Po dłuższej przerwie w zeszłym roku doczekaliśmy się wreszcie kontynuacji cyklu o Harrym Dresdenie. Mag wydał trzynasty tom, czyli „Zmiany”, I muszę przyznać, że tym razem tytuł jest cokolwiek znaczący, bo autor postanowił zamknąć kilka istotnych wątków, zmienić status quo i zakończyć wszystko potwornym clifhangerem. U nas na szczęście kolejny tom wyszedł po miesiącu, ale aż się dziwię, że amerykańscy fani po premierze oryginalnej wersji językowej „Zmian” nie ruszyli pod dom Butchera z widłami i pochodniami.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akta Dresdena. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akta Dresdena. Pokaż wszystkie posty
piątek, 21 lutego 2020
czwartek, 28 września 2017
"Zdrajca" Jim Butcher
Za mną już jedenasty tom przygód Harry’ego Dresdena, co niniejszym czyni cykl Jima Butchera najdłuższą po „Świecie Dysku” czytaną przeze mnie serią. Poprzedni tom nieco mnie rozczarował – mimo bycia dziesiątym, cierpiał na ostry syndrom drugiego tomu: dużo zapychaczy, mało treści. W ”Zdrajcy” autor zdecydowanie wrócił do formy.
Harry spędza leniwy poranek w swojej suterenie, kiedy nagle z kanapy ściąga go pukanie do drzwi. Jakież jest zdziwienie naszego maga, kiedy po otwarciu ukazuje mu się ciężko ranny Morgan – publicznie zastępca dowódcy Strażników Białej Rady, prywatnie nemezis Harry’ego (facet przez ładnych kilka lat był kuratorem Dresdena i robił absolutnie wszystko, żeby złapać go na jakimś przewinieniu, które pozwoliłoby na drobną egzekucję; acz trzeba uczciwie przyznać, że robił to w szczerym przekonaniu, że Harry jest cwanym potworem, którego trzeba zatłuc, zanim urośnie w siłę… nie pytajcie). Morgan został oskarżony o zamordowanie jednego z najpotężniejszych magów Białej Rady, jak twierdzi niesłusznie i, jak to się ładnie mówi, stawiał opór przy zatrzymaniu. A teraz chce, żeby Harry pomógł mu złapać prawdziwego zdrajcę. Jest to jedna z tych sytuacji, z których każde wyjście wydaje się niewłaściwe.
Tym razem Butcher skupił się na konflikcie Białej Rady, czyli na metahistorii łączącej wszelkie tomy cyklu – do tego stopnia, że tradycyjny „problem odcinka” jest częścią tegoż konfliktu. Wojna z Czerwonym Dworem wampirów przeszła do chwilowego etapu chwiejnego rozejmu (zakończeniem bym tego nie nazwała. Obie strony raczej wykrwawiły się do tego stopnia, że prowadzenie dalszych działań byłoby dla nich zbyt ryzykowne, więc ich zaprzestano). Ale, jak już od jakiegoś czasu wiemy, ktoś za wybuchem tej wojny stał, a że najwyraźniej nie był zadowolony z wyników poprzedniej intrygi, postanowił wywołać nowy konflikt. A Harry miota się, próbując nie dopuścić do jego wybuchu.
W związku z tym, że w intrygę zamieszane są struktury Białej Rady, czytelnik ma okazję dowiedzieć się, że w ogóle jakieś istnieją (poza Strażnikami, czyli magiczna policją, oraz Radą Starszych). Dla Butchera ogólnie charakterystyczne jest, że eksponuje nam elementy świata przedstawionego na zasadzie „co prawda dotąd wam nie wspominałem o tym różowym słoniu w salonie, ale nikt nigdy nie dotarł do ściany za nim, więc hej, on tu od początku był!” i to nawet działa, tak tutaj trochę przegiął. Jasne, wiadomo było, że istnieje szybka linia komunikacji i struktura szybkich przejść przez Nigdynigdy, no ale… Wiecie, kiedy autor, który od dziesięciu tomów konsekwentnie sugeruje, że mamy do czynienia ze społecznością rozproszoną i złożoną z bardzo autonomicznych jednostek, nagle ujawnia, że, well, w sumie to od kilkuset lat mają olbrzymią kwaterę główną (nie jedyną!), zamieszkiwaną stale przez dziesiątki, jeśli nie setki magów pełniących właściwie wszystkie funkcje administracyjno-techniczne, to jest już pewna przesada. Osobiście czuję się jako czytelniczka trochę oszukana, a samo zagranie mocno kojarzy się z początkującymi autorami, którzy wrzucają rewolucyjne pomysły w połowie książki bo są fajne, nie kłopocząc się osadzaniem ich we wcześniejszych realiach.
Z dobrych (?) wiadomości nastąpiły spore zmiany w relacjach między postaciami. Co prawda nie poznajemy raczej nikogo nowego (w ogóle to dość kameralny jak na Butchera tom), ale za to Harry zyskuje nowego skilla, pojawiają się wampiry z Białego Dworu, w którego kręgach również sporo się dzieje no i widzimy starych znajomych z Białej Rady. No i spotykamy znowu młode, chicagowskie wilkołaki. Ogólnie dzieje się dużo i na nowych polach, a zakończenie daje nadzieję na bardzo interesujący rozwój wypadków w przyszłości.
