poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Zmyślenia #40: Irytujące praktyki wydawnictw, edycja marketingowa

Dawno nie było żadnych nowych Zmyśleń na blogu (pewnie większość zapomniała, że takie coś w ogóle istniało), ale czasem mam wenę żeby jakieś nowe napisać. O irytujących praktykach wydawców już kiedyś pisałam, niemniej wtedy skupiłam się na tych, które drażnią Moreni jako czytelniczkę. Dziś będzie kulka słów o tym, co drażni Moreni jako klientkę. Albowiem wydawcy często i gęsto mówią o tym, jak to są firmami, a nie instytucjami charytatywnymi i liczy się dla nich bilans finansowy (zwłaszcza, jeśli ktoś dopytuje o kontynuację średnio popularnej serii albo wydanie ambitniejszego tytułu), co nie przeszkadza im jednak często traktować swoich klientów jak idiotów lub zbędny balast. 


Brak strony internetowej

Może jestem staroświecka, ale kompletnie mnie nie przekonuje coraz popularniejsza praktyka porzucania stabilnych stron internetowych na rzecz efemerycznego fanpagu na fejsiku. Z kilku powodów.

Po pierwsze, dogrzebanie się do jakiejkolwiek konkretnej informacji na Facebooku (zwłaszcza, od kiedy Cukieras stwierdził, że kompletność i chronologia feedu z pewnością nie jest tym, czego jego użytkowcy oczekują) jest trudne. Nie istnieje na nim coś takiego, jak stała informacja. W związku z czym o ile jeszcze czasem udaje się wyłapać informację o tej czy innej premierze, to dowiedzenie się choćby co będzie ogólnie w danym miesiącu wydawane graniczy z cudem. A klient, który o towarze nie wie, nie może go kupić, proste.

Zapewne wszystko byłoby znacznie prostsze, gdyby chociaż te fanpagi były prowadzone regularnie, sumiennie i kompleksowo. Ale często zdarza się, że ostatni post dodano kilka tygodni temu i od tamtej pory nikogo z adminów na stronce nie było. Albo z drugiej mańki – akurat prowadzona jest kampania jakiegoś konkretnego tytułu, więc w zalewie materiałów o nim znalezienie informacji o czymkolwiek innym to orka na ugorze.

Serio, nie każdy ma ochotę przegrzebywać się przez działy zapowiedzi w księgarniach czy portalach branżowych, bo jeśli nie jest totalnym czytelniczym nerdem, to po prostu z nich nie korzysta. A fajnie jest wiedzieć, na co i ile w danym miesiącu pójdzie kasy.

Nagła zmiana tytułu

Znacie tę sytuację, kiedy pojawia się nagle informacja o wydaniu kolejnej książki autora którego lubicie, idziecie więc do księgarni i chcecie nabyć do kolekcji. Sięgacie po wolumin stojący na półce, ale zanim przyjdziecie do kasy postanawiacie przyjrzeć się blurbowi... Dziwne, kiedyś autor napisał już książkę o podobnej tematyce. Zaglądacie więc do środka, czytacie kilka stron i... zonk. To dokładnie ta sama książka. Tylko tytuł inny.

Dla mnie to jest najwyższy poziom traktowania czytelnika jak idioty. Bo wiecie, często jest tak, że w wypadku takiej zmiany wydawca nie piśnie słówkiem w materiałach promocyjnych, że książka kiedyś już była wydana (względnie daje taką informację drobnym druczkiem na skrzydełku okładki albo w stopce redakcyjnej). Więc ktoś, kto zamówi ją sobie przez internet nie ma szans dowiedzieć się, czy aby książki nie ma już na półce. Czysty przykład januszowego marketingu – a nuż się nie zorientuje i kupi, głupi czytelnik.

I ja nawet rozumiem, że kiedy zmienia się wydawca i ewentualnie tłumaczenie to powieść wychodzi ze zmienionym tytułem (czasem nawet bardziej sensownym, jak w przypadku zapowiadanej zmiany „Diamentowego wieku” na „Epokę Diamentu”), ale czysta przyzwoitość nakazuje jednak poinformować potencjalnych nabywców, co właściwie kupują. Pomijając już przypadek, gdzie ten sam wydawca wydając to samo tłumaczenie nawet nie zająknął się, że promowany właśnie tytuł już raz wydał...


Wielcy przedstawiacze

Przypadek bardzo podobny do opisywanego wyżej, tylko tym razem zmyłką ma być popularne nazwisko, zajmujące eksponowane miejsce na okładce, ale najczęściej mające niewiele wspólnego z treścią. Kolejne działanie na zasadzie „Może ten durny czytelnik nie zauważy”.

Stosunkowo niedawnym i dość szeroko dyskutowanym przykładem takiego zagrania jest antologia „Szpony i kły”. Krótkie wprowadzenie dla tych, których cała afera ominęła: jest to zbiór opowiadań nagrodzonych w konkursie mającym być uczczeniem trzydziestych urodzin wiedźmina. Więc wydawca wielkimi bukwami na okładce napisał „Andrzej Sapkowski”, a poniżej dużo mniejsze i ciemniejsze (czyli bardziej wtapiające się w tło ciemnej ilustracji na okładce) „przedstawia”. Wszystko fajnie, tylko że AS nie miał z tą antologią nic wspólnego – ani nie był redaktorem, ani w jury konkursu nie zasiadał, ani nawet przedmowy nie napisał. Natomiast jego nazwisko jest dominującym elementem okładki (informacji, że to antologia w ogóle tam nie ma).

Nietrudno wyobrazić sobie, że jakiś nieśledzący życia fandomu fan wiedźmina weźmie tak ubraną książkę za nówki sztuki opowiadania ASa. I gorzko się rozczaruje.

Drugim ulubieńcem do tego typu praktyk jest G. R. R. Martin. Zanim serial rozsławił „Grę o tron”, Martin był znany (głównie na zachodzie) jako świetny redaktor antologii, w dalszej kolejności autor opowiadań i dopiero potem powieściopisarz. W powstawaniu bardzo wielu zbiorów maczał palce i teraz na okładkach większości z tych, które ukazały się w Polsce największym (i często jedynym) nazwiskiem jest właśnie jego nazwisko (i tu już nawet wrzuconego drobnym druczkiem „pod redakcją” czy „przedstawia” brak). Nawet jeśli był tylko jednym z redaktorów. Znowu wydawcy liczą, że damy się oszukać.

Przy czym do tej kategorii nie zaliczam blurbów (choć pewnie kiedyś powstanie notka w stylu „co mnie drażni w blurbach”, macie to jak w banku), bo ich chyba nikt nie traktuje poważnie.

Trzy punkty, trzy wkurzające praktyki pokazujące, że świadomy klient generalnie nie jest tym, na czym wydawnictwom zależy. Trochę przykro, bo mam wrażenie, że rocznie zostawiam w kieszeniach wydawców więcej kasy niż kilkunastu przypadkowych klientów razem wziętych. Niestety, (pop)kultura nie jest dziedziną, w której można sobie pozwolić na substytuty (bo, parafrazując, skoro chce oglądać Star Wars, to przecież nie pójdę na „Faustynę”, bo to też film), więc nawet kiepsko traktowany czytelnik swój wyczekany tytuł nabędzie. Ale od kilku lat widzę światełko w tunelu – jakieś programy lojalnościowe i przynajmniej pozory utrzymywania kontaktu z klientem. Może idzie ku lepszemu.

piątek, 10 sierpnia 2018

[Rok z Nebulą] "Ocean na końcu drogi" Neil Gaiman


Jak już wiele razy mówiłam (ale notka o Gaimanie bez tej informacji byłaby niekompletna, więc powtórzę jeszcze raz) należę do tych nielicznych osób, które uważają, że „Amerykańscy bogowie” to powieść mocno przereklamowana. W ogóle Gaimana mam za pisarza, który bez narzuconych ram objętościowych zaczyna się rozmieniać na drobne i gubić wątek. Toteż najbardziej podobają mi się jego dłuższe opowiadania i powieści dla młodszych czytelników. Zwłaszcza do tych ostatnich baśniowa maniera pisarska autora pasuje jak ulał.

Pewien mężczyzna w średnim wieku postanowił przejechać się nieco, dla uspokojenia emocji (wszak dzień pogrzebu kogoś bliskiego aż się od nich roi). Zupełnym przypadkiem (a może nie?) zawędrował w okolice, w których się wychował. Przypomniał sobie, że na końcu drogi przechodzącej obok jego starego domu była farma, na której bywał jako dziecko, więc postanowił sprawdzić, czy dalej tam jest. Była. Nawet nie zmieniła właścicieli. Stary kaczy stawek, który zapamiętał, też ciągle był na swoim miejscu, choć minęło już kilkadziesiąt lat. Z tym miejscem wiąże się wiele wspomnień. Głównie takich, które dotąd ginęły w mrokach niepamięci. Zresztą, i tak nikt by nie uwierzył.

„Ocean na końcu” drogi to gaimanowska współczesna baśń w najlepszym wydaniu. Autor zbudował klimat powieści na zasadzie kontrastu (trochę wykorzystując chwyty fabularne wypróbowane wcześniej w „Koralinie”) - z jednej strony mamy zwyczajne życie siedmioletniego chłopca, mola książkowego, któremu trudno odnaleźć się w społeczności i który praktycznie nie ma przyjaciół. Dodatkowo kłopoty finansowe rodziców sprawiają, że traci swój pokój na piętrze, wynajmowany coraz dziwniejszym z perspektywy dziecka lokatorom. Z drugiej – staroświecka farma na końcu drogi, zamieszkana przez babcię, matkę i jedenastoletnią dziewczynkę, na tyle niezwykłą, że nasuwa się pytanie „Jak długo masz jedenaście lat?”. Wyprawa w miejsca niby podobne, ale wyraźnie obce i nie z tego świata. I potwór, którego trzeba pokonać, bo cóż to za baśń bez potwora?

Kreacja potwora jest bardzo zbliżona do tej z „Koraliny”. Subtelna różnica jest jednak taka, że tym razem to zagrożenie przenika z innego świata do zwyczajnego życia bohatera, grożąc pożarciem nie tylko jego i znajomego kawałka rzeczywistości, ale wręcz całego świata. I już tradycyjnie jest to zagrożenie, którego dorośli nie dostrzegają – dają mu się bezmyślnie omotać. Potwór jest najmocniejszym punktem całej powieści – Gaimanowi udało się go tak stworzyć, że potrafi przestraszyć nawet czytelników, którzy już od bardzo dawna nie są dziećmi.

