poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Zmyślenia #40: Irytujące praktyki wydawnictw, edycja marketingowa

Dawno nie było żadnych nowych Zmyśleń na blogu (pewnie większość zapomniała, że takie coś w ogóle istniało), ale czasem mam wenę żeby jakieś nowe napisać. O irytujących praktykach wydawców już kiedyś pisałam, niemniej wtedy skupiłam się na tych, które drażnią Moreni jako czytelniczkę. Dziś będzie kulka słów o tym, co drażni Moreni jako klientkę. Albowiem wydawcy często i gęsto mówią o tym, jak to są firmami, a nie instytucjami charytatywnymi i liczy się dla nich bilans finansowy (zwłaszcza, jeśli ktoś dopytuje o kontynuację średnio popularnej serii albo wydanie ambitniejszego tytułu), co nie przeszkadza im jednak często traktować swoich klientów jak idiotów lub zbędny balast. 


Brak strony internetowej

Może jestem staroświecka, ale kompletnie mnie nie przekonuje coraz popularniejsza praktyka porzucania stabilnych stron internetowych na rzecz efemerycznego fanpagu na fejsiku. Z kilku powodów.

Po pierwsze, dogrzebanie się do jakiejkolwiek konkretnej informacji na Facebooku (zwłaszcza, od kiedy Cukieras stwierdził, że kompletność i chronologia feedu z pewnością nie jest tym, czego jego użytkowcy oczekują) jest trudne. Nie istnieje na nim coś takiego, jak stała informacja. W związku z czym o ile jeszcze czasem udaje się wyłapać informację o tej czy innej premierze, to dowiedzenie się choćby co będzie ogólnie w danym miesiącu wydawane graniczy z cudem. A klient, który o towarze nie wie, nie może go kupić, proste.

Zapewne wszystko byłoby znacznie prostsze, gdyby chociaż te fanpagi były prowadzone regularnie, sumiennie i kompleksowo. Ale często zdarza się, że ostatni post dodano kilka tygodni temu i od tamtej pory nikogo z adminów na stronce nie było. Albo z drugiej mańki – akurat prowadzona jest kampania jakiegoś konkretnego tytułu, więc w zalewie materiałów o nim znalezienie informacji o czymkolwiek innym to orka na ugorze.

Serio, nie każdy ma ochotę przegrzebywać się przez działy zapowiedzi w księgarniach czy portalach branżowych, bo jeśli nie jest totalnym czytelniczym nerdem, to po prostu z nich nie korzysta. A fajnie jest wiedzieć, na co i ile w danym miesiącu pójdzie kasy.

Nagła zmiana tytułu

Znacie tę sytuację, kiedy pojawia się nagle informacja o wydaniu kolejnej książki autora którego lubicie, idziecie więc do księgarni i chcecie nabyć do kolekcji. Sięgacie po wolumin stojący na półce, ale zanim przyjdziecie do kasy postanawiacie przyjrzeć się blurbowi... Dziwne, kiedyś autor napisał już książkę o podobnej tematyce. Zaglądacie więc do środka, czytacie kilka stron i... zonk. To dokładnie ta sama książka. Tylko tytuł inny.

Dla mnie to jest najwyższy poziom traktowania czytelnika jak idioty. Bo wiecie, często jest tak, że w wypadku takiej zmiany wydawca nie piśnie słówkiem w materiałach promocyjnych, że książka kiedyś już była wydana (względnie daje taką informację drobnym druczkiem na skrzydełku okładki albo w stopce redakcyjnej). Więc ktoś, kto zamówi ją sobie przez internet nie ma szans dowiedzieć się, czy aby książki nie ma już na półce. Czysty przykład januszowego marketingu – a nuż się nie zorientuje i kupi, głupi czytelnik.

I ja nawet rozumiem, że kiedy zmienia się wydawca i ewentualnie tłumaczenie to powieść wychodzi ze zmienionym tytułem (czasem nawet bardziej sensownym, jak w przypadku zapowiadanej zmiany „Diamentowego wieku” na „Epokę Diamentu”), ale czysta przyzwoitość nakazuje jednak poinformować potencjalnych nabywców, co właściwie kupują. Pomijając już przypadek, gdzie ten sam wydawca wydając to samo tłumaczenie nawet nie zająknął się, że promowany właśnie tytuł już raz wydał...


Wielcy przedstawiacze

Przypadek bardzo podobny do opisywanego wyżej, tylko tym razem zmyłką ma być popularne nazwisko, zajmujące eksponowane miejsce na okładce, ale najczęściej mające niewiele wspólnego z treścią. Kolejne działanie na zasadzie „Może ten durny czytelnik nie zauważy”.

Stosunkowo niedawnym i dość szeroko dyskutowanym przykładem takiego zagrania jest antologia „Szpony i kły”. Krótkie wprowadzenie dla tych, których cała afera ominęła: jest to zbiór opowiadań nagrodzonych w konkursie mającym być uczczeniem trzydziestych urodzin wiedźmina. Więc wydawca wielkimi bukwami na okładce napisał „Andrzej Sapkowski”, a poniżej dużo mniejsze i ciemniejsze (czyli bardziej wtapiające się w tło ciemnej ilustracji na okładce) „przedstawia”. Wszystko fajnie, tylko że AS nie miał z tą antologią nic wspólnego – ani nie był redaktorem, ani w jury konkursu nie zasiadał, ani nawet przedmowy nie napisał. Natomiast jego nazwisko jest dominującym elementem okładki (informacji, że to antologia w ogóle tam nie ma).

