Kolejnym powieściom lubianych autorów zawsze towarzyszy dreszczyk emocji. Z jednej strony szykujesz się na miło spędzony czas i duża dawkę tego, co u autora lubisz, a z drugiej zawsze jest ta doza niepewności, czy tym razem podoła oczekiwaniom. Andy Weir zachwycił mnie „Marsjaninem”, ale potem rozczarował „Artemis”, dlatego do jego najnowszego dzieła podchodziłam z cała paletą emocji. Ale oczywiście musiałam przeczytać jak najszybciej, więc gdy tylko nadarzyła się okazja, zamówiłam „Projekt Hail Mary” z księgarni TaniaKsiazka.pl. Aha, recenzja zawiera sekcję spoilerową, bo są pewne aspekty, które chcę omówić, ale które mogłyby niektórym trochę zepsuć niespodziankę. Ale będzie oznaczona.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andy Weir. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andy Weir. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 22 czerwca 2021
poniedziałek, 15 stycznia 2018
"Artemis" Andy Weir
„Marsjanin” Andy'ego Weira był bardzo przyjemną lekturą, mimo kiepskiego tłumaczenia. Dlatego też kiedy tylko usłyszałam o nowej powieści autora, chciałam się z nią zapoznać. Jednak szybko pojawiające się w sieci nieprzychylne opinie nieco ostudziły mój zapał i koniec końców podeszłam do lektury z pewną taką nieufnością.
Artemis to miasteczko na Księżycu. Niewielkie, ale jedyne. I lubiane przez bogatych turystów oraz jeszcze bogatszych biznesmenów. I dlatego też osoba o dość elastycznym podejściu do litery prawa ma wzięcie – przecież dziani panowie nie zrezygnują ze swoich drobnych nałogów tylko dlatego, że przenieśli się na Księżyc i niektóre z nich stały się nielegalne, a ktoś musi im te zakazane luksusy sprowadzać. Tym kimś jest Jazz, oficjalnie doręczycielka paczek, a nieoficjalnie przemytniczka. Jazz potrzebuje pieniędzy, ma bowiem plan. A jeden ze stałych klientów ma dla niej propozycję, która pozwoli jej zarobić mnóstwo pieniędzy, jednak zadanie okazuje się dużo bardziej skomplikowane niż to, czym do tej pory się zajmowała. Ale Jazz to dziewczyna pracująca, żadnej pracy się nie boi. W końcu co może pójść nie tak?
Weir w „Artemis” wykorzystał pomysły, które już sprawdziły się w „Marsjaninie” - niedaleka przyszłość, kosmos, zagrożenia i komplikacje jakie czyhają na obrotnego człowieka poza Ziemią i dużo opisowej zabawy z technologiami. Tym razem jednak postanowił napisać thriller i niestety, niektóre rzeczy, które działały w opowieści o nowym Robinsonie Crusoe, przestała działać. Weźmy rozbudowane opisy techniczne. W „Marsjaninie” stanowiły ważną część fabuły i całkiem zgrabnie ją uzupełniały. W „Artemis” tylko powodowały dłużyzny. To znaczy jasne, jesteśmy na Księżycu, więc pewne technikalia istotne dla fabuły trzeba wyjaśnić, żeby intryga miała sens dla czytelnika. Ale Weir z lubością opisuje KAŻDE spawanie bohaterki, technikę opuszczenia miasta, kilkukrotnie powtarza, jak dana rzecz działa... To niepotrzebnie zwalnia akcję (której dobre tempo jest jednak w thrillerze istotne, w przeciwieństwie do opowieści o kosmicznym Robinsonie) i nudzi czytelnika. Ale nie jest największym problemem powieści.