Z wiadomości mniej dobrych, mamy nowego tłumacza, już czwartego w ciągu cyklu. I nie podoba mi się to. Do przekładu Jakuszewskiego miałam pewne zastrzeżenia, jednak całkiem mi się podobał. Przekład Anny Reszki wydawał mi się za to dość gruzłowaty (choć trzeba jej oddać, że w przeciwieństwie do poprzednika, przynajmniej dokładnie zapoznała się z uniwersum) – w trakcie lektury łapałam się na tym, że sceny, które powinnam łykać gładko jak młody pelikan śliska rybkę, przerywałam, żeby zastanowić się, co z nimi jest nie tak. A to już świadczy o pewnej niepłynności (dość niezdefiniowanej, z racji tego, że nie znam oryginału). Irytowała mnie też ciągota tłumaczki do dosłownego przekładania idiomów – ja wiem, że Amerykanie (czy Anglosasi w ogóle) zwracają się do swoich psów „good boy” czy po prostu „boy”, ale Polak w analogicznej sytuacji powie raczej „dobry piesek”. Harry do Myszka w przekładzie Reszki zwraca się zwykle „chłopcze” – co IMO jest o tyle nietrafione, że u nas to zwrot kojarzący się z protekcjonalizmem czy wręcz reprymendą, a nie czułością i pochwałą… Niby mała rzecz, a irytuje. I nie jest jedyna niestety (co jest w sumie trochę smutne, bo z przekładów Reszki czytałam jeszcze „Cesarza Ośmiu Wysp” i tam nie miałam się do czego przyczepić).
No i tak – z jednej strony mamy wartką akcję, ciekawą dynamikę relacji postaci i wydarzenia pchające metafabułę do przodu, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej. Z drugiej, przekład trochę przeszkadza… Ale i tak na plus.
Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
Tytuł: Zdrajca
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Turn Coat
Tłumacz: Anna Reszka
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 636
środa, 12 kwietnia 2017
"Drobna przysługa" Jim Butcher
To już tyle lat… jak dotąd nie próbowałam precyzyjnie określać upływu czasu w Dresdenwersum, ale w „Drobnej przysłudze” akurat można – mamy rok 2003 lub 2004. A to oznacza, że od początku cyklu, w wewnętrznej linii czasowej minęło już jakież dwanaście lat (około. Pewnie wśród zagorzałych fanów znaleźliby się tacy, którzy określili to dokładniej – albo po prostu zapytali autora – ale nie nurkowałam w fandomie ze względu na spoilery). To dziwne, bo rzadko zdarza mi się czytać cykle, w których upływ czasu jest tak namacalny (chyba powinnam jednak uzupełnić sobie cykl o Tiffany Obolałej. Wywołuje podobne wrażenie). Poczyniwszy ową dygresję, mogę wreszcie przejść do rzeczy.
Tym razem zaczyna się sielankowo – ot, Harry i dzieciaki Carpenterów bawią się na podwórku. Ale jak wiadomo, nic nie może przecież wiecznie trwać i cała grupa zostaje zaatakowana przez dziwne stwory. Zaraz potem z podejrzaną sprawą dzwoni policja, a kiedy tylko Harry próbuje zorientować się, jak może im pomóc, dopada go królowa fae. I chce odebrać swoja przysługę. Ten dzień już chyba nie może być gorszy…
Przyznam, że na etapie dziesiątego tomu pewne elementy charakterystyczne dla cyklu zaczynają być nużące. Paradoksalnie, są to momenty, które w założeniu mają dynamizować akcję. Mówię głównie o scenach, kiedy ktoś Dresdena goni i próbuje zabić albo mamy bezpośrednią potyczkę. „Drobna przysługa” jest takich scen pełna. Niby nie jest to żadna nowość, bo to, że Harry kilka razy w czasie powieści dostaje łomot to już taka nowa świecka tradycja. Zwykle są też mocno przewidywalne – no wiadomo przecież, że mając w perspektywie kolejnych trzynaście tomów autor swojego bohatera-narratora nie zabije ani poważnie nie uszkodzi. Pierwszy raz miałam wrażenie, że te rozbudowane sceny mają po prostu nabić książce objętości. Tom dziesiąty mógłby się spokojnie bez kilku z nich obejść.
Być może chodzi o fakt, że w poprzednich tomach z takich potyczek często wynikało coś interesującego: a to jakiś plot twist, a to wypływała nowa informacja odnośnie świata przedstawionego, a to pojawiał się nowy bohater (a ponieważ wiemy, że Butcher lubi bohaterów trzecioplanowych jednego tomu czynić kluczowymi postaciami któregoś kolejnego, na każdego nowego zwracamy uwagę). Teraz tego brakowało. I to nie jest tak, że wymagam od autora, żeby w połowie wielotomowego cyklu ciągle odkrywał kluczowe elementy świata przedstawionego. Ale ciągle wymagam, żeby mnie czasem zaskoczył.
![]() |
| Jak zwykle zapraszam na mojego instagrama.;) |
„Drobnej przysłudze” brak może elementu zaskoczenia i powiewu świeżości, ale przynajmniej autor przypomniał nam sporą grupę znanych bohaterów. Bo kogo tu nie ma: Rycerze Miecza z rodziną i ich odwieczni wrogowie, Marcone z tym znanym czytelnikowi fragmentem swojego przestępczego imperium, Murphy, Thomas, fae w różnych odsłonach, Strażnicy… Z jednej strony fajnie: wiemy, że autor o swoich postaciach nie zapomina, a i czytelnicy chętnie znowu spotkają się z ulubieńcami. Z drugiej – trochę za dużo tych grzybków w barszczu. Za tłoczno na kartach powieści. Na osłodę mamy zdecydowane przebudowanie relacji między pewnymi postaciami, ale szczerze mówiąc, nie jestem usatysfakcjonowana. (Znaczy wiecie, gdyby postać A była moim żywym znajomym, to bardzo by mnie ucieszyła jej relacja z postacią B, niezależnie od tego, jak się ostatecznie rozwinie. Ale ponieważ mamy do czynienia z konstruktami literackimi, cała sytuacja jest mocno odczapista).
Nie jest tak, że „Drobna przysługa” niczego nie oferuje. Oferuje na przykład bardzo kreatywne wykorzystanie „Dwóch wież” Tolkiena (oraz ciekawa jestem, jak tłumacz wybrnie z faktu, że dwie różne magiczne umiejętności nazwał tak samo). Ogólnie poza faktem, że powieść cierpi na syndrom drugiego tomu, czyta się ją całkiem przyjemnie. Ale mam nadzieję, że kolejny tom będzie bardziej treściwy.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Small Favor
Tłumacz: Michał Jakuszewski
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2017
Stron: 598
piątek, 16 września 2016
"Biała noc" Jim Butcher
Za mną najnowszy, dziewiąty tom przygód Harry’ego Dresdena. Całkiem przyjemny, nie powiem. Autor skupiła się bardziej na wydarzeniach z tła zamiast na potworze odcinka, co zdecydowanie wyszło powieści na dobre.
