Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Neil Gaiman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Neil Gaiman. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 sierpnia 2018

[Rok z Nebulą] "Ocean na końcu drogi" Neil Gaiman


Jak już wiele razy mówiłam (ale notka o Gaimanie bez tej informacji byłaby niekompletna, więc powtórzę jeszcze raz) należę do tych nielicznych osób, które uważają, że „Amerykańscy bogowie” to powieść mocno przereklamowana. W ogóle Gaimana mam za pisarza, który bez narzuconych ram objętościowych zaczyna się rozmieniać na drobne i gubić wątek. Toteż najbardziej podobają mi się jego dłuższe opowiadania i powieści dla młodszych czytelników. Zwłaszcza do tych ostatnich baśniowa maniera pisarska autora pasuje jak ulał.

Pewien mężczyzna w średnim wieku postanowił przejechać się nieco, dla uspokojenia emocji (wszak dzień pogrzebu kogoś bliskiego aż się od nich roi). Zupełnym przypadkiem (a może nie?) zawędrował w okolice, w których się wychował. Przypomniał sobie, że na końcu drogi przechodzącej obok jego starego domu była farma, na której bywał jako dziecko, więc postanowił sprawdzić, czy dalej tam jest. Była. Nawet nie zmieniła właścicieli. Stary kaczy stawek, który zapamiętał, też ciągle był na swoim miejscu, choć minęło już kilkadziesiąt lat. Z tym miejscem wiąże się wiele wspomnień. Głównie takich, które dotąd ginęły w mrokach niepamięci. Zresztą, i tak nikt by nie uwierzył.

„Ocean na końcu” drogi to gaimanowska współczesna baśń w najlepszym wydaniu. Autor zbudował klimat powieści na zasadzie kontrastu (trochę wykorzystując chwyty fabularne wypróbowane wcześniej w „Koralinie”) - z jednej strony mamy zwyczajne życie siedmioletniego chłopca, mola książkowego, któremu trudno odnaleźć się w społeczności i który praktycznie nie ma przyjaciół. Dodatkowo kłopoty finansowe rodziców sprawiają, że traci swój pokój na piętrze, wynajmowany coraz dziwniejszym z perspektywy dziecka lokatorom. Z drugiej – staroświecka farma na końcu drogi, zamieszkana przez babcię, matkę i jedenastoletnią dziewczynkę, na tyle niezwykłą, że nasuwa się pytanie „Jak długo masz jedenaście lat?”. Wyprawa w miejsca niby podobne, ale wyraźnie obce i nie z tego świata. I potwór, którego trzeba pokonać, bo cóż to za baśń bez potwora?

Kreacja potwora jest bardzo zbliżona do tej z „Koraliny”. Subtelna różnica jest jednak taka, że tym razem to zagrożenie przenika z innego świata do zwyczajnego życia bohatera, grożąc pożarciem nie tylko jego i znajomego kawałka rzeczywistości, ale wręcz całego świata. I już tradycyjnie jest to zagrożenie, którego dorośli nie dostrzegają – dają mu się bezmyślnie omotać. Potwór jest najmocniejszym punktem całej powieści – Gaimanowi udało się go tak stworzyć, że potrafi przestraszyć nawet czytelników, którzy już od bardzo dawna nie są dziećmi.

Ciekawe jest też to, jak autor odwrócił klasyczny schemat baśni. I tak chłopiec, po którym spodziewalibyśmy się, że będzie siłą sprawczą zdolną bronić słabszych i rozwiązywać problemy okazuje się ofiarą wymagającą ratunku, całkowicie bezbronna wobec zagrożeń, których nie zna i nie rozumie (a jednocześnie, co charakterystyczne dla dzieci, przyjmuje za pewnik i nie dziwi się niczemu, nie stara się negować i uracjonalniać tego, co widzi. Przyjmuje rzeczy takimi, jakimi są, choćby były najbardziej fantastyczne). Ratunek oferuje dziewczynka, po której spodziewalibyśmy się raczej odtwarzania kliszy zagrożonej dziewicy (choć po prawdzie autor już na samym początku dobitnie pokazuje, że jeśli ktoś w tej opowieści będzie rycerzem, to Lottie właśnie). Jest nawet motyw ceny, która trzeba zapłacić, aby wszystko wróciło do bezpiecznej normy.

Nie dziwi mnie, że „Ocean...” dostał nominację do Nebuli. W pełni sobie na to zasłużył. Mało kto potrafi dzisiaj pisać baśnie, zwłaszcza tak dobrze i bezpretensjonalnie, przetwarzając do tego znane mitologie w iście burtonowski sposób (choć nie jestem pewna, czy akurat na tego reżysera bym postawiła przy ekranizacji). I chyba Gaimana w takiej odsłonie najbardziej lubię – kiedy forma narzuca mu dyscyplinę, potrafi pokazać pazur.
 