Ciekawe jest też to, jak autor odwrócił klasyczny schemat baśni. I tak chłopiec, po którym spodziewalibyśmy się, że będzie siłą sprawczą zdolną bronić słabszych i rozwiązywać problemy okazuje się ofiarą wymagającą ratunku, całkowicie bezbronna wobec zagrożeń, których nie zna i nie rozumie (a jednocześnie, co charakterystyczne dla dzieci, przyjmuje za pewnik i nie dziwi się niczemu, nie stara się negować i uracjonalniać tego, co widzi. Przyjmuje rzeczy takimi, jakimi są, choćby były najbardziej fantastyczne). Ratunek oferuje dziewczynka, po której spodziewalibyśmy się raczej odtwarzania kliszy zagrożonej dziewicy (choć po prawdzie autor już na samym początku dobitnie pokazuje, że jeśli ktoś w tej opowieści będzie rycerzem, to Lottie właśnie). Jest nawet motyw ceny, która trzeba zapłacić, aby wszystko wróciło do bezpiecznej normy.

Nie dziwi mnie, że „Ocean...” dostał nominację do Nebuli. W pełni sobie na to zasłużył. Mało kto potrafi dzisiaj pisać baśnie, zwłaszcza tak dobrze i bezpretensjonalnie, przetwarzając do tego znane mitologie w iście burtonowski sposób (choć nie jestem pewna, czy akurat na tego reżysera bym postawiła przy ekranizacji). I chyba Gaimana w takiej odsłonie najbardziej lubię – kiedy forma narzuca mu dyscyplinę, potrafi pokazać pazur.
 
Tytuł: Ocean na końcu drogi
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginalny: The Ocean at the End of the Lane
Tłumacz: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2013
Stron: 216

wtorek, 7 sierpnia 2018

Na co poluje Moreni: sierpień 2018

Przyznam, ze w sierpniu spodziewałam się jeszcze względnej ciszy przed wrześniowym boomem nowości, ale w tym roku jest inaczej. Fakt, brak wielkich hiciorów, ale wydawcy zdecydowali się wypuścić sporo ciekawych, choć niszowych tytułów. Zacieram łapki.
Mamy też jednego spadkowicza: "Szara wilczyca" Curwooda, która miała się ukazać nakładem Zyska w czerwcu została przesunięta na 27 sierpnia.

Chcę mieć

"Tryumf Endymiona" Dan Simmons
1 sierpnia

Mam już pozostałe trzy tomy, więc oczywista oczywistość, że czwarty też musi być. Zwłaszcza, ze to Artefakty, więc i tak bym kupiła, bo zbieram.

Kontynuacja "Hyperiona", "Upadku Hyperiona" i "Endymiona".
Od upadku Hegemonii większością planet rządzi Kościół katolicki wraz z tajemną organizacją Pax. Okazuje się jednak, że nowej władzy zagraża Enea, która ma się stać nowym mesjaszem ludzkości. Ścigani przez wszechwładny Pax dziewczynka i jej ochroniarz Raul Endymion przemierzają czas i przestrzeń, by w końcu trafić na Ziemię ukrytą poza naszą galaktyką przez tajemniczą siłę...


"Wspólna orbita zamknięta" Becky Chambers
27 sierpnia

Pierwszy tom cyklu mnie osobiście zachwycił, choć jedna z komentatorek całkiem słusznie określiła go mianem "cukierka dla mózgu". Akurat ten cukierek bardzo mi przypadł do gustu, choć może i nie miał zbyt wielu wartości odżywczych. Ale ptaszki ćwierkają, że przy drugim tomie autorka już się wyrobiła i te jej literackie kalorie nie są aż takie puste. Co prawda trochę szkoda, ze porzuciła prawie wszystkich znanych bohaterów na rzecz opowiedzenia całkiem nowej historii, ale staram sie nie uprzedzać, bo a nuż coś ciekawego wyszło (choć przyznam, że miałam nadzieję na rozwinięcie kilku wątków...).

Lovelace była kiedyś zaledwie sztuczną inteligencją statku. Kiedy po całkowitym wyłączeniu i zresetowaniu systemu budzi się w nowym ciele, nie pamięta, co się działo wcześniej. Ucząc się poruszania po wszechświecie i odkrywając, kim jest, Lovelace zaprzyjaźnia się z Papryką, wybuchową inżynier, która bardzo chce jej pomóc w nauce i rozwoju. Papryka i Lovelace przekonają się, że bez względu na ogrom przestrzeni kosmicznej dwie osoby mogą razem wypełnić ją bez problemu...

Chcę przeczytać

"Wieża koronna", "Róża i cierń", "Śmierć Dulgath" Michael J. Sullivan
1 sierpnia

Mag postanowił wydać całą trylogię za jednym zamachem (trochę szkoda, ze nie w omnibusie, ale w księgarni wydawnictwa można ja teraz kupić w zasadzie w cenie jednej ksiązki, więc kto by się przejmował), kontynuując dzieło po Prószyńskim. Te ksiązki akurat są prequelami w stosunku do wydanych kiedyś przez Prószyńskiego, ale i tamte mają być ponoć wznowione. Nie spodziewam się w sumie niczego poza generycznym, ale przyjemnym czytadłem fantasy.

Dwóch mężczyzn, którzy się nienawidzą.
Jedna niewykonalna misja.
Narodziny legendy.
Hadrian Blackwater, wojownik, który nie ma o co walczyć, zostaje zmuszony do współpracy z Royce’em Melbornem, złodziejem i zabójcą, który nie ma nic do stracenia. Wynajęci przez starego czarodzieja wspólnie muszą ukraść skarb, którego nikt inny nie zdoła dosięgnąć. Wieża Koronna to niezdobyta budowla, pozostałość z największej fortecy, jaką kiedykolwiek wzniesiono i skarbiec najcenniejszych przedmiotów w królestwie. Jednak nie o złoto czy klejnoty chodzi czarodziejowi i jeśli tylko sprawi, że dwaj bohaterowie nie pozabijają się, to być może zdołają zdobyć dla niego upragniony skarb.



Dwóch złodziei chce poznać odpowiedzi.
Narodziny Riyrii…
Przez ponad rok Royce Melborn próbował zapomnieć o Gwen DeLancy, kobiecie, która uratowała życie jemu i jego towarzyszowi Hadrianowi Blackwaterowi. Nie mogąc o przestać o niej myśleć, Royce wraca do Medfordu z Hadrianem, ale tym razem spotykają się z zupełnie innym powitaniem – Gwen nie chce ich widzieć. Ciężko pobita przez potężnego arystokratę podejrzewa, że Royce nie zważając na wszelkie niebezpieczeństwa postanowi się zemścić. Odprawiając złodziei ma nadzieję ich ochronić. Nie zdaje sobie jednak sprawy, do czego zdolna jest ta dwójka. Wkrótce się dowie.

Trzy razy próbowano ją zabić. Potem wynajęto zawodowca. A także Riyrię.
Kiedy ostatnia przedstawicielka najstarszego rodu w Avrynie staje się celem zamachów, Royce i Hadrian zostają wynajęci, żeby udaremnić spisek. Minęły trzy lata odkąd Hadrian, znużony wojną najemnik i Royce, cyniczny były zabójca, połączyli siły i zostali łotrami do wynajęcia. Wszystko układało się dobrze, dopóki nie poproszono ich, aby pomogli zapobiec morderstwu. Teraz muszą udać się do starodawnego zakątka świata, żeby ocalić tajemniczą kobietę, która wie więcej na temat Royce’a niż to bezpieczne i mniej dba o własne bezpieczeństwo, niż nakazuje zdrowy rozsądek.
Trzeci tom "Kronik Riyrii" bestsellerowego pisarza. Chociaż stanowi część cyklu, został pomyślany tak, żeby dobrze bawili się przy nim zarówno nowi czytelnicy, szukający zabawnej powieści o fantasy o wartkiej akcji, jak i weterani Riyrii, którzy chcą ponownie spotkać starych przyjaciół.


"Czarne dziury bez tajemnic" Steven S. Gubser, Frans Pretorius
7 sierpnia

Czasami nachodzi mnie ochota na jakąś popularnonaukowa pozycje z astronomii. Prószyński często takimi premierami służy, a czarne dziury to fascynujący temat sam w sobie. Już mam ebooka, może nawet napocznę w tym tygodniu.

Czarne dziury od dawna fascynują uczonych z powodu ich niezwykłych, fantastycznych wprost własności. Prawa fizyki opisujące ich zachowanie i wpływ na otoczenie są bardziej fascynujące i zdumiewające niż wszystko, co udało się wymyślić autorom książek fantastycznonaukowych. Steven Gubser i Frans Pretorius wyjaśniają je w sposób bardzo przystępny, wykorzystując do tego pomysłowe eksperymenty myślowe i obrazowe porównania. Opisują również sukces poszukiwań fal grawitacyjnych, powstałych podczas zderzania się dwóch czarnych dziur.
Autorzy "Czarnych dziur bez tajemnic" zabierają czytelników w podróż do wnętrza tych tajemniczych obiektów i z rzadko spotykaną przejrzystością opisują zjawiska, które decydują o niezwykłych właściwościach czarnych dziur.


"Żeby umarło przede mną" Jacek Hołub
16 sierpnia

Podejrzewam, że to będzie mocna rzecz. Matki ze swoimi ciężko upośledzonymi dziećmi są grupą ignorowaną chyba przez wszystkich. Nikt nie pyta ich o ich historie, bo nie są ani ładne, ani przyjemne, anie nie mają happyendu. Ale trzeba je opowiadać.

„W latach 2008–2017 za niepełnosprawne uznano 218 tysięcy dzieci. Część z nich, tych najciężej chorych i głęboko niepełnosprawnych intelektualnie, pozostanie dziećmi do końca życia. Aż do śmierci będą potrzebowały pomocy przy wykonywaniu najprostszych czynności: myciu, jedzeniu, załatwianiu potrzeb fizjologicznych.
Napisałem tę książkę, by pokazać, co ich matki przeżywają na co dzień. Bardzo rzadko słyszymy ich głos. Nikt nie jest w stanie opowiedzieć, co czuje żona porzucona przez męża z powodu wady genetycznej ich córki. Matka próbująca opanować atak szału niepełnosprawnego intelektualnie dwudziestopięciolatka. Kobieta patrząca na wijące się z bólu kilkumiesięczne niemowlę. Żegnająca dziecko w szpitalnej kostnicy. Nikt oprócz nich samych.
Ta książka to opowieści pięciu kobiet. Spisywałem je przez rok. Z pewnością by nie powstała, gdyby nie moje osobiste doświadczenie”

Jacek Hołub

"Dreamland" Sam Quinones
20 sierpnia

Pierwsza pozycja z Amerykańskiej serii Czarnego, która mnie rzeczywiście zainteresowała.