Umierają kobiety. Najczęściej cichą, samobójczą śmiercią w pokojach hotelowych. Przynajmniej policja uważa te śmierci za samobójcze. Wykwalifikowany mag, taki jak Harry Dresden, będzie jednak umiał odczytać poszlaki wskazujące na to, że denatkom ktoś pomagał. A fakt, że wszystkie z nich dysponowały magiczną mocą sprawia, ze cała sprawa staje się jeszcze bardziej podejrzana. A na dodatek niektóre z niedawno zaginionych kobiet widziano w towarzystwie mężczyzny podejrzanie podobnego do Thomasa… To będzie kolejny pracowity tydzień.
Muszę przyznać, że jest to jeden z przyjemniejszych od dłuższego czasu tomów. Autor nie szaleje z wprowadzaniem nowych postaci, raczej skupia się na pokazywaniu tych już znanych (zresztą, przez dziewięć tomów naprawdę naprodukował ich już tyle, że jest z czego wybierać), zwłaszcza z drugiego i trzeciego planu. Przy okazji w „Białych nocach” doskonale widać upływ czasu w wewnętrznym świecie powieści – od pierwszego tomu minęło już ponad dziesięć lat i złoczyńcy skazani w pierwszych tomach, właśnie skończyli odsiadywać wyroki. A relacje między bohaterami zmieniły się tak bardzo ze trudno sobie przypomnieć, od czego właściwie się zaczęło.
Ale miało być o bohaterach. Nie będę zdradzać, kto powrócił w tym tomie, aby odsłonić nam tajemnice swej duszy. Za to powiem, że znowu mamy do czynienia z Marconem, który, cóż, zaczyna budzić coraz większą sympatię w czytelnikach. Oczywiście jest Murphy (raczej marginalizowana, a w każdym razie pełniąca tę samą funkcję, co dotychczas), jest Thomas, którego relacja z Harrym ciągle się rozwija i jest Moly. Muszę przyznać, że oglądanie Dresdena w roli nauczyciela i mentora jest bardzo przyjemne – to zawsze coś nowego i zmusza naszego dzielnego bohatera do wstąpienia na nowy poziom dojrzałości. Pojawia się też Elaine, ale właściwie poza kilkoma spektakularnymi wybuchami, niewiele oferuje.
Tak naprawdę o istotności tego tomu stanowią wydarzenia w tle oraz skrawki informacji, jakimi autor rzuca w czytelników. Dowiadujemy się trochę o tym, jak idzie wojna z wampirami i co robi Harry pomiędzy kolejnymi tomami. Poznajemy trochę bliżej Ramireza, który zdaje się wyrastać na młodszą kopię Dresdena, ale ciągle mam nadzieję, ze nie podąży tą drogą. Ale więcej nie napiszę, nie będę psuć niespodzianki.
Przejdźmy jednak do technikaliów. Kiedy cykl po raz pierwszy zmieniał tłumacza, był to fakt powszechnie znany i ogłaszany. Kiedy zmieniał po raz drugi, nikt o tym nie mówił. A „Białe noce” są pierwszym tomem cyklu przełożonym przez trzeciego już tłumacza, Michała Jakuszewskiego. I powiem szczerze, że ta zmiana wyszła „Aktom Dresdena” na dobre. Jakuszewski zdecydowanie lepiej czuje autora (co zresztą zaprezentował już wcześniej w „Wiatrogonie aeronauty”), przez co książkę czyta się po prostu dużo płynniej niż poprzednie tomy. Nie wiem, czy jego tłumaczenie jest wierniejsze czy też piękniejsze niż poprzedników, ale na pewno jest znacznie lepiej przyswajalne.
Co z kolei nie znaczy, że wszystkie decyzje nowego tłumacza pochwalam. Taka kwestia miar na przykład. Nie mam do ich przekładu nabożnego stosunku (generalnie uważam, że powinny zostać, jak autor przykazał, ale jak tłumacz zmieni na lokalne, to też ok.), ale… no wiecie, kiedy przez osiem tomów były stopy, cale i funty, to nagłe wprowadzanie w dziewiątym metrów i kilogramów trochę psuje klimat. Nie daruję też zamiany swojskiego szlafroka na nadętą szatę – to akurat była część garderoby, która miała czytelnikom wiele powiedzieć o charakterze bohatera i zastąpienie jej szatą psuje cały efekt. Harry też zaczął zdecydowanie swobodniej używać przekleństw – ilościowo zmian nie widać, ale ładunek zrobił się znacznie cięższy.
„Biała noc” to zdecydowanie jeden z ważniejszych tomów. Sporo wnosi, choć w znacznej większości są to pytania niż odpowiedzi. Przy czym wszystkie zadawane są zgrabnie. Tym niecierpliwiej czekam na dalszy ciąg.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
Tytuł: Biała noc
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: White Night
Tłumacz: Michał Jakuszewski
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 580
piątek, 27 maja 2016
"Dowody winy" Jim Butcher
Kolejny odcinek przygód Harry’ego Dresdena już za mną, na szczęście za plus-minus miesiąc będzie następny. Poprzednio narzekałam na trochę zużyty już schemat na którym opierał autor kolejne tomy (Ne jest to schemat tylko jego bo mniej więcej na takim samym opierają się i kryminalne procedurale, i kryminalne cykle powieściowe). Teraz jednak coś się tej kwestii zmieniło.
