra Novik wyszło. W dodatku to środkowy tom trylogii, a one zawsze mają swoje braki.

sobota, 30 października 2021

"Nietypowy mundurowy" Katarzyna Olkowicz


Zawsze przy okazji jakiejś psiej książki zżymam się, że jak ktoś nie ma psa, to praktycznie nie ma co o psach poczytać. Bo wszystko, co u nas wychodzi, to albo poradniki dla właścicieli, albo książki o funkcjonowaniu psiego umysłu, czyli de facto też poradniki dla właścicieli. Nawet ostatnio znajomej marudziłam, że ja bym chętnie poczytała o psach, ale takich, które coś robią w życiu, niepełnosprawnym pomagają albo narkotyków szukają… Zupełnym przypadkiem Rebis postanowił o takich psach (służbowych znaczy) wydać książkę. I dzięki uprzejmości księgarni TaniaKsiazka.pl mogłam „Nietypowego mundurowego” Katarzyny Olkowicz przeczytać.

sobota, 12 czerwca 2021

"Scholomance. Mroczna wiedza" Naomi Novik

Kiedy jedna z twoich ulubionych autorek wydaje nową książkę to oczywiste, że musisz ją przeczytać. Nawet jeśli tematyka niezbyt do ciebie przemawia i towarzyszy ci lęk, ze tym razem jednak możesz się zawieść. Dlatego też kiedy „Scholomance: Mroczna wiedza” Naomi Novik zamówiłam w księgarni TaniaKsiazka.pl kiedy tylko nadarzyła się okazja.

sobota, 25 lipca 2020

"Czerń nie zapomina" Agnieszka Hałas



Zakończenia serii są bardzo ryzykowne dla autorów, wszak trzeba usatysfakcjonować rozochoconą widownię. Zadanie jest tym trudniejsze, im lepsza była seria a ryzyko porażki zawsze spore. Tak więc Agnieszka Hałas stanęła przed wyzwaniem, kiedy pisała „Czerń nie zapomina” - finałowy tom swojego „Teatru Węży”. Czy mu podołała?

Po wycieczce w tropikalne rejony w „Śpiewie potępionych” znowu wracamy w klimaty bardziej umiarkowane. Oraz do bohaterów, których do tej pory znaliśmy raczej przelotnie. Akhania ar Vithenare chwyta dwójkę żmijów i z rozkazu srebra każe im odszukać trzeciego, Krzyczącego w Ciemności, który po wydarzeniach z poprzedniego tomu rozpłynął się w powietrzu (w przenośni, nie dosłownie). Lorraine, młoda, choć utalentowana wróżbitka również go szuka, popychana przez nawiedzające ją wizje. Tymczasem demony z Doliny Śniedzi knują intrygę, której konsekwencje mogą okazać się ostateczne dla świata ludzi, a srebrni magowie mają swoje własne problemy.

środa, 10 lipca 2019

"Śpiew Potępionych" Agnieszka Hałas


Teoretycznie „Teatr Węży” miał być trylogią, więc niektórych czytelników mogłoby nieco zdziwić, że oto ukazał się tom czwarty. Ale prawda jest taka, że pierwotnie cykl miał się składać z pięciu części i tylko realia wydawnicze sprawiły, że dotąd występował jako trylogia. Teraz realia się zmieniły i osobiście jestem z tego bardzo zadowolona.

W „Śpiewie potępionych” zmieniamy dekoracje. Opuszczamy mroczne i brudne slumsy miast znad Zatoki Snów i przenosimy się w znacznie przyjemniejsze miejsce. Brune bowiem, po kilku miesiącach pracy dla sylfów i ukrywania się w stolicy został zmuszony do opuszczenia ich dominium. Wytropiła go Elita, z propozycją nie do odrzucenia – na tropikalnych Wyspach Śpiewu demony Otchłani szykują jakąś potężną katastrofę, a wysłani tam agenci srebrnych padają jak muchy w podejrzanych okolicznościach. Czas więc sięgnąć po nieszablonowe metody i wysłać z misją rozwiązania problemu żmija.

piątek, 11 stycznia 2019

"Człowiek, który wspina się na drzewa" James Aldred

Każdy chyba miał taki etap w życiu, kiedy namiętnie oglądał programy przyrodnicze (niektórym nawet zostało na stałe). Czy nigdy nie zastanawiało was, jaki robi się zdjęcia tych wszystkich orlich gniazd na czubkach drzew czy bujnego życia w koronach amazońskich lasów? Mniej więcej tym właśnie zajmują się ludzie tacy jak James Aldred, zawodowo wspinający się na kilkudziesięciometrowe drzewa. Aldreda wyróżnia akurat to, że o tych swoich wspinaczkach postanowił napisać książkę.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

"W mocy wichru" Agnieszka Hałas


Za mną ostatnia jak dotąd napisana powieść o Krzyczącym w Ciemności (choć przygarnęłabym jeszcze jakiś zbiór opowiadań z uniwersum, nie powiem). Pod pewnymi względami „W mocy wichru” było lektura bardzo satysfakcjonującą (na przykład objętość miło zaskoczyła), pod innymi jakby mniej, ale może przejdźmy do konkretów.

Tym razem zaczyna się od tego, że Marshia ma kłopoty – jej demoniczny mocodawca postanowił podarować jej kontrakt innej dolinie Otchłani, a potencjalny nowy opiekun raczej nie ma dobrych zamiarów, a do tego chce wciągnąć na służbę dwie uczennice żmijki. W cyrografie jest jednak pewien zapis, który daje szansę wyplątania się z całej sytuacji, ale nie będzie to łatwe, a konsekwencje będą poważne...

W zasadzie trzeci tom powieści ze świata Zmroczy to nie tyle kolejna opowieść o Krzyczącym w Ciemności (choć oczywiście Brune dostaje obszerny i kluczowy wątek, o czym za chwilę), co o Anavri. I może dlatego wydaje mi się ciekawszy.

Anavri to młoda dziewczyna, którą budzący się czarny dar wyrwał z wygodnego życia umiarkowanie majętnej szlachcianki i wrzucił w kompletnie nieznany świat wiecznie ukrywających się ka-ira, czarnych magów (co właściwie miało miejsce już w poprzednich tomach, ale dziewczyna nie dostała dość czasu antenowego). Inaczej niż w przypadku większości nastoletnich bohaterek powieści dla młodych dorosłych (nie, żeby „Teatr Węży” był cyklem należącym do tego nurtu, ale wiecie, co mam na myśli), które każdą nową moc witają z otwartymi ramionami, Anavri nie chce przyjąć swojego daru. Wie, że nie ma wyjścia i od tej pory musi z nim żyć, ale poza tym stara się ostentacyjnie odrzucać nową moc – stawia bierny opór podczas magicznej edukacji, nie chce słyszeć o swoich nowych możliwościach, podejmuje nawet próby zlikwidowania daru razem ze sobą.

Na kolejnych stronach widzimy, jak Anavri powoli godzi się z tym, że do poprzedniego życia nie ma już powrotu (co rozum wiedział niby od początku, ale serce i emocje nie chciały przyjąć do wiadomości) i że jeśli nie chce umrzeć powolną i bolesną śmiercią jak brat, musi nauczyć się dobrze władać narzędziem, jakie los wcisnął jej w ręce. Ciągle nie lubi siebie jako czarnego maga, nie identyfikuje się z tym określeniem, ale zaczyna doceniać nowe możliwości w ich praktycznych aspektach. Autorce świetnie udało się na stronach powieści oddać ewolucję zagubionej, zrozpaczonej dziewczynki w twardą, młodą kobietę, ciągle poszukującą swojego miejsca we wszechświecie. Do tego stopnia, że znacznie chętniej przeczytałabym powieść o dalszych losach Anavri niż Brune'a (to się odmienia w ogóle?). Co w sumie chyba dotyczy wszystkich żeńskich bohaterek.

Sam Brune też nie próżnuje. Poprzednio zarzucałam mu reaktywność zamiast aktywności i w zasadzie podtrzymuję ten osąd, niemniej autorka tym razem szturcha go fabularnym patykiem niemal bez przerwy, co nie pozwala mu wieść spokojnego, monotonnego i niezbyt dla czytelnika interesującego życia, jakie z pewnością najbardziej by mu odpowiadało. W bardzo satysfakcjonujący sposób otrzymujemy rozwiązanie większości zagadek z przeszłości, głównie tych odnośnie prawdziwej tożsamości żmija i jego powiązań z Otchłanią. Poza tym Brune ma okazję sprawdzić się w roli nauczyciela (z zyskiem dla czytelnika, bo dzięki temu możemy dowiedzieć się nieco więcej o prawach rządzących czarną magią, a to z kolei stanowi nieoceniony dodatek do konstrukcji świata przedstawionego... o czym w sumie też za chwilę). Ponadto autorka wplątuje go w dość niespodziewany romans, którego klasycznym romansem nazwać chyba nie można. Brune bowiem, mimo teoretycznie pozycji siły w tym układzie, dostaje zdecydowanie mniej niż oferuje. Biorąc to pod uwagę, całą tę relację można uznać za oryginalne spojrzenie na temat, w dodatku bardzo dobrze opisane (choć przyznam, że bardzo długo mnie ten wątek uwierał - Brune zdecydowanie nie wyglądał mi na kogoś, kto da się wciągnąć w taki układ).

Sam świat przedstawiony również nieco nam się wzbogacił. Dowiedzieliśmy się trochę o układzie sił w Otchłani, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że geografia planety zaczyna nam przedstawiać się nieco szerzej niż najbliższa okolica pięciu miast nad Zatoką Snów. Dowiadujemy się, że są jakieś oceany, na których występują archipelagi i mamy nawet jakieś inne kontynenty! W sumie to jest ten moment, kiedy obstawałabym za mapką w książce.

Zakończenie pozostaje... irytująco otwarte. To znaczy autorka cwanie pozamykała najważniejsze wątki, żeby rozeźleni fani nie wysyłali jej listów z pogróżkami, ale właściwie ucięła to wszystko w momencie, w którym nie sposób nie dopytywać „I co dalej!?”. Jakim cudem nie dochodziło do aktów przemocy, kiedy jeszcze nie wiadomo było o planowanej kontynuacji, doprawdy nie wiem. Cóż, pozostaje tylko czekać na ciąg dalszy. Choć znając hałasowe tempo, przyjdzie czekać kilka lat.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.

