Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 marca 2019

Film ostatnio widziałam #15: "Jak wytresować smoka 3" ("How to Train Your Dragon: The Hidden World")

Przyznam się Wam, że „Jak wytresować smoka” to mój ulubiony film o smokach ever (po głębszym namyśle zdetronizował nawet „Ostatniego smoka”, bo ostatecznie fabuła nie wymaga od gadziny poświęcania życia za dobro ogółu). Do drugiej części serii już tak gorących uczuć nie żywiłam, bo ma swoje wady, ale to wciąż dobry i piękny wizualnie film. Niedawno zaś widziałam część trzecią. I to było rozczarowanie. Tym boleśniejsze, że autorzy filmu jakby przeczytali wszystkie moje postulaty odnośnie dwójki i pociągnęli te tematy, które chciałam, żeby zostały pociągnięte, ale kierunek, w którym to poszło to bardzo zły kierunek był. Ale może po kolei.

Uwaga! Mam zamiar się tu mocno znęcać nad scenariuszem, więc notka zawiera ciężkie spoilery!

Dla porządku może zacznijmy od zarysu fabuły. Od poprzedniej odsłony przygód Czkawki i jego smoka Szczerbatka minął rok. Wikingowie i smoki na wyspie Berg żyją w zgodzie i harmonii (choć zrobiło się tam już dość ciasno), jednak na te drugie wciąż czyhają łowcy smoków. A niektórzy specjalizują się w łowach na Nocne Furie. Tymczasem Szczerbatek poznaje pewną uroczą damę… 

środa, 29 sierpnia 2018

Film ostatnio widziałam #14: "Ready Player One"

Pierwotny plan był taki, żeby wrażenia z tego filmu zamknąć w jednym lapidarnym statusie na fejsiku i do tematu nie wracać. Ale im więcej czasu mija od seansu, tym bardziej rośnie we mnie ferment i muszę dać mu wyraz, bo się uduszę. Tak więc dzisiaj, zamiast planowanej notki o „Skafandrze i meloniku” będzie notka o „Ready Player One”. Przy czym nie jest to recenzja, ale luźny zbiór refleksji i porównań między filmem i książką, więc...
…UWAGA, TĘGIE SPOILERY. Tekst zdecydowanie dla tych, którzy już inkryminowane dzieła znają albo nie maja problemu z tym, że ktoś zdradzi im istotne elementy fabuły.

Wiecie, to nie jest tak, że oczekiwałam ambitnego, refleksyjnego kina. Chciałam obejrzeć kawałek fajnej rozrywki, opartej na powieści, która lubię. Dodatkowo, ponieważ mamy do czynienia z reżyserem wielkiego formatu, liczyłam na inteligentne pogrywanie z widzem albo chociaż próbę rozliczenia czy odniesienia się jakoś do popkultury, na która miało się niebagatelny wpływ (fabuła książki kręci się przecież wokół popkultury lat osiemdziesiątych, a na tą Spielberg wpłynął znacząco) no i może trochę naprawienia tego, co zepsuł autor książki. Tymczasem mam wrażenie, że twórcy filmu kompletnie nie zrozumieli nad jakim materiałem pracują i co zdecydowało o jego popularności. Inaczej z pewnością zaserwowaliby nam coś bardziej strawnego, z mniej wyświechtaną i skostniałą konkluzją, nie ograniczającą się do „Wyłączcie czasem internet”.

W „realu” znanym z powieści nie jest fajnie, do tego stopnia, że bez wirtualu właściwie nie da się normalnie żyć. Jest to taki świat soft postapo, gdzie wymęczone kończeniem się zasobów i wojnami społeczeństwo już głównie wegetuje i próbuje przetrwać. Z brudnego, zatłoczonego i biednego reala ucieka więc do OASIS, które nie tylko daje możliwość rozerwania się, ale przede wszystkim dostęp do darmowej edukacji i możliwość podjęcia zdalnej, wirtualnej pracy za całkiem realne pieniądze. Często jest jedyną szansą na podjęcie tej pracy czy edukacji, bo infrastruktura w rzeczywistości działa bardzo źle lub zgoła wcale. Przy czym, mimo iż wiele funkcjonalności w systemie jest płatnych, to samo korzystanie z niego jest za darmo.

Tak to właśnie wygląda rzeczywistość książkowa i filmowa.
Taki punkt wyjścia stawia w zupełnie innym świetle poczynania bohaterów – ich walka ze Złym Korpo to walka o równy dostęp do dóbr kultury, edukacji i możliwości podjęcia zatrudnienia nawet dla najbiedniejszych i niemobilnych. Korpo chce wprowadzić opłaty za sam dostęp do OASIS, więc gracze próbujący zwyciężyć w konkursie, gdzie główną wygraną jest całkowita kontrola nad symulacją są tymi dzielnymi rycerzami broniącymi uciśnionego ludu, jakkolwiek by to nie brzmiało.

Tymczasem twórcy filmu zachowali się, jakby w głowie im się nie mieściło, że z sieci i wirtualnej rzeczywistości można korzystać w jakikolwiek inny sposób niż dla rozrywki. (Zresztą, co krok napotykałam kwiatki, które wskazywały, że nie bardzo są w wstanie wyobrazić sobie prawidła jakimi rządzi się współczesny internet, a co dopiero struktura pokroju OASIS). W filmowym OASIS nie pojawia się kwestia edukacji (nie pokazali nawet odpowiednika Wikipedii 2.0, nie mówiąc już o wirtualnych szkołach, do których chodzili książkowi bohaterowie), nie ma też wzmianki o jakimkolwiek zarabianiu niepowiązanym z grami (a w książce bardzo fajnie pokazano, że sławę w sieci ktoś sprytny może bardzo lukratywnie zmonetyzować)... Przy czym mam wrażenie, że twórcy nie potrafili się zdecydować, czy pieniądze zarobione w grze da się wykorzystać w realu i poza scenami, gdzie historia absolutnie tego wymaga, wolą na ten temat dyplomatycznie milczeć.

Takie przedstawienie OASIS sprawia, że bohaterowie stają się w gruncie rzeczy bandą dzieciaków, które walczą o to, żeby mieć darmowe gierki. Złe Korpo z filmu nie chce bowiem nikogo od OASIS odcinać paywallem, ale utworzyć konta premium oraz nawtykać reklam wszędzie. Jasne, padają wielkie słowa o ukróceniu monopolu i wyzysku, ale po pierwsze w obliczu zakończenia filmu można je podsumować wyłącznie facepalmem (o zakończeniu jeszcze będzie), a po drugie ograniczają się do płomiennych deklaracji bez realnych rozwiązań więc trochę trudno w nie wierzyć.

A tak mniej więcej wygląda rzeczywistość większości graczy. Niektórzy z jakichś powodów włóczą się jeszcze po zapuszczonych ulicach w tych okularach do VR (w książce też to robili, żeby nie było). Zastanawia mnie, jakim cudem nie wpadają na elementy otoczenia.
Przy czym mam wrażenie, że twórcy postanowili dać do zrozumienia, że to, jak wygląda świat jest tak naprawdę wyłączna winą tych nieszczęsnych ludzi z osiedli przyczep i innych widzianych na ulicach szaraczków w okularach do wirtualnej rzeczywistości. OASIS jest przedstawiona jako przestrzeń wyłącznie eskapistyczna, w której pracują najwyraźniej tylko wyzyskiwani niewolniczo dłużnicy Złego Korpo, reszta oddaje się pustej rozrywce jeno. Gdyby szaraczkowie zrezygnowali z eskapizmu, zakasali rękawy i wzięli się do roboty w realu, to ten świat wyglądałby zdecydowanie lepiej, zdają się mówić twórcy – bo przecież światowy kryzys energetyczny i zniszczenia wojenne można łatwo naprawić, jeśli oddolnie weźmiemy się do ciężkiej roboty, prawdaż. I na poparcie swojej tezy pokazują jak OASIS rozwala więzi rodzinne (scena z matką odtrącającą dziecko, bo przeszkadza jej grać) czy jak uzależnieni przepuszczają rodzinne oszczędności żeby kupić drogie itemy dające przewagę w rozgrywce. Przy czym wyłączenie internetu jest jedyna radą, jaką dostajemy (bo przecież od dawna wiadomo, że aby wyleczyć kogoś z uzależniania, wystarczy mu zabrać lub ograniczyć dostęp do obiektu uzależniania. I już będzie zdrów i zdolny do prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie. Nie zacznie na przykład wyładowywać frustracji na bliskich i zależnych od niego osobach, to przecież oczywiste).

Głównym chyba filarem popularności książki był nostalgiczny hołd dla popkultury lat osiemdziesiątych – widzicie, twórca OASIS, James Halliday był jej wielkim fanem i cały konkurs, w którym nagrodą było przejęcie jego spuścizny (czyli poszukiwanie eastert egga ukrytego w grze) oparł na nawiązaniach do gier, filmów, książek i muzyki z lat osiemdziesiątych. Gracze zafiksowani na rozwiązaniu jego zagadek musieli więc poświęcić sporo czasu na poznanie tego wszystkiego i wykazać się imponującą wiedzą, same zagadki zaś były na tyle intrygujące, że obserwowanie, jak bohaterowie się z nimi zmagają sprawiało mi najwięcej frajdy podczas lektury.

Tymczasem twórcy filmu postanowili praktycznie całkowicie z tego wątku zrezygnować. Owszem, są zadania dla poszukiwaczy easter egga, ale nie oparte na popkulturze, tylko na życiorysie Hallidaya. No i w sumie spoko, fabularnie to nawet ma sens. Tylko że twórcy chyba nie wzięli pod uwagę, że w ten sposób odcinają się od jednego z motywów (bodaj najważniejszego) odpowiedzialnych za popularność powieści. A same zagadki stają się nudne i jakieś takie nieprzemyślane.