W 2008 roku w USA liczba zgonów w wyniku przedawkowania opiatów przewyższała liczbę ofiar wypadków samochodowych. Osób uzależnionych od leków z roku na rok jest coraz więcej, a rynek farmaceutyczny rośnie w siłę. Jak to możliwe, że legalnie dopuszczona do sprzedaży tabletka przeciwbólowa może doprowadzić do epidemii uzależnień?
Sam Quinones drobiazgowo rekonstruuje dzieje tej opiatowej katastrofy. Z jednej strony rzetelnie przedstawia kolejne etapy wprowadzania niebezpiecznych leków do regularnej sprzedaży i pokazuje przeraźliwie krótką drogę od ukojenia bólu do nałogu, z drugiej zaś wprowadza nas w świat meksykańskich sprzedawców „czarnej smoły”, którzy korzystając z plagi uzależnień od opiatów, zajęli się sprzedażą heroiny, dostarczając ją pod drzwi narkomanów niczym dostawcy pizzy.
Szefowie koncernów farmaceutycznych, dilerzy, policjanci, narkomani, rodzice tych, którzy przegrali z nałogiem. Bohaterów Dreamland jest wielu i to ich historie składają się na wstrząsająca opowieść o problemie, wobec którego Ameryka okazuje się bezradna.
Książka nagrodzona Amerykańską Nagrodą Krytyków Literackich.


"Biografia prawdziwka" Pal Karlsen
22 sierpnia

Ostatnie podrygi mody na ekoliteraturę przyjmują czasem zaskakujące formy, ale mimo wszystko uważam, że książka o najbardziej chyba rozpoznawalnym grzybie zasługuje na odrobinę uwagi.

Zaginął grzybiarz! Córka zaalarmowała władze po odnalezieniu opuszczonego samochodu.
Śmierć na grzybobraniu! Nie wrócił do domu o umówionej porze. Policja znalazła zwłoki.
Dramatyczna akcja ratownicza! Uratowano nieprzytomnego grzybiarza.
Król lasu. Superbohater w świecie mykologii. Prawdziwek. Borowik. Ludzie są w stanie poświęcić życie, by znaleźć upragnionego grzyba.
Pål Karlsen, miłośnik grzybów z Norwegii, zabiera nas w fascynującą podróż w głąb borowikowego świata. By odkryć jego tajemnice, przemierza glob wzdłuż i wszerz. Poznaje różne oblicza prawdziwka – jedno z najpiękniejszych i najbardziej fantastycznych niespodziewanie odnajduje w Polsce, prawdziwej borowikowej ziemi obiecanej, gdzie natrafił na nieznany nowy gatunek grzyba.
Poznaj leśnego superherosa, który pojawia się tam, gdzie chce, i kiedy mu się tylko podoba. Którego nie da się udomowić. Grzyba-anarchistę... bo każdy borowik jest z natury dziki.
Oto jedyna biografia, która zawiera przepisy, jak ugotować jej bohatera.


"Osobowość na talerzu" Barbara J. King
22 sierpnia

To może być bardzo ciekawa pozycja (i im dłużej nad tym myślę, tym bardziej skłaniam sie do kupienia jej. Może nie w pierwszej kolejności, but still). Chyba ktoś w końcu pochylił sie nad intelektem zwierząt gospodarskich.

Książka, którą powinien przeczytać każdy, komu nieobojętne są losy zwierząt.
Bohaterami "Osobowości na talerzu" są zwierzęta, które w świadomości większości ludzi funkcjonują najczęściej jedynie jako serwowane na obiad czy kolację dania. Tymczasem Barbara J. King, przytaczając wyniki najnowszych badań naukowych, a także opisując własne doświadczenia ze zwierzętami, udowadnia, że to żywe istoty posiadające osobowość, emocje i inteligencję.

 
"Wściekły kucharz"
Anthony Warner
22 sierpnia

Modne diety to kilku(nastu?) lat bardzo nośny temat. Chętnie przeczytałabym jakies zbiorowe opracowanie wszystkich tych cudów dietetyki, bo do tematu podchodzę na tyle nieufnie, że staram się od niego trzymać z daleka.

Koniec z dyktatem komosy i kaszy! Dzięki książce "Wściekły kucharz"nie dasz się już nabrać na żadną żywieniową modę i zaczniesz jeść normalnie.
"Wściekły kucharz" to popularnonaukowe opracowanie największych mód jedzeniowych napisane w wyjątkowo złośliwy sposób. Autor rozprawia się w nim m. in. z olejem kokosowym, dietą paleo czy superfoodsami. W swoich sądach opiera się na badaniach naukowych i swoim biochemicznym wykształceniu. W książce nie oszczędza nikogo. Szydzi z modnych blogerów, kucharzy celebrytów i nas samych, którzy dajemy sobie naiwnie wmówić, że pijąc zielone koktajle, trafimy do nieba. Nie trafimy. Za to damy zarobić tym, którzy za modami stoją.


"Czyste mięso"
Paul Shapiro
22 sierpnia

Jedna z bardziej interesujących pozycji w zestawieniu. Wiecie, ja z tych, co od lat kibicują próbom wynalezienia taniego mięsa z probówki (czy też - bardziej w duchu SF - z kadzi). Bo to w zasadzie jedyna opcja dla naszej cywilizacji (wiecie, weganizm jest fajny, ale w dalszej perspektywie oznacza pozbycie się raz na zawsze domowych pupili takich jak koty, psy, fretki itp.). Totez chętnie poczytam książkę pioniera w tej kwestii.

Historia dzieje się na naszych oczach: odkryto sposób na wytwarzanie wystarczającej ilości jedzenia dla wciąż rosnącej ludzkiej populacji.
Ziemia ledwo dyszy. Wzrost zaludnienia i popytu na mięso, jaja, nabiał i skórę sprawia, że przemysłowa hodowla miliardów zwierząt stała się ze wszech miar szkodliwa. Nie ma nic naturalnego w kurze, której podaje się stymulatory wzrostu i hoduje w szopie z kilkudziesięcioma tysiącami innych, ani w krowie czy świni, które wraz z paszą wchłaniają obłędne ilości antybiotyków.
Dlatego trwają zaawansowane prace nad produkcją i komercjalizacją czystego mięsa – prawdziwego mięsa – tworzonego bez udziału zwierząt. Naukowcy zapewniają, że rozwój mięsa z tkanki zwierzęcej nie da fałszywego mięsa, tak jak sklonowanie owcy nie doprowadziło do powstania fałszywej owcy. Wręcz przeciwnie: techniki laboratoryjne pozwalają uzyskać mięso nieskażone hormonami, pestycydami, bakteriami E. coli czy konserwantami.


"Fabryka planet" Elizabeth Tasker
28 sierpnia

Zagadnienie egzoplanet zawsze bardzo mnie interesowało (oglądam wszystkie popularnonaukowe programy na ten temat, jakie uda mi się znaleźć), więc ksiązkę bardzo ochoczo zamierzam pochłonąć :)

Zapomnij o rakietach na Marsa! – przyszłością badań kosmosu są poszukiwania planet pozasłonecznych!
Jeszcze dwadzieścia lat temu planetami poza Układem Słonecznym zajmowała się wyłącznie fantastyka. Od czasu słynnego, pierwszego odkrycia dokonanego przez Aleksandra Wolszczana poszukiwanie i badanie egzoplanet to jedna z najszybciej rozwijających się dziedzin astronomii.
Nowo odkryte światy są bardziej niezwykłe od wszystkiego, co wyobrażali sobie pisarze. Istnieją planety większe od Jowisza, na których rok trwa krócej niż tydzień, na innych niebo rozświetlają dwa słońca, a jeszcze inne samotnie przemierzają kosmos. Są też planety z diamentowymi płaszczami, światy wielkości Ziemi podzielone na dwie półkule wiecznego dnia i wiecznej nocy, planety pokryte globalnymi oceanami i takie, na których przelewają się morza wulkanicznej lawy. Odkrycie tej różnorodności to dopiero początek. Na zbadanie czeka jeszcze cała galaktyka różnych możliwości. Trudno nie zadać sobie pytania, czy wśród tak wielu światów, nie istnieje gdzieś druga Ziemia.

piątek, 3 sierpnia 2018

Stosik #106

W lipcu trochę zaszalałam z zakupami - tak jakoś wyszło. Za to egzemplarzy recenzenckich przybyło tylko dwa, więc jeszcze się tak ostatecznie nie pogrążyłam.


Tak prezentuje się papierowa część stosu i prawie wszystko to zakupy. Tylko "Wierni wrogowie" Gromyko na samej górze są egzemplarzem recenzenckim od Papierowego Księżyca (doprawdy, powinnam w końcu napisać tę notkę o "Wiedźmie naczelnej"...).

Niżej trzy ksiązki Chmielewskiej, czyli efekt wykopków w supermarketowym koszu z tanią książką - każda kosztowała piątaka, więc. "Wielkie zasługi" już czytałam wieki temu i kiedyś będę chciała sobie odświeżyć. Trochę szkoda, że "Nawiedzony dom" z tej faktowej serii nie jest już nigdzie dostępny (i że "Skarby" w ogóle się w niej nie ukazały...). Pozostałych dwóch (czyli "Wszyscy jesteśmy podejrzani" i "Dzikie białko") jeszcze nie znam, ale internety mówią, że to jedne z lepszych pozycji Chmielewskiej. W ogóle to ja bardzo mało Chmielewskiej czytałam, zastanawiam się czy sobie jakiegoś okolicznościowego wyzwania kiedyś nie zrobić... Co uważacie za najlepsze od tej autorki?

"Galapagos" Nichollsa było akurat na promocji w Empiku, a że już jakiś czas temu wpadło mi w oko, to sobie nabyłam (i właśnie zorientowałam się, że z tej serii mam w domu kilka książek, ale żadnej nie czytałam XD ). Kolejne cztery pozycje to też zakupy księgarniane, ale już ze Świata Książki. "Poza słowami" Carla Safina to jedna z książek nowej serii "Z morświnem" Wydawnictwa Krytyki Politycznej i dowiedziałam się o niej (i książce, i serii) tylko dlatego, że Prowincjonalna Nauczycielka wrzuciła fotkę na insta. Nie jest to raczej jedna z tych serii, które mogłabym kolekcjonować w całości, ale z pewnością będę obserwować i niektóre tytuły sobie nabędę (a samo "Poza słowami" jest o zwierzętach, a konkretnie ich psychice - temat podobnie jak "Misterium życia zwierząt", więc będę porównywać). Dalej mamy drugą część "Trupiej farmy" (o pierwszej jeszcze kiedyś napiszę), tym razem nawet z ilustracjami. "Żubry lubią jeżyny" natomiast to kolejna książka z serii Menażeria i już na początku rozczarowała mnie mikrą objętością - mam nadzieję, że nadrobi jakością tekstów. A kończąc wątek seryjnych must have - "Piękna krew" z Uczty Wyobraźni. Niby powieść, ale objętością zbliżona raczej do sporego opowiadania.

Trzy ostatnie pozycje to efekt wyprawy do antykwariatu. "W poszukiwaniu Jake'a" wzięłam zupełnie spontanicznie - kosztowało tylko 7 zł (i to akurat jest nowa książka, nie używka). Fannie Flagg za to zawsze należała do autorek, które poprawiają mi humor, a że od lat nie czytałam jej powieści (tak jakoś wyszło...), to pomyślałam, że może wezmę tę względną świeżynkę, jaka jest "Babska stacja". Na "Niksy" zaś czaiłam się od dłuższego czasu, bo podobno jest to dobra pozycja, żeby znowu przyzwyczaić się do literatury głównonurtowej (a wygląda jak nówka i zapłaciłam za nią jakieś 40% ceny okładkowej).