Tytuł: W mocy wichru
Autor: Agnieszka Hałas
Cykl: Teatr węży
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2018
Stron: 608

sobota, 17 marca 2018

"Pośród cieni" Agnieszka Hałas


Drugi tom (jeszcze) trylogii o Krzyczącym w Ciemności przeczytałam już jakiś czas temu i najwyższa pora napisać o nim kilka słów, zwłaszcza, że na stosie do pilnej lektury zalega już tom trzeci. Lektura utwierdziła mnie przede wszystkim w przekonaniu, że błędem było wydawanie „Dwóch kart” i „Pośród cieni” jako osobnych książek. Fabularnie jest to jedna opowieść (może z niekoniecznie liniową fabułą, ale wciąż), a drugi tom zamyka wiele wątków, które w pierwszym pozostały ordynarnie otwarte.

Krzyczący ciągle gnieździ się w swojej przytulnej norce w podziemiach Shan Vaola – niedawne wydarzenia pozostawiły go dość mocno poturbowanym, ale w gruncie rzeczy niezmienionym i ka'ira ciągle łudzi się, że będzie mogło być po staremu. Tymczasem ktoś obrał sobie za punkt honoru upolowanie naszego czarnego maga. W dodatku młode dziewczęta będą potrzebować pomocy, a zapomniana przeszłość zacznie się powoli ujawniać...

Moim głównym problemem z Krzyczącym w Ciemności jest fakt, że to bohater w gruncie rzeczy bierny. Choć może powinnam raczej powiedzieć: reaktywny, a nie aktywny. W poprzednim tomie mogliśmy to składać na karb narracji – toczyła się obok głównego bohatera, pokazując go nieco z boku i nie dając czytelnikowi wielkiego wglądu w jego motywacje. W „Pośród cieni” perspektywa się zmienia i czytelnik może obcować z Krzyczącym bliżej. I tak obcując bliżej odniosłam wrażenie, że to postać rozpaczliwie pragnąca zachować status quo, jeśli tylko jest ono dla niej względnie wygodne. Woli kisić się w zatęchłych kryptach, choć mógłby zbudować sobie znacznie przyjemniejszą enklawę w Sferach i dopiero atak na jego piwniczne lokum skłania go do podjęcia wysiłku. Podobnie z próbami odzyskania wspomnień – zaczyna je podejmować dopiero wtedy, kiedy pojawiają się męczące koszmary. Tak typowy przykład „nie chcem, ale muszem”. Choć trzeba autorce oddać, że tym razem Brune „musiał” dość często. (I tak go lubię. Ale za zgoła inne rzeczy)

Może przez kontrast (a może nie), znacznie ciekawiej prezentują się czarodziejki płci żeńskiej, po obu stronach magicznej barykady. Dynamicznie rozwijają się wątki dwóch młodych dziewcząt, które na chwilę pojawiły się w „Dwóch kartach”, i których życie dramatycznie się zmienia z przyczyn od nich niezależnych, by w końcu wylądowały u tej samej mentorki. Co prawda panienki niewiele jeszcze miały okazję zaprezentować, ale obiecująco się zapowiadają (i nawet Brune w ich wątkach wydaje się jakiś bardziej zaangażowany). Równie dobrze wypada ich mentorka, która zyskuje w toku powieści nieco głębi (i w sumie podoba mi się kierunek w jakim zmierza ta postać). No i jest jeszcze pewna demonica, o niebagatelnym znaczeniu dla Krzyczącego i jego utraconej tożsamości.

Sama fabuła tym razem jest bardziej standardowa – nabiera liniowości. Brune zaczyna szukać swoich utraconych wspomnień, a przy okazji przytrafia mu się kilka starć z wrażymi siłami i kilka damseli do wyratowania z distresów. Wydaje i się, że czytelnicy, którzy poprzednio narzekali na zbytnie rozmycie wątków, powinni być zadowoleni.

I tak – jako kontynuacja „Pośród cieni” jest satysfakcjonujące. Cierpi trochę na syndrom drugiego tomu, bo zajmuje się głównie rozwijaniem wątków zasygnalizowanych w „Dwóch kartach”, ale taki już los kolejnych części. Przynajmniej okazał się na tyle dobrym rozwinięciem, że bardzo chętnie sięgnę po następny tom.

Tytuł: Pośród ceni
Autor: Agnieszka Hałas
Cykl: Teatr węży
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2017
Stron: 348

sobota, 14 października 2017

"Dwie karty" Agnieszka Hałas

Agnieszka Hałas ma w fandomie opinię jednej z najbardziej niedocenionych pisarek. Głównie niedocenionej przez wydawców, bo jak dotąd udawało się jej wydawać w oficynach niszowych z ograniczoną dystrybucją i promocją – a trudno zbudować sobie fanbazę, kiedy twoje książki docierają tylko do osób już zaangażowanych. Teraz za sztandarowy cykl Agnieszki, czyli „Teatr węży”, zabrał się Rebis – czyli wydawnictwo znane i z pewnością umiejące w marketing. Czekałam na to z lekturą. Kruki od lat krakały, że dobre i w ogóle, więc dlaczego miałabym sobie odmawiać rarytasów teraz, kiedy stały się znacznie łatwiej dostępne? Acz muszę przyznać, że to krucze krakanie i ogólny klimat niedocenionej perełki sprawił, że miałam pewne oczekiwania. Które podczas lektury musiałam zweryfikować.

Kiedy bogowie (po iście pyrrusowym zwycięstwie w wojnie z siłami zła) opuszczali świat, okryli go Zmroczą, aby chroniła mieszkańców przed demonami. Pieczę nad Zmroczą sprawują srebrni magowie – pilnują zachowania równowagi niezbędnej do prawidłowego funkcjonowania osłony. No i są jeszcze czarni magowie, którzy według srebrnych tę równowagę zakłócają…

Tymczasem w Shan Vaola, dużym i bogatym mieście nad Zatoką Snów, grupa nędzarzy znajduje na brzegu morza mężczyznę. Zaczyna się zakłócenie Zmroczy, a to nie jest dobra pora na zostanie na zewnątrz, zwłaszcza dla kogoś, kto jak widać sporo przeszedł i nie bardzo jest z nim jakikolwiek kontakt. Dlatego zbieracze śmieci postanawiają zabrać nieznajomego do swojej kryjówki. Gdzie ten stopniowo wraca do siebie. I choć nie pamięta swojej przeszłości, to dość szybko orientuje się, że jest wyszkolonym czarnym magiem…

Pierwszym zaskoczeniem był fakt, że książka nie ma określonej linii fabularnej. Wiecie, zwykle, kiedy czyta się powieść (zwłaszcza fantasy, bo tutaj autorzy są raczej nieskłonni do eksperymentów konstrukcyjnych), to od razu wiadomo, o co chodzi. Jeśli mamy mroczny artefakt, to fabuła będzie dążyć do jego zniszczenia. Jeśli mamy księcia, który utracił tron, to wiadomo, że będzie próbował go odzyskać. Jeśli mamy drużynę najemników, to będą próbowali wykonać zlecone im zadanie i tak dalej. Tymczasem bohater Hałas po prostu jest, robi różne rzeczy… i tyle. Nie dąży do niczego, z nikim nie walczy, teoretycznie żadne siły rządzące światem się nim nie interesują, próbuje po prostu przeżyć. Owszem, dzieją się wokół niego wydarzenia niesamowite, ścierają się potęgi, ale tak naprawdę Krzyczący w Ciemności jest najwyżej ich mimowolnym uczestnikiem (żeby nie powiedzieć – gapiem). Nie chcę powiedzieć, że taka konstrukcja fabuł jest wadą. Wręcz przeciwnie – przy zalewie fabuł generycznych i przewidywalnych to raczej powiew świeżości. Tylko ostrzegam, że prowadzenia przez cały alfabet, od punktu A przez B do Z nie będzie.

Sam świat przestawiony jest jak dotąd fragmentarycznie – co jest wymuszone narracją skupioną na bohaterze, który żyje w tunelach pod miastem. Brakuje mi trochę szerszej perspektywy, ale przede mną jeszcze dwa tomy, więc może się pojawi. Tymczasem wycinek, który autorka postanowiła nam pokazać jest faktycznie oryginalny, zwłaszcza na tle rodzimej twórczości. Oto bowiem mamy miasto, plus-minus renesansowe. Ale nie tę jego część, którą eksploatuje większość pisarzy fantasy – nie domu zamożnych mieszczan, nie mieszkanka robotników, nawet nie dzielnice rozrywki, gdzie jedni próbują pozyska pieniądze od utracjuszy dobrowolnie, a inni… mniej dobrowolnie. Hałas skupiła się na tej najmniej reprezentacyjnej stronie miasta: podziemnych slumsach. Gdzie schronienie znajdują nie tylko ludzie niskich warstw społecznych (lub tacy, którzy z racji zawodu nie powinni być zbyt widoczni), ale też odmieńcy. Wszak Shan Vaola to miasto zarządzane przez srebrnych magów, więc i o nienaturalne stworzenia tu łatwo. A że mocno niekiedy różnią się od ludzi, to i nie są mile widziane w lepszych dzielnicach. 

Taki wybór dekoracji sprawia, że powieść jest nieco mroczna - podziemia nie są szczególnie estetyczne a biedacy zdrowi, ścieki nie pachną fiołkami i tak dalej. Tak więc trzeba się przygotować na nieco turpistyczne doznania, jeśli ma się ochotę na lekturę "Dwóch kart".

Hałas bardzo skutecznie porzuciła klasyczny bestiariusz fantasy – jak dotąd zamiast elfów i krasnoludów mamy odmieńców, chowańce i demony (oraz trochę pomniejszego tałatajstwa). Dwa ostatnie to po prostu stworzenia z innych wymiarów – demony mieszkają w… miejscu, które nosi wszelkie znamiona piekła, wygląd też mają klasyczny (z tym, że jest to raczej klasyczny Bosch, a nie brzydal z rogami i kopytami, plus trochę inspiracji różnymi mitologiami), a ich głównym celem jest pozyskanie dusz, od czego zależy potęga ich domeny. Chowańce to po prostu stworki sprowadzane z różnych platform astralnych, aby pełnić funkcje pomocnika maga i mogą mieć dowolny wygląd. Mnie osobiście najbardziej zainteresowali odmieńcy, których genezę i funkcję autorka nakreśliła tylko bardzo z grubsza. Zwykle są humanoidalni, ale zakres tej humanoidalności waha się od zrakowaciałego goblina po mokra fantazję miłośnika furry. Zwykle są inteligentne. I zwykle żyją na marginesie – o ile toleruje się je, kiedy są pożyteczne, to przeważnie woli się ich nie oglądać, a kiedy dzieje się im coś złego, nikt się o nich nie upomni. Maja własną kulturę, dość hermetyczną. Mamy wśród nich kilka bardzo ciekawych postaci – moją ulubioną i chyba najlepiej zarysowaną jest Pyszczek, kobieta kot, która zarabia zwykle jako tancerka. Mam nadzieję, że jeszcze ją spotkam. I że autorka rzuci więcej światła na odmieńców jako takich, bo to dla mnie fascynująca grupa społeczna (gatunek chyba nie do końca).