Harry dostaje od pewnej tajemniczej postaci cynk, że w jego rewirze ktoś używa czarnej magii. Musi to sprawdzić zanim wieści dotrą do Białej Rady, bo ona chętnie wykona wyrok śmierci niezależnie od tego, czy będzie miała do czynienia z przestraszonym i zagubionym nastolatkiem, który nie wiedział, co robi, czy z umazanym krwią szaleńcem. A poza tym na konwencie miłośników horrorów przytrafiają się dziwne ataki.
Jest to zdecydowanie jeden z bardziej udanych tomów. Butcher gładko łączy temat potwora odcinka z toczącą się w tle od kilku ładnych tomów wojną między magami a wampirami, przez co cały motyw zyskuje nieco życia i przestaje być tak przewidywalny. Dodatkowo zachodzą w trakcie opowieści zmiany, które muszą mieć spore konsekwencje w przyszłości i to konsekwencje bardzo interesujące fabularnie. Mam nadzieję, że autor mnie nie zawiedzie.
A teraz będzie akapit o bohaterach, więc drobne spoilery, bo inaczej niczego sensownego nie napiszę.
„Dowody winy” to tom, w który wyraźnie widać, jak autor wyciąga ze swojego kuferka jedne pacynki, żeby zrobić miejsce tym, które należy schować. Ja wiem, że w tak rozbudowanym cyklu trudno byłoby sprawić, aby każdy bohater pojawił się w każdym tomie (a i nie jest to do niczego potrzebne), ale… No, pewną sztuczność tu widzę. Thomas znika praktycznie bez słowa i jakkolwiek zdaję sobie sprawę z tego, że powróci za kilka odcinków aby wszystko wyjaśnić, to takie znikanie irytuje. Za to nagle pojawia się rodzina Carpenterów, której od kilku ładnych tomów nie było, aby okazać się kluczowa. Nie powiem, Molly, najstarsza córka, wiele w tym tomie zyskała. Właściwie to zyskała wszystko, bo jak dotąd miała tylko kilka króciutkich scenek, z których niewiele wynikało. Teraz mamy postać z krwi i kości, która zapewne jakąś istotniejszą rolę odegra. Poza tym mamy jeszcze Białą Radę i trochę elfów.
No i tak – mamy tu po prostu kolejny tom cyklu – lepszy niż poprzedni, być może zawierający kilka nowych i kluczowych elementów fabuły. Ale to ostatnie będzie można ocenić dopiero po poznaniu kolejnych części. Tymczasem „Akta Dresena” pozostają bardzo sympatycznym cyklem, bez ambicji, ale przyjemnym (za czym stoi głownie moja sympatia o głównego bohatera). Będę kontynuować.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
Tytuł: Dowody winy
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Proven Guilty
Tłumacz: Wojciech Szypuła
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 652
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Proven Guilty
Tłumacz: Wojciech Szypuła
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 652
wtorek, 8 marca 2016
"Martwy rewir" Jim Butcher
To już siódma odsłona cyklu „Akta Dresdena” autorstwa Jima Butchera. To ten moment, kiedy pewne schematy dają się we znaki nawet najzagorzalszym fanom cyklu. Z drugiej strony Butcher ciągle ma sporo do zaoferowania swoim czytelnikom, co łagodzi rozczarowania.
Od poprzednio opisywanych wydarzeń minął niespełna rok. Zbliża się Halloween. Tymczasem Harry dostaje od Mavry ultimatum. Musi jej dostarczyć coś w określonym terminie, albo pewne obciążające fotki Murphy dotrą do odpowiednich rąk. Tymczasem w Chicago daje się odczuć pewne nasilenie aktywności mrocznej strony mocy. Coś się święci.
Może na początek napiszę, że wszystkie powieści cyklu (przynajmniej jak dotąd) są oparte na pewnym schemacie. Mamy potwora odcinka, czyli sprawę, jaką akurat Harry się zajmuje oraz tło, z tomu na tom coraz bardziej rozbudowane i zachowujące fabularną ciągłość. „Martwy rewir” jest punktem historii, w którym potwór odcinka zaczyna się robić zwyczajnie nudny. Bo cóż my tu mamy nowego? Dresden (znowu) odkrywa w Chicago jakieś straszliwe magiczne zagrożenie, choć (znowu) nie bardzo wie, o co właściwie chodzi. Potem kilkukrotnie zbiera srogie bęcki (znowu) od przeciwników, którzy są od niego silniejsi (znowu), po czym na końcu z pomocą spektakularnej akcji jakoś udaje mu się uratować sytuację (znowu; nie, to nie jest spoiler dla nikogo, kto czytał chociaż dwa tomy cyklu). Przyznam, że jestem tym już zmęczona, bo mimo że autor wkłada sporo wysiłku w zmontowanie zajmującej intrygi (co mu się nawet udaje), to pewna przewidywalność jest dla niej i tak zabójcza.
I tutaj sytuację ratuje tło. Bo widzicie, u Butchera nic się nie marnuje. Nawet jeśli potwór odcinka nie jest szczególnie zajmujący, to trzeba o nim czytać z uwagą. A to dlatego, że wiele poruszonych, zdawałoby się, jednorazowo wątków czy wprowadzonych postaci powróci w najmniej spodziewanym momencie w kolejnych tomach, jako element większej opowieści tkanej w tle.
I właśnie ta większa historia opowiadana jako tło do bieżących wydarzeń w „Martwym rewirze” jest naprawdę interesująca. W tym tomie bowiem dzieją się rzeczy, które będą miały, jak sądzę, kluczowy wpływ na dalsze wydarzenia w cyklu, którego przecież dopiero jedną trzecią mieliśmy okazję poznać (mówię o polskich czytelnikach, bo anglojęzyczni dobrnęli za połowę). Tym sposobem autor sprawił, że z niecierpliwością czekam na detale tła, zaś bieżącą fabułę traktuję jak zło konieczne. Nie wiem, czy to dobrze ale życzyłabym sobie, aby tego tła było jednak trochę więcej.