Największym problemem powieści jest bowiem główna bohaterka. Wiecie, jeśli autor chce zagrać kartą niegrzecznej dziewczynki (albo niegrzecznego chłopca, bez różnicy) jako protagonistki, winien przede wszystkim zadbać, aby poza wątpliwą moralnie postawą taką postać charakteryzował jakiś wdzięk. Żeby budziła pozytywne emocje w czytelniku, które pozwolą wybaczyć skazy na charakterze (i praworządności). Jazz brak tego wdzięku. Dostajemy dorosłą kobietę, która zachowuje się jak wulgarna, rozwydrzona, zbuntowana nastolatka. Która jest och jakże uzdolniona, ale obnosi się z tym, że zmarnowała swój potencjał (o czym przypomina jej co druga postać, niemalże roniąc łzy nad tym marnotrawstwem), bo tak to by musiała jakiś wysiłek w pracę wkładać, a jej zależy na takiej, co by zarobić, a się nie narobić. Która dodatkowo jest och jakże seksowna (co na szczęście otwartym tekstem nie leci, ale autor co rusz puszcza nam oczko, że wiecie *wink, wink* o co chodzi). W dodatku pała jakimś absurdalnym poczuciem wyższości wobec całego świata, a tenże świat wciąż oferuje jej okazje i pomoc chyba tylko po to, aby mogła je z tą wyższością odrzucać. Nie ma w niej absolutnie żadnej cechy, która mogłaby sprawić, że jako czytelniczka, polubię bohaterkę. Należy jej się order rasowej Mary Sue.
Taka postawa głównej bohaterki sprawiła, że właściwie z automatu polubiłam każdego, kto jej bruździł, a miał choć odrobinę charakteru. Na przykład Rudy'ego, lokalnego policjanta o niezłomnym charakterze. Taki archetyp szeryfa na rubieżach, który sam jest prawem, ale że ma niezłomny kręgosłup moralny, nie daje się zdeprawować. Albo Dale'a, byłego przyjaciela bohaterki, który co prawda zrobił jej kiedyś straszne świństwo, ale i tak bardziej mi żal jego, niż Jazz. Albo jej ojca, od którego uciekła w akcie nastoletniego buntu a potem głupia buta nie pozwoliła jej już wrócić do rodzinnego gniazda. W zasadzie historia każdej z tych postaci byłaby chyba ciekawsza niż Jazz.
Mocną stroną powieści jest za to miejsce akcji. Opisy tego, jak działa Artemis – nie tylko w kwestiach technicznych, ale przede wszystkim społecznych – bywają ciekawsze niż główny wątek fabularny. (Dodatkowo książka zawiera też schematy i plan miasta, co ułatwia nam orientację w terenie.) Miasto jawi się nam jako swego rodzaju pułapka z kijem i marchewką. Z jednej strony napływ turystów daje możliwości zarobienia sporej gotówki, ale z drugiej sprawia, że (jak to w miejscowościach turystycznych) koszty życia są bardzo duże. A jeśli ci się nie uda, to opuszczenie miasta w poszukiwaniu zieleńszych pastwisk też nie jest ani proste, ani tanie, ani przyjemne.
Cóż, autor musi jeszcze trochę popracować nad warsztatem. Ciągle dobrze rokuje, ale dopóki nie zrozumie, że wszystkich gatunków nie da się dobrze napisać za pomocą tego samego zestawu chwytów fabularnych, będzie produkował buble. Dobrze by było też, żeby przestał zakochiwać się w swoich bohaterach, bo w przeciwnym razie będzie pisał różne niestrawne warianty Mary Sue. W każdym razie, jeśli napisze kolejną powieść, to dam mu szansę. Ciągle mam nadzieję.
Tytuł: Artemis
Autor: Andy Weir
Tytuł oryginalny: Artemis
Tłumacz: Radosław Matejski
Wydawnictwo: Akurat
Rok: 2017
Stron: 418
Autor: Andy Weir
Tytuł oryginalny: Artemis
Tłumacz: Radosław Matejski
Wydawnictwo: Akurat
Rok: 2017
Stron: 418
piątek, 23 października 2015
"Marsjanin" Andy Weir
Jak być może się domyślacie, czytając tytuł tej notki i patrząc na ilustrujący ja obrazek, przeczytałam „Marsjanina” (przeczytałam go w celu obejrzenia filmu na podstawie książki, który niedawno miał premierę, ale niestety, w moim mieście go nie grają. Ten fakt nie ma związku ni wpływu na treść recenzji, ale musiałam się wyżalić). Wszyscy go polecali, wszyscy się zachwycali, swego czasu (a w okolicach premiery filmu mieliśmy powtórkę z rozrywki) był dosłownie wszędzie i opisywany w samych superlatywach. I chyba to jest kolejny przykład książki, której intensywna promocja jednak nieco zaszkodziła, przynajmniej w moim przypadku. Ale może po kolei.