Nietrudno wyobrazić sobie, że jakiś nieśledzący życia fandomu fan wiedźmina weźmie tak ubraną książkę za nówki sztuki opowiadania ASa. I gorzko się rozczaruje.

Drugim ulubieńcem do tego typu praktyk jest G. R. R. Martin. Zanim serial rozsławił „Grę o tron”, Martin był znany (głównie na zachodzie) jako świetny redaktor antologii, w dalszej kolejności autor opowiadań i dopiero potem powieściopisarz. W powstawaniu bardzo wielu zbiorów maczał palce i teraz na okładkach większości z tych, które ukazały się w Polsce największym (i często jedynym) nazwiskiem jest właśnie jego nazwisko (i tu już nawet wrzuconego drobnym druczkiem „pod redakcją” czy „przedstawia” brak). Nawet jeśli był tylko jednym z redaktorów. Znowu wydawcy liczą, że damy się oszukać.

Przy czym do tej kategorii nie zaliczam blurbów (choć pewnie kiedyś powstanie notka w stylu „co mnie drażni w blurbach”, macie to jak w banku), bo ich chyba nikt nie traktuje poważnie.

Trzy punkty, trzy wkurzające praktyki pokazujące, że świadomy klient generalnie nie jest tym, na czym wydawnictwom zależy. Trochę przykro, bo mam wrażenie, że rocznie zostawiam w kieszeniach wydawców więcej kasy niż kilkunastu przypadkowych klientów razem wziętych. Niestety, (pop)kultura nie jest dziedziną, w której można sobie pozwolić na substytuty (bo, parafrazując, skoro chce oglądać Star Wars, to przecież nie pójdę na „Faustynę”, bo to też film), więc nawet kiepsko traktowany czytelnik swój wyczekany tytuł nabędzie. Ale od kilku lat widzę światełko w tunelu – jakieś programy lojalnościowe i przynajmniej pozory utrzymywania kontaktu z klientem. Może idzie ku lepszemu.

piątek, 10 sierpnia 2018

[Rok z Nebulą] "Ocean na końcu drogi" Neil Gaiman


Jak już wiele razy mówiłam (ale notka o Gaimanie bez tej informacji byłaby niekompletna, więc powtórzę jeszcze raz) należę do tych nielicznych osób, które uważają, że „Amerykańscy bogowie” to powieść mocno przereklamowana. W ogóle Gaimana mam za pisarza, który bez narzuconych ram objętościowych zaczyna się rozmieniać na drobne i gubić wątek. Toteż najbardziej podobają mi się jego dłuższe opowiadania i powieści dla młodszych czytelników. Zwłaszcza do tych ostatnich baśniowa maniera pisarska autora pasuje jak ulał.

Pewien mężczyzna w średnim wieku postanowił przejechać się nieco, dla uspokojenia emocji (wszak dzień pogrzebu kogoś bliskiego aż się od nich roi). Zupełnym przypadkiem (a może nie?) zawędrował w okolice, w których się wychował. Przypomniał sobie, że na końcu drogi przechodzącej obok jego starego domu była farma, na której bywał jako dziecko, więc postanowił sprawdzić, czy dalej tam jest. Była. Nawet nie zmieniła właścicieli. Stary kaczy stawek, który zapamiętał, też ciągle był na swoim miejscu, choć minęło już kilkadziesiąt lat. Z tym miejscem wiąże się wiele wspomnień. Głównie takich, które dotąd ginęły w mrokach niepamięci. Zresztą, i tak nikt by nie uwierzył.

„Ocean na końcu” drogi to gaimanowska współczesna baśń w najlepszym wydaniu. Autor zbudował klimat powieści na zasadzie kontrastu (trochę wykorzystując chwyty fabularne wypróbowane wcześniej w „Koralinie”) - z jednej strony mamy zwyczajne życie siedmioletniego chłopca, mola książkowego, któremu trudno odnaleźć się w społeczności i który praktycznie nie ma przyjaciół. Dodatkowo kłopoty finansowe rodziców sprawiają, że traci swój pokój na piętrze, wynajmowany coraz dziwniejszym z perspektywy dziecka lokatorom. Z drugiej – staroświecka farma na końcu drogi, zamieszkana przez babcię, matkę i jedenastoletnią dziewczynkę, na tyle niezwykłą, że nasuwa się pytanie „Jak długo masz jedenaście lat?”. Wyprawa w miejsca niby podobne, ale wyraźnie obce i nie z tego świata. I potwór, którego trzeba pokonać, bo cóż to za baśń bez potwora?

Kreacja potwora jest bardzo zbliżona do tej z „Koraliny”. Subtelna różnica jest jednak taka, że tym razem to zagrożenie przenika z innego świata do zwyczajnego życia bohatera, grożąc pożarciem nie tylko jego i znajomego kawałka rzeczywistości, ale wręcz całego świata. I już tradycyjnie jest to zagrożenie, którego dorośli nie dostrzegają – dają mu się bezmyślnie omotać. Potwór jest najmocniejszym punktem całej powieści – Gaimanowi udało się go tak stworzyć, że potrafi przestraszyć nawet czytelników, którzy już od bardzo dawna nie są dziećmi.