Tytuł: Ocean na końcu drogi
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginalny: The Ocean at the End of the Lane
Tłumacz: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2013
Stron: 216

niedziela, 18 grudnia 2016

"Gwiezdny pył" Neil Gaiman

Na żywo jest znacznie ładniejszy.:)
Nigdy nie ukrywałam, że młodzieżowo-dziecięcy Gaiman znacznie bardziej mi się podoba niż ten „dorosły” (doprawdy, powszechne zachwyty nad „Amerykańskimi bogami” chyba na wieki pozostaną dla mnie niezrozumiałe). Przyczyną może być fakt, że tworząc prozę dla młodszego czytelnika autor winien się nieco ograniczyć. Galeria postaci raczej nie powinna iść w dziesiątki, wątki należy ograniczyć i skupić się raczej na głównym przekazie. Przy czym Gaiman lubi swoje powieści dziecięce opierać na dziełach klasycznych. „Księga cmentarna” jest wariacją na temat „Księgi dżungli”, „Koralinę” obstawiam jako nawiązanie do horrorów (acz nie wnikałam, mogę się mylić). „Gwiezdny pył” jest za to baśnią, klasyczną, XIX-wieczną, angielską baśnią.

Tristan Thorn był młodym chłopakiem, który zakochał się w dziewczynie. Niestety, dziewczyna zażądała na potwierdzenie uczuć gwiazdki z nieba, takiej konkretnej, co właśnie spadła. Zwykły chłopak pojąłby aluzję i dał sobie spokój. Ale Tristan nie był zwykły – postanowił więc ruszyć na drugą stronę muru do krainy czarów (a raczej Krainy Czarów), gdzie tę konkretną gwiazdę spodziewał się znaleźć. Bo mieszkał w pobliżu właśnie takiego muru granicznego. Ale to wcale nie początek tej historii, bo zaczęła się osiemnaście lat wcześniej. A może sześćdziesiąt?...

„Gwiezdny pył” zawiera wszystkie elementy charakterystyczne dla baśni. Mamy prawdziwą miłość, mamy złe (albo tylko wredne) czarownice, mamy walkę o władzę (w jakże klasycznym wydaniu „odnajdźcie zagubiony – lub specjalnie ukryty – klejnot koronny”). Mamy też wyprawę za przysłowiową siódmą górę i siódmą rzekę (i z pewnością byłaby dosłownie taka, gdyby Anglicy właśnie takim idiomem się posługiwali. Ale posługują się innym, więc i dystans inaczej opisano), w której roztropny bohater o dobrym sercu, dzięki dobrym uczynkom i życzliwemu wsparciu otaczającego świata (wiadomo przecież, że kiedy jesteś dobry i miły, to cały wszechświat stara się spełniać twoje pragnienia) ma szanse osiągnąć sukces. Zaprawę, brakuje tylko księżniczki do ocalenia.

Może poprzedni akapit wydaje się nieco złośliwy, ale tak naprawdę bardzo podobała mi się akurat taka konwencja powieści. Dobrze opowiedziana baśń w końcu pozostaje ponadczasowa i nie ma się co obruszać na klasyczne rekwizytorium. A ta z pewnością jest dobrze napisana. Autor trzyma się mocno głównego wątku i mimo że wprowadza wiele zagadnień, które możnaby rozwinąć, rezygnuje z tego (ale zrezygnowanie ze wspominania o tych sprawach znacząco spłaszczyłoby opowieść główną). Bo to nie byłaby już opowieść o gwieździe i chłopcu, który obiecał ją przynieść ukochanej. Współczesny czytelnik jest raczej przyzwyczajone, że każdy wątek musi być rozwinięty, jeśli nie w tym opasłym tomie, to w kolejnym z kilkunastu tomów cyklu i może go irytować takie ograniczenie. Dla mnie było fajną odskocznią – wiecie, nie mam nic przeciwko kilkunastu opasłym tomom, ale czasem bardzo przyjemnie czyta się historie wyraźnie obliczone na samotne dwieście stron.

Gaimana oczywiście polecam (prawie zawsze polecam), zwłaszcza miłośnikom baśni. Od czasów „Ostatniego jednorożca” (który aż takiego wrażenie na mnie nie wywarł przecież) nie czytałam lepszej, współczesnej baśni.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Gwiezdny pył
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginalny: Stardust
Tłumacz: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 496 

piątek, 4 grudnia 2015

"Rzeczy ulotne. Cuda i zmyślenia" Neil Gaiman

Dochodzę do wniosku, że opowiadania Gaimana nie są dla mnie. Wróć, inaczej: krótkie teksty Gaimana nie są dla mnie. Pełnowymiarowe opowiadania czytam z ogromną przyjemnością, ale wszelkie szorty, wiersze i inne wynalazki to już inna para kaloszy. Problem w tym, że szorty, wiersze i inne wynalazki stanowią ogromna większość tekstów, jakie możemy znaleźć w zbiorach opowiadań tego autora (i dlatego zastanawiam się czy ta nazwa ta tych książek jest zasadna). Niemniej, próbuję. Tym razem próbowałam z „Rzeczami ulotnymi”.

O niektórych utworach z tego zbiorku pisałam już wcześniej, bo były publikowane gdzie indziej. I tak „Październik w fotelu”, „Instrukcję”, „Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach” i „Ptaka słońca” omawiałam przy okazji recenzowania „M jak magia”. Za to „Fakty w sprawie zniknięcia panny Finch”, „Jak myślisz, jakie to uczucie”, „Piętnaście malowanych kart z wampirzego tarota” i „Gdy nastał koniec” - przy okazji „Dymu i luster”. Swoją drogą, mamy tu dziewięć utworów publikowanych w innych zbiorach. Prawie jedna trzecia. Słabo.