Z nawiązań do popkultury w pierwszym zadaniu został tylko Delorean, którym jeździ główny bohater (i motocykl z "Akiry", którym jeździ Art3mis). Gościnnie występuje też King-Kong i T-rex z "Parku Jurajskiego, ale nie maja nic wspólnego z rozwiązaniem.
Widać to zwłaszcza na przykładzie pierwszego zadania. Jest nim wyścig i właściwie nie dostajemy żadnego wyjaśnienia, dlaczego akurat tak. Nawet jeśli weźmie się poprawkę na to, że nie popkultura, a życiorys założyciela mają kluczowe znaczenie, uzasadnienia dalej brak. Przy czym, czytając o rozwiązaniu zadania w książce (było zupełnie inne), można było popodziwiać bohatera za umiejętności bezbłędnego przejścia jakiejś starej gry czy przyswojenie ogromnych zasobów wiedzy w gruncie rzeczy bezużytecznej (zawsze brałam to za pewien rodzaj romantyzmu). Bohater musiał logicznie powiązać fakty z zadaną zagadką i to się bardzo przyjemnie śledziło. W filmie nie tylko nie wiemy, skąd takie a nie inne zadanie. Nie wiemy też, jak bohater wpadł na rozwiązanie. Ot, przykład wyścigu – Wade w przypływie niezrozumiałego natchnienia biegnie do wirtualnego muzeum Hallidaya (które zawierało wszystkie jego wspomnienia, informacje i tak dalej, jakie uznał za stosowne udostępnić graczom, aby ułatwić im zadanie) i od pierwszego kopa wybiera właściwe wspomnienie, spośród tych milionów dostępnych materiałów. A widz zastanawia się, skąd ten przypływ nagłej iluminacji... 

Przy kolejnych zadaniach jest już nieco lepiej. Drugie co prawda dalej olewa popkulturę, ale przynajmniej konsekwentnie eksploatuje wątki biograficzne (do tego stopnia, że wstawia nawiązania do starej, nieistniejącej gry, której twórcą był Halliday), trzecie jest zdecydowanie w duchu książkowego oryginału, ale żeby było śmieszniej, widzom nie było dane poznać rozwiązania zagadki, która wskazała miejsce zawodów (dowiedzieliśmy się tylko, że Złe Korpo jakoś na to wpadło). 

A skoro już przy Złym Korpo jesteśmy... Mam trochę dysonans w związku z bohaterem zbiorowym, jakim jest. Znaczy, właściwie to w książce było bohaterem zbiorowym – osoba CEO całej spółki była wykorzystywana głównie do wyśmiania przez bohaterów i w sumie to chyba było dobre zagranie. Ukazywało całą korporację jako bezosobową, bezrozumną i niemoralną silę, nastawiona jedynie na bogacenie się niezależnie od kosztów (społecznych, bo nie finansowych przecież). W filmie postanowiono zredukować korporację do zabawki jej CEO, a sam konflikt stał się bardziej personalny – Nolana Sorrento (czyli CEO właśnie) kreuje się tu na osobistego wroga Wade'a. Co nie wypada zbyt dobrze, jako że Sorrento jest przedstawione strasznie karykaturalnie.

Tak właśnie wyglądają w filmie kontraktowi gracze korpo w służbowych awatarach (całkiem fajnie, przyznaję. Wizualnie pomysł dużo lepszy, niż książkowy). Co ciekawe, dłużnicy już tak zunifikowani nie byli.
Przede wszystkim twórcy bardzo chcą, żebyśmy od początku zrozumieli, że Sorrento kompletnie nie rozumie, o co chodzi w OASIS. Musimy wiedzieć, że gry go nie bawią, są dla niego jedynie narzędziem służącym do generowania zysków. Tak więc Złe Korpo jedynie żeruje na OASIS, nie dając wiele w zamian. Przy czym, jest jedynym znanym widzowi podmiotem zarabiającym na wirtualnej rzeczywistości – jedyny sklep, jaki bohaterowie odwiedzają, to właśnie ich sklep z itemami. Kombinezon do gry, który kupuje Wade też został wyprodukowany przez nich. Wygląda na to, że w internecie 2.0, za jaki można brać OASIS zarabianie (zwłaszcza niezwiązane z eskapizmem, czyli celowe, a nie „przy okazji”) jest czymś złym i robią to tylko mroczni biznesmeni, golący eskapistyczne owieczki z ostatniego grosza (ale cudzymi rękami, bo sami wirtuala się brzydzą). 

Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, jak bardzo Sorrento nie lubi wirtualnej rzeczywistości, trochę mniej groteskowa wyda się jego mania gromadzenia pracowników na miejscu – ale groteskowa ciągle pozostaje. O ile w przypadku „szóstek” (graczy opłacanych w celu poszukiwania easter egga) może to być w pewnym stopniu zrozumiałe (bo na miejscu jest megawypaśny sprzęt, na który nie każdy może sobie pozwolić), to już „jajogłowi” doradcy kręcący się stadnie w zunifikowanych mundurkach po szklanych biurach są trochę bez sensu. Równie dobrze każdy mógłby siedzieć we własnym domu i korzystać ze zbiorowego chatu w OASIS. Taniej i szybciej... 

A jeśli już przy wykorzystywaniu siły roboczej jesteśmy, to i centra lojalnościowe, w których Złe Korpo zmusza dłużników do odpracowania swoich długów w filmie wypadają niewiarygodnie dla każdego, kto kiedykolwiek w cokolwiek grywał. Bo widzicie, ci dłużnicy zajmują się głównie praca fizyczna w wirtualnym świecie gry. Sądząc po ruchach, przenoszą jakieś rzeczy na magazynach. To jest o tyle bez sensu, że takie proste i bezmyślne prace może spokojnie wykonywać jakiś prosty bot czy skrypt (zwłaszcza w środowisku tak otwartym na mody, jakim jest OASIS). Jeśli twórcy filmu naprawdę chcieli postraszyć widza przymusową pracą, to mogli nieszczęsnych dłużników wykorzystać choćby do zbierania gierczanej waluty, poprzez monotonne i nudne tłuczenie w kółko tych samych przeciwników. Albo w ogóle zrobić to sensownie i posadzić ich w call center. Jestem głęboko przekonana, że wizja przymusowego zasiadania na słuchawce w dziale pomocy jest dla większości współczesnych młodych ludzi znacznie bardziej przerażająca, niż wirtualna praca fizyczna. 

Ale wyszła nam tu dygresja, czas wrócić do Sorrento. Ustaliliśmy już, że Sorrento nienawidzi i nie rozumie medium, z którego żyje. Przy czym ma wszystkie cechy z katalogu niezbyt rozgarniętego antagonisty. Jest bogaty, więc lubuje się w płaceniu ludziom za rzeczy, których sam nie chce robić. Wierzy, że każdego jest w stanie kupić i nie waha się proponować pieniędzy każdemu, kogo spotka na swojej drodze. Przy czym głęboko gardzi i nie docenia swoich przeciwników, przeceniając jednocześnie własne kompetencje. I jest po prostu głupi – przykleja hasło dostępu do swojego konta w OASIS na podłokietniku fotela do gry, a potem przyjmuje w tym samym pomieszczeniu swojego oponenta (pominę milczeniem już, jak bardzo leniwe scenopisarstwo to jest, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że to hasło zostanie w kluczowym momencie wykorzystane). Nie da się go lubić, ale nie sposób też traktować poważnie.

A tu scenka z finałowego starcia. Fajnie się je oglądało, ale przyznam, ze jakoś mnie nie ujęło.
I właściwie tylko dlatego Wade może wygrać – bo jego przeciwnik jest jeszcze głupszy. Książkowy Wade miał jako postać szereg wad konstrukcyjnych (zaczynając od tego, że wszystko wiedział i umiał, a kończąc na tym, że nie było rzeczy, która mu się w końcu nie udała) i zasadniczo był toksycznym bucem, ale przynajmniej potrafił trafnie ocenić, na jakim świecie żyje i stosował odpowiednią do tej wiedzy dawkę paranoi. Tymczasem Wade filmowy zachowuje się jak dziecko, które pierwszy raz dostało dostęp do internetu i nie zna kardynalnych zasad ograniczonego zaufania, jakimi powinno się kierować. Nawet mu w głowie nie postało, że rozwiązując pierwszy etap zadania może ściągnąć na siebie nieprzychylna uwagę Złogo Korpo. W związku z tym podaje swoje dane personalne osobie znanej jedynie w wirtualu i w miejscu, gdzie może je usłyszeć właściwie każdy. Jest głęboko zszokowany, kiedy przyjaciel sugeruje mu, że ludzie w OASIS nie koniecznie korzystają z własnej tożsamości i mężczyzna może spokojnie zrobić sobie kobiecego awatara czy na odwrót. Wydaje się być głęboko zaskoczony istnieniem skryptów geolokalizacyjnych. Ale imperatyw narracyjny chroni go chyba jeszcze bardziej niż w książce. 

Dla mnie był to wyjątkowo irytujący element filmu. Widzicie, w pewnym momencie dochodzi do tego, że Wade zostaje wyśledzony, Korpo próbuje go nawet zabić i ogólnie wiedzą już, jak go namierzyć, po czym w ogólnym zamieszaniu przejmuje go gnieżdżący się w jakichś opuszczonych halach ruch oporu, którego prowodyrką w filmie jest Art3mis. Art3mis to postać bardzo popularna w książkowej wersji OASIS, jej kanały w socialmediach mają miliony subskrybentów, co w filmie zostaje zaznaczone jednym zdaniem, ale ogólnie jest to kolejny wątek o którym twórcy bardzo chcieli zapomnieć. Po „spaleniu” Wade'a dla mnie byłoby oczywiste, że najlepszym rozwiązaniem byłoby usunięcie go w cień i przekazanie pałeczki popularnej (więc w razie potrzeby zdolnej zyskać pomoc milionów graczy), ale nie „spalonej” jeszcze Art3mis – szczególnie, że namierzenie Wade'a po raz drugi stanowiłoby zagrożenie zarówno dla niej, jak i dla wszystkich osób będących pod skrzydłami ruchu oporu. (byłoby to oczywiście sprzeczne z fabuła książki, ale c'mon, twórcy filmu już i tak okroili ją nie do poznania) W filmie nie pada nawet taka propozycja, a Art3mis od razu oświadcza, że udzieli Wade'owi każdego niezbędnego wsparcia. I na tym, właściwie cała rola tej postaci (jak i wszystkich innych pozytywnych) się kończy – na udzielaniu wsparcia, czy też dawaniu motywacji bohaterowi, czy to głoszeniem płomiennych mów motywacyjnych, czy też zostaniem damselą w distresach, którą dzielny rycerzyk musi uratować... smutne. 

Zbliżamy się już do końca mojego żalposta, ale muszę wspomnieć jeszcze o puencie całego filmu. Otóż w ostatnich scenach widzimy Wade'a w objęciach jego nowej dziewczyny Art3mis, jak sobie siedzą w dizajnersko urządzonym lofcie, a jego głos (bohatera, nie loftu) z offu oświadcza, że zakazał używania w OASIS centrów lojalnościowych i postanowił, że symulacja będzie wyłączana na dwa dni w tygodniu. I jest to zakończenie złe na tak wielu poziomach, że aż nie wiem, od czego zacząć.