Co do bohaterów, to cóż, Harry pozostaje Harrym. Trochę się jednak zmienia – nasz dzielny rycerz zaczyna bowiem zauważać, że świat magii wcale nie jest taki czarnobiały, jak dotąd wierzył. Zobaczymy, dokąd go ta ścieżka doprowadzi. Za to jego relacja z Thomasem bardzo ładnie się pogłębiają. Dostajemy też nową postać, która miała już mały epizodzik w poprzednim tomie (i raczej jasne było, że jeszcze się pojawi. Jeśli w cyklu, bądź co bądź, o detektywie pojawia się patolog sądowy, to wiadomo, że zagości na dłużej), ale teraz może odegrać ważniejszą rolę. Z innych starych znajomych, Murphy poleciała na Hawaje (co było mało zgrabnym usunięciem jej z fabuły, ale mam przeczucie graniczące z pewnością, że hawajskie wydarzenia okażą się w którymś tomie bardzo ważne), więc jej nie ma, Myszek, jak przewidywałam, podrósł i wykazuje więcej inteligencji od właściciela, pojawiają się też przedstawiciele Białej Rady, co fabularnie wypada bardzo ciekawie. No i jest Sue. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wystąpi.
Podsumowując, mimo pewnego zmęczenia formułą, jest to generalnie udany tom. Butcher miewał lepsze, ale bywały i gorsze. A ja, jako fan girl, z niecierpliwością czekam na kolejny (choć tłumacza chyba jednak wolałam poprzedniego. Tekst Cholewy był lżejszy i bardziej humorystyczny. No ale jak się nie ma, co się lubi…). Już niedługo.
Od poprzednio opisywanych wydarzeń minął niespełna rok. Zbliża się Halloween. Tymczasem Harry dostaje od Mavry ultimatum. Musi jej dostarczyć coś w określonym terminie, albo pewne obciążające fotki Murphy dotrą do odpowiednich rąk. Tymczasem w Chicago daje się odczuć pewne nasilenie aktywności mrocznej strony mocy. Coś się święci.
Może na początek napiszę, że wszystkie powieści cyklu (przynajmniej jak dotąd) są oparte na pewnym schemacie. Mamy potwora odcinka, czyli sprawę, jaką akurat Harry się zajmuje oraz tło, z tomu na tom coraz bardziej rozbudowane i zachowujące fabularną ciągłość. „Martwy rewir” jest punktem historii, w którym potwór odcinka zaczyna się robić zwyczajnie nudny. Bo cóż my tu mamy nowego? Dresden (znowu) odkrywa w Chicago jakieś straszliwe magiczne zagrożenie, choć (znowu) nie bardzo wie, o co właściwie chodzi. Potem kilkukrotnie zbiera srogie bęcki (znowu) od przeciwników, którzy są od niego silniejsi (znowu), po czym na końcu z pomocą spektakularnej akcji jakoś udaje mu się uratować sytuację (znowu; nie, to nie jest spoiler dla nikogo, kto czytał chociaż dwa tomy cyklu). Przyznam, że jestem tym już zmęczona, bo mimo że autor wkłada sporo wysiłku w zmontowanie zajmującej intrygi (co mu się nawet udaje), to pewna przewidywalność jest dla niej i tak zabójcza.
I tutaj sytuację ratuje tło. Bo widzicie, u Butchera nic się nie marnuje. Nawet jeśli potwór odcinka nie jest szczególnie zajmujący, to trzeba o nim czytać z uwagą. A to dlatego, że wiele poruszonych, zdawałoby się, jednorazowo wątków czy wprowadzonych postaci powróci w najmniej spodziewanym momencie w kolejnych tomach, jako element większej opowieści tkanej w tle.
I właśnie ta większa historia opowiadana jako tło do bieżących wydarzeń w „Martwym rewirze” jest naprawdę interesująca. W tym tomie bowiem dzieją się rzeczy, które będą miały, jak sądzę, kluczowy wpływ na dalsze wydarzenia w cyklu, którego przecież dopiero jedną trzecią mieliśmy okazję poznać (mówię o polskich czytelnikach, bo anglojęzyczni dobrnęli za połowę). Tym sposobem autor sprawił, że z niecierpliwością czekam na detale tła, zaś bieżącą fabułę traktuję jak zło konieczne. Nie wiem, czy to dobrze ale życzyłabym sobie, aby tego tła było jednak trochę więcej.
Co do bohaterów, to cóż, Harry pozostaje Harrym. Trochę się jednak zmienia – nasz dzielny rycerz zaczyna bowiem zauważać, że świat magii wcale nie jest taki czarnobiały, jak dotąd wierzył. Zobaczymy, dokąd go ta ścieżka doprowadzi. Za to jego relacja z Thomasem bardzo ładnie się pogłębiają. Dostajemy też nową postać, która miała już mały epizodzik w poprzednim tomie (i raczej jasne było, że jeszcze się pojawi. Jeśli w cyklu, bądź co bądź, o detektywie pojawia się patolog sądowy, to wiadomo, że zagości na dłużej), ale teraz może odegrać ważniejszą rolę. Z innych starych znajomych, Murphy poleciała na Hawaje (co było mało zgrabnym usunięciem jej z fabuły, ale mam przeczucie graniczące z pewnością, że hawajskie wydarzenia okażą się w którymś tomie bardzo ważne), więc jej nie ma, Myszek, jak przewidywałam, podrósł i wykazuje więcej inteligencji od właściciela, pojawiają się też przedstawiciele Białej Rady, co fabularnie wypada bardzo ciekawie. No i jest Sue. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wystąpi.