Przejdźmy jednak do samych tekstów i zacznijmy od najlepszego. Niewątpliwie jest nim „Studium w szmaragdzie” – jedyny utwór w tej książce, który naprawdę mnie zachwycił. Mamy tu bowiem bardzo mocne, a jednocześnie niezwykle zgrabne nawiązania do dwóch ikon popkultury – Sherlocka Holmesa i Wielkich Przedwiecznych. A na dodatek przewrotne i mocne zakończenie, czyli to, bez czego dobre opowiadanie nie może się obejść. Cud miód i orzeszki.

Dobrym opowiadaniem jest też „Władca górskiej doliny”, odnoszący się do wydarzeń po zakończeniu „Amerykańskich bogów”. Nie jestem fanką akurat tej powieści, ale Cienia polubiłam, a tutaj właśnie on jest głównym bohaterem. Autor bardzo zgrabnie rozgrywa tu motyw potwora i walczącego z nim bohatera, dodając liczne niuansiki, a przy tym opowiada ciekawą historię. Oby więcej takich tekstów.

Niestety, jest to jedyny tekst na tak wysokim poziomie. Za nim plasuje się kilka tekstów całkiem dobrych. „Zabłąkane oblubienice złowieszczych oprawców w bezimiennym domu nocy potwornego pożądania” może jakoś nie podbiły mojego serca treścią, ale za to są oparte na świetnym, zaskakującym pomyśle (a że ich treść dałoby się streścić jednym zdaniem złożonym – i to nieskomplikowanym – to o niej nie napiszę). Całkiem fajny jest też „Goliat”, opowiadanie mocno inspirowane „Matrixem”. Tę inspirację widać i dla niektórych wielbicieli filmu może ona sprawiać, że tekst będzie nudny (acz do samych wydarzeń w scenariuszu nie nawiązuje), ale czyta się go całkiem przyjemnie.

Myślę, że to dobry moment (a przynajmniej tak dobry, jak każdy inny), żeby rozprawić się z wierszami. Na uwagę zasługują dwa. „Dzień, w którym przybyły spodki” to zgrabne, choć może niezbyt odkrywcze połączenie apokalipsy i wiersza miłosnego. „Wymyślanie Aladyna” to z jednej strony retelling historii Secherezady (a przynajmniej kawałka jej historii), a z drugiej próba ubrania w literaturę procesu powstawania opowieści. Pozostałe wiersze (a jest ich pięć) kompletnie nie mają ikry, z czego „Zmiana w wodwo” jest zdecydowanie najsłabsza.

Z „Problemem Zuzanny” sama mam pewien problem. Rozumiem nawiązanie do Narnii i w ogóle, tylko chyba nie pojmuję symboliki. Myślę, że sen o pożeraniu dzieci przez lwa miał symbolizować to, że ten je wykorzystał, ale do analizy tego, co nastąpiło później, trzeba by chyba zatrudnić Freuda.

Na pozytywna wzmiankę zasługuje jeszcze krótkie „To inni”, czyli opowieść o tym, jak może wyglądać osobiste piekło dla każdego z nas. O reszcie powiem wprost – nie podobały mi się. „Kamyki z alei wspomnień” to mdły zapis dziecięcego lęku, podobnie „Pora zamykania”. „Smak goryczy” zapowiadał się ciekawie, ale zakończenie rozczarowuje. „Pamiątki i skarby” odnoszą się do postaci znanych z powieści Gaimana, ale tematyka ogólnie mi się nie spodobała. „Arlekin i walentynki” zapewne ma jakiś potencjał i przyznam, że sam pomysł jest ciekawy, ale kompletnie do mnie nie trafia. „Dziwne dziewczynki” to strzępy opowieści, pasujące do siebie mniej niż łaty w patchworku. „Karmiący i karmieni” to horror w klimatach miejskiej legendy, ale ja nie przepadam za horrorami. „Krup chorobotwórców” to nieudany eksperyment literacki. „Kartki z pamiętnika znalezionego w pudełku po butach w autobusie rejsowym gdzieś między Tulusą w stanie Oklahoma i Louisville w Kentucky” to zbiór tak lubianych prze Gaimana fragmentów wyrwanych z kontekstu.

I tak o. Zrobię sobie jeszcze jedno podejście do zbiorów Gaimana, a później dam sobie spokój (przynajmniej do czasu wydania następnego zbioru – to chyba jakieś uzależnienie). Albo zacznę wybierać te, gdzie średnia długość tekstu przekracza dwadzieścia pięć stron.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag

Tytuł: Rzeczy ulotne
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginalny: Fragile Things. Short Fictions and Wonders
Tłumacz: Paulina Braiter
Wydawnictwo: MAG
Rok: 2015
Stron: 344

wtorek, 11 sierpnia 2015

"Dym i lustra" Neil Gaiman

Mój czytelniczy związek z Neilem Gaimanem należy do tych bardziej burzliwych. Część jego pozycji mnie nieodmiennie zachwyca, ale inne głęboko rozczarowują. Reakcji pośrednich nie stwierdzono. Sytuacja komplikuje się dodatkowo, kiedy chodzi o zbiór opowiadań. Wiadomo, że w takich zbiorach teksty na ogół prezentują różny poziom, a przy mnogości form, stylów i tematów, jakimi lubi operować Gaiman, dochodzi jeszcze kwestia gustu – nie wszystko każdemu musi odpowiadać. Niemniej, muszę przyznać, ze zbiór „Dym i lustra” jako całość mnie rozczarował.