Poza papierem mamy w tym miesiącu aż dwa ebooki :)


"Czarne dziury bez tajemnic" to popularnonaukowa pozycja do recenzji od Prószyńskiego i s-ki, bo poczułam potrzebę poszerzenia wiedzy o kosmosie. A "Skafander i melonik" można sobie zupełnie za darmo pobrać stąd :)

sobota, 28 lipca 2018

"Zwrotnik Węży" Marie Brennan


Pierwszy tom „Pamiętników Lady Trent” pozostawił mnie z pewnym takim niedosytem i resztkami dawnego entuzjazmu – miałam przecież spore oczekiwania. Przy drugim tomie już oczekiwań nie miałam, liczyłam, że nie będzie gorzej niż w tomie pierwszym. Ale i tak nie do końca dostałam to, czego chciałam.

W „Zwrotniku Węży” Izabela znowu wyrusza na wyprawę badawczą. Tym razem do Erigi, gdzie dla odmiany będzie musiała zmierzyć się z tropikalnymi upałami, chorobami, niechęcią rodaków i dziwnymi zwyczajami tubylców. Ach, nie zapomnijmy o groźbie wybuchu wojny. Niemniej, prawdziwy badacz niedogodności się nie boi i poszerzanie wiedzy przedkłada ponad własne bezpieczeństwo. Smoki czekają.

Niestety, Brennan najwyraźniej nie ma zamiaru pisać o smokach. Tym razem jest ich jeszcze mniej niż poprzednio. Owszem, bohaterka dokonuje przełomowych odkryć (cóż za zaskoczenie), ale są one wspomniane mimochodem i tak naprawdę nie mają szczególnej wartości dla utworu (poza może momentem, kiedy autorka używa ich jako fabularnego wytrychu. Trzeba przyznać, ze nawet zgrabnie jej to wychodzi). Rozumiem, że jest to w pewnym sensie konsekwencja przyjętego stylu narracji – bohaterka spisuje swoje pamiętniki po latach i w kwestiach, których nie chce rozwijać odsyła czytelników bądź do książeczek, które napisała wcześniej, bądź do cudzych publikacji. Tyle że sporo tych odsyłań dotyczy rzeczy, które mnie, jako czytelniczkę, żywo interesują... 
 
Taki obrazek wrzuciłam na insta.
W „Historii naturalnej smoków” sytuację ratowały badania. Autorka poświęciła tam sporo czasu na opisy tego, jak wyglądały poczynania pseudowiktoriańskich naukowców, okraszając to wszystko sosem z trudności, jakie mogły dotykać w tej materii młodą kobietę. Liczyłam na podobne doświadczenie czytelnicze w „Zworniku Węży”, bo dekoracje wydawały się znacznie bardziej interesujące – widzicie, co innego zdobywać wiedzę w klimacie pseudowschodnioeuropejskich gór, a co innego przedzierać się przez dziką, tropikalną dżunglę. Niestety, z samych przygotowań do wyprawy czy też trudności, jakie nasza dzielna ekipa mogła napotkać na drodze, dostajemy tylko niezbędne minimum. O samym prowadzeniu obserwacji nie wiemy absolutnie nic, a o bujności życia w deszczowym lesie dowiadujemy się tylko o tyle, o ile próbuje ono poczęstować się bohaterami. Nawet opisy życia wśród lokalnych, dzikich plemion są skąpe, choć i tak znacznie bardziej rozbudowane, niż opisy samych badań czy przyrody. Przyznam, że tutaj poczułam się już zawiedziona.

Na czym więc skupia się autorka? Ano na problemach obyczajowości i kolonializmu (z lekkim zabarwieniem ekologicznym). I jeszcze ta obyczajowość nawet jej wychodzi, choć mam wrażenie, że została potraktowana dość... płytko. Mamy bowiem Izabelę, która niby ciągle mówi o swoim pewnym wykluczeniu społecznym. Z tym, ze głównie mówi, bo ani to wykluczenie szczególnie rygorystyczne nie jest, ani też będąca samotniczką Izabela niezbyt nim się przejmuje. Szczerze mówiąc, wydaje się być nawet zadowolona, bo dzięki temu, że nie musi chadzać na bale i proszone kolacje ma więcej czasu na badania i pisanie monografii. A ponieważ autorka najwyraźniej uznała, że stateczna (khem, khem...) Izabela nie będzie tak atrakcyjnym obiektem społecznego oburzenia, powraca Natalie Oscott, która pojawiła się na chwile już w poprzednim tomie. I autorka przygotowuje wszystko tak, aby wywołać trzęsienie ziemi – Natalie bowiem ucieka przed widmem małżeństwa, rodziną i ogólnie narzuconą jej rolą społeczną, przy czym robi to w spektakularny i skandalizujący sposób.

Zatrzymajmy się może na chwilę przy Natalie, bo jest ciekawie napisaną postacią (i w sumie jedyną istotną, z którą nie mieliśmy zbyt wiele do czynienia wcześniej). Jest ona tym wszystkim, czym młoda Izabela nie była w pierwszym tomie. Natalie nie godzi się z czekającą na nią rolą społeczną ani na chwilę, małżeństwo nie interesuje jej nawet jako środek do osiągnięcia pewnej niezależności i możliwości kontynuowania własnych projektów (a marzeniem dziewczyny jest skonstruowanie skrzydła zdolnego unieść człowieka). Woli wykluczenie społeczne i zerwanie kontaktów z rodziną niż prowadzenie domu. Jedną z przyczyn jest jej aseksualność, wyrażona otwartym tekstem – i jest to jedna z nielicznych postaci tak wyraźnie przez autora określonych, jakie zdarzyło mi się w fantastyce spotkać. Przy czym autorka daje do zrozumienia, że gdyby nie Izabela, która postanawia koniec końców zatrudnić Natalie w charakterze asystentki i damy do towarzystwa, to biedna dziewczyna raczej nie miałaby wyjścia i jej historia mogłaby potoczyć się znacznie bardziej tragicznie. Aż szkoda, że przez większość wyprawy Natalie poprzestaje na udowadnianiu, jak bardzo użytecznym jej członkiem może być i tylko tyle.

Trzecie zagadnienie związane z obyczajowością to zderzenie kultur. Izabela i Natalie przybywają do kraju o zupełnie innych zwyczajach i stosunku do kobiet i muszą jakoś się przystosować – a symbolem tego przystosowania staje się namiot, do którego odsyła się wszystkie menstruujące kobiety jako nieczyste. I byłoby to może ciekawe, gdyby nie fakt, że nasze bohaterki zadziwiająco łatwo dopasowują się do jakichkolwiek warunków, jakie przyjdzie im napotkać. Czy to połyskujący złotem pałac władcy Bayembe, czy bagienne szałasy Moulinów, po wstępnej konsternacji nasze dzielne badaczki świetnie wtapiają się w obcą kulturę (a przynajmniej na tyle, żeby wziąwszy pod uwagę pobłażanie tubylców dla dziwnych obcych, funkcjonować w miarę bezkonfliktowo). Trochę to spłyca przeżycia bohaterów.

Pozostaje jeszcze problem kolonializmu. Narratorka poświęca bardzo wiele miejsca na rozważanie, jaki wpływ na Bayembe może mieć założenie scirlandzkiej kolonii i przyjęcie wsparcia militarnego (Bayembe stoi u progu wojny z sąsiadami). Widzi, że mamy tu do czynienia z bardzo nierównomiernym podziałem wkładu i zysków, że lokalna ludność może w przyszłości zapłacić taką cenę za jednorazową w sumie pomoc, jakiej nie jest w stanie przewidzieć. I pewnie gdybym znała lepiej historię Imperium Brytyjskiego, byłabym w stanie wyłapać więcej nawiązań, ale że znam ja na poziomie „mieli dużo kolonii, których nie traktowali fair”, to nie będę dalej drążyć. Przyznam jednak, że bardzo wyprzedzające swój czas rozważania Izabeli zaczynały mnie trochę irytować, choć trudno odmówić im słuszności.

No i tak – z jednej strony jest to książka pełna rozczarowań, bo spodziewałam się czegoś innego (acz chyba czas pogodzić się z faktem, że wizja autorki mocno odbiega od moich oczekiwań. Albo przestać czytać). Z drugiej – jednak lubię bohaterów (nawet jeśli jest ich mało i wszyscy poza głównymi dostają tylko odrobinę czasu antenowego) i fajnie się to czyta (tu ukłony dla redakcji i przekładu – powieść miała dwie tłumaczki, ale zupełnie tego nie widać). Więc po kolejny tom raczej sięgnę. Ale Wy musicie zdecydować sami.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Zysk i s-ka
 
Tytuł: Zwrotnik Węży
Autor: Marie Brennan
Tytuł oryginalny: The Tropic of Serpents (A Memoir of Lady Trent)
Tłumacz: Dorota Żywno, Danuta Górska
Cykl: Pamiętnik Lady Trent
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Rok: 2018
Stron: 346

wtorek, 24 lipca 2018

Piąteczka: Dokąd na wakacje?


Dawno nie było nowej Piąteczki, postanowiłam więc to zmienić (z regularnością u mnie jak zwykle kiepsko, więc chyba każdy już stracił złudzenia, że cykl będzie regularny. Ale postaram się, żeby przerwy nie były przesadnie długie).

Tymczasem nastało lato, wakacje, każdy myśli już dokąd by tu na urlop wyjechać. I ja pomyślałam. Mianowicie nad tym, jaki książkowy świat najbardziej odpowiadałby mi w temacie turystycznych wojaży. Wybór wcale nie był prosty, bo fantastyka w interesujące światy obfituje, na początku więc odrzuciłam te zbyt oczywiste (jak Śródziemie czy Ziemiomorze) lub takie, które w wakacje nie mają zbyt wiele do zaoferowania (wiecie, Hogwart latem zamykają). Starałam się też skupić głównie na tych, w których byłoby co zwiedzać. I tak nie bez trudu wybrałam tę piątkę.

1. Świat z cyklu „Temeraire” Naomi Novik

To właściwie taka sama Ziemia jak nasza, z bardzo zbliżoną historią, ale są tam smoki. Moje ulubione smoki w literaturze, więc wybór jest mało zaskakujący. Oczywiście Europa ogarnięta napoleońskimi wojnami nie jest szczególnie przyjaznym turystom miejscem, ale i tak nie chciałam się tam wybierać – smoki w Europie traktuje się jak takie trochę bystrzejsze konie albo psy bojowe, są własnością armii i szary człowiek nie ma szansy się z nimi w jakikolwiek sposób skontaktować, a nawet zobaczyć z bliska. Dlatego też osobiście odwiedziłabym Chiny lub Japonię. Tam smoki to też ludzie, więc można z nimi rozmawiać na ulicach jak z każdym tubylcem – i o to chodzi. Poza tym niektóre pracują w komunikacji miejskiej, więc każdy chętny za drobną opłatą może się na bestii przelecieć. Do tego dochodzą jeszcze zabytki i bogata kultura, więc turysta nie miałby jak się nudzić ani przez chwilę. Ciekawą opcją byłaby też Ameryka Południowa, ale tam smoki bywają zaborcze w stosunku do nowo poznanych ludzi i mógłby być kłopot z powrotem z podróży.