Magia jako taka też jest przedstawiona ciekawie (jak i magowie w swej masie). Dzieli się, jak wspomniałam wyżej na srebrną i czarną. Srebrni magowie darzeni są szacunkiem (a przynajmniej budzą zdrowy lęk) i ogólnie trzymają władzę, mają swoje uniwersytety, a o prestiżu niech świadczy fakt, że nazywaj się Elitą. To legalna magia, a talent do niej jest pożądanym towarem. Czarna magia jest skażona, wyklęta, a tych, którzy urodzili się z talentem do niej ściga się niczym zbrodniarzy. Autorka nie wyjaśnia nam na tym etapie, jak działa magia srebrna, natomiast wiemy, że czarni magowie żywią się emocjami, zwłaszcza tymi negatywnymi - bólem, cierpieniem, rozpaczą. I to jest ten moment, w którym chyba zaczynam zaczyna nadinterpretować, ale nie potrafię się powstrzymać.

Otóż widzicie, korzystanie z obu rodzajów magii wymaga podobnych mechanizmów - pentagramy, rytuały, zioła, krew. Pomimo jednoznacznie kojarzących się nazw nie można im przypisać dobra i zła - czarni magowie, którzy zatracili się w swoim talencie bywają okrutni i niebezpieczni (cóż, ktoś, kto robi się potężniejszy od cudzego cierpienia będzie pewnie bardzo kreatywny w dążeniu do zwiększenia swojej potęgi), ale srebrni wcale nie są lepsi pod tym względem (ich dla odmiany interesuje tylko Ekwilibrium, równowaga Zmroczy i dla jej utrzymania stosują zasadę, że cel uświęca środki. Naprawdę wszystkie środki). Dlatego nie chce mi się wierzyć w to, że czarna magia jest nienaturalna i trzeba ją tępić. Przecież równowagi nie osiąga się przez wyeliminowanie jednego z pary. Układ między czarnymi a srebrnymi magami bardziej pasuje mi do sytuacji, kiedy historię napisali zwycięzcy - srebrni w tym przypadku (a autorka zasugerowała nam jeszcze, ze oficjalne wersje mitów w jej świecie niekoniecznie są jedynymi wersjami, nie bardziej prawdopodobnymi niż reszta). Dlatego nasuwa mi się myśl, że destabilizacja Zmroczy nie jest przyczyną tępienia ka'ira, czarnych magów. Tylko jej skutkiem. Być może ta teoria umrze wraz z przeczytaniem kolejnego tomu, ale na razie bardzo mi się podoba.;)

Chyba popadłam za bardzo w dygresje i detale, wróćmy więc może do spraw istotnych. Głównego bohatera na przykład. Sam Krzyczący w Ciemności to jest ten typ bohatera, który bardzo lubię – niby mroczny, po przejściach, ale jednak na swój sposób szlachetny. Coś pomiędzy chaotyczny dobry a neutralny dobry. Problem w tym, że nie czuję, żebym dobrze go poznałam. Autorka trzyma czytelnika na dystans od swojego bohatera i pozwala się do niego zbliżyć dość rzadko. Widzimy, co robi, ale nie wiemy, co myśli. Oczywiście z biegiem fabuły sytuacja się poprawia, ale wiąż nie wiemy, co w głowie maga siedzi, jak widzi świat i czego pragnie. Być może wynika to z faktu, że Krzyczący sam nie do końca wie, kim jest. Nie pamięta przeszłości i od czasu do czasu dopada go lęk związany z tym, do czego może doprowadzić go nadmierne i niekontrolowane użycie mocy, ale poza tym nie ma żadnych celów i ambicji, a fabuła nie zmusza go do porzucenia wygodnej kryjówki w podziemiach. Widzę w nim ogromny potencjał, ale obawiam się, że zaprezentuje go w pełni dopiero, kiedy ktoś go wykurzy z przytulnej krypty. Na co liczę (sorry, Krzyczący).

Przyznam, że mimo kilku wad i zgrzytów, z niecierpliwością czekam na premierę kolejnej części „Teatru węży”. Krzyczący w Ciemności jest bohaterem, jakiego w znanej mi rodzimej fantasy mi brakowało, dlatego cieszę się nako lejne spotkanie (kto wie, może tym razem da się lepiej poznać?). To samo dotyczy w sumie świata przedstawionego. No kawałek dobrej fantastyki po prostu. Lubię takie. 

Książkę otrzymałam od autorki

Tytuł: Dwie karty
Autor: Agnieszka Hałas
Cykl: Teatr węży
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2017
Stron: 370

wtorek, 10 maja 2016

"Szpital kosmiczny" James White

„Szpital kosmiczny” to taki cykl, który od dawna mnie kusił z różnych miejsc czy to internetów, czy to reala. I w końcu Luby przytargał mi pierwszy tom z biblioteki. Tego faktu nie mogłam zignorować.

„Szpital kosmiczny” to pierwszy tom cyklu o tym samym tytule i jest zbiorem opowiadań (jak zdążyłam się zorientować, nie jedynym, ale powieści też jest kilka). W jego skład wchodzi pięć tekstów („Lekarz”, „Szpital”, „Kłopoty z Emily”, „Kłopotliwy gość” i „Przybysz z zewnątrz”. Patrząc na te tytuły mam wrażenie, że autor – czy może raczej polski wydawca - miał do ich wymyślania taką samą smykałkę, jak ja), które mają formę typowego kryminału lub, jak kto woli, scenariusza odcinka serialu „Dr House”. Ot, jest medyczna zagwozdka, którą trzeba rozwikłać, bo pacjent nam zejdzie, a w międzyczasie szczypta rozwoju bohaterów. Nic fabularnie nowego od czasów Sherlocka Holmesa, co nie znaczy, że jest nudno.

Ale może o fabule i innych takich istotnych dla recenzji kwestiach później. Teraz chciałabym zając się kwestią, która niespodziewanie mnie podczas lektury dopadła. Widzicie, „Szpital kosmiczny” został pierwszy raz wydany w 1962 roku (a pierwsze opowiadanie napisano nawet pięć lat wcześniej) i to widać. Może nie na pierwszy rzut oka, bo sam tekst jakoś mocno się nie zestarzał, ale wprawny obserwator czytając o świecie zupełnie fikcyjnym zauważy, czym różniła się namacalna rzeczywistość autora od współczesnej rzeczywistości czytelnika. Na przykład, kiedy jeden z bohaterów zostaje oskarżony o spowodowanie wypadku, śledczy zbierają tylko zeznania świadków. Współczesny pisarz, planując taką scenę, musiałby w pierwszej kolejności zastanowić się, jak wyeliminować monitoring, dla niego i czytelników będący kwestią oczywistą. White nawet się o nim nie zająknął, bo w latach pięćdziesiątych powszechny monitoring był wizją równie fantastyczną, co międzyplanetarny szpital i autor po prostu wybrał tę drugą opcję. Albo taka scenka: do lekarza podchodzi sanitariusz z propozycją zastrzyku pobudzającego. Lekarz się godzi, zastrzyk dostaje ale boli bardziej niż powinno, na informację o czym sanitariusz mówi, że to normalne, bo tej igły użył wcześniej na dwóch innych chętnych i się stępiła. Dla współczesnego lekarza to nie do pomyślenia, a co dopiero (imaginuje sobie współczesny czytelnik) dla takiego z dalekiej przyszłości. Jednak dla pisarza było to jak najbardziej normalne, bo w czasach, kiedy opowiadanie powstawało, jednorazowe igły i strzykawki były jedynie nowinką dyskutowaną w kręgach medycznych. Że już pominę milczeniem metody tresury pewnego kosmicznego gada, bo każdy współczesny behawiorysta na ich wspomnienie dostałby palpitacji.

Przytaczając te przykłady (nie będące jedynymi; przynajmniej tak samo fascynujące jest (nie)opisywanie kobiet przez White’a. Zawsze fascynuje mnie, gdy ówczesnym autorom jak najbardziej mieściły się w głowach galaktyki pełne fantastycznych stworzeń, natomiast kompletnie brakowało tam miejsca dla kobiet na odpowiedzialnych stanowiskach. Ot, takie czasy) chciałam zaznaczyć jedynie fakt, że fantastyka, przez swoje opisywanie krain odległych (czy to w czasie, czy dowolnie pojmowanej przestrzeni, czy też w jednym i drugim) wcale nie uwolniła się od naleciałości i uprzedzeń „tu i teraz”. Wymaganie tego od niej jest zwyczajnie głupie, bo autor to, co wymyśli, przecedza przez filtr doświadczeń, a doświadczenia z kolei łączą go ze współczesnością. Tu zakończę może rzucanie truizmami i zabiorę się za informacje istotne dla recenzji.

Fabuły poszczególnych opowiadań skupiają się na zagadkach medycznych i trzeba przyznać, że całkiem zgrabnie autorowi te zagadki powychodziły. Moim zdaniem, pod względem konstrukcji najlepszy jest „Lekarz”, bo w nim jeszcze autor nie objawiał irytującej z czasem maniery konstruowania narracji na zasadzie „wiem, ale nie powiem” (gdzie wie główny bohater, ale ani kolegom po fachu, ani czytelnikowi nie powie. W pewnym momencie zaczęło mi się to kojarzyć ze współczesnymi powieściami młodzieżowymi, gdzie nie można niczego powiedzieć bardziej doświadczonym dorosłym, bo jeszcze nie daj boże przyjdą i rozwiążą problem). Trochę inną strukturę ma „Szpital”, bo tutaj autor skupia się raczej na wprowadzeniu i pokazaniu rozwoju nowej postaci niż na zagadkach (oraz wyczuwam krytykę pacyfizmu, bardzo łopatologiczną). Głównych postaci zasadniczo mamy dwie. Pierwszą jest O’Mara, bohater pierwszego opowiadania i drugoplanowy bohater kolejnych tekstów. Poza tym, że tępy wygląd przeszkadzał mu w uzyskaniu pracy odpowiadającej kwalifikacjom (bo O’Mara to piekielnie inteligentny facet. Swoją drogą, kompletnie mnie nie przekonuje to założenie fabularne. Że wiecie, facet wygląda jak tępy głaz, więc niech te głazy łupie), wiemy o nim zasadniczo niewiele. Zdecydowanie bardziej zależało autorowi na ekspozycji drugiego bohatera, doktora Conwaya. W pierwszym tekście, w którym występuje, przeżywa przyspieszony proces dojrzewania, jak, nie przymierzając, bohater współczesnej młodzieżówki, ale ogólnie jest postacią dość dobrze skonstruowaną. Ot, gdyby jakiś serial z gatunku medycznych procedurali jakimś cudem rozgrywał się w kosmosie, Conway byłby bardzo akuratną główną postacią męską.