Oto twój klucz do milionów monet, młody padawanie. Empatię możesz zostawić za drzwiami.
Wade bowiem wypowiada się tu z pozycji bogatego gościa z fajna dziewczyną, któremu biedni frajerzy mogą naskoczyć, nawet jeśli odetnie ich od świata. Bo tym w ostateczności jest wyłączenie OASIS. Twórcy filmu bardzo wygodnie osadzili wszystkich bohaterów w jednym mieście (nie omieszkając wcisnąć komentarza, że „wow, nie wiedziałem, że mieszkamy tak blisko”, w domyśle „jakbyś częściej wychodził z OASIS, to byś się dowiedział”), książka jednak pokazywała, jak wirtualna rzeczywistość pozwala zorganizować się ludziom oddalonym o wiele kilometrów od siebie. Teraz Wade lekką ręką odbiera im możliwość komunikacji przez dwa dni w tygodniu, że już o pracy czy nauce (wątpliwych w filmowym uniwersum) nie wspomnę. W sumie może i słusznie, trudniej im będzie zorganizować protesty przeciwko jego polityce. Mam wrażenie, że siedzący w lofcie Wade zapomniał, jak bardzo beznadziejna była jego egzystencja na osiedlu przyczep i ani przez moment nie pomyślał, co by robił ze swoim życiem w ciasnej przyczepie, z ciągle nowymi, przemocowymi facetami swojej ciotki, gdyby ani on, ani oni nie mieli w tym czasie innych zajęć. I nie zadał sobie pytania, ilu ludzi jest w tej chwili w podobnej sytuacji. 

Przy czym jako widz nie wierzę też w rozwiązanie problemu centrów lojalnościowych. Wiecie, takie rzeczy można rozwiązać tylko stosując odpowiednie prawo, które ukróciłoby wykorzystywanie dłużników do niewolniczej pracy, a korporacjom odcięło wszystkie drogi, jakimi dałoby się obejść zakazy. Och, Wade z pewnością mógł zabronić tworzenia dowolnych konstruktów w swojej grze, ale co jeśli teraz Złe Korpo karze dłużnikom robić dokładnie to samo co dotychczas, tylko u siebie w domu? Brak szczegółów nie ułatwia mi uwierzenia w rozwiązanie problemu. 

I tak zamiast miłej rozrywki dostałam film, w którym nie ma niczego, co było fajne w powieści, na kanwie której powstał. Zamiast spójnych nawiązań popkulturowych mamy paradę wszystkich postaci, do których wytwórnia ma prawa, a dziadzio Spielberg macha palcem przed nosami tej dzisiejszej młodzieży i wygania ich na dwór, bo internet to źródło wszelkich problemów. Ciężko się to ogląda. 

Redy Player One
Reżyseria: Steven Spielberg
2018

środa, 25 października 2017

Film ostatnio widziałam #13 - "Geostorm"

Mam słabość do wysokobudżetowych filmów katastroficznych – pełnią dla mnie tę samą rolę, co dla większości kobiet głupiutkie komedie romantyczne. Są jacyś tam bohaterowie, którzy przeżywają swoje konflikty, są wielkie dramaty, ale ogólnie zawsze wszystko kończy się dobrze, źli zostają ukarani, dobrzy nagrodzeni i zwykle ktoś znajduje miłość życia/godzi się z drugą połówką. Wyższość filmów katastroficznych jak dla mnie polega na tym, że mają znacznie więcej widowiskowych efektów specjalnych, które wysoko cenię. Bo poza tym to są równie głupiutkie, jak te komedie.

I Geostorm bardzo ładnie się w moje oczekiwania wpisuje. Choć przyznam, że jest kilka rzeczy i akcentów, które rozgrywa (rozkłada) w sposób niezbyt często spotykany. A ponieważ chcę się nad tymi różnymi rzeczami pochylić, to ostrzegam – nocia zawiera ZABÓJCZE SPOILERY.

Fabularnie w sumie nic szczególnie nowego – po modzie (spotęgowanej przez mający nastąpić pięć lat temu koniec świata) na niszczycielskie żywioły, przed którymi można najwyżej uciec, bo zapobiec się nie da, mamy teraz odwrót ku złej i dobrej ludzkości. Zła ludzkość zrobiła efekt cieplarniany i wobec nasilających się huraganów, powodzi i susz utrzymywała, że to tylko chwilowe anomalie (zabawne, że jedynym chyba krajem wysoko rozwiniętym oficjalnie utrzymującym takie poglądy są Stany Zjednoczone. Wychyla nam się z filmu taka samokrytyka). Dobra ludzkość spięła pośladki i wspólnymi, światowymi siłami ONZ zbudowała system satelitów kontrolujących klimat (kolejnym zabawnym faktem jest to, że najwyraźniej cały ten wybudowany za grube miliardy – i pewnie niewiele mniej ich pożerający na utrzymanie – system ma jedynie utrzymać status quo w najwyraźniej coraz bardziej zanieczyszczonej atmosferze, zamiast ją jakoś, nie wiem, pomagać przywrócić do pierwotnego stanu, kiedy utrzymywanie systemu kosztującego grube miliardy nie byłoby już potrzebne. Acz w obronie twórców filmu dodam, że po ulicach jeżdżą elektryczne samochody. Przynajmniej dla mas). System przez kilka lat sprawował się bardzo dobrze, ale cosik ostatnio zaczął szwankować. Na przykład zamrażając przypadkowe wioski w Afganistanie. W związku z tym dwóch skonfliktowanych braci, pracujących do tej pory (choć nie razem) nad projektem (jeden ze strony administracyjno-rządowej, drugi – naukowej), musi zakopać topór wojenny i sprawdzić, co z systemem jest nie tak.

To jedna z tych fajnych, widowiskowych scen. Ale nieliczna.
Pierwszym miłym zaskoczeniem jest fakt, że jeśli chodzi o interakcje między bohaterami, główny nacisk został położony na konflikt pomiędzy dwoma braćmi. Z mojego doświadczenia wynika, że scenarzyści preferują raczej układy rodzic-dziecko lub związki okołomałżeńskie (hej, nawet w bajkach Disneya mamy tylko dwa filmy o rodzeństwie), a tu proszę. I jest to chyba najmocniejsza strona filmu (bo efekty specjalne są mocno takie se, najciekawsze ujęcia były w trailerze): konflikt eskaluje na początku, aby w trakcie fabuły bracia, w ogniu wykuwania spisku przeciw spiskowi, mogli się pogodzić (przy okazji zyskuje potwierdzenie ludowa prawda, że odległość ułatwia dogadanie się z rodziną. W tym przypadku trzeba się było wystrzelić na orbitę).

Problem polega na tym, że jeśli chodzi o komplementy dotyczące bohaterów, to… więcej ich nie ma. Poza jeszcze dziewczyną Maxa (młodszego z braci, agentkę Secret Service), która wykazuje jako takie objawy osobowości, reszta postaci to kartonowe kukiełki, scharakteryzowane jedna cechą, a czasem nawet i to nie (scenarzyści najwyraźniej doszli do wniosku, że w większości przypadków wystarczy za charakterystykę pełnione stanowisko). I tak mamy naukowca Azjatę, który odkrywa spisek i musi uciekać przed złymi ludźmi, żeby ostrzec Maxa (poza byciem naukowcem i Azjatą, znajomość z maksem to już jego ostatnia cecha). Problem w tym, że gdy dopadają go ci źli ludzie i ginie wepchnięty pod samochód, to mnie było z tego powodu bardzo wszystko jedno. No trochę przykro, że chłopaka przejechali, ale w sumie to jakiś losowy gość, o którym nic nie wiadomo, więc trudno. Tak samo jest z załogą stacji kosmicznej, na którą w ramach śledztwa udaje się grany przez Gerarda Butlera Jake Lawson – starszy z braci i właściwie twórca całego systemu. Jest taka urocza scenka, w której poznaje najważniejsze osoby na stacji – i w zasadzie dla większości tych szych, które teoretycznie powinny być ważne dla prowadzonego śledztwa jakakolwiek charakterystyka kończy się na podaniu funkcji. Jeden gostek z Meksyku jeszcze dwa razy kieruje robotycznym ramieniem, Niemka Ute, która teoretycznie jest najwyżej postawionym człowiekiem na stacji, z którym Jake się kontaktuje, służy do potakiwania mu i odnajdywania właściwych drzwi. 

Jestem tu ważnym naukowcem, więc będę za tobą, Główny Bohaterze, łazić i zadawać pytania w stylu "kto?", "jak?" i "dlaczego?", aby widzowie na pewno nie przegapili niczego z twojego wnikliwego rozumowania. Poza tym będę ci otwierać drzwi.
No i jest jeszcze Sabotażysta, oczywiście Anglik. Z którym mam kilka problemów. Pierwszy jest taki, że cła sytuacja na stacji kosmicznej to właściwie zagadka typu zamknięty pokój. Cała zabawa z tym typem zagadek polega na tym, żeby autor/twórca dał wystarczająco dużo poszlak, aby konsument mógł typować własnych podejrzanych na ich podstawie. A ponieważ nie wiemy niczego o bohaterach na stacji, bo scenarzysta z reżyserem postanowili zrobić z nich wydmuszki, to cała zabawa nie ma sensu. Sam Sabotażysta pojawia się w trzech scenach, z których dowiadujemy się, że a) lubi grać w gry i b) nie lubi Amerykanów. A to z kolei sprawia nie tylko, że ujawnienie go nie zaskakuje i nie obchodzi widza. Sprawia też, że nie ma sensu. Bo właściwie nie wiemy, dlaczego ten koleś zdecydował się zabić kilka miliardów ludzi. No niby coś tam krzyczy, że pieniądze go skusiły ale… dla mnie to słaba motywacja. Zwłaszcza w momencie, kiedy tymi pieniędzmi zapłacili ci za a) zniszczenie miejsca, w którym mógłbyś je wydać i b) zrobienie czegoś, co de facto uniemożliwia ci powrót do resztek tego miejsca, gdzie miałbyś ewentualnie tę kasę wydać (tu nadmienię, że cały mroczny plan polega na wywołaniu geosztormu – niszczycielskiej anomalii pogodowej o globalnym zasięgu, która zniszczy wszystko, co odstaje od ziemi. Łącznie z infrastrukturą umożliwiającą bezpieczne lądowanie promów kosmicznych…). Poza tym ogólnie śmierdzą mi bohaterowie, co do których nie wiemy, dlaczego właściwie chcą za kasę wymordować całą swoją rodzinę (bo o rodzinie Sabotażysty nie wiemy nic, ergo logika każe zakładać, że jakaś tam istnieje).