2. Świat z „Podniebnych kaszteli” Jima Butchera

To ciekawa planeta. Widzicie, jej powierzchnia nie dość, że jest toksyczna dla ludzi, to jeszcze zamieszkują ją krwiożercze monstra, które chętnie zrobiłyby sobie z turysty przekąskę. Więc miejscówka raczej dla lubiących sporty ekstremalne, ale my nie o tym. Prawdziwie ciekawe rzeczy znajdują się bowiem w tytułowych kasztelach – kilkukilometrowej wysokości strukturach, w których mieszkają tamtejsi ludzie. Można więc sobie te pionowe państwa-miasta zwiedzać (a jest w nich co oglądać) i przy okazji zaliczyć kilka przejażdżek powietrznymi statkami, które autor stylizował nieco na flotę żaglową. Aha, no i jeśli dacie radę nauczyć się kociego, to będziecie mogli sobie z lokalnymi kotami pogadać.

3. Księgogród z „Miasta Śniących Książek” Waltera Moersa

Camonia, w której rozgrywa się akcja wszystkich książek Moersa ma zapewne znacznie więcej ciekawych miejsc, ja jednak znam tylko Księgogród. I w sumie mi to wystarczy, bo nie ma lepszego miejsca na miejskie wakacje dla mola książkowego. Niezliczone księgarnie i antykwariaty pozwolą wydać dowolną ilość pieniędzy na pamiątki, lokalne restauracje zachwycą daniami, jakich nie można spróbować nigdzie indziej a wieczorem można wybierać między różnorodnymi atrakcjami intelektualnymi. Nic, tylko rezerwować hotel.

4. Camorra z „Niecnych Dżentelmenów Scota Lyncha

To też pomysł na miejskie wakacje, ale dla tych, których może nie za bardzo fascynuje literatura, za to lubią śródziemnomorski klimat. Camorra była inspirowana Wenecją, mamy więc do czynienia z miastem na wodzie, w którym łatwiej gdziekolwiek dostać się łodzią niż piechotą – są więc pływające areny i targowiska, gondole do wynajęcia i takie tam. Jednak oprócz tego, co każdy turysta może równie dobrze robić w Wenecji, w Camorze można podziwiać niezwykłe budowle ze staroszkła oraz kosztować alchemicznego wina (a jak ktoś lubi używki mniej legalne, to też znajdzie trochę niespotykanych przepisów). Wadą Camorry jest to, że trzeba uważać na uliczników – niestety, nieuważny turysta może szybko się przekonać, że jego sakiewka zniknęła w tajemniczych okolicznościach...

5. Lengorchia z „Kronik Drugiego Kręgu” Ewy Białołęckiej

Lengorchia to oczywiście spory kontynent i równie dobrze mogłabym polecić wycieczkę po, dajmy na to, Azji. Więc od razu zaznaczę, że chodzi mi o jedno miejsce – Smoczy Archipelag (znaczy, Zamek Magów też by się fajnie zwiedzało, ale wątpię, żeby wpuszczali tam turystów). Klimat z tych tropikalnych i przyjemnie morskich, więc w sam raz. Co prawda infrastruktura turystyczna raczej słaba i nocować przyjdzie nam w warunkach surwiwalowych (czyli samemu trzeba sobie sklecić dach z liści), ale w takim klimacie noc pod gwiazdami to bonus, a nie przeszkoda. Z wyżywieniem też raczej nie będzie problemów, bo owoce (i morza, i niemorza) można znaleźć na każdym kroku. Co prawda tubylcza fauna może sprawiać problemy: trzeba uważnie wybierać miejsce kąpieli, żeby nie trafić na krwiożercze syreny (ale już takie wydry morskie chętnie się z nami pobawią) i nie zdenerwować lokalnych smoków, poza tym w lasach może się trafić jakiś drapieżnik. Dlatego najbezpieczniej jest przy plaży. Dla rządnych przygód wyspy mają w zanadrzu starożytne ruiny, w których czasem trafia się jakiś skarb. Idealne miejsce na wakacje w stylu „Piratów z Karaibów”.

A Wy? Gdzie byście chcieli wyjechać na wakacje?

poniedziałek, 16 lipca 2018

Antologia zajdlowa 2018

W tym roku po raz pierwszy udało mi się przeczytać antologię zajdlowych opowiadań. Moja motywacja była tym silniejsza, że zbiór zawierał wszystkie nominowane teksty (w zeszłym roku niestety nie). W świetle tych faktów mogę stwierdzić, że nie zaskoczył mnie zwycięzca tegorocznej edycji plebiscytu. Co nie znaczy, że jestem wyborem czytelników jakoś szczególnie usatysfakcjonowana.

Przyznam, że zaczynając lekturę spodziewałam się czegoś więcej. Wiecie, dobre opowiadania są dobre, ale po nominacjach do najbardziej rozpoznawalnej polskiej nagrody gatunkowej spodziewałam się jednak choć trochę zachwytów. Tymczasem ogólny poziom tekstów jest mniej więcej taki sam, jak ogólny poziom tekstów w polskich antologiach fandomowych, jakie ostatnio miałam okazję czytywać... Nie, że zły. Raczej uśredniony.

Przejdźmy jednak do samych tekstów. Pozwólcie, że dla odmiany będę je omawiać w innej kolejności, niż autorzy ułożyli je w antologii. Zacznę więc od tekstu, który w tym roku zgarnął Zajdla, czyli od „Szaławiły” Marty Kisiel. Jak pisałam wyżej, nie dziwi mnie jego wygrana. Kisiel jest autorką o największym doświadczeniu spośród wszystkich nominowanych pisarzy i to widać – tekst czyta się najpłynniej i przyznam, że ze spora przyjemnością (co jest pewnym osiągnięciem, biorąc pod uwagę, że kompletnie nie znam uniwersum, do którego należy). To właśnie (razem z popularnością autorki) przyczyną zwycięstwa. Sama historia jest prosta (jak dla mnie nawet za prosta) i krzepiąca, główna bohaterka (czterdziestoletnia pani doktor, szukająca po licznych wojażach i pogrzebie toksycznej matki własnego miejsca na świecie) sympatyczna... No samograj.

Osobiście miałabym jednak dwóch innych faworytów (trochę na zasadzie, że Marta Kisiel już jednego Zajdla zgarnęła, niech da szansę innym). Pierwszym jest „Chwała” Przemysława Zańko, która nie dość, że jest dobrze napisana od strony technicznej, to jeszcze ciekawie recyklinguje mocno już wyeksploatowane motywy. Czyli Wojnę Trojańską (wiem, że to już bardziej topos, niż jakiś tam motyw, ale umówmy się - niewiele jest rzeczy w literaturze, do których nawiązywano częściej) oraz steampunk. Z tym, że autor nie poszedł na łatwiznę, przenosząc założenia homeryckiej opowieści w realnia plus-minus dziewiętnastego wieku. Raczej stworzył parową Starożytną Grecję. Ale akurat tło opisywanych wydarzeń jest najmniej istotne – Zańko bowiem napisał tekst mocno antywojenny z perspektywy najczęstszych ofiar wojny – kobiety i dziecka. A zresztą, co ja wam będę pisała – Ninedin zrobiła to lepiej, czytajcie u niej.

Drugim opowiadaniem jest cyberpunkowa „#Eudajmonia” Magdaleny Kucenty. To również dobrze napisany tekst z technicznego punktu widzenia. Mam jednak wrażenie, że trochę za dużo grzybków nam autorka do niego wrzuciła. Teoretycznie skupiła się na bohaterce i jej problemach z rozbitą psychiką i ogromną ilością nieprzepracowanych traum. Co jest wątkiem moim zdaniem najlepiej dopracowanym, jak na główny wątek przystało. Niemniej, mamy tu jeszcze: pytanie o cenę postępu, pochwałę wyższości reala nad wirtualem (która wypada chyba najsłabiej, bo jest poprowadzona ścieżką najbardziej oczywistych motywów), wątek budowania relacji z ludźmi, środowisko internetowych graczy oraz krytykę pewnych praktyk dużych korporacji. Wolałabym, żeby autorka kilka grzybków z tego barszczu wyłowiła.

Zdecydowanie słabiej wypadły dwa ostatnie teksty. „Ecce homo” Leszka Bigosa to kolejna wariacja na temat opowieści biblijnej na zasadzie „A co by było, gdyby Piłat nie skazał Jezusa”. Przyznam, że w polskim środowisku fantastycznym, w którym najpopularniejszą wariacją na temat niezmartwychwstałego Jezusa ciągle są inkwizytorskie teksty Piekary, opowiadanie Bigosa ma pewien urok. Przede wszystkim jest znacznie subtelniejsze niż można by się spodziewać. Zamiast wybijania zębów, przedmurza i oko za oko jest w nim melancholia, smutek i pewna rezygnacja. Niemniej, to trochę za mało.

„Diabolus ex machina”
Dawida Cieśli zdecydowanie najmniej przypadł mi do gustu. I w sumie trudno powiedzieć dlaczego. Technicznie jest nieco gorzej napisany, a w wykreowany świat czytelnik wkracza zdecydowanie mniej intuicyjnie niż można by oczekiwać (oraz: czy ja widzę nawiązania do Dukaja?). Autor ma kilka ciekawych pomysłów, ładnie gra znanymi „diabelskimi” motywami (jak cyrografy chociażby), odwołuje się do streampunkowego (clockpunkowego?) instrumentarium, ale to wszystko razem nie tworzy całości, która wzbudziłaby we mnie cieplejsze uczucia.

Nie wiem, czy poziom antologii jest reprezentacyjny dla wszystkich roczników. Podejrzewam, że im więcej znanych nazwisk, tym lepsza średnia. Z drugiej strony, dobrze, że pojawiają się w zajdlowym konkursie całkiem nowi autorzy. Przecież nie da się zbyt daleko zajechać na kilku oklepanych nazwiskach.
 