Tak sobie narzekam na „Szpital kosmiczny”, ale ostatecznie bardzo przyjemnie się go czytało. Widzicie, to jest ten typ SF, który na swój użytek nazywam startrekowym. Opowiada on o tym, ze ludzkość jednak na stare lata zmądrzała i nie dość, że się sama nie wybiła, to jeszcze nie tłucze się z nowo poznanymi kosmitami, a we współpracy z nimi tworzy wysoce humanitarne projekty. To bardzo optymistyczna wizja, ale po tym katastroficznym SF, jakim się od dłuższego czasu karmiłam, bardzo mi smakowała. Z pewnością przeczytam kolejny tom.

Tytuł: Szpital kosmiczny
Autor: James White
Tytuł oryginalny: Hospital Station
Tłumacz: Wiktor Bukato
Cykl: Szpital kosmiczny
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2002
Stron: 272

wtorek, 6 października 2015

"Wybrana" Naomi Novik

Kiedy tylko trafiłam na informację, że Naomi Novik napisała powieść spoza swojego smoczego cyklu, miałam ogromną nadzieję, że książka wyjdzie po polsku. Ku mej wielkiej radości Rebis stanął na wysokości zadania i można powiedzieć, że „Wybrana” trafiła do rąk polskiego czytelnika prawie na bieżąco (no, trzeba dać czas na tłumaczenie, bądźmy realistami) oczywiście już od chwili pojawienia się w zapowiedziach była na mojej liście must have. Jak tylko wpadła mi w łapki, zaczęłam czytać.

Agnieszka to siedemnastoletnia dziewczyna mieszkająca w małej wiosce gdzieś na dalekiej prowincji Polnii. Zarządcą tych ziem jest Smok – potężny czarnoksiężnik mieszkający w wieży. Jego zadaniem jest odpieranie ataków Boru, złowrogiej puszczy leżącej na granicy Polnii z Rusją i przylegającej do jego ziem. Bór jest złowrogi, straszliwy, podstępny i nigdy nie ustępuje, stanowiąc nieprzerwane zagrożenie dla mieszkających w jego pobliżu ludzi. Co dziesięć lat Smok zabiera z podległych mu wiosek jedną siedemnastoletnią dziewczynę, najczęściej tę najpiękniejszą i najzdolniejszą. W tym roku taka właśnie jest Kasia, najlepsza przyjaciółka Agnieszki, więc wszyscy zakładają, że to właśnie ona pójdzie do wieży maga. Jakież jest ich zaskoczenie, kiedy smok wybiera przeciętną, niezdarną i wiecznie roztrzepaną Agnieszkę…

Na początku może rozprawię się z hasłem, którym bardzo usilnie reklamowano powieść – otóż jej akcja nie rozgrywa się Polsce, świat przedstawiony jest nią najwyżej inspirowany. I to nie Polską historyczną, ale taką, jaką możemy znaleźć w baśniach; taką, w której magowie wznoszą szklane góry a prastare dęby kryją w swym wnętrzu nieprzebrane skarby. Właściwie mogłabym napisać, że Polnia ma tyle wspólnego z Polską, co świat „Tancerzy Burzy” z Japonią, ale nie do końca byłaby to prawda. Kristoff w swojej powieści zbudował świat pokryty naturalistycznym brudem, klimat świata Novik jest lekko baśniowy. Odpowiada za to po części wybrany przez autorkę sposób narracji.

Narratorką bowiem jest Agnieszka, która relacjonuje nam całą historię ze swojej perspektywy. Novik rozwinęła tu jedną ze swoich najcenniejszych umiejętności (nie za bardzo miała okazję pokazać to w pełnej krasie w smoczym cyklu) – mianowicie personalizację opowieści (co pewnie ma jakąś fachową nazwę, której nie znam). Widzicie, Agnieszka jest prostą, wiejską dziewczyną, lubiąca słuchać pieśni bardów i żyjącą między wieżą czarnoksiężnika a złowrogim magicznym Borem. Nic dziwnego, że jej postrzeganie świata jest nieco naiwne, a opowieść bardziej przypomina baśń. Jednak gdy dziewczyna opuszcza dolinę, wraz z doświadczeniem do jej narracji przesiąka coraz więcej zupełnie niemagicznej (choć owszem, magia również jest całkiem realna) rzeczywistości. Oczywiście Agnieszka nie jest głupia – wie, że bitwa opisywana w pieśni barda ma niewiele wspólnego z tą prawdziwą, nie oznacza to jednak, że bycie świadkiem prawdziwej bitwy nie robi na niej wrażenia. Ale dotąd nigdy nie doświadczyła bezsilności, niezrozumienia, ignorancji czy zwyczajnej, bezinteresownej złośliwości. Te doświadczenia burzą jej baśniowy obraz świata, choć nie wypłaszają baśniowości z opowieści.

„Wybrana” (tytuł nie jest do końca trafiony – oryginalna „Uprooted” odnosi się do korzeni, bardzo ważnego motywu w fabule. Ale jest to odniesienie nie do oddania w polskiej wersji językowej) to powieść w ogóle pełna kobiet, w stopniu w którym ich nie ma w żadnej polskiej książce. Bo tak: sama Agnieszka z jednej strony reprezentuje ten aspekt kobiecej literatury, który każe patrzeć w siebie i budować więzi, z drugiej łączy z tym typowo męski element udziału w wielkich wydarzeniach historycznych, nie będąc przy tym Silną Postacią Kobiecą ™. Tą jest czarodziejka Aleksa. Jest też Kasia, która będąc perfekcyjną panią domu, pragnie się z niego wyrwać, a także Królowa, o której nic nie napiszę, bo za dużo spoilerów. Tak więc „Wybrana” to opowieść kobiet.

Dlatego też mężczyźni wypadają w niej trochę… archetypicznie. Smok jest dość jasno pokazany jako pogrobowiec Geda Krogulca. Novik opisała go na zasadzie zestawienia przeciwieństwa względem Agnieszki – jej magia opiera się na intuicji, jego na metodycznych studiach i nauce; ona żyje, aby kochać i zawierać przyjaźnie, on dystansuje się do wszystkich; ona jest młoda i naiwna, on stary i zgorzkniały (ale bez przesady). Widzę tu relację, wypisz, wymaluj, Geda z Tenar. Z tym, że Agnieszka doskonale wie, kim jest i nie musi szukać swojej tożsamości.

Poza Smokiem mamy już tylko dwóch mężczyzn („Wybrana” to mimo wszystko dość kameralna powieść). Książę Marek to chodząca dekonstrukcja mitu Księcia z Bajki, bardzo udana, głównie dlatego, że mniej drastyczna niż ta, której dokonał Martin (za to chyba z jakąś delikatną nutką kompleksu Edypa). No a Solia, czyli drugi mag, to po prostu zaślepiony karierowicz, nie tyle zły, co po prostu głupi i krótkowzroczny.

I tak powiem wam, że „Wybranej” daję ogromny plus – jest to baśń na miarę współczesnej fantasy. Bardzo się różni od „Temeraire’a”, ale to nie jest wada. Myślę, że „Wybrana” to jedna z tych książek, która z każdym czytaniem odsłania nam kolejne oblicze. I z pewnością prędzej czy później to sprawdzę.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.
Tytuł: Wybrana
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: Uprooted
Tłumacz: Zbigniew A. Królicki
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2015
Stron: 510

środa, 18 marca 2015

"Muzyka milczącego świata" Patrick Rothfuss

Dopisywanie opowiadań czy nowelek do popularnych cykli fantastycznych jest dość popularne na zachodzie – nawet te nieliczne z tłumaczonych u nas antologii zawierają sporo tekstów uzupełniających popularne serie. Niemniej, teksty takie ukazują się u nas raczej w czasopismach lub antologiach niezwiązanych z serią, do której nawiązują. Tym bardziej zaskakuje, że Rebis postanowił jednak wydać najnowszą nowelkę Rothfussa, chyba w ramach zadośćuczynienia fanom za przedłużające się oczekiwanie na pełnoprawny tom trzeci.

„Muzyka milczącego świata” z pewnością bowiem tomem trzecim nie jest. Na dobrą sprawę nie ma nawet fabuły. Ot, tydzień z życia Auri – nietypowej mieszkanki podziemi uniwersytetu. Nie ma tam potworów, skarbów ani wymyślnych pułapek, jak mogliby się spodziewać czytelnicy zaprawieni w sesjach RPG. Są za to rzeczy, które większość z nas uznałaby najwyżej za śmieci. Jednak dla Auri mają prawdziwą wartość.

Ta krótka opowieść to kawałek prozy zupełnie innej, niż ta, do jakiej przyzwyczaił nas autor. Rothfuss bawi się opisem, stara się pokazać zwykłe rzeczy w sposób niezwykły, taki, w jaki mogłaby je widzieć osoba zupełnie inaczej postrzegająca świat. Co prawda wielość opisów to nic nowego, akurat ten autor należy do nieposkromionych gaduł i potrafi przez kilkaset stron (co stanowi tak mniej więcej jedną trzecią powieści) rozwodzić się nad niuansami studenckiego życia, któremu zdążył już zresztą kilkaset stron poświęcić w tomie poprzednim. Tutaj jednak widać zmianę podejścia – dostajemy bohatera o zupełnie innej perspektywie spojrzenia, więc i akcenty opisów rozłożone są inaczej.

A właśnie, bohaterka. „Muzyka milczącego świata” to sztuka jednej aktorki – właściwie występuje tam tylko Auri, oczywiście o ile nie liczyć grona przedmiotów nieożywionych. Dla nas to tylko rzeczy, ale dla Auri to istoty o takich samych planach, ambicjach i emocjach jak ona – każda ma inny charakter i potrzeby, którymi trzeba się zająć. Jej dążenie do ułożenia rzeczy na odpowiednim, tylko dla niej właściwym miejscu (które zdaje się znać wyłącznie dziewczyna) nieodmiennie kojarzy mi się z objawami autyzmu.