Gaiman pisze zazwyczaj krótkie opowiadania, a że w zbiorze mamy i szorty, i drabble, i wiersze, to wszystkich tekstów jest aż trzydzieści pięć. Niektóre („Rycerskość”, „Cena”, „Trollowy most” i „Nie pytaj diabła”) poznałam już wcześniej, w „M jak magii”, więc nie będę o nich pisać – ciekawych odsyłam do istniejącej recenzji. Ciekawy jest „Wstęp”, w którym autor zapoznaje czytelników z okolicznościami powstania poszczególnych utworów. W przypadku niektórych z nich to najciekawsza część.

Zacznę może od wierszy, bo jest to najbardziej mi obca forma literacka (zwłaszcza w przekładzie. Nie chcę niczego ujmować pani Braiter, ale niestety, poezji zwykle nie da się przełożyć tak, żeby zachować i cały urok, i całe znaczenie. W przypadku tego zbioru w przekładzie wyparowało, mam wrażenie, bardzo dużo uroku). Zbiór otwiera (nawet przed wstępem) utwór „Wróżąc z wnętrzności” i jest w nim jakaś iskra, dreszcz emocji, ale nieszczególnie do mnie trafia. To samo mogę powiedzieć o „Pożartym (scenach z filmu)” – jest to dłuższy utwór (ballada? Bo na poemat chyba jednak za krótki) stylizowany na scenariusz horroru. „Biała droga” to jeden z niewielu wierszy w tym zbiorze, który jakoś tam do mnie przemawia. Został oparty na pożenionych przez Gaimana motywach znanej (nie mi, żeby nie było) angielskiej baśni i japońskiej mitologii. Mnie osobiście opowieść przypomina mickiewiczowską balladę („Lilie” konkretnie, jeśli ktoś ciekawy) i może stąd sympatia. „Królowa noży” zaś to ballada o zniknięciu pewnej staruszki, która kompletnie mnie nie kupiła.

To dopiero początek poezji gaimanowskiej, bo dalej mamy jeszcze „Wirusa” - krótki utwór o graniu w gry, który nie do końca mnie przekonał, choć coś w nim musi być. „Bay Wolf” to wiersz z wykorzystaniem postaci, która pojawiła się we wcześniejszym opowiadaniu. Ta opowieść o walce wilkołaka z morskim potworem ma sporo literackiego wdzięku, ale kompletnie do mnie nie przemawia. „Zimne barwy” to wizja technomagicznego świata przyznam szczerze, że dużo chętniej oglądałabym ją w formie opowiadania niż wiersza. „Zimne morze” to opowieść zakochanego w morzu żeglarza, a „Pustynny wiatr” – zakochanego pustyni nomada. Jest jeszcze „Wampirza sestyna”, również podobna do romantycznych ballad. Mimo że temat wiersza jakoś do mnie nie trafia, to wykonanie ciekawe.

Szczerze mówiąc, większość opowiadań ze zbioru kompletnie mnie nie przekonała. Widzicie, u Gaimana lubię magię (zarówno słów, jak i pokazywanych scen), tymczasem tutaj mamy epatowanie naturalizmem i sporo seksu, który gdzieś w połowie tomu zaczyna nudzić i drażnić. Do tego sporo historii co prawda ma pointę, ale nie ma rozwiązania, czego nie wiem, jak wy, ale ja nie lubię. Taka „Uczta” na przykład jest już chyba bardziej pornograficzna niż erotyczna i w sumie gdyby nie była którymś z kolei utworem z naturalistycznym seksem, to wzruszyłabym ramionami i napisała coś o sprawnie napisanych „momentach”. A tak napiszę, że czytałam z irytacją i znużeniem. Dla odmiany „Jedno życie urządzone w stylu wczesnego Moorcocka”, „Mysz”, „Jak myślisz, jakie to uczucie” i „Kufelek starego Shoggotha” to teksty kompletnie bezpłciowe (temu ostatniemu nawet nawiązanie do Lovecrafta nie pomogła). Jeśli nawet stał za nimi jakiś głęboki zamysł, to nie mogę go odnaleźć. „Zamiatacz snów” i „Poczucie obcości” stoją o oczko wyżej, bo przynajmniej mniej więcej wiadomo, co autor chciał przekazać czytelnikowi, nie można też powiedzieć, że nie miał na nie pomysłu. Tyle, że ten pomysł do mnie nie trafia (choć idei gościa sprzątającego resztki snów i, hm, niespodziewanych skutków onanizmu nie sposób odmówić oryginalności).