Ciekawe jest też to, jak autor odwrócił klasyczny schemat baśni. I tak chłopiec, po którym spodziewalibyśmy się, że będzie siłą sprawczą zdolną bronić słabszych i rozwiązywać problemy okazuje się ofiarą wymagającą ratunku, całkowicie bezbronna wobec zagrożeń, których nie zna i nie rozumie (a jednocześnie, co charakterystyczne dla dzieci, przyjmuje za pewnik i nie dziwi się niczemu, nie stara się negować i uracjonalniać tego, co widzi. Przyjmuje rzeczy takimi, jakimi są, choćby były najbardziej fantastyczne). Ratunek oferuje dziewczynka, po której spodziewalibyśmy się raczej odtwarzania kliszy zagrożonej dziewicy (choć po prawdzie autor już na samym początku dobitnie pokazuje, że jeśli ktoś w tej opowieści będzie rycerzem, to Lottie właśnie). Jest nawet motyw ceny, która trzeba zapłacić, aby wszystko wróciło do bezpiecznej normy.

Nie dziwi mnie, że „Ocean...” dostał nominację do Nebuli. W pełni sobie na to zasłużył. Mało kto potrafi dzisiaj pisać baśnie, zwłaszcza tak dobrze i bezpretensjonalnie, przetwarzając do tego znane mitologie w iście burtonowski sposób (choć nie jestem pewna, czy akurat na tego reżysera bym postawiła przy ekranizacji). I chyba Gaimana w takiej odsłonie najbardziej lubię – kiedy forma narzuca mu dyscyplinę, potrafi pokazać pazur.
 
Tytuł: Ocean na końcu drogi
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginalny: The Ocean at the End of the Lane
Tłumacz: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2013
Stron: 216

wtorek, 7 sierpnia 2018

Na co poluje Moreni: sierpień 2018

Przyznam, ze w sierpniu spodziewałam się jeszcze względnej ciszy przed wrześniowym boomem nowości, ale w tym roku jest inaczej. Fakt, brak wielkich hiciorów, ale wydawcy zdecydowali się wypuścić sporo ciekawych, choć niszowych tytułów. Zacieram łapki.
Mamy też jednego spadkowicza: "Szara wilczyca" Curwooda, która miała się ukazać nakładem Zyska w czerwcu została przesunięta na 27 sierpnia.

Chcę mieć

"Tryumf Endymiona" Dan Simmons
1 sierpnia

Mam już pozostałe trzy tomy, więc oczywista oczywistość, że czwarty też musi być. Zwłaszcza, ze to Artefakty, więc i tak bym kupiła, bo zbieram.

Kontynuacja "Hyperiona", "Upadku Hyperiona" i "Endymiona".
Od upadku Hegemonii większością planet rządzi Kościół katolicki wraz z tajemną organizacją Pax. Okazuje się jednak, że nowej władzy zagraża Enea, która ma się stać nowym mesjaszem ludzkości. Ścigani przez wszechwładny Pax dziewczynka i jej ochroniarz Raul Endymion przemierzają czas i przestrzeń, by w końcu trafić na Ziemię ukrytą poza naszą galaktyką przez tajemniczą siłę...


"Wspólna orbita zamknięta" Becky Chambers
27 sierpnia

Pierwszy tom cyklu mnie osobiście zachwycił, choć jedna z komentatorek całkiem słusznie określiła go mianem "cukierka dla mózgu". Akurat ten cukierek bardzo mi przypadł do gustu, choć może i nie miał zbyt wielu wartości odżywczych. Ale ptaszki ćwierkają, że przy drugim tomie autorka już się wyrobiła i te jej literackie kalorie nie są aż takie puste. Co prawda trochę szkoda, ze porzuciła prawie wszystkich znanych bohaterów na rzecz opowiedzenia całkiem nowej historii, ale staram sie nie uprzedzać, bo a nuż coś ciekawego wyszło (choć przyznam, że miałam nadzieję na rozwinięcie kilku wątków...).

Lovelace była kiedyś zaledwie sztuczną inteligencją statku. Kiedy po całkowitym wyłączeniu i zresetowaniu systemu budzi się w nowym ciele, nie pamięta, co się działo wcześniej. Ucząc się poruszania po wszechświecie i odkrywając, kim jest, Lovelace zaprzyjaźnia się z Papryką, wybuchową inżynier, która bardzo chce jej pomóc w nauce i rozwoju. Papryka i Lovelace przekonają się, że bez względu na ogrom przestrzeni kosmicznej dwie osoby mogą razem wypełnić ją bez problemu...

Chcę przeczytać

"Wieża koronna", "Róża i cierń", "Śmierć Dulgath" Michael J. Sullivan
1 sierpnia

Mag postanowił wydać całą trylogię za jednym zamachem (trochę szkoda, ze nie w omnibusie, ale w księgarni wydawnictwa można ja teraz kupić w zasadzie w cenie jednej ksiązki, więc kto by się przejmował), kontynuując dzieło po Prószyńskim. Te ksiązki akurat są prequelami w stosunku do wydanych kiedyś przez Prószyńskiego, ale i tamte mają być ponoć wznowione. Nie spodziewam się w sumie niczego poza generycznym, ale przyjemnym czytadłem fantasy.