Właściwie to, co o Auri napisano, rodzi więcej pytań, niż odpowiedzi. Jasne, akurat ta nowelka miała raczej przybliżyć nam postać tu i teraz, niż rozwiać mgłę tajemnicy otaczającą jej przeszłość. Ale to właśnie ta przeszłość jeszcze bardziej fascynuje. Po przeczytaniu „Muzyki…” mamy już właściwie pewność, że Auri była studentką i to dobrą. Co się stało, że zstąpiła w podziemia? Dlaczego jest inna i czy zawsze taka była? Czy ktoś jej szukał, kiedy zniknęła? Cóż, z jednej strony chciałabym poznać odpowiedzi na te pytania, z drugiej boję się, że mogłabym się rozczarować.

Autor już w pierwszych akapitach wstępu ostrzega, że oto trzymamy w rękach opowieść osadzoną w innej opowieści i nie ma sensu czytać tej pierwszej bez tej drugiej. Szczerze mówiąc, nie do końca podzielam jego zdanie. Owszem, lepiej poznać oba tomy „Kronik Królobójcy” zanim weźmiemy się za historię o Auri. Jednak „Muzyka milczącego świata” stanowi historię na wielu poziomach tak szczelnie owiniętą wokół Auri, że brak znajomości większego kawałka świata nieszczególnie przeszkadza. Szkoda tylko, że nie została wydana solidniej –opowieści i klimatycznym ilustracjom lepiej by było w twardej oprawie. Ta, którą mają, jest cokolwiek słabo klejona i chyba nie chcą w niej siedzieć.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.

Tytuł: Muzyka milczącego świata
Autor: Patrick Rothfuss
Tytuł oryginalny: The Slow Regard of Silent Things
Tłumacz: Mirosław P. Jabłoński
Cykl: Kroniki Królobójcy
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2015
Stron: 156

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Wszyscy jesteście tacy sami, czyli zabójca z szalikiem ze smoka - "Jhereg" Steven Brust

„Vlad Taltos” to jedna z serii zapomnianych – coś, co kiedyś bardzo chciałam przeczytać, ale z takich czy innych powodów rozeszło się po kościach. Tutaj powodem był brak dostępu do pierwszego tomu. Na szczęście w komentarzach pod wstępną smoczą notką o serii przypomniała mi Winky, więc postanowiłam jednak się z nią zapoznać. Co prawda fakt, że z napisanych trzynastu tomów w Polsce wyszło tylko pięć jest nieco deprymujący, ale jeśli ktoś jest miłośnikiem fantastyki, nie żyjąc jednocześnie w anglosaskim kręgu kulturowym (albo nie znając dobrze języka), to powinien się uodpornić na takie sytuacje. Tym razem przynajmniej wiem, że pakuję się w niedokończony cykl.

Vlat Taltos jest płatnym zabójcą. To znaczy, jest nim między innymi, bo do Domu Jherega należy już na tyle długo, że obrósł w inne mniej lub bardziej legalne źródła utrzymania. Niemniej, reputacja wymaga, aby od czasu do czasu przyjąć zlecenie. A trafia się propozycja tyleż lukratywna, co trudna i niebezpieczna – chodzi o dyskretne i szybkie usunięcie osoby, która naraziła się całemu Domowi Jherega. Problem polega na tym, że czasu jest bardzo mało, a delikwenta jeszcze nie udało się zlokalizować…

Świat powieści jest opisywany przez autora dość zdawkowo (do tego stopnia, że myślałam, iż więcej o nim napisał w innym, nie wydanym w Polsce cyklu, również osadzonym w tym samym uniwersum – byłam przekonana, że powstał wcześniej. Okazało się, że „Jhereg” to najwcześniejsza powieść z Imperium Dragaerańskiego), przez co można odczuć pewien niedosyt, jednak drobne niedoinformowanie nie przeszkadza w lekturze. Rzecz rozgrywa się w rządzonym przez elfy imperium (ziemie ludzi leżą dalej na wschód), w którym to ludzie są mniejszością etniczną i jak to mniejszość, bywają dyskryminowani. Poza wzrostem, zarostem i szpiczastymi uszami ludzi od elfów odróżnia też magia – każda rasa ma właściwy dla siebie sposób praktykowania jej. Całość zaś, ze względu na genezę lokalnych humanoidów, przez długi czas przypominała mi rzeczywistość z klasycznego Warhammera. Zastanawiałam się nawet, czy przypadkiem nie trafiłam na jakąś franszyzę, ale nie. Poza tym, świat jest całkiem ciekawy, szkoda tylko, że na etapie pierwszego tomu mamy jeszcze sporo luk w wiedzy o nim.

Wiecie, co mnie najbardziej zdziwiło? To, że Vlad, mimo życia w światku przestępczym, jest tak bardzo podobny do tych wszystkich mniej lub bardziej samotnych detektywów, których spotykam w urban fantasy. Nie wiem, jak dalej, ale w tym odcinku też prowadzi śledztwo w celu odnalezienia ukrywającej się ofiary, korzystając przy tym z podobnych jak oni metod. Charakterek też ma podobny, ale zdecydowanie bardziej dojrzały. W przeciwieństwie do detektywów, nie upiera się, że sam wszystko załatwi – otacza się siatką współpracowników i przyjaciół, dzięki czemu mamy możliwość poznania kilku barwnych postaci. Jest więc Loiosh, chowaniec Vlada. Loiosh jest jheregiem, czyli taką wiwerną wielkości kota (choć autor ilustracji na okładce miał odmienne zdanie). Może się ze swoim panem porozumiewać telepatycznie i czasem bywa złośliwy, ale pozostaje wiernym towarzyszem. Jest Cawti, żona Taltosa – co już ją wyróżnia, bowiem, ekhem, detektywi zazwyczaj są samotni. A tu mamy bardzo ładnie opisane małżeństwo dwójki profesjonalistów. Mamy też kilka szlachetnie urodzonych i mniej szlachetnie urodzonych elfów, ale niestety, trochę zbyt mało o nich wiemy. Niemniej, zapowiadają się ciekawie.

No i tak, sięgnęłam po opowieść o płatnym zabójcy i jego małej gadzinie, dostałam o detektywie na opak. Ale nie narzekam, bo ostatecznie czytało się całkiem fajnie (choć do miejscami zbyt potocznego stylu mogłabym się przyczepić. Ale że nie wiem do kogo – autora czy tłumacza – to już nic nie mówię), a mała gadzina spełnia oczekiwania. Po kolejny tom sięgnę i będę liczyć na pokazanie większego kawałka świata i może nieco mniej chaosu w fabule. Mam nadzieję, że się nie zawiodę. 

Tytuł: Jhereg
Autor: Steven Brust
Tytuł oryginalny: Jhereg
Tłumacz: Jarosław Kotarski
Cykl: Vlad Taltos
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2002
Stron: 280

środa, 3 grudnia 2014

Ukruszmy smokom zęby krat czyli młodociane brewerie - "Smoki na zamku Ukruszon" Terry Pratchett

Pratchett gościł już na łamach tego bloga kilkukrotnie. Najczęściej ze Światem Dysku, ale nie tylko. Gościł w wydaniu dla dorosłych i dla młodszych czytelników. Raz nawet gościł w prasie. I to właśnie wspomnienie tego prasowego występu nakłoniło mnie do przeczytania „Smoków na zamku Ukruszon”. Choć po prawdzie trochę dałam się zwieść własnym rojeniom.

Bo wiecie, jakoś tak byłam przekonana, że opowiadania są jednak bardziej młodzieżowe. „Piekielny interes” pochodzi z tego samego okresu, co teksty ze zbioru (czyli z bardzo, bardzo wczesnej twórczości sir Terry’ego) i jest bardziej uniwersalny. Właśnie czegoś takiego (czyli kierowanego do odbiorców w wieku ok. 12 lat) się spodziewałam. Tymczasem większość tekstów w „Smokach…” jest przeznaczona raczej dla dzieciaków sześcio – dziesięcioletnich. Co nie jest wadą, po prostu rozmija się z moimi oczekiwaniami.

Prywatne oczekiwania może jednak rzućmy w kąt, bo przecież nie autora wina, co sobie czytelnik założył przed lekturą. Jak już wspominałam, opowiadania powstały w czasie nastolęctwa autora i były pisane dla jego rówieśników. I mam z tym mały dylemat, bo nie wiem, czy oceniać je jako twórczość bardzo młodego pisarza (przecież taki je napisał), czy raczej dojrzałego i uznanego (taki je po latach przejrzał i uznał, że nadają się do pokazania szerszej publiczności). Z jednej strony po tych tekstach widać, ze pisała je osoba bardzo młoda (i przybierając perspektywę oceny młodego talentu należałoby uznać, że tak, talent ich autora jest zaiste nieprzeciętny), z drugiej, jeśli ktoś zna późniejszą twórczość Pratchetta, nawet, a może zwłaszcza, młodzieżową, to będzie czuł niedosyt, bo dostanie zaledwie zarodek poziomu, do którego jest przyzwyczajony. A sprawę jeszcze bardziej komplikuje fakt, że te historyjki jako opowiadania dla najmłodszych tak czy siak się bronią.

Mówiłam, że jak jest ciemno, to jest ciemno.;)
Jakie to historyjki? Ano rozrzut tematyczny mamy spory, choć wszystkie są utrzymane w konwencji humorystyczno-przygodowej. Mamy więc i nawiązania do legend arturiańskich, baśni, podróże w czasie i przestrzeni oraz niecodzienne mutacje codzienności. Mam przy tym wrażenia, że opowiadania są ułożone w kolejności powstawania (tytułowe „Smoki na zamku Ukruszon” są pierwsze i jednocześnie najsłabsze w zbiorze, potem jest już systematycznie lepiej, więc albo to, albo się przyzwyczaiłam). Najbardziej podobały mi się dwie „Klechdy o Ludzie Dywanu”, z których potem wyrósł „Dywan”. Obie podobały mi się do tego stopnia, że postanowiłam przeczytać powieść, której dały początek. Bardzo udane w swej absurdalności były też trzy inne teksty: „Autobus linii 59A cofa się w czasie” (mój osobisty faworyt zaraz po „dywanowym” tandemie), „Święty Mikołaj idzie do pracy” i „Paskudny śniegolud”. Reszta jest raczej przeciętna – przyjemna, ale niezostająca w pamięci. Znalazło się tam nawet rozwinięcie do postaci opowiadania pewnego starego żartu.