Są też teksty przeciętne – żebyście nie myśleli, że tylko narzekam. „Złote rybki i inne historie” to całkiem sympatyczna opowieść o Hollywood i tym, jak się przepisuje książkę na scenariusz. „Fakty w sprawie zniknięcia panny Finch” mają fenomenalny pomysł, ale wykonanie trochę przegadane. Urok stworzonego przez autora nocnego, podziemnego cyrku mnie nie oczarował, acz rozumiem, że bez niego pomysł nie miałby sensu. Oraz chyba jestem kompletnie niewrażliwa na nawiązania literackie, bo wplątanie Lovecrafta w „To tylko jeszcze jeden koniec świata, nic więcej” nie zrobiło na mnie wrażenia, w przeciwieństwie do głównego bohatera tekstu, wilkołaka zajmującego się zapobieganiem podobnym zdarzeniom (pojawia się jeszcze w „Bay Wolfie”). To samo z nawiązaniem do Adriana Mole’a, czyli „O tym, jak pojechaliśmy obejrzeć koniec świata, autorstwa Dawnie Morningside, lat 11 i ¼”. O ile relacje bohaterów bardzo mi się podobały, to sam pomysł na fabułę tak średnio. Dodatkowo mam jeszcze problem z narracją – autor starał się ją stylizować na relację jedenastolatki, nie prowadzoną na żywo, tylko spisana po jakimś czasie. I choć styl dziecięcej pisaniny odwzorował trafnie, to ja takiego stylu bardzo nie lubię.

„Córka sów” to z kolei szort stylizowany na historię przepisaną z siedemnastowiecznej księgi, co samo w sobie jest ciekawą stylizacją, ale treść kojarzy mi się z popularnymi creepypastami. „Szukając dziewczyny” to opowiadanie, które mogłoby być obyczajowe (zastanawiałam się, czy przechodzi test Brzytwą Lema, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że tak). Z tym, że historii łagodnej obsesji bohatera na punkcie wiecznie dziewiętnastoletniej dziewczyny z rozkładówki brak ikry. Podobnie, jak „Załatwimy ich panu hurtowo”, ale tu sytuację ratuje pewna przewrotność tekstu i próba pokazania, jakie potwory potrafi robić z ludzi słowo „promocja”. Podobnie jest z „Dziecizną” – ona akurat nadawałaby się do akcji promocyjnej organizowanej przez PETA. „Gdy nastał koniec” oceniam jako zgrabne nawiązanie do Księgi Rodzaju, ale o tym króciutkim tekście trudno powiedzieć cokolwiek więcej.

Nie jest jednak tak, że w „Dymie i lustrach" znajdziemy tylko teksty słabe i takie sobie. Najlepsze zostawiłam na koniec. „Mikołaj był…” to drabble (tekst poniżej 100 słów), więc trudno cokolwiek o nim napisać, nie zdradzając zbyt wiele. „Zmiany” to coś, czego nigdy bym z Gaimanem nie skojarzyła, gdyby nie było podpisane. Jest to bowiem czystej wody science fiction. Autor w skondensowanej formie przedstawił długofalowe skutki społeczne wprowadzenia łatwej w użyciu pigułki zmieniającej płeć (i przy okazji leczącej raka) i zrobił to świetnie. Aż chciałoby się to rozwinąć w powieść. „Piętnaście malowanych kart z wampirzego tarota” to zbiór piętnastu króciutkich tekstów o wampirach, eksplorujących znane motywy, ale mocnych. „Morderstwa i tajemnice” to według mnie zdecydowanie najlepszy tekst zbioru (zaraz po „Cenie”, ale „Cena” to moje ulubione opowiadanie Gaimana ever) i chyba najdłuższy. Mogłabym go zaliczyć do fantasy anielskiej, gdybym w ogóle odróżniała taki podgatunek. Świetna historia o planowaniu i konsekwencjach. „Szkło, śnieg i jabłka” to odważny retelling baśni o królewnie Śnieżce. Gaiman postanowił opowiedzieć prawdziwą historię złej macochy, która oczywiście znacznie różni się od tej nam znanej. Wiadomo przecież, że historie piszą zwycięzcy.

Ufff, tyle tekstów, a tak niewiele dobrych. Ale nic o, nie tracę wiary w Gaimana i kolejne zbiory też przeczytam. Może tam będzie więcej satysfakcjonującej treści.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag

Tytuł: Dym i lustra
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginalny: Smoke and Mirrors: Short fictions and illusions
Tłumacz: Paulina Braiter
Wydawnictwo: MAG
Rok: 2015
Stron: 372

środa, 10 października 2012

Opowiem ci ciekawą historię. A nawet kilka - "M jak maga" Neil Gaiman


Recenzja sponsorowana przez Arię, która pożyczyła mi książeczkę. Dzięki!:)

Neil Gaiman jest autorem niewątpliwie płodnym, chociaż tylko część jego twórczości stanowią książki. Jest też jednym z niewielu autorów, który z równą lekkością piszą dla dzieci i dla dorosłych. Tym razem mamy do czynienia ze zbiorem opowiadań dla młodszych czytelników, jednak teksty zawarte w „M jak magia” jakością bija na głowę wiele opowiadań dla dorosłych. I czasem dostarczają nieporównywalnie większej rozrywki.

Zbiorek rozpoczyna się wstępem, w którym autor wyjaśnia, dlaczego opowiadania są fajne i dlaczego tak bardzo lubił je, kiedy sam był dzieckiem (muszę przyznać, że nie podzielałam jego sympatii). Tekst jest na tyle ciekawy, że zaczęłam po cichu marzyć o jakimś zbiorku felietonów czy esejów Gaimana. Ale to tylko wstęp, przejdźmy więc do opowiadań, zwłaszcza, że autor napisał też, czego się można po „M jak magii” spodziewać.