Dwóch mężczyzn, którzy się nienawidzą.
Jedna niewykonalna misja.
Narodziny legendy.
Hadrian Blackwater, wojownik, który nie ma o co walczyć, zostaje zmuszony do współpracy z Royce’em Melbornem, złodziejem i zabójcą, który nie ma nic do stracenia. Wynajęci przez starego czarodzieja wspólnie muszą ukraść skarb, którego nikt inny nie zdoła dosięgnąć. Wieża Koronna to niezdobyta budowla, pozostałość z największej fortecy, jaką kiedykolwiek wzniesiono i skarbiec najcenniejszych przedmiotów w królestwie. Jednak nie o złoto czy klejnoty chodzi czarodziejowi i jeśli tylko sprawi, że dwaj bohaterowie nie pozabijają się, to być może zdołają zdobyć dla niego upragniony skarb.



Dwóch złodziei chce poznać odpowiedzi.
Narodziny Riyrii…
Przez ponad rok Royce Melborn próbował zapomnieć o Gwen DeLancy, kobiecie, która uratowała życie jemu i jego towarzyszowi Hadrianowi Blackwaterowi. Nie mogąc o przestać o niej myśleć, Royce wraca do Medfordu z Hadrianem, ale tym razem spotykają się z zupełnie innym powitaniem – Gwen nie chce ich widzieć. Ciężko pobita przez potężnego arystokratę podejrzewa, że Royce nie zważając na wszelkie niebezpieczeństwa postanowi się zemścić. Odprawiając złodziei ma nadzieję ich ochronić. Nie zdaje sobie jednak sprawy, do czego zdolna jest ta dwójka. Wkrótce się dowie.

Trzy razy próbowano ją zabić. Potem wynajęto zawodowca. A także Riyrię.
Kiedy ostatnia przedstawicielka najstarszego rodu w Avrynie staje się celem zamachów, Royce i Hadrian zostają wynajęci, żeby udaremnić spisek. Minęły trzy lata odkąd Hadrian, znużony wojną najemnik i Royce, cyniczny były zabójca, połączyli siły i zostali łotrami do wynajęcia. Wszystko układało się dobrze, dopóki nie poproszono ich, aby pomogli zapobiec morderstwu. Teraz muszą udać się do starodawnego zakątka świata, żeby ocalić tajemniczą kobietę, która wie więcej na temat Royce’a niż to bezpieczne i mniej dba o własne bezpieczeństwo, niż nakazuje zdrowy rozsądek.
Trzeci tom "Kronik Riyrii" bestsellerowego pisarza. Chociaż stanowi część cyklu, został pomyślany tak, żeby dobrze bawili się przy nim zarówno nowi czytelnicy, szukający zabawnej powieści o fantasy o wartkiej akcji, jak i weterani Riyrii, którzy chcą ponownie spotkać starych przyjaciół.


"Czarne dziury bez tajemnic" Steven S. Gubser, Frans Pretorius
7 sierpnia

Czasami nachodzi mnie ochota na jakąś popularnonaukowa pozycje z astronomii. Prószyński często takimi premierami służy, a czarne dziury to fascynujący temat sam w sobie. Już mam ebooka, może nawet napocznę w tym tygodniu.

Czarne dziury od dawna fascynują uczonych z powodu ich niezwykłych, fantastycznych wprost własności. Prawa fizyki opisujące ich zachowanie i wpływ na otoczenie są bardziej fascynujące i zdumiewające niż wszystko, co udało się wymyślić autorom książek fantastycznonaukowych. Steven Gubser i Frans Pretorius wyjaśniają je w sposób bardzo przystępny, wykorzystując do tego pomysłowe eksperymenty myślowe i obrazowe porównania. Opisują również sukces poszukiwań fal grawitacyjnych, powstałych podczas zderzania się dwóch czarnych dziur.
Autorzy "Czarnych dziur bez tajemnic" zabierają czytelników w podróż do wnętrza tych tajemniczych obiektów i z rzadko spotykaną przejrzystością opisują zjawiska, które decydują o niezwykłych właściwościach czarnych dziur.


"Żeby umarło przede mną" Jacek Hołub
16 sierpnia

Podejrzewam, że to będzie mocna rzecz. Matki ze swoimi ciężko upośledzonymi dziećmi są grupą ignorowaną chyba przez wszystkich. Nikt nie pyta ich o ich historie, bo nie są ani ładne, ani przyjemne, anie nie mają happyendu. Ale trzeba je opowiadać.

„W latach 2008–2017 za niepełnosprawne uznano 218 tysięcy dzieci. Część z nich, tych najciężej chorych i głęboko niepełnosprawnych intelektualnie, pozostanie dziećmi do końca życia. Aż do śmierci będą potrzebowały pomocy przy wykonywaniu najprostszych czynności: myciu, jedzeniu, załatwianiu potrzeb fizjologicznych.
Napisałem tę książkę, by pokazać, co ich matki przeżywają na co dzień. Bardzo rzadko słyszymy ich głos. Nikt nie jest w stanie opowiedzieć, co czuje żona porzucona przez męża z powodu wady genetycznej ich córki. Matka próbująca opanować atak szału niepełnosprawnego intelektualnie dwudziestopięciolatka. Kobieta patrząca na wijące się z bólu kilkumiesięczne niemowlę. Żegnająca dziecko w szpitalnej kostnicy. Nikt oprócz nich samych.
Ta książka to opowieści pięciu kobiet. Spisywałem je przez rok. Z pewnością by nie powstała, gdyby nie moje osobiste doświadczenie”

Jacek Hołub

"Dreamland" Sam Quinones
20 sierpnia

Pierwsza pozycja z Amerykańskiej serii Czarnego, która mnie rzeczywiście zainteresowała.