Trzy słowa o wydaniu, bo jest piękne, co przyzna każdy patrząc na okładkę. A w środku jest tylko ciekawiej, bo ilustracji jest mnóstwo i chociaż za takim stylem akurat nie przepadam, to nie sposób mu odmówić uroku. Do tego liternictwo wyraża emocje i jak jest ciemno, to jest ciemno. Co prawda wydaje mi się, że ilustracje byłyby znacznie bardziej zachwycające, gdyby dodać im kolor, ale to już tylko takie moje luźne uwagi.

Podsumowując, jeśli macie dzieci/kuzynów/sąsiadów w wieku wczesnoszkolnym i chcecie ich zarazić Pratchettem, ta książka będzie idealna. Jeśli chcecie prześledzić ścieżkę rozwoju stylu i warsztatu pisarza takoż. Ale jeśli oczekujecie zachwytów nad znanym i lubianym z Dysku sir Terrym, to może jednak sięgnijcie po coś innego. „Smoki na zamku Ukruszon” to zdecydowanie nie ten kaliber.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.


Tytuł: Smoki na zamku Ukruszon
Autor: Terry Pratchett
Tytuł oryginalny: Dragons at Crumbling Castle: and other stories
Tłumacz: Maciej Szymański
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2014
Stron: 390

środa, 5 listopada 2014

Młody wilczek w wielkim mieście czyli las taki piękny wow - "Dar wilka" Anne Rice

Moja przygoda z Rice zaczęła się od „Wampira Lestata”. Podobał mi się, więc sięgnęłam po „Królową Potępionych” i przeżyłam rozczarowanie – książka tak mnie wynudziła, że porzuciłam ją w połowie. Niezrażona, sięgnęłam po serię o Śpiącej Królewnie. Tym razem nieustające porno znudziło mnie po jednym rozdziale (nie macie pojęcia, jak bardzo książka polegająca na epatowaniu tylko i wyłącznie erotyką potrafi być nudna). Chyba w tym momencie powinnam porzucić wszelka nadzieję, że Królowa Wampirów napisze coś strawnego, ale na horyzoncie pojawiła się trylogia o wilkołakach. Doszłam do wniosku, że skoro z pierwszym elementem klasycznego tandemu poszło całkiem nieźle, to i z drugim się uda. Nie myliłam się. W pewnym sensie.

Kiedy Reuben jechał pisać artykuł o wystawionej właśnie na sprzedaż rezydencji po zaginionym Feliksie Nidecku (lokalnej znakomitości), nie przypuszczał, że to małe wydarzenie tak bardzo zmieni jego życie. Nie wiedział, że ukąszenie tajemniczej bestii zmieni go w coś, co nie jest ani człowiekiem, ani zwierzęciem. Czy ta przemiana to błogosławieństwo czy klątwa?

Przyznam szczerze, że styl Anne Rice chyba nie jest dla mnie. Długie, rozwlekłe opisy nieistotnych szczegółów tylko w niewielkim stopniu budują nastrój. Najdobitniej to widać na samym początku, kiedy to dwójka bohaterów włóczy się po rezydencji, podziwiając las, las, las, trochę detali architektonicznych i las. Doprawdy, mogli sobie tę wycieczkę krajoznawczą skrócić przynajmniej o połowę lasu. Poza tym autorka lubi wracać do kwestii, które już poruszała. I tak Reuben przynajmniej raz na dwa rozdziały myśli, jak bardzo rezydencja pasowałaby do jego ojca i jak szczęśliwy byłby, mogąc w niej pisać. Z taką samą częstotliwością (i bardzo podobnymi frazami) opiewa urodę sekwojowych lasów i niezwykłość Feliksa Nidecka. Naprawdę autorko, wiemy. Nie trzeba nam o tym ciągle przypominać.

Inna rzecz, że jeśli autorka akurat nie powtarza fraz, opisy wychodzą jej bardzo plastycznie. Zwłaszcza te dotyczące stanów po przemianie bohatera w wilkołaka. Rice świetnie oddaje zarówno przeżycia bestii (nie tak całkiem potwornej, choć, jak to bestia, brutalnej), jak i Reubena w ludzkiej postaci, który zdaje sobie sprawę, że nawet jeśli akurat nie porasta sierścią, to stał się zupełnie innym człowiekiem. Fajnie też wychodzą opisy scen erotycznych, mimo że czasem trochę kiczowate (zwłaszcza pierwsza z nich. Przy jej czytaniu miałam nie dające się odpędzić skojarzenia z furries, a nie są to skojarzenia dobre i do tego jeszcze psują nastrój. Jeśli zechcecie sobie wyguglać, kim właściwie furries są, to ostrzegam, że większość tego, co wam wyskoczy będzie 18+) i jest ich na mój gust trochę za dużo.

Ale tym, co najbardziej mi odpowiada jest kreacja obrazu wilkołaka. Nie jest to może nic odkrywczego, właściwie wilkołaki Rice są takie, jak wampiry Rice (i może dlatego sprawiają całkiem przyzwoite wrażenie) – potwory w ludzkiej skórze, które mimo ludzkich uczuć i pewnej szlachetności, ciągle pozostają zabójczymi bestiami (albo odwrotnie). Oczywiście są piękne jako ten Jacob ze „Zmierzchu”, ale zdecydowanie nie przypominają tamtejszych puchatych wilczków. Z drugiej strony, nie są też bezrozumnymi monstrami w szale zabijania, jak przedstawiał je choćby Stephen King.

Fabuła jest... trochę rozczarowująca. Skupia się na odkrywaniu przez Reubena nowego siebie, a inny wątek pojawia się dopiero pod koniec i w taki sposób, że miałam nieprzyjemne wrażenie, jakby autorka dopiero po dwóch trzecich powieści zorientowała się, że przydałby się wzbogacić akcję. Zupełnie niepotrzebnie, moim zdaniem, bo przez to całość wydaje się niespójna. W ogóle mam wrażenie, że Rice, pisząc swoich bohaterów, idzie trochę na łatwiznę. Wszyscy są piękni i bogaci, nie muszą się martwić o to, co będzie z ich pracą, skoro w nocy biegają na czterech łapach a kiedyś trzeba spać. Z jednej strony rozumiem, że to taka konwencja gatunku z rodzaju tych, co bogaty amant w harlequinach. Z drugiej, o ileż ciekawiej by było, gdyby przemiana powodowała trochę więcej problemów.

Możecie odnieść wrażenie, że ta notka to jedna wielka litania zażaleń. Być może, ale większość z nich wynika z faktu, że trochę nie po drodze mi ze stylem akurat tej autorki. O bohaterach czyta się przyjemnie, choć poznajemy ich głównie przez pryzmat reubenowego wilkołactwa, poza irytującymi detalami jest też sporo bardzo fajnych (dla mnie osobiście był nim pierwszy z „momentów”, kiedy to Reuben-wilkołak praktycznie modli się, żeby jego partnerka nie rozmyśliła się w ostatniej chwili, bo musiałby zrezygnować z planów. Jeszcze nie zdarzyło mi się trafić na scenę, gdzie męskiemu bohaterowi postałaby w głowie taka myśl. Może posypią się zarzuty, że to nierealistyczne, myśleć o tym w trakcie uniesień, ale kurczę, myślę, że postawę wilkołaka należałoby jednak propagować). Ale najważniejsze, że ta książka po prostu „się czyta”. I sięgnę po część drugą, może będzie miała więcej spójnej fabuły.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.

Tytuł: Dar wilka
Autor: Anne Rice
Tytuł oryginalny: The Wolf Gift
Tłumacz: Maciej Szymański
Cykl: Kroniki Wilczego Daru
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2012
Stron: 520

sobota, 30 sierpnia 2014

Przerwana lekcja muzyki, czyli warszawskie mechaborgi parą spowite - "Aposiopesis" Andrzej W. Sawicki

Polska fantastyka jest dla mnie źródłem wiecznego niepokoju i, zazwyczaj, rozczarowań. Bardzo chciałabym czytać dobre, polskie powieści – nawet niekoniecznie wybitne literacko (choć takie też), ale będące solidną rozrywką, napisane z werwa i niepowielające schematu ulubionego przez autora (mam wrażenie, że większość polskich pisarzy fantastów pisze wciąż od nowa jedna książkę. I nawet nie próbuje tego maskować). Oczywiście jest garstka autorów, których uważam za świetnych, wybitnych nawet. Jest też garstka tych, których uważam za wybitnych, ale rzemieślników (w czym nie ma niczego złego, po prostu to rozróżnienie jest dla mnie istotne). Do tej drugiej grupy właśnie dołączył Andrzej W. Sawicki.

Samo nazwisko było mi znane już wcześniej, ale omijałam je, bo kojarzyło mi się z fantastyką historyczną, której nie lubię, a która w wykonaniu polskich autorów często jest wręcz toksyczna od kipiącej ideologii (i to generalnie niezależnie od rodzaju tej ideologii). Co prawda „Aposiopesis” to też fantastyka właściwie historyczna, ale z pewnymi, istotnymi dla mnie, różnicami. Po pierwsze, autor zdecydował się z grubsza zachować linię historyczna znaną z naszego świata, nie mamy więc do czynienia z Polską jako światowym mocarstwem, obrońcą narodów czy czymś jeszcze innym absolutnie niezbędnym do egzystencji reszcie świata. Po drugie, zdecydował się na okres inny niż czasy wąsatego sarmatyzmu, zamiast tego udając się w rok 1871 (okres mniej więcej tak samo popularny jak sarmacki, ale zdecydowanie mi milszy). Po trzecie – steampunk. Uwielbiam tę konwencję.

Zarys fabuły jest raczej prosty: w trakcie przedstawienia w jednej z warszawskich oper ginie austriacki dyplomata. Śmierć jest spektakularna, bo delikwent zostaje rozszarpany przez widmo przybyłe ze strefy eteru, a wezwane za pomocą muzyki. Sytuacja robi się niezręczna dla sceny politycznej, potrzeba schwytania kogoś, kto mógłby za zamach odpowiadać, staje się paląca. Zadanie to zostaje powierzone drużynie dość barwnych postaci: pruskiej junkierce Henriecie von Kirhcheim, która przypadkiem była świadkiem zdarzenia, rosyjskiemu oficerowi Siergiejowi Kusowowi i Daniłowi Downarowi, polskiemu inżynierowi, który również w sprawę wmieszał się przypadkiem. Czy uda im się rozwiązać zagadkę?