Ogólnie film jest nijaki. Bohaterowie płascy i nieciekawi, choć bezpiecznie sympatyczni, ilość epickich scen niszczenia czegoś niesatysfakcjonująca, za to całkiem ładne ujęcia stacji kosmicznej. Całe szczęście, że nastawiałam się na głupiutką rozrywkę bez szczególnej treści, bo inaczej wyszłabym z kina rozczarowana.

Geostorm
reż. Dean Devlin
2017

wtorek, 16 sierpnia 2016

Film ostatnio widziałam #12 - Monster musume (anime)

Myślałam, że jak odpowiednio długo posiedzę i poczekam, aż mi przejdzie, to rzeczywiście mi przejdzie i nie będę musiała pisać tej notki. Jednak niektóre rzeczy zostawiają ślad i trzeba podjąć konkretne działania, aby tego śladu się pozbyć. Więc w tym przypadku takim działaniem będzie napisanie notki. I ja wiem, że sama to sobie zrobiłam (dwanaście razy pod rząd, bo tyle było odcinków), nikt mnie nie zmuszał (no dobra, może nie do końca nikt, ale zawsze przecież mogłam wyjść z domu, nie?) i mogłam przerwać w każdej chwili, ale sami wiecie jak to jest. Czasami ogląda się coś tak złego, że człowiek nie wierzy, że tak można. Więc ogląda dalej. I dalej jest tak źle, albo i gorzej, ale człowiek ciągle nie wierzy więc ogląda do końca. I nawet po zakończeniu nie dalej wierzy. Albo po prostu jestem niekompatybilna z wytworami japońskiej popkultury.

W tym miejscu chciałabym napisać, że mimo iż nie jestem jakimś tam znawcą mangi&anime, to jednak podstawowe pojęcia znam i zdarzało mi się oglądać różne rzeczy w temacie, choć jakimś weteranem nie jestem. I to nie jest tak, że uważam wszystkie „chińskie bajki” za infantylne, dziwne czy jakieś nie teges. Wiem, że są wśród nich serie wybitne, artystyczne nawet, całkiem sporo to po prostu ciekawe seriale, profilowane pod różne grupy odbiorców (nie tylko do dzieci). Ale czasem człowiek trafia na coś, czego nie ogarnia. 

Nie, żeby mnie ktoś zmuszał, prawdaż...
Monster Mutsume według wiki jest katalogowane jako tak zwana haremówka*. Dla nieobeznanych wyjaśniam w skrócie, że jest to cały gatunek anime (i mangi, ale umówmy się, że tutaj piszę o anime i tylko do tego będę się odnosić), w którym fabuła skupia się na relacjach jedynego bohatera płci męskiej z licznymi, najczęściej mieszkającymi razem z nim, bohaterkami płci żeńskiej, z którymi, żeby było zabawniej (bo haremówki mają najczęściej zabarwienie komediowe), zwykle nie łączą go żadne relacje intymne. Akurat w tym przypadku mamy do czynienia ze światem, który właśnie otworzył się na nieludzkie (lub półludzkie, chyba bardziej trafnie) formy życia, takie jak centaury, lamie, syreny itp. Aby zaaklimatyzować je w naszej rzeczywistości, specjalnie powołana agencja rządowa przydziela im opiekunów. Główny bohater, Kimihito Kurusu, jest takim właśnie opiekunem. A cała fabuła pierwszego (i jedynego jak dotąd) sezonu opiera się na stopniowym zwiększaniu zagęszczenia dziewczyn-potworów na jego kwadracie.

I wiecie, to jest nawet fajny pomysł. I nawet nie wymagałam od twórców jakichś głębokich analiz społecznych, bo to nie ten gatunek (choć trzeba im przyznać, że tematykę społeczna w pewnym sensie podjęli. Poniekąd). Ale na przykład wymagałam odcinków ze scenariuszami czy jakoś tam zarysowanych charakterystyk bohaterek, bo oglądane dotąd nieliczne haremówki do tego mnie przyzwyczaiły, plus jakiegoś tam może nie inteligentnego, ale przynajmniej zabawnego żartu. O ja naiwna.

Monster Mutsume przez bitych dwanaście odcinków składa się głównie z fanserwisu i to takiego w bardzo japońskim stylu. Czyli błyskania majtami i cyckami bohaterek oraz kiepsko ukrytymi seksualnymi aluzjami. I ja wiem, że to jest w sumie charakterystyczne dla wszystkich ichnich produkcji (jak ktoś będzie mi w stanie wskazać animca wyprodukowanego po 2000 roku, w którym nie ma charakterystycznej sceny z majtkami, biustem lub jedzeniem cieknącego przysmaku na patyku, to ja bardzo chętnie taki tytuł obejrzę), ale znajmy umiar… Mnie naprawdę nie przeszkadza, że od czasu do czasu kamera jakąś bohaterkę sfilmuje spod spódniczki. Ale jeśli mamy już odcinki ze scenariuszami (ha ha, scenariuszami, dobry żart) pisanymi z misją li tylko wciśnięcia jak największej liczby ujęć tyłków i biustów jako jedynym elementem fabuły, to coś jest głęboko nie tak. A w Monster Mutsume jest więcej niż jeden taki odcinek (oraz, niech sam za siebie mówi fakt, że najciekawszym i najbardziej fabularnie trzymającym się kupy był odcinek o tym, jak cała ekipa próbowała zrobić oszczędnościowe zakupy, bo im się budżet nie spinał). 

Mnie tam boli, jak na to patrzę.
Same bohaterki (o bohaterze wspominać nie będę, bo to typowy everyman, skrojony tak, aby jak największa liczba męskich widzów mogła się bezboleśnie w niego wcielić. Co też jest w sumie charakterystyczne dla gatunku) charakteryzują trzy cechy. Pierwszą jest cecha charakterystyczna: syrena lubi dramaty, centaur jest bardzo honorowa, lamia marzy o romantycznej miłości i tak dalej w tym guście. Druga cecha to wspólna dla wszystkich chęć romantycznego i/lub erotycznego wykorzystania głównego bohatera, do czego dojść nie może, bo za takie rzeczy z nieludźmi czekają srogie kary (ale dziewczyny próbują, co jest, ha ha, bardzo zabawne. Tyle, że nie). Trzecią jest, mam wrażenie, fetysz, który ma dana dziewczyna uosabiać. Mamy więc Miię, która jest lamią, ale poza tym uosabia statystyczną, średiobiustową nastolatkę z anime. Mamy też centaurzycę Centroreę o rozmiarze biustu takim, że mnie boli, kiedy patrzę na jej galop bez stanika (a że bez stanika, to wiemy, albowiem był to temat wielokrotnie poruszany w ścieżce dialogowej). Ona uosabia fantazję o monstrualych biustach a także służy jako niezbędny rekwizyt do żartów z mimowolnego miętoszenia tychże. Mamy też harpię Papi, o wyglądzie dwunastolatki i umysłowości czterolatki. Ona z kolei jest przykładem trendu lolicon, w tej najbardziej znienawidzonej przeze mnie formie. Bo widzicie, Papi jest dorosłą, zdolną już do rozrodu przedstawicielką swojego gatunku. I o ile takie wizualne odmładzanie dorosłych bohaterek jakoś mnie nie rusza, to w momencie, kiedy fabuła skupia się na tworzeniu z nich obiektu erotycznego fanserwisu, sprawa śmierdzi pedofilią (zwłaszcza, że Papi w anime jest niedojrzała też umysłowo). 

Ale, jak twierdzą fani konwencji, lolicon nigdy nie ma nic wspólnego z pedofilią, prawdaż...
Przy tym reszta to już lajcik. Syrenka teoretycznie jest niby gothic lolitką, ale szczerze mówiąc, cały jej strój bardziej się kojarzy raczej z fantazjami o skąpo ubranych pokojówkach. Suu jest zmiennokształtnym glutem, który w zależności od sytuacji można podczepić albo do fantazji o wielkim biuście albo pod lolicon (tutaj tyle dobrego, że akurat Suu jest rzeczywiście traktowana i przez bohatera, i przez scenarzystów jak czyjakolwiek młodsza siostra. Przynajmniej, dopóki wygląda na dwanaście lat). Na tym tle Rachnera, należąca do gatunku arachne i będąca półpająkiem się wyróżnia, bo reprezentuje fantazje sadomasochistyczne. Ale i tak akurat ją najbardziej lubię, bo ze wszystkich bohaterek najwyraźniej tylko ona posiada mózg. I czasem nawet go używa.

(Jako smaczek dodam fakt, że chociaż dziewczyny mają zwierzęce dolne połowy ciała, to zawsze jednak akurat w ten sposób, żeby pośladki zostały ludzkie. Co w przypadku pajęczycy wywołuje niewygodne zapytania o sposób, jak ona właściwie wydala. I bardzo zabawną odpowiedź twórców mangi, że wydala jak pająk, a ludzkie pośladki ma li tylko dla wrażeń estetycznych). 

A to akurat fragment autentycznie zabawnego wątku, żeby nie było, że tylko marudzę. Ale jednego z nielicznych.
To właściwie nie jest całość obsady. Z głównego haremu pominęłam na przykład Lalę, która pojawia się w ostatnich odcinkach serii i niewiele o niej wiadomo. Pominęłam też jednostkę specjalną (oczywiście żeńską) do spraw rozwiązywania potwornych problemów, a składającą się z ogrzycy, zombie, dżina i cyklopa, bo ekipa pełni istotną rolę w jakichś dwóch odcinkach i w sumie niewiele o nich da się powiedzieć. Jest za to agentka Smith, będąca zwierzchniczką Kimihito w kwestii opieki nad nieludźmi i zdająca się czerpać sadystyczną przyjemność z dręczenia chłopaka. Co ma być bardzo zabawne, ale dla europejskiego odbiorcy w miażdżącej większości przypadków nie jest.

Ja nie wiem, może po prostu jestem zbyt mało otwarta na inne kultury, albo po prostu niekompatybilna z tą japońską, ale tan zalew półdupków i biustów trochę mnie przerósł. Niemniej, wrażenie wygładzania się fałdów na mózgu bywa odświeżające. A ponieważ ciągle nie jestem w stanie uwierzyć, że jakakolwiek produkcja może być aż tak zła/dziwaczna/porypana (niepotrzebne skreślić), pewnie i drugi sezon obejrzę. A może po prostu jestem masochistką…

*dla ścisłości trzeba przyznać, że portale branżowe klasyfikują to anime też jako ecchi, czyli kastrowane porno. Co sporo wyjaśnia, ale niczego nie usprawiedliwia, bo nawet ecchi widywałam z lepszymi scenariuszami.