W 2008 roku w USA liczba zgonów w wyniku przedawkowania opiatów przewyższała liczbę ofiar wypadków samochodowych. Osób uzależnionych od leków z roku na rok jest coraz więcej, a rynek farmaceutyczny rośnie w siłę. Jak to możliwe, że legalnie dopuszczona do sprzedaży tabletka przeciwbólowa może doprowadzić do epidemii uzależnień?
Sam Quinones drobiazgowo rekonstruuje dzieje tej opiatowej katastrofy. Z jednej strony rzetelnie przedstawia kolejne etapy wprowadzania niebezpiecznych leków do regularnej sprzedaży i pokazuje przeraźliwie krótką drogę od ukojenia bólu do nałogu, z drugiej zaś wprowadza nas w świat meksykańskich sprzedawców „czarnej smoły”, którzy korzystając z plagi uzależnień od opiatów, zajęli się sprzedażą heroiny, dostarczając ją pod drzwi narkomanów niczym dostawcy pizzy.
Szefowie koncernów farmaceutycznych, dilerzy, policjanci, narkomani, rodzice tych, którzy przegrali z nałogiem. Bohaterów Dreamland jest wielu i to ich historie składają się na wstrząsająca opowieść o problemie, wobec którego Ameryka okazuje się bezradna.
Książka nagrodzona Amerykańską Nagrodą Krytyków Literackich.


"Biografia prawdziwka" Pal Karlsen
22 sierpnia

Ostatnie podrygi mody na ekoliteraturę przyjmują czasem zaskakujące formy, ale mimo wszystko uważam, że książka o najbardziej chyba rozpoznawalnym grzybie zasługuje na odrobinę uwagi.

Zaginął grzybiarz! Córka zaalarmowała władze po odnalezieniu opuszczonego samochodu.
Śmierć na grzybobraniu! Nie wrócił do domu o umówionej porze. Policja znalazła zwłoki.
Dramatyczna akcja ratownicza! Uratowano nieprzytomnego grzybiarza.
Król lasu. Superbohater w świecie mykologii. Prawdziwek. Borowik. Ludzie są w stanie poświęcić życie, by znaleźć upragnionego grzyba.
Pål Karlsen, miłośnik grzybów z Norwegii, zabiera nas w fascynującą podróż w głąb borowikowego świata. By odkryć jego tajemnice, przemierza glob wzdłuż i wszerz. Poznaje różne oblicza prawdziwka – jedno z najpiękniejszych i najbardziej fantastycznych niespodziewanie odnajduje w Polsce, prawdziwej borowikowej ziemi obiecanej, gdzie natrafił na nieznany nowy gatunek grzyba.
Poznaj leśnego superherosa, który pojawia się tam, gdzie chce, i kiedy mu się tylko podoba. Którego nie da się udomowić. Grzyba-anarchistę... bo każdy borowik jest z natury dziki.
Oto jedyna biografia, która zawiera przepisy, jak ugotować jej bohatera.


"Osobowość na talerzu" Barbara J. King
22 sierpnia

To może być bardzo ciekawa pozycja (i im dłużej nad tym myślę, tym bardziej skłaniam sie do kupienia jej. Może nie w pierwszej kolejności, but still). Chyba ktoś w końcu pochylił sie nad intelektem zwierząt gospodarskich.

Książka, którą powinien przeczytać każdy, komu nieobojętne są losy zwierząt.
Bohaterami "Osobowości na talerzu" są zwierzęta, które w świadomości większości ludzi funkcjonują najczęściej jedynie jako serwowane na obiad czy kolację dania. Tymczasem Barbara J. King, przytaczając wyniki najnowszych badań naukowych, a także opisując własne doświadczenia ze zwierzętami, udowadnia, że to żywe istoty posiadające osobowość, emocje i inteligencję.

 
"Wściekły kucharz"
Anthony Warner
22 sierpnia

Modne diety to kilku(nastu?) lat bardzo nośny temat. Chętnie przeczytałabym jakies zbiorowe opracowanie wszystkich tych cudów dietetyki, bo do tematu podchodzę na tyle nieufnie, że staram się od niego trzymać z daleka.

Koniec z dyktatem komosy i kaszy! Dzięki książce "Wściekły kucharz"nie dasz się już nabrać na żadną żywieniową modę i zaczniesz jeść normalnie.
"Wściekły kucharz" to popularnonaukowe opracowanie największych mód jedzeniowych napisane w wyjątkowo złośliwy sposób. Autor rozprawia się w nim m. in. z olejem kokosowym, dietą paleo czy superfoodsami. W swoich sądach opiera się na badaniach naukowych i swoim biochemicznym wykształceniu. W książce nie oszczędza nikogo. Szydzi z modnych blogerów, kucharzy celebrytów i nas samych, którzy dajemy sobie naiwnie wmówić, że pijąc zielone koktajle, trafimy do nieba. Nie trafimy. Za to damy zarobić tym, którzy za modami stoją.