Tak się złożyło niefortunnie, że Mark Watney został na Marsie, podczas gdy jego rakieta wraz z resztą dzielnych astronautów odleciała. Nie należy ich winić, w końcu jak się widzi członka drużyny zmiecionego fragmentem anteny i brak odczytów jego funkcji życiowych, to łatwo uznać to za śmiertelny wypadek. Mark jednak nie umarł i teraz ma problem – jest jedynym człowiekiem na Marsie. Co gorsza, nikt nie wie, że on tam jest. Ale poddanie się nie byłoby w stylu Marka. To bardzo pomysłowy facet i taka błahostka jak perspektywa spędzenia nieokreślonego czasu na planecie pozbawionej powietrza z pewnością go nie powstrzyma.
Pierwsza refleksja, jaka do mnie przyszła po lekturze była taka, że ludzie jednak strasznie tęsknią za Robinsonem Crusoe. A tak konkretnie to za motywem walki samotnego rozbitka o przeżycie. I to niekoniecznie w wydaniu krwawego, desperackiego starcia z przeciwnościami, gdzie pot, łzy i inne płyny ustrojowe leją się gęsto, a bohater odchodzi od zmysłów. Publika pragnie kogoś, kto nie traci fasonu nawet w obliczu katastrofy i jest na tyle sprytny, żeby każdą katastrofę przeżyć przy pomocy zaskakującego pomysłu. I za to kochamy Marka Watneya.
Mark jest nie tylko głównym bohaterem, ale też narratorem większej części utwory (większość jest spisana w formie pamiętnika, przeplatanego relacjami z tego, co też słychać na Ziemi czy u innych członków załogi). Jak już pisałam, to facet niezwykle zaradny i czytelnik ma kupę radochy, kibicując mu w rozwiązywaniu skomplikowanych problemów marsjańskiego dnia codziennego. Przy tym Mark ma ogromny dystans do siebie i poczucie humoru co sprawia, że jego relacje czyta się gładko i przyjemnie, często z uśmiechem na ustach. Zdecydowanie lepiej pasuje do dzisiejszych czasów niż stary, dobry Robinson.
Do dzisiejszych czasów nie pasuje też bezludna wyspa, bo nawet jeśli takie jeszcze są (i maja rozmiar większy niż przeciętny koc), to doskonale wiemy, gdzie się znajdują. Poza tym to strasznie oklepana lokacja od czasów wszelkich survivalowych reality show. Co innego Mars – fascynująca, nieznana paleta, tak bliska, a jednocześnie tak daleka. Autor co prawda przekonuje nas, że na Marsie nie ma zbyt wiele do oglądania, a największym wrogiem jest brak rzeczy i warunków, które na Ziemi są oczywistością. Ale nawet opisywanie braków może być fascynujące, kiedy ma się lekkie pióro, a Weir ma.
Na zakończenie powiem wam, że ostatecznie „Marsjanin” nieco mnie zmęczył. Nie jest to wina samej powieści, bo tę się wręcz pożera i przy tak wdzięcznej lekturze raczej nie można się nudzić, ale szumu wokół niej. Tyle się o tym pisało, tyle dyskutowało, z każdego kąta wyłaziło, że dochodząc do ostatnich stron cieszyłam się, że to już koniec mojej przygody na Marsie. Mimo że to była bardzo udana przygoda.
Autor: Andy Weir
Tytuł oryginalny: The Martian
Tłumacz: Marcin Ring
Wydawnictwo: Akurat
Rok: 2014
Stron: 380
Subskrybuj:
Posty (Atom)