Rok: 2015
Studio: Lerche
Odcinków: 12

piątek, 11 marca 2016

Film ostatnio widziałam #11 - "Deadpool"

Ta notka będzie bardzo kiepska notką i najprawdopodobniej nie przyda się nikomu, oprócz mnie (choć, po prawdzie nie bardzo wiem, do czego właściwie mogłaby mi się przydać). Bo wiecie, żeby napisać porządna notkę, powinnam „Deadpoola” obejrzeć kilka razy, a jeszcze wcześniej obejrzeć te wszystkie filmy o X-menach, których do tej pory nie widziałam (czyli jakąś połowę, w tym wszystko o Wolverinie). Krótko mówiąc, będzie to notka z perspektywy osoby, która lubi filmy superbohaterskie, ale bez przesady, zdaje sobie sprawę z istnienia czegoś takiego jak MCU, ale nie przykłada wagi do jego spójności, a na marvelowskie ekranizacje chodzi głównie dla widowiskowych efektów specjalnych i dynamicznych scen walki. Co rzekłszy, przechodzę do meritum.

Jak wiedzą ci, którzy śledzili teleexpressowy tag na Twitterze, „Deadpool” to historia walki młodego człowieka z rakiem. Przynajmniej przez jakiś czas, bo potem (przedtem? Trudno powiedzieć, bo narracja w filmie jest nielinearna i bieżące wydarzenia przeplątają się z retrospekcjami) jest to już raczej historia zemsty na kimś, kto zepsuł urodę głównego bohatera, czyli rzeczowego młodego człowieka (w międzyczasie psucia urody go tam jeszcze torturowali, ale mam wrażenie, że za to akurat się nie mści). A za wsparcie robią mniej znani X-mani. 

Zaskakująco mało jest gifów z tego filmu.
No i tak. Z jednej strony jestem tym filmem zachwycona, z drugiej - jednak nie wszystim. Deadpool to ten typ postaci, który ani siebie, ani konwencji nie bierze na poważnie. Przebija się przez czwartą ścianę (zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio; moim ulubionym motywem w całym filmie był oneliner rzucony do dwóch dziewczyn ze złej drużyny „nie wiem, czy bardziej seksistowsko jest was pobić, czy nie”), rzuca nieprzystojnymi żartami o X-menach i bohaterach innych filmów z pełną świadomością, że są bohaterami innych filmów no i nawiązuje do ogromnej ilości rzeczy, z których pewnie nawet połowy nie wyłapałam. I to jest super – ogromna ilość żartów z popkultury bardzo mnie ubawiła.

Sam Wade Wilson (czyli Daedpool bez spandeksowego wdzianka) to jednak bardzo nietypowy bohater komiksowych produkcji (tu chyba wchodzę na obszar oczywistych oczywistości, ale już za późno). Typowy antybohater, co jest dość regularnie podkreślane i do tego skontrastowane z moralizatorskimi monologami Colossusa. Wade nie jest nawet badassem, bo ci jednak IMO powinni mieć więcej uroku. Jest najzwyczajniejszym w świecie sukinkotem, ale jak na sukinkota serduszko ma miękkie, dlatego jesteśmy w stanie go polubić. I wszelkie informacje o uwalnianiu alterego, jakie tu i ówdzie pojawiają się w sieci można w kontekście tego filmu między bajki włożyć – Wade to Wade, zarówno z piękną buźką Ryana Reynoldsa (całkiem przyjemnie grającego zresztą), jak i z pokancerowaną przez charakteryzatorów facjatą Daedpoola. Żadnej wewnętrznej przemiany tam nie ma, są tylko nowe cele.

Przy tym jest jeszcze związek Wade’a z Vanessą, który… no, jest uroczy. Nawet jeśli wziąć pod uwagę, że twórcy filmu ukazali go poprzez sceny, jakie zwykle z wątków romantycznych się wycina. Czyli sceny seksu. Mimo, że budziły one głośny rechot na sali, to przez te kilka migawek jakimś cudem udało się napisać romantyczną (no, w pewnym sensie) historię. Do tej pory jestem pod wrażeniem. Ach, a o tym, że Vanessa tak ogólnie też jest mutantem, przynajmniej w uniwersum komiksowym, dowiedziałam się z czytanego po obejrzeniu filmu artykułu na Wiki. Przez caluśki seans byłam przekonana, że jest zwykłym randomem. 


Reszta postaci (a mam tu na myśli X-menów i tych złych) jest dość rozczarowująca. Kompletnie nie rozumiem zachwytów nad postacią Negasonic. Dizajn owszem, miała fajny, ale poza fajnym wyglądaniem właściwie niewiele robiła. Trochę lepiej wypada Colossus, który z tym swoim nachalnym dydaktyzmem, staroświecką kindersztubą i rosyjskim akcentem jest rozczulający no i ma zarysowany jakiś tam charakter. Złole wypadają jeszcze bardziej bezbarwnie. Angel Dust (będąca kafarem głównego złego) głównie jest i w drugiej połowie filmu nawet ładnie wygląda. Jej główną zasługa jest to, że mamy kobietę w miejscu, w którym zwykle w filmach są faceci (co wprowadza nieco potencjalnego dyskomfortu w kontekście walki z Colosusem, bo popkultura ma problem z pokazywaniem kobiet w takich sytuacjach. Ale tu wyszło bardzo dobrze, bez dyskomfortu). Zaś sam Francis/Ajax (czyli główny shwartzcharakyer) jest tak bezbarwny, że szkoda słów. Po części mogła to być świadoma kreacja – jak bohater nie ma uczuć, to i aktor nie za bardzo ma co zagrać, ale niestety sprawia też, że było mi w związku z nim bardzo wszystko jedno.

No i tak, w sumie chętnie obejrzałabym jeszcze raz, choć te co wulgarniejsze elementy humorystyczne nie za bardzo mi odpowiadały. A zamiast zakończenia kilka spostrzeżeń od czapy:
  • Czy Colossusa się leczy, czy przekuwa?
  • Deadpool musiał mieć strasznie ciasną maskę – poruszała się zgodnie z mimiką. Ze też go nie cisnęła.
  • Sieciowe kino w moim mieście nie poinformowało widzów, że to film od 15 lat. W związku z tym na jednym z seansów pojawiła się matka z dwójką około siedmioletnich dzieci (true story). Widowni w wieku na oko 10 – 12 lat nawet nie próbuję zliczyć.
  • Jednorożce mimo wszystko są fajne.
  • Dlaczego (prawie) wszystkie aktorki w tym filmie noszą fryzury, które strasznie mi się podobają, ale w których wyglądałabym jak ostatni wypłosz?
  • Co jest takiego obciachowego w imieniu Francis, że trzeba je zastępować ksywą wziętą od środka do czyszczenia podłóg?
"Deadpool"
reż. Tim Miller
2016

wtorek, 10 listopada 2015

Film ostatnio widziałam #10 - "Marsjanin"

No więc po kilku tygodniach narzekania, że u mnie w mieście nie puszczają „Marsjanina”, nagle zaczęli puszczać. I to w obu kinach na raz (tak, tak, Multikino u mnie otwarto na nowo. I chyba jednak wolałam to stare). Więc poszłam, wraz z Lubym. Co jest o tyle istotne, że część uwag w tym tekście będzie pochodziła od niego, a nie ode mnie. Poza tym, będzie to też bardziej porównanie książki i filmu, bo będąc tak świeżo po lekturze nie jestem w stanie tego oddzielić (a właściwie to nawet nie chcę).

No i oczywiście, spoilery.

Dla porządku może najpierw krótki zarys fabuły. W niedalekiej przyszłości trzecia misja załogowa na Marsa zmuszona jest wrócić po zaledwie kilku dniach (w filmie jest to sol osiemnasty, w książce zaledwie szósty. Nie wiem, czemu twórcy filmu zdecydowali się na to przesunięcie, zwłaszcza że dodatkowe półtora tygodnia zużywania zapasów przez załogę jakoś nie przeszkodziło im przepisać z książki do scenariusza wyliczeń racji żywnościowych bez żadnych modyfikacji) z powodu burzy o dużej sile. Niestety, jeden z członków załogi zostaje w czasie ewakuacji zmieciony szczątkami anteny i odczyt z jego skafandra ustaje. Reszta uznaje go za zmarłego i opuszcza planetę. (Nie)stety, Mark Watney przeżył. I teraz bardzo stara się nie umrzeć.

Na wstępie powiem Wam, że w sumie to film mi się podobał. Dobór aktorów odpowiadał (choć Matt Damon jako Watney wydawał mi się jednak trochę za sztywny), gra też była niezła, no i zdjęcia Marsa zdecydowanie bardzo malownicze. Niemniej mam wrażenie, że twórcy filmu nie bardzo mogli się zdecydować, czy chcą pokazać dramatyczną walkę człowieka z naturą (obcą, ale jednak), czy tez jednak śmieszno-straszną historię o człowieku, którego kumple zostawili po imprezie na pustkowiu. O ile Weir obie te koncepcje łączył z zadziwiającym wdziękiem, to w filmie, mam wrażenie, nie zawsze scenarzysta wiedział, co chce osiągnąć. A właściwie to nawet wiedział – chciał jednak bardziej dramatyczną historię, ale ktoś mu najwyraźniej zwrócił uwagę, że fani książki jednak na dramat nie pójdą. Więc mamy gdzie niegdzie ten nieszczęsny humor, który czasem współgra, ale częściej nie.

Przejdźmy może do omówienia tego, co mnie najbardziej interesuje, czyli porównania scenariusza z fabułą książki. Oczywiście występuje sporo nieścisłości – część ze zwyczajnego niedbalstwa (jak wspominana już sprawa racji żywnościowych), część to pominięcia wynikające z różnic pomiędzy samą materią książki i filmu. Powiem Wam, że większość tych przeróbek nie boli – właściwie to nawet lepiej, że są, bo wszystkiego po prostu nie da się zmieścić w filmie, więc po co twórcy mają sobie utrudniać życie. Brakowało i właściwie tylko jednej sceny, która fantastycznie nadawała się do filmu, ale z jakiegoś powodu z niej zrezygnowano (podejrzewam, że uznano, że wystarczy tych zabaw z wodorem), mianowicie watneyowej bomby wodorowej. To by była taka fajna śmieszno-straszna scena. Dobrze, że chociaż eksplozję nadmiaru tlenu zostawili.