Podsumowując, mimo pewnego zmęczenia formułą, jest to generalnie udany tom. Butcher miewał lepsze, ale bywały i gorsze. A ja, jako fan girl, z niecierpliwością czekam na kolejny (choć tłumacza chyba jednak wolałam poprzedniego. Tekst Cholewy był lżejszy i bardziej humorystyczny. No ale jak się nie ma, co się lubi…). Już niedługo.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
Tytuł: Martwy rewir
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Dead Beat
Tłumacz: Wojciech Szypuła
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 608
piątek, 20 listopada 2015
"Krwawe rytuały" Jim Butcher
Właśnie przeczytałam szósty tom „Akt Dresdena”. Szkoda, bo na następny będę musiała poczekać o stycznia (niby nie tak znowu długo, ale przecież czekać trzeba). „Krwawe rytuały” znacznie bardziej mi przypadły do gustu niż czytane wcześniej „Śmiertelne maski”. Były też pierwszym tomem po zmianie tłumacza (jeśli dobrze zrozumiałam, to nie rozstajemy się z Cholewą, po prostu będzie tłumaczył tylko niektóre tomy. Choć mogę się mylić) ale jedno z drugim raczej nie ma związku.
Harry dostał nietypowe zlecenie (choć kiedy je przyjmował, nie wiedział, że jest nietypowe. Nikt mu nie powiedział, jakie filmy tam będą kręcić) – ma ochraniać ekipę kręcącą film porno. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie fakt, że dwie osoby już zginęły w dość dziwacznych okolicznościach, a nasz dzielny detektyw musi ochronić resztę ekipy, żeby tego losu nie podzieliła. Jakby tego było mało, w Chicago znowu uaktywniły się wampiry z Czarnego Dworu, które dybią na życie biednego Dresdena… trzeba coś z nimi zrobić.
Najpierw może zajmiemy się kwestią, która interesuje chyba wszystkich wielbicieli cyklu, czyli tłumaczeniem. Przyznam wprost – tak, Wojciech Szypuła skopał kultowe pierwsze zdanie. W polskim przekładzie nie ma ani krzty uroku, za który fandom je uwielbia. Podejrzewam, że gdyby tłumacz wiedział, jak to zdanie jest odbierane przez fandom, postarałby się bardziej (choć może i nie). Poza tym nie wiem dlaczego, pan Szypuła zwykł był nadużywać słowa heks. Co mnie boli z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że mamy w polskim języku sporo słów, które określają czynności magiczne, a po drugie dlatego, że poprzedni tłumacz, czyli pan Cholewa, właśnie polskich odpowiedników używał i nagłe zniknięcie zaklęć i klątw na rzecz heksów boli w oczy (i w mózg. W estetykę w sumie też).
Ponarzekałam sobie, czas więc przejść do plusów. Ostatecznie bowiem, mimo pewnych zgrzytów, zmiana tłumacza nie boli. Zdaje się, że Szypuła dobrze się wczuł w dresdenowskie realia i poczucie humoru, choć jeśli dokładnie się przyjrzeć, daje się zauważyć różnice. Tłumaczenie Szypuły zdaje się być bardziej twarde – Cholewa miał w zwyczaju używać sformułowań lekkich, które, mam wrażenie, nadawały książce rys bardziej humorystyczny, niż zakładał autor. Szypuła nie gubi humoru, ale używa fraz mocniejszych. Choć całkiem możliwe, że to mylne wrażenie, wywołane specyficzna tematyką akurat tego tomu.
Przejdźmy może do bohaterów. Sam Dresden jak to Dresden, chwilowo nie ewoluuje (choć jest jeden taki punkt w fabule, gdzie mam wrażenie, Harry przeżywa opóźnione męki dorastania. Wiecie, ten moment w rozwoju dziecka, kiedy zaczyna ono rozumieć, że rodzice nie są tak idealni jak mu się wydawało), ale i tak go lubię. Autor w tym tomie pochyla się nad meandrami Białego Dworu wampirów, więc znowu pojawia się Thomas. Wyjątkowo się w „Krwawych rytuałach” rozwija – przestaje być tylko zabawnym playboyem, zyskuje głębię, motywację, charakter i tajemnice. I pewien bonus (no, z perspektywy czytelnika to jest bonus), ale o tym sza. Poznajemy też pozostałych członków rodziny Raith z Białego Dworu i tutaj do gustu wyjątkowo przypadła mi Lara. Chyba będzie pojawiać się częściej, co mnie cieszy.
„Krwawe rytuały” wyjątkowo nie wprowadzają zbyt wielu nowych postaci (znając Butchera, nie bardzo wiadomo, kto zniknie na zawsze z kart tej historii, ale na chwilę obecną wygląda na to, że zostaną może dwie, trzy osoby), skupia się raczej na odkrywaniu nieznanych Dresdenowi szczegółów z przeszłości jego rodziny. Co o dziwo całej powieści wychodzi na dobre, bo jednak wampiry już mi się trochę mimo wszystko przejadły, a matka Dresdena najwyraźniej była szalenie interesującą osobą. Butcher poświęcił też sporo czasu Murphy i to było fajne. Ale jeśli z tego wątku wykluje się romans Harry’ego z Karrin, to chyba kogoś uduszę.
Na koniec kilka słów o jakości wydania. Właściwie wystarczy jedno – tragedia. Tomy piąty i szósty (a pewnie też tegoroczne dodruki poprzednich tomów) są drukowane na innym papierze i dużo sztywniej klejone niż starsze wydanie. Piątemu tomowi tylko złamałam grzbiet przy czytaniu (a co się nasiłowałam z otwieraniem książki, to moje), ale „Krwawe rytuały” po prostu rozpadły mi się w rękach przy pierwszym czytaniu. No, może trafił mi się felerny egzemplarz. Ale częstych literówek (i równie częstych białych plam przecinających druk) już raczej tak nie wyjaśnię. To chyba najgorsza pod względem jakości wydania książka Maga z jaką się spotkałam od piętnastu lat.