"Czyste mięso"
Paul Shapiro
22 sierpnia

Jedna z bardziej interesujących pozycji w zestawieniu. Wiecie, ja z tych, co od lat kibicują próbom wynalezienia taniego mięsa z probówki (czy też - bardziej w duchu SF - z kadzi). Bo to w zasadzie jedyna opcja dla naszej cywilizacji (wiecie, weganizm jest fajny, ale w dalszej perspektywie oznacza pozbycie się raz na zawsze domowych pupili takich jak koty, psy, fretki itp.). Totez chętnie poczytam książkę pioniera w tej kwestii.

Historia dzieje się na naszych oczach: odkryto sposób na wytwarzanie wystarczającej ilości jedzenia dla wciąż rosnącej ludzkiej populacji.
Ziemia ledwo dyszy. Wzrost zaludnienia i popytu na mięso, jaja, nabiał i skórę sprawia, że przemysłowa hodowla miliardów zwierząt stała się ze wszech miar szkodliwa. Nie ma nic naturalnego w kurze, której podaje się stymulatory wzrostu i hoduje w szopie z kilkudziesięcioma tysiącami innych, ani w krowie czy świni, które wraz z paszą wchłaniają obłędne ilości antybiotyków.
Dlatego trwają zaawansowane prace nad produkcją i komercjalizacją czystego mięsa – prawdziwego mięsa – tworzonego bez udziału zwierząt. Naukowcy zapewniają, że rozwój mięsa z tkanki zwierzęcej nie da fałszywego mięsa, tak jak sklonowanie owcy nie doprowadziło do powstania fałszywej owcy. Wręcz przeciwnie: techniki laboratoryjne pozwalają uzyskać mięso nieskażone hormonami, pestycydami, bakteriami E. coli czy konserwantami.


"Fabryka planet" Elizabeth Tasker
28 sierpnia

Zagadnienie egzoplanet zawsze bardzo mnie interesowało (oglądam wszystkie popularnonaukowe programy na ten temat, jakie uda mi się znaleźć), więc ksiązkę bardzo ochoczo zamierzam pochłonąć :)

Zapomnij o rakietach na Marsa! – przyszłością badań kosmosu są poszukiwania planet pozasłonecznych!
Jeszcze dwadzieścia lat temu planetami poza Układem Słonecznym zajmowała się wyłącznie fantastyka. Od czasu słynnego, pierwszego odkrycia dokonanego przez Aleksandra Wolszczana poszukiwanie i badanie egzoplanet to jedna z najszybciej rozwijających się dziedzin astronomii.
Nowo odkryte światy są bardziej niezwykłe od wszystkiego, co wyobrażali sobie pisarze. Istnieją planety większe od Jowisza, na których rok trwa krócej niż tydzień, na innych niebo rozświetlają dwa słońca, a jeszcze inne samotnie przemierzają kosmos. Są też planety z diamentowymi płaszczami, światy wielkości Ziemi podzielone na dwie półkule wiecznego dnia i wiecznej nocy, planety pokryte globalnymi oceanami i takie, na których przelewają się morza wulkanicznej lawy. Odkrycie tej różnorodności to dopiero początek. Na zbadanie czeka jeszcze cała galaktyka różnych możliwości. Trudno nie zadać sobie pytania, czy wśród tak wielu światów, nie istnieje gdzieś druga Ziemia.

piątek, 3 sierpnia 2018

Stosik #106

W lipcu trochę zaszalałam z zakupami - tak jakoś wyszło. Za to egzemplarzy recenzenckich przybyło tylko dwa, więc jeszcze się tak ostatecznie nie pogrążyłam.


Tak prezentuje się papierowa część stosu i prawie wszystko to zakupy. Tylko "Wierni wrogowie" Gromyko na samej górze są egzemplarzem recenzenckim od Papierowego Księżyca (doprawdy, powinnam w końcu napisać tę notkę o "Wiedźmie naczelnej"...).

Niżej trzy ksiązki Chmielewskiej, czyli efekt wykopków w supermarketowym koszu z tanią książką - każda kosztowała piątaka, więc. "Wielkie zasługi" już czytałam wieki temu i kiedyś będę chciała sobie odświeżyć. Trochę szkoda, że "Nawiedzony dom" z tej faktowej serii nie jest już nigdzie dostępny (i że "Skarby" w ogóle się w niej nie ukazały...). Pozostałych dwóch (czyli "Wszyscy jesteśmy podejrzani" i "Dzikie białko") jeszcze nie znam, ale internety mówią, że to jedne z lepszych pozycji Chmielewskiej. W ogóle to ja bardzo mało Chmielewskiej czytałam, zastanawiam się czy sobie jakiegoś okolicznościowego wyzwania kiedyś nie zrobić... Co uważacie za najlepsze od tej autorki?