W sumie jak już wspomniałam o irytujących szczegółach, to dorzucę, co irytowało Lubego. Otóż irytowała go burza pyłowa z początku zarówno filmu, jak i książki (z tym, że w filmie wiatr i pył chłostające wściekle ściany HABu pojawiały się kilka razy). Bo widzicie, wiatr na Marsie bywa bardzo szybki, jak chciał autor, niestety, nie bardzo ma czym dmuchać, bo atmosfera Marsa ma tylko 1% ziemskiego ciśnienia. W związku z czym wiatr o prędkości stu trzydziestu kilometrów na godzinę ma siłę mniej więcej taką, jaką uzyskuje wasz podmuch w trakcie dmuchania w gorącą herbatę. Nie znaczy to, że nie może to sprawiać kłopotu misji marsjańskiej. Ale raczej nie da rady wcisnąć astronautów z powrotem do śluzy HABu. (tu zaznaczam, że sama nie bardzo się na tym znam, więc jeśli ktoś czuje się na siłach sprostować czy zweryfikować, to zapraszam).

Za to bardzo podobała mi się decyzja o rozbudowaniu zakończenia. To w książce też mogło być, ale pozostawiło mnie z pewnym niedosytem. Film wszystko ładnie uzupełnił (także w sekwencjach pod napisy końcowe) i nadał historii kompletności, której książce nieco brakowało. 

Bohaterowie Marsa na jednym obrazku.:)
Jako oglądającej czytelniczce film mi się raczej podobał. Obejrzałabym chętnie jeszcze raz i pewnie to kiedyś zrobię. Acz znajomość książki ani wam w seansie nie pomoże, ani nie przeszkodzi. Dlatego polecam, niezależnie od tego, czy czytaliście, czy nie.

"Marsjanin" ("The Martian")
reż. Ridley Scott
Twenty Century Fox
2015 

piątek, 10 lipca 2015

Film ostatnio widziałam #9 - "Minionki"

Już tak dawno nie pisałam o filmach, że część z was pewnie zapomniała, że mi się to czasem zdarza. Nadszedł jednak ten moment, kiedy mam ochotę podzielić się z wami wykwitami mojego mózgu na temat pewnej animacji. Nie jest to produkcja szczególnie porywająca (w sensie głębokości fabuły) czy obdarzona drugim, trzecim i dziesiątym dnem, ale mam ochotę o niej opowiedzieć. Przygotujcie się więc na fąfdziesiąty w blogosferze tekst o "Minionkach". Będzie to tekst z perspektywy osoby, która serię ogląda według chronologii wewnętrznej (czytaj: dwóch poprzednich części nie widziała. A właściwie jedną widziała, ale po „Minionkach”).

Fabuła filmu przedstawia całą historię minionków (to się powinno pisać z dużej czy z małej litery? Nazwa własna czy gatunkowa?) zanim trafiły do Gru. I to dosłownie całą, bo od momentu, kiedy jeszcze były jednokomórkowcami. Jednak jej główną osią jest służba u niejakiej Scarlet O’Haracz.

No i tak: nie jest to jeden z tych filmów, które chwytają za serce i budzą emocje (jak choćby „Król Lew” czy „Jak wytresować smoka”). To czysta komedia z akcją tak wartką, że widz nie ma okazji złapać oddechu. Zasypywanie gagami i żartami nie ustaje nawet na chwilę, a co gorsza, większość z nich jest trafiona. Ale osobiście poczułam się nieco przytłoczona faktem, że ciągle tyle się dzieje. Jestem widzem „leniwym”, lubię sobie chwilę odsapnąć, wyciszyć się między kolejnymi szalonymi scenami. Brak okazji do tego sprawia, że po seansie czuję się zmęczona. Tak było i w tym przypadku, ale nie narzekam. 

Mało w sieci fajnych gifów z najnowszymi minionkami. To dlatego, ze w USA premiera dopiero dzisiaj, więc tumblr nie zadziałał. Ale coś tam znalazłam.
„Minionki” to film z całkiem ciekawą koncepcją świata przedstawionego – mamy w nim mnóstwo superzłocyńców ( oni nawet własny konwent mają, który w polskiej wersji językowej jest nazywany targami), za to nie występuje ani jeden superbohater. I to jest właśnie takie nowe – dotąd animacje owszem, często bawiły się schematem superbhaterskim (który obejmuje też pojawienie się supervillaina) ale zawsze był to schemat właśnie superBOHATERSKI. Może i ten zły grał główne skrzypce, ale miał dobrego przeciwnika (jak w „Megamocnym” na przykład), równie ważnego dla rozwoju fabuły i tylko historia dla odmiany była opowiadana z innej perspektywy. W „Jak ukraść księżyc”, powiecie, też nie ma superbohatera. Tyle że akurat ten film (w ogóle kto wymyślił, żeby każdą część filmowego cyklu nazwać innym, nawet nie nawiązującym do reszty tytułem? Nie wydaje mi się to szczególnie udanym chwytem marketingowym) opiera się na schemacie przemiany zgorzkniałego faceta pod wpływem małych dziewczynek, a nie na walce dobra ze złem. Ta zła strona jest oczywiście w „Minionkach” przerysowana i przejaskrawiona, ale w tak uroczy sposób, że tylko przyklasnąć (złoczyńcy mają nawet własna telewizję – oczywiście tajną).

Chciałabym w tym miejscu napisać coś o postaciach, tyle że nie bardzo wiem, jak. Dizajn całej animacji nawiązuje oczywiście do poprzednich części (nie wiem, to jakaś niepisana umowa, że główni bohaterowie mają nosy tak szpiczaste, że można nimi wydziobać oko? Czy to po prostu znak, kto tu jest najważniejszy?), a rzecz dzieje się w późnych latach sześćdziesiątych, więc mniej więcej wiadomo, czego można się spodziewać (mnie osobiście urzekła koronacyjna suknia Scarlet, a scena wiązania gorsetu zdecydowanie zawiera żarty skierowane do rodziców, a nie do dzieci). Ale ostatecznie wszyscy bohaterowie są dość bezbarwni. Scarlet i jej mąż Herb zachwycają na ekranie, ale po wyjściu z kina trudno o nich powiedzieć coś konkretnego (poza tym, że są bardzo udanym małżeństwem). A minionki to minionki – charaktery mają określone przez jedną cechę, a poza tym są chodzącym elementem komicznym. Nie ma w tym nic złego, takie od początku było założenie dla tych postaci, ale sprawia, że nie mają głębi, za to mają ogromne pokłady uroczości. Co ciekawe, najbardziej zapadła mi w pamięć królowa angielska. Czy ona naprawdę miała takie wielkie zęby, czy to tylko wybujała wyobraźnia twórców? Nieważne, w każdym razie twarda babka z niej. Twardsza niż Scarlet, bo nie histeryzuje po porażce. 

BANANA!
Mogłabym jeszcze trochę pociągnąć tę chaotyczną notkę. Nie napisałam na przykład nic o dubbingu (bardzo dobry, porządnie zagrany i zgrabnie dobrany), o tłumaczeniu (nienajgorsze moim zdaniem) czy o muzyce (przyjemna, ale niewiele pamiętam ze ścieżki dźwiękowej. Muszę sobie powtórzyć). Nie wspomniałam też o licznych nawiązaniach, a to z tego powodu, że po jednym seansie zauważyłam ich pewnie z jedną czwartą (tylko kilka muzycznych). W każdym razie, w tym miejscu kończę. Niniejszym minionki dołączyły do grona postaci, które tak skutecznie ukradły film, że dostały własny. A wam radzę iść – bo to jednak bardzo fajna baja jest.

"Minionki" ("The Minions")
reż. Pierre Coffin, Kyle Balda
Uniwersal Pictures
2015

sobota, 13 grudnia 2014

Film ostatnio widziałam #8 - "Wielka Szóstka" ("Big Hero 6")

Od czego by tu zacząć… No więc, byłam na „Big Hero 6” (pozwólcie, że tytułu oryginalnego będę używać częściej, bardziej mi się podoba niż „Wielka szóstka”). Bawiłam się dobrze, znacznie lepiej niż na „Interstellar” (co z jednej strony nie jest jakoś szczególnie trudne, z drugiej może świadczyć o moim infantylizmie. W każdym razie, roboty i tu, i tam były fajne) i właściwie film nie zawiódł moich oczekiwań. A mimo tego bardzo trudno mi o tej animacji pisać.

Może krótki rzut oka na fabułę. Kiedy w pożarze ginie starszy brat Hiro, zostaje po nim oprócz wspomnień tylko Baymax, robot przygotowany jako projekt zaliczeniowy na studia (jesteśmy w niedalekiej przyszłości, więc robot jest wypasiony). Wkrótce wychodzi na jaw, że pożar mógł nie być przypadkowy, a w mieście pojawia się tajemniczy, zamaskowany mężczyzna. Hiro z przyjaciółmi i podrasowanym Baymaxem postanawia rozwiązać zagadkę i doprowadzić do ukarania winnych.

To jest bardzo piękna wizualnie baja. Zarówno projekty postaci, jak i ujęcia plenerów (jeśli można tak napisać o czymś, co zostało w stu procentach wygenerowane komputerowo) czy choreografia postaci w poszczególnych dynamicznych scenach robią ogromne wrażenie. Co tam lodowe zamki czy lampiony nocą, sceny lotu nad miastem są znacznie lepsze. Furda złe wiedźmy czy lodowe zaklęcia, człowiek w masce i jego mikroboty robią znacznie większe wrażenie. A Baymax jest najbardziej uroczym superbohaterem ever (robotem z resztą też, jeśli by mnie kto pytał). Przeglądałam sobie grafiki z marvelowskiego komiksu, na którego podstawie luźno oparty jest film i przyznam, że zdecydowanie bardziej podoba mi się strona wizualna animacji – przynajmniej bohaterki mają ciekawsze kostiumy i mniej wyeksponowane biusty.

Poznajcie Baymaxa.
Bohaterowie są bardzo różnorodni. „Big Hero 6” zbierał już pochwały za etniczną mieszankę postaci w tym filmie (z siedmiu najważniejszych trzy to typ azjatycki, mamy też bohatera ciemnoskórego i tylko dwoje białych. A ostatnia jest robotem), więc może się tym nie będę zajmować. Bardziej interesująca wydaje mi się różnorodność charakterów. Z jednej strony możnaby się przyczepić do schematyczności, bo mamy i różową blondyneczkę, i zafascynowaną mechaniką chłopczycę, i zbuntowanego nastolatka, i geniusza z obsesją porządku i wreszcie kogoś w rodzaju zawodowej maskotki, typ bohatera spotykanego tylko w amerykańskich komediach o studenckim życiu. Z drugiej, blondyneczka jest wybitnym chemikiem, chłopczyca nieprzerysowaną, samodzielną i niezależną dziewczyną, a geniusz wcale nie jest sztywniakiem. Co jest fajne, bo dzięki temu bohaterowie zyskują jakąś wielowymiarowość, oczywiście w granicach odpowiednich dla filmu dla najmłodszych. Poza tym miło zobaczyć, że różowa blondynka i mroczna chłopczyca wcale nie muszą się programowo zwalczać, za to mogą się normalnie przyjaźnić.