Antologię za darmo można pobrać tutaj.

poniedziałek, 9 lipca 2018

"Pułapka czasu" Madeleine L'Engle


Literatura dziecięco-młodzieżowa (zwłaszcza z naciskiem na dziecięcą) wydaje się być mocno zunifikowana – w końcu wszyscy (przynajmniej w zachodnim kręgu kulturowym) słyszeli o Muminkach, Pippi czy baśniach Andersena. Niemniej, każdy kraj ma własne dziecięce hity, nawet jeśli już nieco przyprószone kurzem zapomnienia i znane bardziej z popkulturowych odtworzeń niż oryginałów. Takim lekko zakurzonym oryginałem jest „Pułapka czasu” Madeline L'Engle. Wcześniej wydano ją u nas jako „Fałdkę w czasie”, ale chyba nie wzbudziła zainteresowania, bo wyszedł tylko jeden tom z pięciotomowego cyklu. Mag postanowił wznowić powieść (i chyba idzie mu lepiej niż poprzedniemu wydawcy, bo wyszły już dwie części) ze względu na ekranizację. Nieco zepsuł plany fakt, że film nie trafił do polskiej dystrybucji. No ale może przejdźmy do rzeczy.

Trzynastoletnia Meg ma problemy w szkole. Nie dość, że rówieśnicy robią sobie niewybredne żarty na temat jej rodziny, to jeszcze dziewczynka nie potrafi odnaleźć się w szkolnym systemie. No i oczywiście tęskni za ojcem, który zaginął w jednej z rządowych tajnych akcji (ale przecież nie może o tym powiedzieć tym kretynom w szkole, co tajne, to tajne). Pewnego dnia w jej domu zjawiają się dziwna staruszka, a w jakiś czas potem ona i jej dwie siostry zabierają Meg, jej małego, genialnego braciszka oraz kolegę ze szkoły w niesamowitą podróż. To jedyny sposób, aby odnaleźć i uratować ojca.

Książka powstała w latach sześćdziesiątych i przyznam szczerze, że nie zestarzała się jakoś bardzo źle (choć nieco rozczulił mnie obraz matki-naukowca, która swoje przełomowe eksperymenty robi na palniku w piwnicy). To typowa przygodówka w starym stylu, bez wyraźnych wątków romantycznych – fabuła liniowo przesuwa się z punktu A do B i kolejnych liter alfabetu, aż do satysfakcjonującego w sumie zakończenia, po drodze przekazując młodemu czytelnikowi co fajniejsze chrześcijańskie wartości (dość otwarcie zresztą; Lewis sugerował, że Aslan jest zbawicielem, L'Engle mówi, że Jezus grał po stronie dobrych), uczy także, że grunt to umieć zaakceptować siebie i przekuć swoje wady w zalety. Co może ją wyróżniać, to fakt, że nie jest to raczej powieść o dojrzewaniu (a przynajmniej nie na przestrzeni jednego tomu. Przyznam szczerze, że nie wiem, jak sytuacja rozwija się dalej). Owszem, Meg uczy się opanowywać swój gniew, ale mam wrażenie, że nie jest to zasługa jej samej, tylko zmiany zewnętrznych warunków.

Pozostali bohaterowie byli jacyś tacy płascy. Charles Wallace, kilkuletni genialny braciszek bohaterki wydawał mi się raczej niepokojący niż uroczy (o czym z kolei zapewniali mnie narrator i wszyscy bohaterowie), trzy niezwykłe siostry były zbyt obce i tylko Calvin, kolega ze szkoły, robił wrażenie sympatycznego chłopaka, który jakoś próbuje sobie radzić z problemami w domu. Niestety nie dostał zbyt wiele czasu antenowego.

Jest to jedna z tych powieści, która prezentuje wręcz archetypiczny podział na dobro i zło – mamy więc szlachetnych bohaterów i tajemniczą siłę, pożerającą wszechświat niczym Pustka Fantazjanę. Z tym, że o ile Pustka nie pozostawiała po sobie nic, o tyle Zło w „Pułapce czasu” subtelnie wypacza światy, na które wpływa. Moim skromnym zdaniem jest to znacznie ciekawszy zabieg, niż choćby osobowy Sauron.

„Pułapka czasu” posiada też walor edukacyjny – autorka wyjaśnia na przykład czym jest tessarakt i na czym polega podróż WARP (w powieści zwana tessarowaniem, ale nazwa jakoś się nie przyjęła). Wychodzi jej to całkiem nieźle, problem jednak polega na tym, że zdarzyło mi się czytać już książki znacznie bardziej kompleksowo (i równie przystępnie) zapoznające młodego czytelnika z zganieniami fizyki kwantowej.

Cóż, czytało się to nawet miło, ale „Pułapka czasu” nie przekonała mnie do kontynuowania znajomości z cyklem. Może to nieco przestarzałe rozłożenie akcentów fabularnych, może jestem po prostu za stara. Nie było jednak tak źle, żebym chciała wszystkim odradzać lekturę. Decyzję pozostawiam potencjalnym czytelnikom.
 
Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Pułapka czasu
Autor: Madeleine L'Engle
Tytuł oryginalny: A Wrincle in Time
Tłumacz: Anna Reszka
Cykl: Kwintet czasu
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2018
Stron: 196

piątek, 6 lipca 2018

Na co poluje Moreni: lipiec 2018

Wydawniczo lipiec zapowiada się dużo ciekawiej, niż się spodziewałam. Nie wiem, czy to powód do radości, bo chciałam sobie trochę nadgonić zaległości czytelnicze, a tak z pewnością przybędzie do mnie kilka książek...

Chcę mieć

"Żubry lubią jeżyny" Arkadiusz Szarawiec
18 lipca

Kolejna pozycja w serii Menażeria, więc oczywiście muszę ja mieć. Do tego tytułu jestem nastawiona znacznie bardziej entuzjastycznie niż do kilku poprzednich, bo po pierwsze nie jest o ptakach, a po drugie nie napisał go żaden z autorów, za którymi nie przepadam. Miejmy nadzieję, że będzie ciekawie.

Żubry lubią jeżyny to zaproszenie na wędrówkę tropami zwierząt. A jest to wędrówka pełna zaskoczeń i niespodzianek, bo w tej książce nic nie jest takie, jakie się na pierwszy rzut oka wydaje: bielik nie jest orłem, niedźwiedź nie jest misiem, żubry nie lubią żubrówki, a wilk jest daltonistą. Bocian zaś to nie sympatyczny wojtek, tylko drapieżnik i wytrawny myśliwy. W dodatku bociany są dwa. Biały, dobrze wszystkim znany, który stale towarzyszy człowiekowi i do dobrego życia potrzebuje ludzkiego sąsiedztwa, oraz jego czarny kuzyn, który… wcale nie jest czarny. Ale jego, ukrytego w leśnej gęstwinie, wypatrzy tylko czujne oko.
Arkadiusz Szaraniec z prawdziwą pasją opowiada o naturze, która jest coraz bliżej człowieka, ale staje się dla niego coraz mniej zrozumiała. Opisuje niezwykłych zwierzęcych bohaterów, ich zwyczaje i charaktery, a jednocześnie tłumaczy, jaki wpływ na przyrodę mają zmiany wynikające z rozwoju naszej cywilizacji. Niektóre gatunki zwierząt w zaskakujący sposób potrafią się do nich dostosować i żyją w bezpośrednim sąsiedztwie ludzkich osiedli, w parkach i w centrach dużych miast. Ale inne, tak jak żubry czy rysie, zagrożone wyginięciem, paradoksalnie bez pomocy człowieka nie mają szansy na ocalenie.

"Piękna krew" Lucius Shepard
20 lipca

Pierwsza pełnowymiarowa powieść z uniwersum smoka Griaule'a. I to chyba wystarczy za wyjaśnienie.

"Piękna krew" Luciusa Sheparda to dzieło wyjątkowe i z dawna wyczekiwane: pierwsza pełnowymiarowa powieść ze świata smoka Griaule’a.
Shepard pierwszy raz podjął ten temat w roku 1984, kiedy to opublikował "Człowieka, który pomalował smoka Griaule’a", i na przestrzeni lat wielokrotnie do niego wracał, choć nigdy jeszcze w tak fascynującej i wyczerpującej formie.

Chcę przeczytać

"Mazel Tow" J. S. Margot
4 lipca

To może być ciekawe spojrzenie na zderzenie kultur - bez uderzania w wysokie tony i udramatyzowania. Takie przedstawienie codzienności wydaje mi się ciakawe, chętnie sięgnę przy okazji.

Co się stanie, kiedy lewicująca, zbuntowana studentka z Antwerpii, mieszkająca ze swoim irańskim chłopakiem, trafi do domu ortodoksyjnej żydowskiej rodziny, żyjącej na obrzeżach belgijskiego społeczeństwa we własnym, zamkniętym świecie? Czy bezpośrednia, trochę zadziorna dziewczyna może się odnaleźć w środowisku pielęgnującym zwyczaje, które od setek lat się nie zmieniły?
Margot przez sześć lat spędzała popołudnia w domu Schneiderów, pomagając ich dzieciom w nauce. Jej metody dydaktyczne bywały zupełnie nieortodoksyjne – stosowała między innymi prowokacyjne pytania, obcesowe komentarze i dużo śmiechu. Okazało się, że w niektórych sprawach dogaduje się z uczniami znakomicie, na przykład w interesach (razem ze średnim synem Schneiderów, Jakovem, przez kilka lat prowadzili wspólny biznes – ona pisała jego kolegom wypracowania, on zajmował się logistyką i zgarniał procent). W innych kwestiach, jak podejście do mody czy seksu, różnice były większe. Nie przeszkodziło to jednak Margot i jej uczniom konfrontować się z wzajemną odmiennością i co dzień przekraczać dzielące ich granice. Choć pierwsze zetknięcie dwóch skrajnie różnych światów i światopoglądów było gwałtowne, z czasem wśród gaf i pomyłek początkowa nieufność zmieniła się w niezwykłą przyjaźń, która przetrwała lata.

"Pokój służącej" Fiona Mitchell
4 lipca

Książka wygląda na współczesną wersję "Służących" Kathryn Stockett (które kiedyś z pewnością dokończę), toteż jestem nią zainteresowana. No i ostatecznie to historia kobiet.
 
Głęboko poruszająca i pięknie napisana opowieść o kobietach, które postanowiły walczyć z dyskryminacją i niewolnictwem
Dolly i Tala – dwie siostry pochodzące z Filipin pracują w Singapurze jako pomoc w domach brytyjskich imigrantów. Mieszkają w pokoikach bez okien, usługują, sprzątają i wychowują dzieci swoich pracodawców. Są na każde zawołanie. Dolly zostawiła na Filipinach malutką córkę i żyje nadzieją, że kiedyś ją zobaczy. Tala jest niespokojnym duchem – pewnego dnia odkrywa popularnego wśród zamożnych mieszkańców metropolii bloga z poradami, jak traktować służące i jak wymusić na nich posłuszeństwo. Dziewczyna postanawia walczyć o prawa swoje i innych kobiet. Zakłada konkurencyjnego bloga z detalami opisującego okrutne traktowanie pomocy domowej.
Jak potoczą się losy dwóch sióstr? Czy zbuntowane służące odkryją, kto w internecie je szkaluje?
Wyraziste bohaterki, znakomita fabuła, a przede wszystkim sugestywny obraz codzienności – to największe zalety powieści Fiony Mitchell. "Pokój służącej" nie tylko bawi i wzrusza, ale też otwiera oczy na wiele wciąż nierozwiązanych problemów naszego świata.  