![]() |
| Żeby nie być gołosłownym - tak wyglądają "Krwawe rytuały" po jednorazowym czytaniu. |
Podsumowując, udany tom. Bardziej udany niż poprzedni. Choć nie wiem, jak o nim świadczy fakt, że najbardziej zaintrygował mnie szczeniak, którego główny bohater dostał od imperatywu narracyjnego w pierwszym rozdziale. Mam nadzieję, że wyrośnie na pięknego mastifa tybetańskiego.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
Tytuł: Krwawe rytuały
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Blood Rites
Tłumacz: Wojciech Szypuła
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2015
Stron: 522
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Blood Rites
Tłumacz: Wojciech Szypuła
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2015
Stron: 522
piątek, 6 listopada 2015
"Śmiertelne maski" Jim Butcher
Tyle razy Wam narzekałam, jak to ciężko recenzować kolejne tomy cykli. W innych okolicznościach można by było uznać mnie za masochistkę – bo ciągle czytam jakiś kolejny tom czegoś. Ale wiecie, rozstanie z ulubionymi bohaterami tylko dlatego, że trudno napisać recenzję, to chyba byłaby jeszcze wyższa forma masochizmu. Tym bardziej cieszy fakt, że łącznie tomów „Akt Dresdena” będzie dwadzieścia kilka. Pochylmy się nad piątym.
Harry ma kłopot (jakby to było coś nowego) – diuk Ortega, wojownik Czerwonego Dworu wampirów wyzwał go na śmiertelny pojedynek. A jakby tego było mało, zaginęła pewna bardzo ważna relikwia i nasz dzielny detektyw podjął się jej odnalezienia. Co nie będzie łatwe, zważywszy, że jednego ze złodziei znaleziono pociętego w kostkę (względnie plasterki – zależy, który kawałek brać pod uwagę). Wygląda na to, że to będzie kilka pracowitych dni.
„Śmiertelne maski” mają formę taką samą, jak wszystkie poprzednie tomy – Dresden dostaje zlecenie, które stara się wykonać, a przy okazji dochodzi do tego jeszcze jakaś dodatkowa, niekoniecznie zawodowa (i niekoniecznie mało istotna z punktu widzenia fabuły) sprawa, z którą musi się zmierzyć. Ciągle czyta się to fajnie (zwłaszcza, że poziom literacki nie spada – jest stabilny i bardzo dobry), ale powiem Wam szczerze, że zaczyna nużyć. Niecierpliwie czekam na chwilę, kiedy kolejne tomy zaczną się składać w większą całość. Co, jak twierdzą fani czytający w oryginale, ma nastąpić już niedługo.
Bardzo pozytywnie w tym tomie wypadają postacie. Znowu możemy się spotkać z Michaelem, czyli naszym dzielnym Rycerzem Krzyża, poznajemy też lepiej stanowisko Charity oraz (częściowo dorastające już) dzieci tej uroczej pary. Możemy też zapoznać się z pozostałymi Rycerzami Krzyża i wybaczcie, ale pomysł obdarowania świętym mieczem ateisty o komunistycznych zapatrywaniach znajduję wysoce czarującym. Wraca też jedna z postaci, które zniknęły z horyzontu jakiś czas temu.
W ogóle Butcher wprowadza coraz więcej interesujących postaci drugo- i trzecioplanowych. To jest dobre posunięcie, gdyż obcowanie przez kilka kolejnych tomów z tymi samymi bohaterami może nudzić. A skoro będzie jeszcze co najmniej kilkanaście tomów, to i dla starych, i dla nowych bohaterów nie zabraknie miejsca.
To był dobry tom. Trochę za bardzo podobny do pozostałych, ale dobry. Mam nadzieję, że kolejne też takie będą. Albo lepsze.
Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
Tytuł: Śmiertelne maski
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Death Masks
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2015
Stron: 459
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Death Masks
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2015
Stron: 459
sobota, 19 lipca 2014
Zima, Zima, Zima czeka, czyli pór roku na się nastawanie - "Rycerz Lata" Jim Butcher
Czwarty Dresden leżakuje już wystarczająco długo, najwyższa pora coś o nim napisać (lato zdecydowanie nie sprzyja płodzeniu refleksji czytelniczych). Zbyt wiele w stosunku do trzeciego tomu się nie zmieniło, ale autor przygotował kilka fajnych niespodzianek dla czytelników (no dobrze, dla mnie były fajne, za ogól nie odpowiadam, bo fajność zależny tutaj mocno od osobistych preferencji).
Od czasu balu u wampirów Harry'emu nie wiedzie się zbyt dobrze. Zleceń od kilku miesięcy praktycznie nie ma – a nawet gdyby jakieś były, to trudno byłoby mu się o tym dowiedzieć, skoro całe dnie i noce przesiaduje w swojej piwnicy próbując wynaleźć antidotum na przypadłość Susan, jak dotąd nieskutecznie. Nawet fakt, że do miasta przybywa cała Biała Rada z pretensjami, nieszczególnie obchodzi Dresdena – choć ostatnia ulewa ropuch go zaniepokoiła. A do tego wszystkiego jeszcze sprawa morderstwa na elfim dworze, którą Harry będzie musiał rozwikłać, bo jeśli nie, najprawdopodobniej nie dożyje przyszłego tygodnia. Nikt nie mówił, że będzie lekko...
Niespodziankami, o których pisałam we wstępie, są powroty znanych postaci. Już przy recenzji „Pełni księżyca” pisałam, że chciałabym się jeszcze zobaczyć z Alfami, sforą nastoletnich wilkołaków. Teraz miałam okazję znowu ich spotkać. I to nie przelotnie – młodociane futrzaki mają do odegrania sporą rolę. Trochę szkoda co prawda, że całe Alfy to w zasadzie przedstawienie jednego aktora (bo tylko jednemu z nich autor jak dotąd wykreował charakter i tego się trzyma), ale może Butcher to jeszcze naprawi. Ciekawa jest też ich relacja z Dresdenem – akurat w tym odcinku niezbyt zróżnicowana, ale okoliczności w pełni to usprawiedliwiają. Zastanawia mnie, jak się będzie im układać w ciągu kolejnych lat. Kiedy poznaliśmy Alfy, na dobrą sprawę była to dzieciarnia z dobrymi intencjami, strasznie podjarana faktem, że umieją zmieniać się w wilki i Dresden podchodził do nich jak do takich właśnie dzieciaków – nie chciał ich narażać i bardzo mu nie w smak był fakt, że musi. Minęło półtora roki i szczenięta zmieniły się w co prawda młodocianych i narwanych, ale jednak wojowników, traktujących maga trochę jak mentora, a trochę jak maskotkę. Ciekawe jak to będzie za pięć-sześć lat (biorąc pod uwagę dotychczasowe „przeskoki” w czasie między powieściami, nietrudno będzie tego doczekać), kiedy nastolatki będą już dorosłymi mężczyznami i kobietami.