„Sprawa dwudziestu czterech kosów” to opowieść detektywistyczna rozgrywająca się w mrocznych zaułkach Bajkowa. Śledztwo prowadzi Tom Paluch, a jego przedmiotem są niewyjaśnione okoliczności śmierci Humpty Dumpty’ego. Sposób, w jaki Gaiman wykorzystał zarówno te, jak i inne bajkowe postacie bardzo przywodzi na myśl filmy o Shrecku, ze szczególnym uwzględnieniem „Kota w Butach”. Przestępczy światek Bajkowa to nie przelewki, za to świetna zabawa nie tylko przez odnajdywanie znanych postaci w nowym kontekście, ale też dzięki ciekawej intrydze.

„Trollowy most” to z kolei historia chłopca (a później mężczyzny), który podczas jednej ze swoich wypraw do pobliskiego lasu spotkał trolla. Rzecz to niesłychana, albowiem działo się to w naszym świecie w latach mniej więcej pięćdziesiątych. Co było dalej, przeczytajcie sami, ja dodam tylko, że fabuła, mimo dobrej pointy, nie była szczególnie absorbująca.

„Nie pytaj diabła” to króciutki tekst o złowrogim, zabawkowym diable, który wpływa na życie bawiących się nim dzieci. Chociaż pod względem wykonania nie mam tu nic do zarzucenia, nie trafił do mnie. Dla odmiany „Jak sprzedać Most Pontyjski” ubawiło mnie setnie, jest to bowiem historia jednego z oszust doskonałych, dokonanych na innej planecie. Napisana ze swadą i pomysłem w taki sposób, że czytelnik nie może się doczekać rozwiązania zagadki.

„Październik w fotelu” wykorzystuje częsty w baśniach motyw dwunastu miesięcy siedzących wokół ogniska. Tym razem opowiadają sobie historie. I choć opowieść tytułowego miesiąca wypadła świetnie, całego opowiadania jakoś nie mogę zaliczyć do najlepszych tekstów. W przeciwieństwie do „Rycerskości”, która oczarowała mnie klimatem z Monthy Pytona rodem. Bo poszukiwania świętego Graala u współczesnej, angielskiej staruszki nie można inaczej określić.

„Cena” to jedno z moich ulubionych opowiadań z tego tomiku. Po pierwsze dlatego, że jest o kocie. Po drugie dlatego, że bazuje na magii, jaką przypisuje się tym zwierzętom, a po trzecie dlatego, że pokazuje Czarnego Kota w całkiem innym świetle, niż straszne opowieści. Świetna rzecz.

„Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach” ma świetny pomysł, ale wolałabym, żeby autor wykorzystał go inaczej – teraz brakuje tu mocnej pointy. Zupełnie inaczej, niż w „Ptaku słońca” (które to opowiadanie znajduje się też w zbiorze „Rzeczy ulotne”, o ile się nie mylę). Tutaj co prawda nie dałam się zaskoczyć fabułą, ale za to pointa jest powalająco pomysłowa. Sam koncept opowiadania z resztą też. „Nagrobek dla wiedźmy” to jeden z rozdziałów „Księgi cmentarnej” – świetnie wypada w obu rolach. Na koniec zaś autor podał „Instrukcję” radzenia sobie w baśniowych krainach, wierszem pisaną.

Ogólne wrażenia po „M jak magii” są jak najbardziej pozytywne. Jeśli dacie dziecku ten zbiorek, możecie być pewni, że polubi opowiadania.

Tytuł: M jak magia
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginalny: M for Magic
Tłumacz: Paulina Braiter
Wydawnictwo: MAG
Rok: 2007
Stron: 240

środa, 12 września 2012

Horror dla dzieci - "Koralina" Neil Gaiman

Recenzja sponsorowana przez Arię, która pożyczyła mi książeczkę.:)

Neil Gaiman to pisarz, który pisze równie dobrze dla dzieci, jak i dla dorosłych. Jego dodatkową zaleta jest to, że zawsze potrafi czytelnika zaskoczyć. Mi osobiście niewielu przychodzi na myśl autorów, którzy wpadliby na pomysł napisania powieści grozy dla dzieci (a to nie jedyny pomysł Gaimana, na który tylko on mógł wpaść), a Neil właśnie na taki pomysł wpadł. Mało tego, dostał za to kilka prestiżowych nagród i doczekał się ekranizacji. Książka, o której mowa, to „Koralina”.

Koralina właśnie przeprowadziła się z rodzicami do nowego domu – i niezmiernie się nudzi. Jej uwagę przykuwają tajemnicze drzwi w salonie, które prowadza donikąd, a mimo tego, że za nimi znajduje się jedynie ceglany mur, są zamknięte na klucz. Pewnej nocy okazuje się jednak, że za drzwiami coś jest, mianowicie przejście do drugiego domu, gdzie na dziewczynkę czeka druga matka i drugi ojciec. Dziewczynka nie wie jednak, że stanowią oni zagrożenie zarówno dla niej, jak i dla jej prawdziwych rodziców…

Wątpliwości mogłaby budzić zasadność pisania powieści z dreszczykiem dla dzieci. Sądzę jednak, że znalazłaby odbiorców, w końcu istnieje całkiem spora grupa dzieci, które lubią się bać (gdyby tak nie było, głupawe opowieści o duchach straciłyby rację bytu). Przejdźmy więc do ważniejszych spraw.