"Łzy Mai" Martyna Raduchowska
4 lipca

Książka jest wznowieniem i tym razem może uda się wydać też jakiś ciąg dalszy (przynajmniej w grafice okładkowej widać pewien podstęp - ubranie bohaterki nie ma czegoś, co bracia Anglosasi zgrabni nazywają boob window). A na mojej liście znalazła się głównie w związku z życzliwym zainteresowaniem, jakie żywię do każdego przejawu twórczości autorek Hardej Hordy.

Wznowienie cyberpunkowej powieści Martyny Raduchowskiej będące wstępem do nowej powieści "Spektrum", która ukaże się w IV kwartale 2018 roku. Książka zdobyła nagrodę "Kwazar".
Czwarta dekada XXI wieku. Po trzech latach od najkrwawszej rebelii w historii New Horizon porucznik Jared Quinn wraca do służby w wydziale zabójstw. Czasy się jednak zmieniły, teraz nad bezpieczeństwem obywateli czuwa Riot Shield – cybernetyczny policjant, który zastępuje dochodzeniówkę niemal w każdym zadaniu.
Szybko się okaże, że inteligentna maszyna nie daje sobie rady z pochwyceniem tajemniczego i nieuchwytnego mordercy. Czas wrócić do starych i dobrze sprawdzonych metod… Ich uosobieniem będzie oczywiście Quinn, który borykając się z kryzysem tożsamości, niebezpiecznie zbliża się do obłędu.

"Zabójcze maszyny" Philip Reeve
5 lipca

Przyznam, że poza Shepardem jest to najbardziej interesująca mnie pozycja fantastyczna w zestawieniu. Podoba mi się pomysł na fabułę, podoba mi się zwiastun filmu, który na podstawie powieści nakręcono, nawet okładka jest całkiem ładna. Zobaczymy, czy się nie zawiodę.
 
Pierwszy tom czterotomowego cyklu Zabójcze maszyny, w którym Philip Reeve stworzył jeden z najwspanialszych fantastycznych światów, jakie kiedykolwiek wykreowano.
Sześćdziesiąt minut – tyle wystarczyło, żeby zniszczyć ludzką cywilizację. Tysiące lat później nastała nowa era ruchomych miast. Miasta drapieżcy na gigantycznych gąsienicach przemierzają wyludnioną Ziemię. Polują: atakują, walczą i pożerają się nawzajem.
Londyn dostrzegł zdobycz. Małe miasteczko nie ma szans. Londyn jest wielki, szybki i... głodny.
Podczas polowania Wielki Mistrz Cechu Historyków Londynu zostaje zaatakowany sztyletem przez tajemniczą dziewczynę. Życie ratuje mu młody czeladnik. W pogoni za napastniczką zostaje wyrzucony z pędzącego miasta. Na jałowych pustkowiach wielkiego Terenu Polowań ci dwoje, których wszystko dzieli, są zdani tylko na siebie. Wśród przemocy, brutalności i nieustannego niebezpieczeństwa Tom i Hester muszą walczyć o życie i przyszłość świata…

"Dzieci Szóstego Słońca" Ola Synowiec
11 lipca

To co opisuje autorka wygląda na warte poznania zjawisko, więc jestem skłonna zaryzykować. :)

Zrzucają dżinsy i garnitury, na głowy wkładają pióropusze, na kostki grzechotki. Lekarze, biznesmeni, wykładowcy uniwersyteccy gromadzą się w stolicy na placu Zócalo, by przez pięć godzin wykonywać taniec dla przedhiszpańskich bogów. Nie są Indianami, ale jak sami mówią, pragną odtwarzać wiarę azteckich przodków. Tymczasem Indianie na południu Meksyku w swoich rytuałach wykorzystują coca-colę, którą uważają za święty napój. Tradycyjni czarownicy z Catemaco też dostosowują się do realiów XXI wieku i mają swoje strony na Facebooku.
Ola Synowiec pokazuje, jak Meksyk stopniowo odchodzi od przywiezionego z Europy pięćset lat temu katolicyzmu. Pisze o ruchu New Age, psychodelicznych turystach oraz meksykańskiej stolicy grzybów halucynogennych. Opowiada o Meksyku mało znanym, a także o tym, jak uniwersalna jest ludzka potrzeba religijności.

"Skafander i melonik" antologia
14 lipca

Poprzedni zbiór opowiadań ŚKF wspominam bardzo miło, choć oczywiście nie był pozbawiony wad. Dlatego chętnie zapoznam się z kolejnym (zwłaszcza, że ma znacznie przyjemniejszą okładkę).

Lista autorów i opowiadań:
Krystyna Chodorowska – Jeden spalony rzut
Michał Cholewa – Pościg
Karolina Fedyk – Ślady w popiele
Anna Hrycyszyn – Detektyw Fiks i sprawa mechanicznego skafandra
Marta Magdalena Lasik – Zwierciadło w dziurce od klucza
Anna Łagan – Ekonomia to dolina niesamowitości
Marta Potocka – Flaun
Aleksandra Sokólska – La Estrella
Alicja Tempłowicz – Matki płaczą solą

"Plaga olbrzymów" Kevin Hearne
31 lipca

Nie znam co prawda sztandarowego cyklu autora o żelaznym druidzie (może kiedyś), ale tak sobie tutaj kładę ku pamięci zupełnie nową rzecz od niego.

Nie zabraknie tu zmiennokształtnych bardów, walczących ogniem olbrzymów i nastolatków rozmawiających ze zwierzętami.
W tym magicznym świecie pełnym koszmarów i cudów los niezwykle barwnych postaci przeplata się w głębokiej, wzruszającej opowieści o odwadze i wojnie, o zwykłych ludziach, którzy stają się bohaterami, o ich życiu, które przechodzi do legendy.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Stosik #105

Postanowiłam sobie w czerwcu ograniczyć zakupy i egzemplarze recenzenckie. I nawet mi się udało, bo skorzystałam tylko z małej empikowej promocji. Ale wszystkie ograniczenia odbiłam sobie w bibliotece.


No i właśnie sześć górnych pozycji na stosiku jest z biblioteki. "Jeźdźcy dinozaurów" to drugi tom dinozaurzej serii Victora Milana. Do pierwszego tomu miałam całą długa listę zastrzeżeń, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że chciałabym poznać rozwiązanie zagadki, jaka kryje się w konstrukcji tego świata, a wypożyczenie przecież nic nie kosztuje. A "Słodziutkiego", który dla odmiany jest literatura faktu, już nawet przeczytałam. Kiedyś będzie recenzja.

Postanowiłam też zanurzyć paluszek w literackim mainstreamie, bo od lat mnie tam nie było (nie licząc literatury faktu). Stąd dwie książki Zadie Smith, wybrane według klucza "internety o nich dobrze pisały" oraz "są w bibliotece". I stąd "Białe zęby" i "Swing time".

"Prawdodziejkę" zaś wzięłam z chęci przeczytania jakiejś głupiutkiej młodzieżowej powieści, bo już dawno nie zdarzyło mi się narzekać na nielogiczności fabuły i irytujące niedociągnięcia autora. Mam nadzieję, że się nie zawiodę. Przy okazji wzięłam tez drugi tom "Wojen Alchemicznych" Tregillisa czyli "Powstanie", bo akurat był, a przymierzam się do czytania pierwszego.

A na dole promocyjne zakupy. "Życie na miarę" miałam na oku już od jakiegoś czasu (tylko byłam zbyt leniwa, żeby zrobić zakupy w Dedalusie), a "Związek żydowskich policjantów" będzie jak znalazł do nebulowego wyzwania. Poza tym strasznie podoba mi się okładka.

piątek, 29 czerwca 2018

ROK Z NEBULĄ - podejście drugie na ósme urodziny bloga

W zeszłym roku postanowiłam zrezygnować z urodzinowych podsumowań czy konkursów. Zamiast tego chciałam spróbować wyzwania z nagrodą literacką. Co prawda nie udało mi się go ukończyć w zeszłym roku, ale pomysł ciągle mi się podoba. Jak to mówią, do trzech razy sztuka, więc z okazji ósmych urodzin postanowiłam zrobić podejście drugie.;)

Zanim jednak do rzeczy, krótkie podsumowanie poprzedniej próby. Z dwunastu wybranych pozycji udało mi się przeczytać tylko trzy: "Wśród obcych" Jo Walton, "Małego brata" Cory Doctorowa i "Piekło pocztowe" Pratchetta. Zaczęłam też "Wszystkich na Zanzibarze", ale poległam sromotnie (choć kiedyś w końcu ją zmęczę).
Teraz już możemy przejść do aktualności. ;)
 
Słowem wstępu
Najpierw może kilka słów wstępu, zanim przejdziemy do konkretnych wytycznych. Dlaczego Nebula? Bo to bardzo prestiżowa nagroda, to raz. Dwa, że przyznawana przez Komisję, a wiadomo, że wszystko, co przyznawane przez komisję, jest lepsze od tego, na co głosują fani. A poważnie, to po prostu wybrałam akurat tę nagrodę dlatego, że spośród wyróżnionych nią książek sporo wyszło po polsku, w porównaniu do innych nagród branżowych. Ale nie martwcie się, mam zamiar blogaska jeszcze kilka lat prowadzić i kolejne rocznice będę obchodzić z kolejnymi nagrodami, tak że jakby co, możecie zgłaszać kandydatów na przyszłość.;)
Cel i zasady
Z listy powieści nominowanych i nagrodzonych Nebulą (pełna lista tutaj) wybrałam 12, po jednej na każdy kolejny miesiąc. Wybierałam według prostych kryteriów. Po pierwsze - książka musiała być po polsku. Po drugie, musiała mnie interesować, a po trzecie, dostawała dodatkowe punkty, jeśli miałam ją w domu (z oczywistych względów odpadły ksiązki, które już czytałam). Oczywiście nie ma żadnego powodu, żebyście kierowali się przy wyborze takimi kryteriami, stwórzcie sobie własne.
Tym razem sporo tytułów zostawiłam sobie z zeszłego roku - hej, ja ciągle chcę je przeczytać, a wydawcy nie rozpieszczają i większość świeżo nominowanych/nagrodzonych powieści jeszcze u nas nie wyszła, więc pole manewru miałam rozczarowująco ograniczone.

Recenzje będą się pojawiały pod koniec każdego miesiąca - a przynajmniej taki jest plan.
 