Największym plusem powieści jest świat przedstawiony. Co prawda nie obraziłabym się, gdyby autor pokazał nam z niego nieco więcej, ale i to, co dostajemy, jest bardzo smakowite. Oto mamy Warszawę znaną z powieści pozytywistów, po której jednak poza zwykłymi ludźmi poruszają się różnego rodzaju mechaborgi, a nawet ożywieńcy zszyci z różnych kawałków trupów na frankensteinowską modłę. W urzędach petentów obsługują automaty resocjalizacyjne, a eksperymenty z magiczną substancją, zwana tutaj eterem, nie są niczym dziwnym. Wszystko to malownicze, zgrabnie opisane i niezwykle żywe. Autor miał pomysł, a potem nie zawahał się go dopracować i dopiero użyć. Co godne pochwały, widać też, że świat ma znacznie więcej zakamarków i aspektów, niż nam pokazuje. Jedyne, co w tym zachwycającą obrazku wprowadza lekki dysonans, to mocno stereotypowy sposób opisywania mieszkańców. Jak Żyd, to interesowny, szarpiący pejsy i krzyczący „aj-waj!”, jak przekupka, to wielka, wredna i wrzaskliwa. Trochę szkoda, że autor nie zdecydował się na większą różnorodność. 

Kilku słów o bohaterach. Mam z nimi... może nie problem, bo to zbyt mocne słowo, ale po prostu jakieś drobne elementy mi w konstrukcji niektórych zgrzytają. Taka Henrietta na przykład. Żołnierz oddziałów specjalnych, obecnie na bezterminowym urlopie, bojowy cyborg (jak to zgrabnie nazywa autor – mechaborg) ze wspomaganym mechanicznie trybem szału bojowego. Także dwudziestokilkuletnia, spokojna urzędniczka. Autor starał się ukazać dychotomię tej postaci, która z jednej strony wiele widziała i przeżyła, a z drugiej ciągle marzy jej się spokojne życie u boku kochanego mężczyzny. Temat bardzo nośny, ale nie udało się go w pełni wykorzystać, bo pan Sawicki dziewczęcość postanowił utożsamić z infantylnością. Henrietta, która na froncie dosłownie rozszarpywała ludziom gardła zębami, w cywilu zachowuje się jak zaczytująca się harlequinami nastolatka, w dodatku dość kapryśna. Z jednej strony jest to zabieg w jakiś sposób udany, bo nie mamy do czynienia z postacią całkowicie nieprawdopodobną. Dodaje też pannie von Kirhcheim nieco rozczulającego uroku. Z drugiej, takie zachowanie zupełnie nie pasuje do jej wieku i wojennych przeszłości.

Męscy bohaterowie są już pozbawieni takich zgrzytów, choć ciągle pozostają mało zaskakujący (sama nie wiem, czy to wada). Danił, poza byciem zdolnym inżynierem, zajmującym się projektami łączącymi mechanikę z eterem, jest również mechaborgiem (ale nie wojskowym bynajmniej) ma też przywary, takie jak przesadna skłonność do romantycznego postrzegania świata i nadmiernej rozrzutności. Niemniej, jest postacią chyba najsympatyczniejszą w powieści, takim typowym misiem przytulinkiem o genialnym umyśle i całkiem walecznym jak na swoje warunki sercu. Kompletnym przeciwieństwem Daniła jest Kusow, który charakter ma gwałtowny i podejrzliwy, jak na oficera służb przystało. Jest też zabójczo przystojny i skłonny do agresji, na szczęście tłumionej. Odniosłam wrażenie, że autor nie bardzo miał na niego pomysł, toteż stosunkowo niewiele Kusowa w powieści. Z jednej strony to dobrze, z drugiej szkoda, bo jako postać bynajmniej nie jest nudny, mimo że przewidywalny. Poza tym towarzyszy mu menażeria osobliwych podkomendnych, których ku mojemu rozczarowaniu nie dane mi było poznać bliżej. Na dokładkę mamy plejadę postaci pobocznych: automatów, postaci historycznych (tych jest zaskakująco dużo, nawet jeśli tylko migają w tłumie. Przy tym nie ma się odczucia, że autor ich poupychał na siłę w fabule), przedstawicieli śmietanki towarzyskiej i świata nadprzyrodzonego. Wyraźniej zarysowany jest jedynie dżin Alojzy, służący Daniła. Przypadła mu rola trickstera, którą odgrywa ze sporym wdziękiem.

Pierwotny projekt okładki. Grafika znacznie
IMO ciekawsza, ale mniej dopasowana do treści.
Obaj panowie – Danił i Siergiej – będą się starać o względy Henrietty. Jest to typowy schemat „ich dwóch, ona jedna” i przyznam, że w pisaniu wątku miłosnego autor nie popisał się niczym odkrywczym. Ot, zestawienie romantyka o czystym sercu z uroczym łotrem i dziewczyna, która nie może się zdecydować. Plusem jest to, że wątek romantyczny nie dominuje fabuły, nie jest też pomijany zdawkowym wspomnieniem. Ładnie uzupełnia akcję i trochę ożywia życie wewnętrzne bohaterów. Drugim plusem jest rozwiązanie wątku, ale nie będę spoilerować.

Reszta fabuły również jest niczego sobie. Sawicki zaprezentował nam powieść przygodową zmieszaną z kryminałem (nie domyśliłam się rozwiązania zagadki, za co brawa dla autora, bo to rzadkość), zawierająca kilka niezależnych wątków. Niektóre z nich wyskakują co prawda jak bandyta zza winkla, zupełnie znienacka, ale są tak zgrabnie prowadzone, że nie sposób się zirytować. 

Mimo narzekań, jestem z lektury bardzo zadowolona. Nie jest to może ambitna literatura, ale z pewnością solidne rzemiosło, na poziomie, który rzadko reprezentują polscy pisarze. Za część mojego zadowolenia odpowiada być może zaskoczenie, bo spodziewałam się czegoś gorszego niż ostatecznie dostałam. Nie zmienia to faktu, ze Sawicki potrafi posługiwać się piórem, choć może jeszcze nie mistrzowsko (i przez jakiś czas jeszcze nie będzie, jak sądzę). Tak więc mój pierwszy kontakt z Horyzontami Zdarzeń, nową serią polskiej fantastyki, mogę uznać za udany – zwłaszcza, że strona techniczna książki jest bardzo przyjemna (trochę co prawda nie w smak była mi zmiana grafiki na okładce, ale przyznam, ze obecna bardziej pasuje do treści. Co nie przeszkadza mi sądzić, że pierwsza była ładniejsza). Polecam tym, którzy szukają solidnej rozrywki - „Aposiopesis” z pewnością wam ją zapewni.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.

Tytuł: Aposiopesis
Autor: Andrzej W. Sawicki
Seria: Horyzonty Zdarzeń
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2014
Stron: 352

sobota, 9 sierpnia 2014

Kim jestem? Czyli wojna i pokój i smoki - "Krew tyranów" Naomi Novik

Czas na „Krew tyranów” - ósmą i przedostatnia już odsłonę cyklu Naomi Novik o Temerairze i jego świcie. Przyznam, że już na samym początku autorka zdecydowała się na zabieg, który wywołał u mnie mieszane uczucia. Ale może po kolei.

Czyli od tego kontrowersyjnego zabiegu, bo dostajemy nim po oczach już od pierwszej strony. Otóż Laurence, który w czasie sztormu trafił za burtę, budzi się na japońskim wybrzeżu i... kompletnie nie pamięta ostatnich ośmiu lat życia – wszystkich tych, które spędził z Temeraire'em. Mam problem z tym zabiegiem, a nawet cały szereg problemów. Po pierwsze, utraty pamięci zajęły honorowe miejsce wśród kiepskich rozwiązań fabularnych z wenezuelskiej telenoweli rodem. Najczęściej były stosowane w odcinkach o wysokim numerze, gdzie najwyraźniej scenarzystom brakowało pomysłów. Nic dziwnego więc, że pojawienie się tego rozwiązania w przedostatnim tomie ulubionej serii budzi niepokój. Sama nabrałam pesymistycznego przekonania, że teraz będzie tylko gorzej. Po drugie trochę to wygląda, jakby autorka nie miała już pomysłu na bohatera, względnie jej się znudził i postanowiła go napisać od nowa. To może budzić obawy wśród czytelników, bo oto staja przed widmem sytuacji, w której bohater znany i lubiany, z którym się zżyli i którego rozwój śledzili, nagle stanie się kimś zupełnie innym. Na szczęście do żadnego z tych nieszczęść ostatecznie nie doszło, ale i tak dziwnie mi z tą amnezją.

Mimo tak ryzykownego kroku, Novik udało się udowodnić, że zna się na swoim fachu i wątek poprowadziła bardzo dobrze. Czytelnicy mogą więc obserwować Laurence'a, jak próbuje najpierw odnaleźć się w sytuacji, w której nawet nie wie gdzie się znalazł i jak (w końcu osiem lat temu nawet nie potrafiłby sobie wyobrazić okoliczności, które mogłyby go zagnać do Japonii), a później zrekonstruować czas, który utracił. Ostatecznie powstaje bohater odmieniony, choć nie do końca. Tutaj trzeba pisarce przyklasnąć, bo mimo że zabrała bohaterowi pamięć, to jednak pozostawiła w nim resztki wspomnień – na przykład w pewnym momencie Will zastanawia się, dlaczego ogromne smoki nie budzą w nim niepokoju, choć logicznie rzecz biorąc powinny. Z czasem udaje mu się zrekonstruować utracone wspomnienia i otrzymujemy zapewnienie, że nie jest już tą samą osobą, którą był kiedyś, ale póki co, to tylko zapewnienia, bo osobiście nie dostrzegłam większej różnicy między Willem z „Próby złota” a Willem z „Krwi tyranów”.

O głównym bohaterze już było, zanim przejdziemy do pobocznych (licznych i ciekawych), może trochę o świecie przedstawionym. Wspominałam o Japonii i prawdą jest, że bohaterowie się wokół niej kręcą, ale czytelnikom dane jest poznać jedynie migawki z życia codziennego kraju, na tyle skąpe, że trudno z nich wywnioskować obraz całości. Wiadomo, że stosunki na linii ludzie-smoki są tam podobne do chińskich i że Japończycy dysponują pewną rasą smoków o osobliwym cyklu rozwojowym i darzonych taką czcią, że w zasadzie stoją ponad prawem. Ale to właściwie tyle. Znacznie więcej można się dowiedzieć o sytuacji smoków północnoamerykańskich, ale to też z drugiej ręki – mam wrażenie, że autorka trochę żałowała, że nie zdąży już tam zabrać czytelników, więc postanowiła skorzystać z okazji i wcisnąć trochę pomysłów.