„Koralina” to powieść niewątpliwie świetna. Autor zawarł w niej bardzo wiele treści na niecałych dwustu stronach (a to ostatnio można spotkać jedynie w książkach dla dzieci, obawiam się). Mamy więc na początek ciekawych bohaterów. Ciekawa świata, chociaż trochę zamkniętą w sobie, po dziecięcemu bezpośrednią Koralina charakterem bardziej przypomina chłopca, niż stereotypową dziewczynkę. Jej ulubionym zajęciem jest badanie otoczenia, nie zaś zabawa lalkami. Mamy też wielu dorosłych, którzy są co prawda różni, ale zawsze zapatrzeni we własne sprawy, nie słuchają tego, co Koralina ma im do powiedzenia. Jest też kot, na przykładzie którego Gaiman po mistrzowsku odmalował charakter tych zwierząt. 

Powieść ma być z dreszczykiem, nie może więc zabraknąć czegoś, co straszy. Atmosfera jest miejscami żywcem wzięta z horroru (ale przykrojona na miarę dziecięcych możliwości), a obrazy i postaci z drugiego domu przybyły chyba prosto z koszmaru sennego. W rzeczy samej, czytając „Koralinę” miałam wrażenie, że obserwuję jeden z dziecięcych koszmarów. Wspomnienie drugiej matki z upiornymi, guzikowymi oczami z pewnością jeszcze przez długie lata jeżyłoby mi włoski na karku, gdybym przeczytała to w odpowiednim wieku. Ale każdy koszmar kiedyś się kończy, czego nic nie udowodni dziecku dobitniej niż zmniejszająca się liczba stron do przeczytania.

Cóż, gdybym sama była dzieckiem, raczej nie przeczytałabym „Koraliny”. Ale ja byłam dzieckiem, które nie lubiło być straszone. Jeśli Twoje dziecko lubi straszne opowieści, horrory i oryginalne baśnie, w których trup ściele się stosunkowo gęsto, kup mu „Koralinę”. Jeśli nie, raczej go nie namawiaj.

Tytuł: Coralina
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginalny: Coraline
Tłumacz: Paulina Braiter
Wydawnictwo: MAG
Rok: 2009
Stron: 182

środa, 7 marca 2012

Neil Gaiman dla młodzieży - "Księga cmentarna" Neil Gaiman

Książeczkę pożyczyła mi Aria. Dziękuję!:)

Gaiman, to jeden z pisarzy, których lubię. Nie hołubię, nie stawiam ołtarzyków, nie jestem fanką – ale właśnie lubię. Oznacza to, że niektóre jego książki mnie zachwycają, ale większość po prostu dobrze mi się czyta. Paradoksalnie, zachwycają mnie raczej takie, nad którymi krytycy jakoś szczególnie się nie rozpływają i książki dla młodzieży. Chyba się uwsteczniam.

Osobiście nie przyszłoby mi do głowy, żeby umieścić akcję na cmentarzu, ale to pewnie dlatego, że nie jestem pisarzem. Gdybym była Neilem Gaimanem, pewnie któregoś dnia pomyślałabym sobie „Hm, a co by było, gdyby żywe dziecko mieszkało na cmentarzu? I wychowywałyby je duchy?”. Oczywiście to dopiero początek, bo duchy, nawet gdyby mogły opuszczać cmentarz, to raczej nie byłyby w stanie małego karmić. Pozostawały też inne, nie mniej ważne kwestie, typu „Czemu dzieciak plącze się wśród nagrobków?” i „Gdzie, do diabła, są jego rodzice?”. Po znalezieniu odpowiedzi na te palące kwestie, powstała „Księga cmentarna”: opowieść o Nikcie Owensie, chłopcu, który w wieku półtora roku trafił na porzucony cmentarz i został adoptowany przez martwe od dwustu lat małżeństwo. I którego wciąż szuka morderca imieniem Jack.

Od dawna mam wrażenie, że częściej trafiam na dobrą fantastykę młodzieżową, niż dla dorosłych. „Księga cmentarna” tylko potwierdza tę regułę. Gaiman zawarł w niej cały surrealistyczno-gotycki klimat, tak charakterystyczny dla jego twórczości. Taki rodzaj surrealizmu lubię: tak kokietuje czytelnika, aby ten każdą, największą nawet dziwność przyjmuje jako coś zupełnie naturalnego. Na dodatek robi to całkiem szczerze, bo czytelnik nie odnosi wrażenia, że jest robiony w balona. Sami powiedzcie, czy gdyby ktoś zapeniał was, że rozwalająca się gotycka kaplica na starym mogilniku jest najbezpieczniejszym miejscem na wychowanie małego chłopca, nie popukalibyście się w czoło? A Gaiman potrafi sprawić, że jeszcze przyklaśniemy temu pomysłowi z entuzjazmem.

Ciekawam bardzo, czy pisarz ten jest zdolny do napisania jakiegoś wielkiego cyklu. Bo po pojedynczych jego książkach, mimo że są świetne (a może właśnie dlatego) pozostaje niedosyt. Zawsze są jakieś niedopowiedzenia, półsłówka, tajemnice i prosta ciekawość, co było dalej. Może kiedyś się doczekam. A tymczasem czytam to, co jest – co i Wam, drodzy czytelnicy, zalecam (a „Księgę cmentarną” koniecznie każdemu, kto czuje się źle na cmentarzach. Niezależnie od wieku). 