Baymax:)
Spoiler Zone

Czarny charakter za to mnie kompletnie nie przekonuje. To znaczy nie mam twórcom za złe, że bardzo łatwo domyślić się, kto nim jest. Poza tym wygląda naprawdę szałowo, ale kompletnie nie trzyma się kupy pod względem psychologicznym. Profesor Callaghan, kiedy poznajemy go na początku, wygląda na idealistę, wierzącego w wielkie i dobre rzeczy, jakie może zdziałać nauka. W rzeczy samej, nauka ratuje mu życie. Nic też nie wskazuje na to, żeby nie był pogodzony że stratą córki. Oczywiście, obwinia Kreia o to nieszczęście i czuje do niego w związku z tym niechęć, ale nie widać między nimi szczególnej nienawiści (szczerze mówiąc, po scenie ich rozmowy w czasie konkursu byłam przekonana, że ich niechęć ma źrudło w jakimś ukradzionym pomyśle czy czymś w tym rodzaju). Nie potrafię sobie wyobrazić ścieżki, jaką musiałby przejść umysł tego dobrego w gruncie rzeczy człowieka, żeby w chwili pożaru dojść do wniosku, że to doskonały moment, aby sfingować śmierć, zwinąć odkrycie własnego studenta i realizować z rozmachem plan zemsty, który może zagrozić życiu setek, jeśli nie tysięcy niewinnych ludzi. Ba, niewinne anonimy niewinnymi anonimami, ale w imię zemsty Callaghan nie wahałby się zabić własnych studentów, których przecież znał i chyba lubił (umówmy się, jeśli ktoś ciska w ciebie blokiem betonu albo kontenerem, to raczej ma na celu trwałe wyeliminowanie, a nie chwilowe usunięcie). Sądzę, że autorom chodziło o pokazanie, że nawet najlepszy człowiek może zbłądzić, ale wykonanie kompletnie nie zdało egzaminu.

End of Spoiler Zone

Nowy, lepszy Baymax:)
Może w tym momencie warto wyjaśnić, dlaczego trudno mi się pisze o „Big Hero 6” (co robię po napisaniu ponad strony tekstu, ha ha). Widzicie, film ogląda się bardzo przyjemnie, ale fabuła nie zaskakuje. W ogóle. Kompletnie niczym. Nie oczekuję, żeby fabuła czegoś, co zostało stworzone z myślą o podstawówkowym targecie mogła zawiłością wprawić w osłupienie dorosłą babę, ale jeśli nawet nie wywołuje choćby drobnego „Och” z zaskoczenia, to chyba jednak nie o to chodziło. Kto jest czarnym charakterem, bardzo łatwo się domyślić, drobne scenariuszowe niespodzianki wcale nie są tak niespodziewane, jak chcieliby tego twórcy. W całym filmie zaskoczył mnie tylko fakt, ze brat Hiro ginie w jego trakcie (filmu, nie Hiro), a nie wcześniej. Ale to nie jest zasługa scenarzystów.

Power of pink.
Nad stroną wizualną już piałam z zachwytu, strona dźwiękowa też się kilku doczeka. Soundtrack jest bardzo przyjemny, energetyczny, choć dużo większe wrażenie wywołuje podczas oglądania filmu, niż słuchany samodzielnie (co w przypadku muzyki filmowej raczej trudno uznać za wadę). Do polskiego dubbingu też nie ma się o co przyczepić. A Baymax jest najbardziej uroczym robotem, jakiego w życiu widziałam (sorry, R2D2. I tak, wiem, że się powtarzam, ale to prawda).

Chyba muszę przestać wam obiecywać notki przed każdym wyjściem do kina na animację wielkiej wytwórni. Bo czasem trafia się film, który świetnie się ogląda, jest bardzo przyjemny i złego słowa o nim powiedzieć nie można, w ogóle najchętniej obejrzałoby się go jeszcze kilka razy ale… no właściwie trudno o nim powiedzieć cokolwiek konstruktywnego i ciekawego. A jak już się notkę obiecało, to głupio się tak rakiem wycofać. Więc idźcie na „Wielką szóstkę” do kina. To zdecydowanie bardziej interesująca forma spędzania czasu niż czytanie mojego wpisu.

"Wielka Szóstka" ("Big Hero 6")
reż. Don Hall, Chris Williams
Disney
2014

poniedziałek, 10 listopada 2014

Film ostatnio widziałam #7 - "Interstellar"

Jeśli jeszcze nie zauważyliście, to jestem skrajnie niewymagającym widzem. Żeby film mi się podobał, wystarczy, żeby był odpowiednio ładny (co w praktyce oznacza, że spodoba mi się każdy film z odpowiednio wysokim budżetem). Schematy fabularne mi nie przeszkadzają, bo jestem z tych widzów, którzy lubią oglądać to, co znają, choć nie mam też nic przeciwko zaskakiwaniu mnie. Czasem jednak trafi się film, w którym wszystkiego jest za mało – i ładności, i schematów, i zaskoczeń. Dla mnie takim filmem jest „Interstellar”.

Zanim przejdę do konkretów, może kilka zdań o tym, z czym właściwie mamy do czynienia. Otóż Ziemia umiera, nękana przez suszę i burze pyłowe. Ale oto tuż za Saturnem odkryto WARPa, prowadzącego wprost do odległej galaktyki, i to w miejsce, gdzie znajduje się kilka potencjalnie dogodnych do kolonizacji planet. Wyrusza więc misja w celu określenia, gdzie najlepiej byłoby założyć kolonie. W tle mamy konflikt ojca z dorastającą córką. Wydawać by się mogło, że takiego scenariusza nie da się zepsuć.

Dla mnie największym problemem „Interstellar” jest to, że nie potrafię zawiesić niewiary. Kiedy już, już mam uwierzyć w historię, którą mi reżyser ze scenarzystą opowiada, zaraz wyskakuje coś (jakiś drobny detal najczęściej), co wszystko psuje. Ot, choćby ten wielki głód, z którym ze wszystkich sił Ameryka walczy. A walczy tak, że wszystkich, których się da, kształci na farmerów. Nie na botaników, nie na technologów rolnictwa, nie na inżynierów rolnictwa, nie na genetyków, tylko na farmerów. Bo wiecie, taki farmer na pewno więcej wynajdzie w dziedzinie usprawniania technologii uprawy i zwiększania plonów, niż genetyk specjalista od tworzenia nowych odmian roślin. Na pewno też lepiej zaprojektuje maszyny niż jakiś tam inżynier. To ja się wcale nie dziwię, że oni tam głód cierpią, skoro najwyraźniej w drugiej połowie XXI wieku ta najważniejsza z gałęzi przemysłu ciągle stoi na obecnym (a może nawet jeszcze niższym) poziomie.

Nie wspominałam jeszcze, że świat tradycyjnie składa się tylko z USA (mamy co prawda wspomnienie o tym, że gdzieś tam są Indie, które dziesięć lat temu zamknęły swój program wojskowy). To mnie akurat mniej uwierało, bo już się przyzwyczaiłam, że w absolutnie każdym hollywoodzkim blockbusterze musi się znaleźć odpowiednia liczba ujęć powiewającej amerykańskiej flagi, ale na litość, mówimy o przedsięwzięciu w założeniu mającym uratować ludzkość. Nawet w „2012”, który był durny ponad miarę i wyobrażenie (ale za to całkiem ładny), mieliśmy do czynienia ze światowym projektem. Tutaj, mam wrażenie, Amerykanie ratują Amerykanów. To może świadczyć o pewnej zmianie w mentalności społecznej. Ale nie musi. Za to jest mocno irytujące dla widza spoza USA.

A jakby tego było mało w miejscach, gdzie przydałoby się starcie charakterów i ożywiona dyskusja na racjonalne argumenty, mamy rzewny monolog o atomowej sile miłości, która pokonuje czas i przestrzeń i oświetla drogę do poznania. Wygłaszany przez naukowca na misji badawczej, który w ten właśnie sposób próbuje przeforsować swoją koncepcję dalszego prowadzenia tej wyprawy. I nawet nie wiem, czy bardziej irytujący jest fakt, że rzeczonym naukowcem jest kobieta (w tonie narracji, że kobiety to zawsze te bardziej emocjonalne, a mniej racjonalne) czy to, że jej rozmówca zdaje się równie emocjonalnie, ale mniej otwarcie przemycać własną małą zemstę za racjonalnymi argumentami.

Czarna dziura była w filmie najpiękniejsza w całym kinie i tv.
Przejdźmy może do fabuły. Nie wiem, po co właściwie „Interstellar” trwa prawie trzy godziny – fabuły wystarcza na mniej więcej połowę tego, resztę wypełniają powtórki wcześniejszych fragmentów i długie ujęcia na krajobraz. Pół biedy, gdyby były to wizje krajobrazu odległych planet, ale jednak częściej oglądamy zapylone ulice miasteczek i pola kukurydzy. A nawet jak już dostajemy odległą planetę, to nie ma w tym nic spektakularnego, a naprawdę nie oczekiwałam bujnej dżungli z Pandory rodem. Kiedy jakimś cudem nie podziwiamy krajobrazu, właściwie niewiele się dzieje. Fajny motyw konfliktu ojca z córką został przedstawiony zbyt wycinkowo, badanie obcych planet, mimo kilku naprawdę ciekawych pomysłów, koniec końców wypada strasznie nudno, a ta odrobina akcji, którą w końcu dostajemy, jest zupełnie wyrwana z kontekstu i przychodzi zdecydowanie za późno, żeby znudzony widz się nią przejął.
Film mogliby ratować bohaterowie, bo scenarzyści najwyraźniej mieli na nich pomysł. Tylko z jakichś przyczyn strasznie go poszatkowali (może to właśnie była przyczyna – za dużo pomysłów na raz). Główny bohater, czyli grany przez Mattew Conaugheya Cooper nie ma widzom do zaoferowania nic poza swoją relacją z córką (zaś jego syn okazuje się postacią tak kuriozalną, że szkoda gadać. W sumie w ogóle nic o nim nie wiemy, ale mimo wszystko). Murphy za to miała potencjał. To jest naprawdę ciekawa postać kobieca, najpierw dziewczynka ślepo zapatrzona w ojca, potem pełna żalu do niego kobieta. Szkoda tylko, że cały jej wątek jest taki pofragmentowany: właściwie wiemy tylko, jak przedstawiały się jej relacje jako córki (prawdziwej i „przybranej”). Nie wiemy, jakie ma stosunki z bratem (co ostatecznie w pewnym momencie robi wielką krzywdę logice filmu), a facet pretendujący do miana miłości jej życia jest dla widza totalnym randomem. Wszystko to sprawia, że Murphy jest strasznie jednowymiarowa. I to jest bolączka chyba wszystkich bohaterów filmu – mimo ogromnego potencjału wyszli płascy jak naleśniki.