"Galapagos" Nichollsa było akurat na promocji w Empiku, a że już jakiś czas temu wpadło mi w oko, to sobie nabyłam (i właśnie zorientowałam się, że z tej serii mam w domu kilka książek, ale żadnej nie czytałam XD ). Kolejne cztery pozycje to też zakupy księgarniane, ale już ze Świata Książki. "Poza słowami" Carla Safina to jedna z książek nowej serii "Z morświnem" Wydawnictwa Krytyki Politycznej i dowiedziałam się o niej (i książce, i serii) tylko dlatego, że Prowincjonalna Nauczycielka wrzuciła fotkę na insta. Nie jest to raczej jedna z tych serii, które mogłabym kolekcjonować w całości, ale z pewnością będę obserwować i niektóre tytuły sobie nabędę (a samo "Poza słowami" jest o zwierzętach, a konkretnie ich psychice - temat podobnie jak "Misterium życia zwierząt", więc będę porównywać). Dalej mamy drugą część "Trupiej farmy" (o pierwszej jeszcze kiedyś napiszę), tym razem nawet z ilustracjami. "Żubry lubią jeżyny" natomiast to kolejna książka z serii Menażeria i już na początku rozczarowała mnie mikrą objętością - mam nadzieję, że nadrobi jakością tekstów. A kończąc wątek seryjnych must have - "Piękna krew" z Uczty Wyobraźni. Niby powieść, ale objętością zbliżona raczej do sporego opowiadania.

Trzy ostatnie pozycje to efekt wyprawy do antykwariatu. "W poszukiwaniu Jake'a" wzięłam zupełnie spontanicznie - kosztowało tylko 7 zł (i to akurat jest nowa książka, nie używka). Fannie Flagg za to zawsze należała do autorek, które poprawiają mi humor, a że od lat nie czytałam jej powieści (tak jakoś wyszło...), to pomyślałam, że może wezmę tę względną świeżynkę, jaka jest "Babska stacja". Na "Niksy" zaś czaiłam się od dłuższego czasu, bo podobno jest to dobra pozycja, żeby znowu przyzwyczaić się do literatury głównonurtowej (a wygląda jak nówka i zapłaciłam za nią jakieś 40% ceny okładkowej).

Poza papierem mamy w tym miesiącu aż dwa ebooki :)


"Czarne dziury bez tajemnic" to popularnonaukowa pozycja do recenzji od Prószyńskiego i s-ki, bo poczułam potrzebę poszerzenia wiedzy o kosmosie. A "Skafander i melonik" można sobie zupełnie za darmo pobrać stąd :)

sobota, 28 lipca 2018

"Zwrotnik Węży" Marie Brennan


Pierwszy tom „Pamiętników Lady Trent” pozostawił mnie z pewnym takim niedosytem i resztkami dawnego entuzjazmu – miałam przecież spore oczekiwania. Przy drugim tomie już oczekiwań nie miałam, liczyłam, że nie będzie gorzej niż w tomie pierwszym. Ale i tak nie do końca dostałam to, czego chciałam.

W „Zwrotniku Węży” Izabela znowu wyrusza na wyprawę badawczą. Tym razem do Erigi, gdzie dla odmiany będzie musiała zmierzyć się z tropikalnymi upałami, chorobami, niechęcią rodaków i dziwnymi zwyczajami tubylców. Ach, nie zapomnijmy o groźbie wybuchu wojny. Niemniej, prawdziwy badacz niedogodności się nie boi i poszerzanie wiedzy przedkłada ponad własne bezpieczeństwo. Smoki czekają.

Niestety, Brennan najwyraźniej nie ma zamiaru pisać o smokach. Tym razem jest ich jeszcze mniej niż poprzednio. Owszem, bohaterka dokonuje przełomowych odkryć (cóż za zaskoczenie), ale są one wspomniane mimochodem i tak naprawdę nie mają szczególnej wartości dla utworu (poza może momentem, kiedy autorka używa ich jako fabularnego wytrychu. Trzeba przyznać, ze nawet zgrabnie jej to wychodzi). Rozumiem, że jest to w pewnym sensie konsekwencja przyjętego stylu narracji – bohaterka spisuje swoje pamiętniki po latach i w kwestiach, których nie chce rozwijać odsyła czytelników bądź do książeczek, które napisała wcześniej, bądź do cudzych publikacji. Tyle że sporo tych odsyłań dotyczy rzeczy, które mnie, jako czytelniczkę, żywo interesują... 
 
Taki obrazek wrzuciłam na insta.
W „Historii naturalnej smoków” sytuację ratowały badania. Autorka poświęciła tam sporo czasu na opisy tego, jak wyglądały poczynania pseudowiktoriańskich naukowców, okraszając to wszystko sosem z trudności, jakie mogły dotykać w tej materii młodą kobietę. Liczyłam na podobne doświadczenie czytelnicze w „Zworniku Węży”, bo dekoracje wydawały się znacznie bardziej interesujące – widzicie, co innego zdobywać wiedzę w klimacie pseudowschodnioeuropejskich gór, a co innego przedzierać się przez dziką, tropikalną dżunglę. Niestety, z samych przygotowań do wyprawy czy też trudności, jakie nasza dzielna ekipa mogła napotkać na drodze, dostajemy tylko niezbędne minimum. O samym prowadzeniu obserwacji nie wiemy absolutnie nic, a o bujności życia w deszczowym lesie dowiadujemy się tylko o tyle, o ile próbuje ono poczęstować się bohaterami. Nawet opisy życia wśród lokalnych, dzikich plemion są skąpe, choć i tak znacznie bardziej rozbudowane, niż opisy samych badań czy przyrody. Przyznam, że tutaj poczułam się już zawiedziona.