Tytuł: Księga cmentarna
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginalny: The Graveyard Book
Tłumacz: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2008
Stron: 285

niedziela, 7 listopada 2010

To nie jest kraj dla starych bogów - "Amerykańscy bogowie" Neil Gaiman


- Powiedz „Nigdy już” – rzucił Cień.
- Spierdalaj – odparł kruk.
[149]

Gaiman to nazwisko mi znane. Kilka lat temu czytałam „Nigdziebądź” jego autorstwa i wtedy poczułam się zaczarowana magią świata Londynu Pod. Od tamtego czasu jednak nie sięgnęłam po żadną książkę tego autora i dopiero recenzje na blogu Arji uświadomiły mi, że czas najwyższy znowu coś tego pana przeczytać. Wybór mój padł na „Amerykańskich bogów”. I niby wszystko, co podobało mi się w „Nigdziebądź” mamy i w „Amerykańskich bogach”, nawet w lepszym wydaniu, bo przecież to powieść późniejsza i bardziej dopracowana. Ale mam z tymi bogami pewien problem…

Cień właśnie ma wyjść z więzienia. Nie może się już doczekać powrotu do ukochanej żony, kiedy spada na niego wiadomość o jej śmierci. W drodze na pogrzeb spotyka dziwnego faceta, który to proponuje mu pracę na stanowisku ochroniarza z dodatkowymi obowiązkami chłopca na posyłki. Cień, rad, nierad przyjmuje propozycję. Od tego czasu zaczynają się wokół niego dziać coraz dziwniejsze rzeczy. A nad Amerykę nadciąga burza…

Akcja książki jest zaskakująca i pełna nieprzewidzianych zwrotów. Jest też w najdrobniejszym szczególe przemyślana i dopracowana przez autora. Nic nie dzieje się przypadkiem, a jeśli przysłowiowa strzelba ma wystrzelić w ostatnim akcie, to pojawia się już w pierwszym. Mało tego, czytelnik często nawet nie wie, że ma do czynienia ze strzelbą. Na tym polu pan Gaiman przewyższył swoim kunsztem moje oczekiwania i bardzo mu się to chwali. Nie pozostawia też żadnego wątku bez zakończenia (czy to zakończenie jest satysfakcjonujące, już każdy czytelnik musi ocenić sam), nie istnieją sprawy zapomniane czy porzucone, bo wprowadzone tylko po to, żeby coś czytelnikowi udowodnić.

Język Gaimana bardzo mi przypomina sposób pisania Moore’a, chociaż humor jest subtelniejszy i mniej wulgarny. Brak tu wyszukanych fraz, ale tropiciele powiązań i wielbiciele zagadek będą mieli pełne ręce roboty. Dlatego mianowicie, że Gaiman ma słabość do dwóch rzeczy. Pierwszą jest zapożyczanie cytatów od innych autorów i parafrazowanie ich bądź wplatanie w tekst w formie niezmienionej. Odnajdywanie ich nie jest moją najmocniejszą stroną, ale ktoś, kto takie kalambury lubi, będzie się z pewnością świetnie bawił. Drugą z tych rzeczy jest nadawanie znaczących imion i nazw. Jest to też jeden z powodów, dla których uważam, że każdy, kto może, powinien Gaimana czytać w oryginale. Tutaj mamy do czynienia dodatkowo z bogami wszelkich mitologii, więc każdy, kto je choć trochę zna, będzie mógł pobawić się w detektywa i spróbować odgadnąć, jakie bóstwo się kryje pod danym nazwiskiem i dlaczego akurat pod takim. Co jest wadą? To, że autor ma skłonność do opisów niekiedy za bardzo naturalistycznych, co nie wszystkim może się spodobać. Mi dodatkowo przeszkadzał fakt, że opisy sikania (bądź wzmianki o nim) pojawiają się z fizjologiczną wręcz częstotliwością.

Przejdźmy teraz do mojego osobistego problemu. A są nim bohaterowie. Nie chodzi o to, że są źle skonstruowani, bo wręcz przeciwnie. Są skonstruowani bardzo dobrze, mistrzowsko wręcz, ale to mi właśnie przeszkadza. Nie mamy zbyt wielkiego dostępu do ich psychiki. Nie jest to dziwne, bo któryż człowiek ogarnie procesy myślowe boga, albo czy powinniśmy poznać życie wewnętrzne bohatera o imieniu Cień, który jako ten cień powinien być niedostępny i tajemniczy? Mimo swej poprawności przeszkadzało mi to bardzo i sprawiło, że książka przez większą część swojej objętości ciągnęła mi się niczym stara guma od kaleson. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że nie wszystkim to musi przeszkadzać.

Po skończonej lekturze mam wrażenie, że książka podobała mi się mniej, niż powinna i mniej, niż na to zasłużyła. Od strony technicznej jest świetna i zasługuje na pełne uznanie. Ale w mojej subiektywnej ocenie pełnego uznania nie zdobyła. Co nie znaczy, że nie zachęcam do lektury – przeczytajcie, bo warto.


Tytuł:
Amerykańscy bogowie
Autor: Neil Gaiman
Tłumacz: Paulina Braiter
Tytuł oryginalny: American Gods
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2002
Stron: 549
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...