Ale są też plusy. Na przykład w „Interstellar” mają najpiękniejszą czarną dziurę, jaką zdarzyło mi się oglądać na ekranie. W ogóle ujęcia w przestrzeni kosmicznej robią wrażenie, tym bardziej boli fakt, że jest ich tak niewiele. Kilka fabularnych pomysłów też się udało – gdyby je zagęścić, film może nie miałby więcej sensu, ale z pewnością byłby mniej nudny. No i roboty, które były chyba najlepszymi postaciami drugoplanowymi (nie żeby akurat tu było i jednych, i drugich jakoś specjalnie dużo, ale mimo wszystko).

Nie oglądałam nolanowskich Batmanów, dlatego nie mam do tego reżysera absolutnie żadnego stosunku. Ale powiem wam, że gdybym miała go oceniać po „Interstellar”, to zaczęłabym się głęboko zastanawiać, co też te wszystkie rzesze fanów w nim widzą. A filmu nie polecam i wybieram się pod koniec miesiąca na „Big Hero 6”, żeby zatrzeć nieprzyjemne wrażenia.

Fajne roboty są zawsze fajne:)
(autorem obrazka jest Andrew Kwan)
"Interstellar"
reż. Christopher Nolan
Legendary i in.
2014

sobota, 21 czerwca 2014

Film ostatno widziałam #6 - "Jak wytresować smoka 2" ("How to Train Your Dragon 2")

Widziałam, bo musiałam zobaczyć. Byłam w kinie, choć żałowałam, że nie poszłam na poranny seans (serio, co trzeba mieć w głowie, żeby uważać zabranie czterolatka na około dwugodzinny seans za świetny pomysł?). Za to zdecydowanie nie żałowałam, że na 2D – przez tą dziwną modę na absolutnie wszystko w trójwymiarze człowiek zapomina, jak niesamowitą jakość obrazu może prezentować kinowy film. Widziałam wszystkie łuski, i plamki, i krople, i iskry… A było na co popatrzeć.

Fabuła filmu to oczywiście kontynuacja historii z poprzedniej części. A ponieważ rzecz dzieje się pięć lat później, nieco się pozmieniało i teraz każdy ma smoka (a Czkawka zdecydowanie wyprzystojniał). Bardzo ładnie wygląda nowy Berg, bo w przeciwieństwie do poprzedniej odsłony, tym razem twórcy postanowili go pokolorować żywymi barwami. Sam wstęp do filmu jest bardzo dynamiczny i zabawny, jednak dubbing na początku… cóż, krótko mówiąc, ssie. Kwestie wypowiedziane przez Czkawkę jako narratora (w tym samym stylu co w poprzedniej części) brzmią strasznie sztywno i bezbarwnie, jak deklamacja na szkolnej akademii, poza tym są znacznie skrócone w porównaniu oryginałem. Wygląda to tak, jakby Grzegorz Drojewski, który podkładał głos pod postać, na początku nie bardzo wiedział, jak to zrobić. Na szczęście później wszyscy się rozkręcili i nic nie zgrzyta (choć i tak uważam, że Damięcki jako Czkawka radził sobie zdecydowanie lepiej).

Ale ja tu o fabule miałam… nie będę wam spoilerować (w każdym razie nie bardziej niż trailery, ale jeszcze nie tutaj), powiem tylko, że tak jak część pierwsza rozdzielała akcenty po równo między Szczerbatka i Czkawkę, aby mogli się stać równorzędnymi partnerami i kładła nacisk na budowanie relacji między nimi, tak bohaterem „dwójki” jest Czkawka. Nocną Furię zredukowano do roli wiernego, zwierzęcego kompana, najczęściej w charakterze elementu komicznego (większą, samodzielną rolę odegrał dopiero pod koniec filmu). W sumie całkiem fajnie to wyszło, Szczerbatek tak czy siak kradnie cały film, ale mam nadzieję, że część trzecia dla równowagi w większym stopniu skupi się na nim. Tyle razy powtarzano, jakim to on jest rzadkim smokiem i najpewniej ostatnim z gatunku, że ta strzelba po prostu misi wystrzelić. Także motyw przewodni fabuły się zmienił – jak w „jedynce” chodziło głównie o to, aby pokazać, że obce nie zawsze znaczy złe i groźne i czasem wystarczy tylko odrobina dobrej woli, aby rozwiązać stare konflikty, tak „dwójka” ma trochę zacięcia proekologicznego. Ale to tak mimochodem, bo głównie jest o odnajdywaniu siebie, a jeszcze bardziej o tym, że więź zbudowana na głębokiej przyjaźni zawsze będzie silniejsza niż ta oparta na strachu. 


Twórcy rozszerzyli świat przedstawiony nie tylko geograficznie, ale i zoologicznie. Co prawda jeśli ktoś widział serial, powinien być na to przygotowany (w ogóle kilka elementów z serialu zaczerpnięto, jednak fabularnie nie ma z filmem jakiejś wspólnej platformy. Na przykład czarny charakter pojawił się wcześniej w serialu i miał w nim sporą rolę, ale nie widziałam wystarczająco dużo odcinków, żeby powiedzieć, czy fabularnie jest powiązanie), nie mniej, rozumiecie, nie ta skala i nie ten efekt. Smoków jest mnóstwo, są piękne i nowe gatunki bohaterowie spotykają np. podczas relaksacyjnej przejażdżki jak u nas stada dzików, co strasznie mi się podoba. W ogóle strona wizualna filmu jest przegenialna i mogłabym się gapić na niego godzinami tylko dla samego podziwiania jej. Ale o tym nie będę się rozpisywać, skoro możecie sami zobaczyć. 

Bardzo mi się podobało poprowadzenie relacji bohaterów (jest to jeden z elementów, który sprawia ze widzę HTTYD 2 jako skierowany do nieco starszej widowni). Na przykład relacja Astrid i Czkawki. W poprzedniej części widać było wyraźnie, że coś między nimi iskrzy. Niestety, w takich przypadkach gdy tworzy się kolejną część, scenarzyści często o tym „zapominają” i mimo upływu czasu między kolejnymi odsłonami wątku udają, że nic się w tej kwestii nie zmieniło (albo że bohaterowie wręcz się cofnęli) tylko po to, żeby wcisnąć kilka elementów komicznych w temacie. Tutaj nie, tutaj widać, że przez te pięć lat, kiedy nie odwiedzaliśmy Bergu, Astrid i Czkawka bardzo się do siebie zbliżyli i teraz po prostu są ze sobą (a ja się poważnie zastanawiam, czy w kolejnej części twórcy nie zechcą uraczyć widzów ich latoroślą). Jednocześnie dziewczyna nie straciła swojego twardego charakteru i ambicji, co pozwala jej zachować status świetnie skonstruowanej i spójnej postaci. Co prawda miłosnych żartów z serii „jedno chce, a drugie nie” nie brakuje, ale wykonuje je ktoś inny, znacznie bardziej pasujący do tej roli moim zdaniem. Reszta również się nie zmieniła, przynajmniej jeśli o charakter idzie (i nie dostała więcej czasu antenowego niż poprzednio), choć teraz jeszcze bardziej niż poprzednio występują jako elementy komiczne. 


Uwaga, ten akapit zawiera spoilery, ale tylko takie, które wcześniej ujawniono w zwiastunach. Szumnie zapowiadany wątek matki Czkawki, Valki, trochę mnie rozczarował. Konkretnie sam motyw jej zniknięcia, pokazany w retrospekcjach i ponownego budowania relacji z synem. Spodziewałam się czegoś znacznie bardziej spektakularnego, pełnego emocji czy walki wewnętrznej (oczywiście, mimo wszystko na miarę filmu dla dzieci), tymczasem otrzymałam wielkie nic. Mam wrażenie zmarnowanego potencjału. Za to świetnie wypadło spotkanie po latach z mężem. Urocze i wzruszające, takie śliczne po prostu.

Trochę rozczarowujący jest też czarny charakter. Co prawda powierzchowność i metody ma odpowiednio mroczne, budzi też w widzu pewien dyskomfort, ale ogólnie jest bardzo przeciętny. Nie kierują nim żadne ciekawe motywy (właściwie przez większość czasu odnosi się wrażenie, że nie kierują nim żadne motywy poza czystą agresją; nawet jego tłumaczenie w tym względzie wypada mało wiarygodnie), działa otwarcie i na rympał, więc nie jest postacią, dzięki której da się zbudować suspens czy dramatyzm. Aczkolwiek z drugiej strony, jako uosobienie tego, czego uosobieniem najwyraźniej twórcy chcieli go zrobić, sprawdza się nad wyraz dobrze. Z tym, że ja w czarnych charakterach wolę jednak inne cechy. 


Co jeszcze na plus? Zdecydowanie muzyka – może nie szczególnie porywająca, ale bardzo przyjemna i zdecydowanie lepsza niż w poprzedniej części. Także rozłożenie akcentów dramatycznych. Co prawda pierwsza połowa filmu jest w nie bardzo uboga, a dalej scenarzyści korzystali raczej z ogranych klisz, ale ciągle daję się na nie złapać, więc chyba zrobili to dobrze. No i cały etap kulminacyjny filmu to majstersztyk, jeśli nie pod względem scenariuszowym (choć mnie tam odpowiada), to wizualnym już z pewnością.

To jest świetnie zrobiony film i jeśli po seansie nie wyszłam z kina kwiląc z zachwytu, to na pewno nie przez niego, ale przez całą resztę (jak ja nie lubię zatłoczonych kin). Poczekam, aż będę go mogła znowu obejrzeć w domowym zaciszu i wtedy sobie pokwilę. I pewnie się trochę powzruszam, a co mi tam. Jeśli o smoki idzie, robię się strasznie sentymentalna.


"Jak wytresować smoka" ("How to Train Your Dragon")
reż. Peter Hastings
DreamWorks
2014


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...