Na czym więc skupia się autorka? Ano na problemach obyczajowości i kolonializmu (z lekkim zabarwieniem ekologicznym). I jeszcze ta obyczajowość nawet jej wychodzi, choć mam wrażenie, że została potraktowana dość... płytko. Mamy bowiem Izabelę, która niby ciągle mówi o swoim pewnym wykluczeniu społecznym. Z tym, ze głównie mówi, bo ani to wykluczenie szczególnie rygorystyczne nie jest, ani też będąca samotniczką Izabela niezbyt nim się przejmuje. Szczerze mówiąc, wydaje się być nawet zadowolona, bo dzięki temu, że nie musi chadzać na bale i proszone kolacje ma więcej czasu na badania i pisanie monografii. A ponieważ autorka najwyraźniej uznała, że stateczna (khem, khem...) Izabela nie będzie tak atrakcyjnym obiektem społecznego oburzenia, powraca Natalie Oscott, która pojawiła się na chwile już w poprzednim tomie. I autorka przygotowuje wszystko tak, aby wywołać trzęsienie ziemi – Natalie bowiem ucieka przed widmem małżeństwa, rodziną i ogólnie narzuconą jej rolą społeczną, przy czym robi to w spektakularny i skandalizujący sposób.

Zatrzymajmy się może na chwilę przy Natalie, bo jest ciekawie napisaną postacią (i w sumie jedyną istotną, z którą nie mieliśmy zbyt wiele do czynienia wcześniej). Jest ona tym wszystkim, czym młoda Izabela nie była w pierwszym tomie. Natalie nie godzi się z czekającą na nią rolą społeczną ani na chwilę, małżeństwo nie interesuje jej nawet jako środek do osiągnięcia pewnej niezależności i możliwości kontynuowania własnych projektów (a marzeniem dziewczyny jest skonstruowanie skrzydła zdolnego unieść człowieka). Woli wykluczenie społeczne i zerwanie kontaktów z rodziną niż prowadzenie domu. Jedną z przyczyn jest jej aseksualność, wyrażona otwartym tekstem – i jest to jedna z nielicznych postaci tak wyraźnie przez autora określonych, jakie zdarzyło mi się w fantastyce spotkać. Przy czym autorka daje do zrozumienia, że gdyby nie Izabela, która postanawia koniec końców zatrudnić Natalie w charakterze asystentki i damy do towarzystwa, to biedna dziewczyna raczej nie miałaby wyjścia i jej historia mogłaby potoczyć się znacznie bardziej tragicznie. Aż szkoda, że przez większość wyprawy Natalie poprzestaje na udowadnianiu, jak bardzo użytecznym jej członkiem może być i tylko tyle.

Trzecie zagadnienie związane z obyczajowością to zderzenie kultur. Izabela i Natalie przybywają do kraju o zupełnie innych zwyczajach i stosunku do kobiet i muszą jakoś się przystosować – a symbolem tego przystosowania staje się namiot, do którego odsyła się wszystkie menstruujące kobiety jako nieczyste. I byłoby to może ciekawe, gdyby nie fakt, że nasze bohaterki zadziwiająco łatwo dopasowują się do jakichkolwiek warunków, jakie przyjdzie im napotkać. Czy to połyskujący złotem pałac władcy Bayembe, czy bagienne szałasy Moulinów, po wstępnej konsternacji nasze dzielne badaczki świetnie wtapiają się w obcą kulturę (a przynajmniej na tyle, żeby wziąwszy pod uwagę pobłażanie tubylców dla dziwnych obcych, funkcjonować w miarę bezkonfliktowo). Trochę to spłyca przeżycia bohaterów.

Pozostaje jeszcze problem kolonializmu. Narratorka poświęca bardzo wiele miejsca na rozważanie, jaki wpływ na Bayembe może mieć założenie scirlandzkiej kolonii i przyjęcie wsparcia militarnego (Bayembe stoi u progu wojny z sąsiadami). Widzi, że mamy tu do czynienia z bardzo nierównomiernym podziałem wkładu i zysków, że lokalna ludność może w przyszłości zapłacić taką cenę za jednorazową w sumie pomoc, jakiej nie jest w stanie przewidzieć. I pewnie gdybym znała lepiej historię Imperium Brytyjskiego, byłabym w stanie wyłapać więcej nawiązań, ale że znam ja na poziomie „mieli dużo kolonii, których nie traktowali fair”, to nie będę dalej drążyć. Przyznam jednak, że bardzo wyprzedzające swój czas rozważania Izabeli zaczynały mnie trochę irytować, choć trudno odmówić im słuszności.

No i tak – z jednej strony jest to książka pełna rozczarowań, bo spodziewałam się czegoś innego (acz chyba czas pogodzić się z faktem, że wizja autorki mocno odbiega od moich oczekiwań. Albo przestać czytać). Z drugiej – jednak lubię bohaterów (nawet jeśli jest ich mało i wszyscy poza głównymi dostają tylko odrobinę czasu antenowego) i fajnie się to czyta (tu ukłony dla redakcji i przekładu – powieść miała dwie tłumaczki, ale zupełnie tego nie widać). Więc po kolejny tom raczej sięgnę. Ale Wy musicie zdecydować sami.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Zysk i s-ka
 
Tytuł: Zwrotnik Węży
Autor: Marie Brennan
Tytuł oryginalny: The Tropic of Serpents (A Memoir of Lady Trent)
Tłumacz: Dorota Żywno, Danuta Górska
Cykl: Pamiętnik Lady Trent
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Rok: 2018
Stron: 346
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...