Oto i pełna lista na ten rok:

"Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?" Philip K. Dick (nominacja 1969)
"Lewa ręka ciemności" Ursula K. Le Guin (nagroda 1970)
"Wiosna Helikonii" Brian W. Aldiss (nominacja 1983)
"Atlas chmur" David Mitchell (nominacja 2005)
"Związek żydowskich policjantów" Michael Chabon (nagroda 2008)
"Świat finansjery" Terry Pratchett (nominacja 2009)
"Nakręcana dziewczyna" Paolo Bacigalupi (nagroda 2010)
"Ambasadoria" China Mieville (nominacja 2012)
"Cudzoziemiec w Olondrii" Sofia Samatar (nominacja 2014)
"Ocean na końcu drogi" Neil Gaiman (nominacja 2014)
"Piąta pora roku" N. K. Jemisin (nominacja 2016)
"Wrota obelisków" N. K. Jemisin (nominacja 2017)
  
Tradycyjnie zapraszam do przyłączenia się. ALbo chociaż udzielania mi wsparcia moralnego ;)

wtorek, 26 czerwca 2018

"Misterium życia zwierząt" Karsten Brensing

Przyznam szczerze, że Amber nie jest moim wydawnictwem pierwszego wyboru. Ani nawet drugiego. Ma za uszami całkiem sporo – od paskudnych okładek, przez braki redaktorsko-korekcyjno-translatorskie aż po niekończenie rozgrzebanych cykli. Tym razem jednak postanowili wziąć się za coś, co nieczęsto pojawia się w ich ofercie, mianowicie książkę popularnonaukową. Podchodziłam do tego tytułu trochę jak pies do jeża, ale ciekawość w końcu zwyciężyła. I powiem wam, że bardzo przyjemnie się zaskoczyłam.

Skąd brała się moja nieufność? Po pierwsze tytuł, tak bardzo generyczny w ramach gatunku, że aż zęby bolą – wiadomo, że wszystko, co związane z przyrodą musi być mistyczne, tajemnicze, duchowe, natchnione i co tylko (tutaj dodam na usprawiedliwienie, że polski wydawca po prostu przetłumaczył tytuł oryginalny, o co w sumie nie mam do niego pretensji, ale widzicie, jak to wygląda). Po drugie okładka. Jeśli ktoś śledził tak jak ja cały ten boom na ekoliteraturę to mógł zauważyć, że niejakim wyznacznikiem gatunku są okładki z rysowaną ilustracją w kolorach ziemi. Tutaj mamy tylko fotkę (znowu – nawiązującą do oryginalnej okładki), ale w sepii, żeby jakoś wpasować się w odpowiednią kolorystykę jak najmniejszym wysiłkiem... A liternictwo tylko pogarsza sytuację.

Niemniej, temat wydawał mi się na tyle intrygujący, że postanowiłam nie oceniać książki po okładce i sięgnąć głębiej. I choć grafika nie zachęcała, to okazało się, że wydane jest toto całkiem solidnie – na twardo i może nie szyte, ale sklejone konkretnie. Poza tym w procesie redakcyjnym postarano się o konsultację naukową! Rzecz, która powinna być oczywista przy tego typu pozycjach, ale wcale nie jest (i to niestety bardzo widać). W dodatku sam autor może się pochwalić konkretnymi dokonaniami naukowymi, więc raczej umie interpretować źródła i wiedzy mu nie brakuje.

Pokrzepiona tymi rozważaniami wzięłam się za lekturę i poczułam się bardzo usatysfakcjonowana. Karsten Brensing podzielił swoją dość obszerną książkę na tematyczne rozdziały, trochę podobnie jak zrobił to Wohlleben (i cynicznie zaczął od rozdziału o seksie, ale jest to chyba najsłabszy rozdział – przynajmniej mnie niczym nie zaskoczył), przy czym jednak analizuje opisywane zjawiska znacznie głębiej. W przeciwieństwie do Wohllebena nie podpiera własnych twierdzeń jednym czy dwoma artykułami naukowymi, tylko stara się przybliżyć laickiemu było nie było czytelnikowi obecny stan wiedzy i trendów naukowych, bazując na rzeszy artykułów i eksperymentów, podaje też linki do ilustrujących pewne zjawiska filmików na YT (w ramach dygresji dodam jeszcze, ze bibliografia do ”Duchowego życia zwierząt” Wohllebena zajmuje 5 stron. Do „Misterium życia zwierząt” Brensinga – 30 stron).

Przy czym Brensing nie jest wobec naukowych osiągnięć bezkrytyczny – w książce zamieszcza nawet cały rozdział poświęcony błędom nauki na polu etologii. Nie boi się też mówić, że wiele negatywnych wyników w testach różnych aspektów samoświadomości i umiejętności poznawczych jest skutkiem niedopasowania do zwierzęcia, a nie braku testowanych cech. Jak choćby test lustra, którego zaliczenia przez lata odmawiano waleniom, zupełnie ignorując fakt, że istocie pozbawionej rąk czy łap raczej nie uda się zetrzeć czerwonej kropki z czoła.

„Misterium życia zwierząt”
jest typowo popularnonaukową pozycją, a więc autor dokłada wszelkich starań, aby czytelnik wszystko zrozumiał. Stąd też wiele miejsca poświęca na wyjaśnianie krok po kroku pewnych zagadnień neurologicznych czy terminów z zakresu psychologii oraz zastrzeganiu, że znaczenie naukowe danego terminu niekoniecznie pokrywa się z tym potocznym. Robi to językiem przystępnym, często używając analogii i ułatwiających zrozumienie porównań (które mnie czasem wydawały się nazbyt łopatologiczne, ale nie do końca jestem targetem) więc myślę, że odpowiednim nawet dla trochę młodszych czytelników.

Przyznam, że to chyba jedna z lepszych pozycji popularnonaukowych, jakie miałam okazję przeczytać w ciągu ostatnich kilku lat. Na pewno zajmie poczesne miejsce na moim regale, jako trzecia ulubiona książka z tego gatunku i tematyki. Jeśli chcecie kupić (komuś lub sobie) książkę o zachowaniach i emocjonalności zwierząt, o tym, jak działają ich umysły, to olejcie Wohllebena. Brensing zrobił to lepiej, solidniej i dogłębniej. Kupujcie, póki jest.
 
Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Amber.
 
Tytuł: Misterium życia zwierząt
Autor: Karsten Brensing
Tłumacz: Ewa Walewska-Wilk, Rafał Sarna
Tytuł oryginalny: Das Mysterium der Tiere
Wydawnictwo: Amber
Rok: 2018
Stron: 416

wtorek, 12 czerwca 2018

"Liga smoków" Naomi Novik



Zdaję sobie sprawę, że notka o ostatnim (czyli dziewiątym) tomie średnio popularnego fantastycznego cyklu nie wzbudzi raczej niczyjego zainteresowania (może poza kilkoma fanatykami takimi jak ja), ale ponieważ to zwieńczenie mojej absolutnie ulubionej opowieści o smokach, nie mogę jej nie napisać. Tak więc słów kilka o „Lidze smoków” Naomi Novik. Wybaczcie, będą drobne spoilery.

Ostatnio zostawiliśmy naszych bohaterów w Rosji, gdzie byli świadkami załamania się ofensywy Napoleona. Teraz wracamy do nich, kiedy gonią uciekające w kierunku Berezyny resztki Wielkiej Armii. Tym razem Napoleonowi udaje się uciec, ale wszyscy wiedzą, że jak tylko wróci do Paryża zacznie zbierać nową armię. Lawrence, wraz z towarzyszącym mu angielskim dyplomatą, dokładają więc wszelkich starać, żeby zawiązywać sojusze – trzeba wyprowadzić uderzenie wyprzedzające...

Tym razem Naomi Novik również ciska naszymi ulubieńcami z miejsca na miejsce, ale ogranicza się do Europy. Mamy satysfakcjonująca ilość scen batalistycznych, ale mnie osobiście najwięcej radochy sprawiały porównywania między początkiem a końcem.

Widzicie, w tym tomie możemy w pełnej krasie podziwiać, jak reformy Napoleona i Lien zmieniły życie francuskich smoków na lepsze. Wcześniej oczywiście widzieliśmy migawki i zapowiedzi, ale dopiero teraz autorka pokazała, jak to wygląda i jak świetnie chińskie standardy (czyli traktowanie smoków, było nie było istot inteligentnych, jak pełnoprawnych członków społeczeństwa a nie jak troszkę większą i droższą wersję konia kawaleryjskiego) sprawdzają się na bardziej konserwatywnym i zacofanym w tym względzie europejskim gruncie.

W Anglii też zachodzą pewne zmiany społeczne, ale niestety nie docierają do skostniałego parlamentu. Większość smoków ciągle zadowala się zarabianiem na usługach kuriersko-przewozowych, ale do niektórych dociera, że teraz jest ostatnia szansa, aby coś dla siebie wywalczyć. Jeszcze ciągle coś znaczą – póki trwa wojna, rząd będzie skory do ustępstw, licząc na pozyskanie wsparcia niewojskowej części populacji. Osobliwie poruszająca w tym kontekście wydała mi się scena rozmowy Temeraire'a z Perscitią (jedyną chyba brytyjską smoczycą aktywnie udzielającą się politycznie), w której smoczyca mówi naszemu bohaterowi, że zostało już niewiele czasu – ludzie niedługo wynajdą taką broń, która odeśle smoki do lamusa. Do Temeraire'a dociera wtedy, co ludzie są zdolni zrobić ze smokami, jeśli uznają je za niepotrzebne – napatrzył się na to w Rosji. To taka scena przebudzenia się świadomości, że nie można poprzestać na budowaniu pozycji społecznej jakiejś grupy na tylko jednym filarze, że stabilizacja jakiejkolwiek mniejszości musi mieć solidniejsze podstawy, bo inaczej nie jest prawdziwą stabilizacją i kiedyś mogą nadejść dni płonących pułapek, jeśli odpowiednio wcześniej nie zabezpieczymy swoich praw...

W zasadzie jedynym rozczarowaniem (w pewnym sensie) była tytułowa Liga Smoków. Wiecie, spodziewałam się mocnego uderzenia fabularnego, czegoś, co wyrwie mnie z butów. Tymczasem... cóż, zamiast rewolucji dostałam początek ewolucji. Co jest zdecydowanie bardziej prawdopodobne i tym bardziej irytujące, ze nie będzie nam dane podziwiać przebiegu tego procesu. To mogłoby być nawet ciekawsze niż powietrzne bitwy.

„Temeraire” to jeden z niewielu cykli, któremu dane było spokojnie dotrzeć do swojego naturalnego końca. Nawet jeśli autorka zechce kiedyś wrócić do tego uniwersum i opowiedzieć inne historie, to rozdział wojen napoleońskich i pewnego Cesarskiego smoka jest już zamknięty. To smutne, że nie spotkam się już z Temeraire'm. Ale ciągle mam jakąś tam nadzieję, że kiedyś wrócę do jego świata (choć raczej nie w najbardziej interesujący mnie okres; chciałabym coś bardziej współczesnego, tymczasem aktorka kiedyś przebąkiwała coś o starożytnym Rzymie).

Tytuł: Liga smoków
Autor: Naomi Novik
Tytuł oryginalny: League of Dragons
Tłumacz: Jan Pyka
Cykl: Temeraire
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2018
Stron: 494
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...