Główną scenerią „Krwi tyranów” są jednak tereny Chin (znowu) i Rosji. W Chinach już byliśmy, jednak oglądaliśmy je z perspektywy turysty-honorowego gościa, a więc już to ogólnie, już to w izolowanych kawałkach. Teraz możemy się przyjrzeć dokładniej strukturom wojskowym czy polityce. Bardzo podoba mi się to przybliżenie – Novik udowodniła, że dokładnie przemyślała swój świat i po prostu pokazuje nam coraz większe kawałki uprzednio namalowanego obrazu, a nie łata dziury naprędce nasmarowanymi szkicami. 

Rosja to już zupełnie inny świat. Jak dotąd autorka pokazywała nam zwykle miejsca, w których smoki (czyli, jak by nie patrzeć, drugą rasę rozumną) traktuje się lepiej niż w Anglii – jak ludzi, czyli istoty rozumne właśnie. Teraz postanowiła pokazać mroczniejszą stronę świata. W Rosji smoki traktuje się jako śmiertelne zagrożenie, tych największych boją się nawet ich własne załogi. Oczywiście brutalne metody szkolenia i traktowania mają też swoje złe strony nawet z punktu widzenia ludzi (np. smoki rosyjskie nie są zdolne do walki metodą inną niż „kupą, panowie”), ale najwyraźniej w kraju zdolnym do wystawienia milionowych armii nikomu to nie przeszkadza. Z jednej strony trochę mnie ten obraz Rosji szturchnął (bo nie uderzył przecież) – taki stereotypowy jak za czasów zimnej wojny. Z drugiej jest też właśnie taki, jaki kreśliła rosyjska proza z dziewiętnastego wieku, więc nie mogę mieć pretensji do autorki, że podążyła tą drogą.

Czas na słów kilka o bohaterach. W tym odcinku najbardziej fascynującymi postaciami okazały się smoki: a to towarzyski kupiec z Ameryki (tak! Z własnym statkiem i u progu intratnego biznesu), a to smoczyca z japońskiej świątyni, która usposobieniem i pogardą dla konwenansów przypominała nieco szurniętą starszą panią. Jednak najwięcej czasu antenowego spośród nowicjuszy zabrał generał Chu – wzór żołnierskich cnót wszelakich, wiekowy i doświadczony. Świetnie udowadnia, że ludzie i smoki wcale tak bardzo się od siebie nie różnią (przynajmniej, kiedy młodzieńcza gorąca krew już nieco im ostygnie). Nowych ludzi poznajemy niewielu, a tylko jeden z nich ma jakieś znaczenie fabularne. Niestety, nie jest nam dane spędzić z nim zbyt wiele czasu – a szkoda, bo ukazanie jego życia wewnętrznego mogłoby tylko wyjść powieści na dobre.
To mogła być polska okładka...


Nie byłabym sobą, gdybym nie powiedziała kilku słów o okładce. Nie jest co prawda tak żenująca, jak w poprzednim tomie, ale ciągle brzydka jak grzech. Śmiertelny. Co boli zwłaszcza gdy zdajemy sobie sprawę, że pierwsze przymiarki były robione do angielskiej wersji okładki. Cóż przynajmniej korekta jest przyzwoita jak na ten cykl – tylko sporadycznie przepuszcza babole. Za to redakcja angielska przepuściła pewną nieścisłość, mianowicie pozwoliła, żeby smoki Nefrytowe na przestrzeni sześciu tomów dość znacznie urosły: w drugim tomie były określane jako znacznie mniejsze od człowieka, zaś teraz nagle są wielkości konia pociągowego (co jest o tyle znaczące, że poprzednim razem autorka poświęciła trochę uwagi opisowi zdumienia bohaterów, którzy nigdy nie spodziewali się zobaczyć tak małej rasy, wielkości pociągowego konia zaś bywały popularne europejskie rasy kurierskie).

Podsumowując: na duży plus. Świat się rozwija, akcja też. Zastanawiam się, czy autorka postanowi podążyć zgodnie z naszą ogólną linią historyczną, czy też zdecyduje się na coś przeciwnego. Tymczasem czekam na ostateczne starcie. To może być już w przyszłym roku.

Ksiązke otrzymałam od wydawnictwa Rebis.

Tytuł: Krew tyranów
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: Temeraire: Blood of Tyrants
Tłumacz: Jan Pyka
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2014
Stron: 564

środa, 9 lipca 2014

Złoto, złoto, złoto, złoto*, czyli smok w swatkę przemieniony - "Próba złota" Naomi Novik

Jak wspominałam wcześniej, „Języki węży” nie były szczególnie udaną powieścią. Były za to najzwyklejszym zapychaczem, czyli tomem, który jest konieczny, aby historia zachowała spójność (i odpowiednią objętość), ale niekoniecznie cokolwiek wnoszącym. Na szczęście to tylko chwilowy kryzys, bo w „Próbie złota” autorka wraca do formy.

Laurence i Temeraire powoli zadomawiają się w Australii i zdają się być całkiem radzi, że świat o nich zapomniał. Jednak to tylko złudzenie – świat ciągle o nich pamięta i już przygotował specjalną misję. W ramach tej misji czeka ich wyprawa do Ameryki Południowej, bo tamtejsze kolonie znalazły się w niebezpieczeństwie, a tak się składa, że nasza dwójka bohaterów jest z tym akurat zagrożeniem najlepiej zaznajomiona. Niestety, podróż nie obejdzie się bez komplikacji…

Grafika okładki wydania niemieckiego,
autorstwa Kerema Beytia. Na moje oko
przedstawia Fleur de Nuita.


Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że świat wykreowany przez Novik należy do pewnej specyficznej kategorii – jest tak fascynujący i bogaty, że właściwie te wszystkie wojny i polityka tylko przeszkadza w kontemplacji. Najciekawiej czyta się nie sceny batalistyczne czy dworskie intrygi, ale rozdziały poświęcone codziennemu życiu w smoczych kryjówkach (czy też codziennemu życiu po prostu w krajach, w których smoki są częścią społeczeństwa). Szczerze mówiąc, chętniej poczytałabym, jak też radzą sobie niezaprzężone smoki w Anglii od kiedy opuściły tereny rozpłodowe i zaczęły same zarabiać na swoje utrzymanie niż jak wygląda sytuacja na froncie. Tym lepiej czytało mi się „Próbę złota”, której główna część poświęcona jest przedstawieniu kultury inkaskiej.

Mieliśmy już społeczności traktujące smoki jak cenne zwierzęta, mieliśmy równouprawnienie smoków i ludzi (to nawet w dwóch wariantach, w tym jednym z domieszką religii). Czas więc na model, w którym to ludzie są cennym skarbem. W państwie Inków (które ciągle istnieje, bo jako iż konkwistadorzy przypłynęli na kontynent bez smoków, zaś tubylcy mieli ich całkiem sporo, do konkwisty znanej z historii nigdy nie doszło) w wyniku epidemii ludność została znacznie przetrzebiona, więc smoki zazdrośnie strzegą rodzin, które uważają za swoje. Zdarzają się też kradzieże. Co ciekawe, autorka pokazała nam, że nie zawsze tak było, a zwyczaje znacznie zmieniły się na przestrzeni jednego - dwóch smoczych pokoleń. To pokazuje, że jej świat jest przemyślany i dynamiczny (także to, jak fajnie smoki z poszczególnych rejonów geograficznych korespondują z wierzeniami tamtejszych ludów znanymi z naszej rzeczywistości – smoki europejskie są dość masywne, zębate i grzebieniaste, często kolczaste i opancerzone. Rasy chińskie są smuklejsze, zaś smoki południowoamerykańskie… pierzaste. A przynajmniej mają łuski wydłużone na tyle, żeby uchodziły za pióra). Uwielbiam takie światy.

Okładka francuska.
Szalenie mi się podoba.
W „Próbie złota” autorka poświęciła też więcej niż zwykle miejsca bohaterom. Emily Roland zawsze była kreowana na odpowiedzialną i mądrą dziewczynę. Teraz jest nastolatką i przeżywa pierwszą miłość (co prawda wszystko to jest opisane raczej zdawkowo z perspektywy Laurence’a, który nie bardzo wie, jak też podejść do kwestii dorastającej panny w załodze, ale i tak fajnie to wygląda). Ciekawe jest, że Emily nawet w szale młodzieńczych uniesień ciągle ma na uwadze przede wszystkim przyszłość. Wie, co ją czeka za kilka lat i wie też, z kim nie może się związać, a z kim raczej nie powinna. Wyjątkowa dojrzałość jak na nastoletnią bohaterkę powieści rozrywkowej. Poza tym, poznajemy pewne tajemnice Granby’ego, o które nigdy bym go nawet nie podejrzewała. I to chyba dobrze świadczy o autorce, że tworzy postacie, które do tego stopnia nie są definiowane przez jedną cechę, że poznając ją nawet w siódmym tomie, czytelnik może poczuć się zaskoczony (choć muszę przyznać, że przez chwilę towarzyszyło mi poczucie wrzucania pewnych wątków na siłę, ale z drugiej strony nic nie świadczyło ani za, ani przeciw, więc autorce wolno).

Przejdźmy do technikaliów, żebym mogła dać upust swojej złośliwości. Furda kiepska korekta (bo co prawda kiepska była, ale nie aż tak jak w pierwszych tomach), ale ta okładka. TA OKŁADKA. Pomnik smoka (mgliście go kojarzę jako ozdobę dachu tradycyjnego budownictwa dalekowschodniego) z doklejonymi, potraktowanymi filtrami skrzydłami jakiegoś biednego zwierzęcia (które mogli sobie jednak darować) i makabrycznie powykręcanymi łapami (zauważyliście, że łapa, która miała „trzymać” zdobiący okładkę medalion jest po prostu odwrócona o 180 stopni, a nie zaciśnięta jak szpony?). Niniejszym jest to najgorsza okładka nie tylko w serii, ale, podejrzewam, ze wszystkich książek, jakie przeczytałam bądź przeczytam w tym roku. Bardzo wielka szkoda.

Mimo tak odpychającej powierzchowności, „Próba złota” to kawał przedniej rozrywki, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Polecam i lecę czytać kolejny tom.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.

Tytuł: Próba złota
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: Temeraire: Crucible of Gold
Tłumacz: Jan Pyka
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2012
Stron: 400


*Kto zgadnie, do czego nawiązuję w tytule, dostanie order z ziemniaka.;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...