W „Rycerzu Lata” poznajemy też trochę tajników działania zarówno elfich dworów, jak i Białej Rady. Pojawia się wiele nowych, interesujących postaci, niemniej na obecnym etapie trudno cokolwiek o nich powiedzieć – są mocno epizodyczne i nie bardzo wiadomo, jak się rozwiną. Od razu też można się domyślić, że to nie ostatnie nasze spotkanie z nimi, więc może w którymś z kolejnych tomów będę miała o nich więcej do powiedzenia. Pojawia się też postać, której nikt się chyba nie spodziewał – i muszę przyznać, że świetnie autorowi wyszła. Niejednoznaczna (mimo tego, co próbuje nam i sobie wmawiać Dresden-narrator), bystra i potrafiąca wskazać Harry'emu kilka niewygodnych faktów, których nie chciał dostrzegać. Czekam na kolejne spotkanie, które niewątpliwie nastąpi.
Fabuła powieści jest jak zwykle dynamiczna i przyznam, że Butcher się wyrabia. W tym tomie akcja znalazły doskonały rytm i czytelnik nie czuje się przytłoczony wydarzeniami. Nie jest też przewidywalnie, tak jak za pierwszym razem i zakończenie naprawdę może zaskoczyć (wiele jest drobnych zaskoczeń w tej powieści). Oby tak dalej.
Chwilowo to koniec mojej przygody z Dresdenem – więcej tomów Mag po prostu nie wydał. Mam nadzieję, że w przyszłym roku do cyklu wróci, bo jak można wyczytać na forum wydawcy są z tym jakieś problemy techniczne i obiecany tom na kwartał na pewno nie wyjdzie. Mam tylko nadzieję, że uda się cykl doprowadzić do szczęśliwego zakończenia, bo bardzo by było szkoda.
Tytuł: Rycerz Lata
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Summer Knight
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2013
Stron: 468
sobota, 12 lipca 2014
Duchy, miecz i matka chrzestna, czyli komu przysni się koszmar - "Śmiertelna groźba" Jim Butcher
Już trzeci raz pisze o Harrym Dresdenie i muszę przyznać, że mój stosunek do bohatera zaczyna się zmieniać. Ogólnie rzecz ujmując, „Śmiertelna groźba” dość mocno różni się od poprzednich tomów – i takie odchodzenie od schematu kryminalnego chyba będzie już trwałe. Ale może przejdźmy do konkretów.
Duchy atakują miasto – praktycznie codziennie ma miejsce jakaś mniej lub bardziej niebezpieczna emanacja i tak się dzieje już od dwóch tygodni. Harry Dresden ma więc pełne ręce roboty – szkoda tylko, że wolontaryjnej, ale jak się jest szlachetnym magiem, to czasem tak wychodzi. Nie dziwi się więc i wtedy, kiedy przychodzi do niego dziewczyna twierdząca, że ściga ja bardzo potężny upiór. A jakby tego było mało, jedna z bardziej wpływowych wampirzyc w mieście organizuje bal i zaprasza nań Harry'ego. Niby nic, ale nie pójść trudno, a zjawienie się na imprezie wydawanej przez kogoś, kto szczerze was nienawidzi nie jest dobrym pomysłem. I co teraz?
Moim głównym problemem ze „Śmiertelną groźbą” jest to, że wygląda ona trochę tak, jakby przed nią był jeszcze jakiś tom/opowiadanie/cokolwiek, co nie trafiło w ręce polskich czytelników (być może nawet tak było – pobieżny risercz wskazał na istnienie jakiegoś opowiadania w wydanej za oceanem antologii, ale nie wnikałam za bardzo). Autor co prawda nie ma obowiązku raportowania czytelnikowi każdej sprawy, jaką zajmuje się mag–detektyw (zważywszy na to, że między akcją kolejnych tomów jest zazwyczaj jakieś pół roku przerwy, byłoby to trudne), więc nie mam mu za złe wspominania grubej, kluczowej dla fabuły obecnej powieści obławy na czarnoksiężnika tylko w retrospekcjach. Trudno, niech i tak będzie, choć nie powiem, chętnie bym i o tym poczytała. Niestety, postaci nie dotyczy ta wymówka. I tak na przykład Michaela, człowieka prawego i jednocześnie będącego Rycerzem Pana, autor nam w ogóle nie przedstawia. Wprowadza go z nonszalancja postaci znanej i przedstawionej czytelnikom wcześniej, a i Harry mówi o nim jak o wieloletnim przyjacielu. Wszystko fajnie, tyle że w poprzednich tomach nikt nie zająknął się o nim ani słowem, a w tym pierwszą sceną, jaką widzimy jest szaleńcza jazda obu panów na miejsce potencjalnej zbrodni. Nie wiem jak wy, ale kiedy ja ją czytałam, nie opuszczało mnie pytanie „Kim do diabła jest ten drugi facet i skąd się właściwie wziął?”. Co prawda „kim” autor w końcu wyjaśnił, ale pytanie „skąd się wziął?” ciągle pozostaje bez odpowiedzi. To samo dotyczy tez całej afery z elfią matką chrzestną Harry'ego. Ona wygląda jeszcze bardziej na wymyślona na bieżąco od Michaela, bo jeśli do wspominania o tym drugim wcześniej, uczciwie mówiąc, nie było odpowiedniej okazji, to dla tej pierwszej owszem, tak.
Jednak, jak już człowiek opanuje początkowa irytację, da się to przeżyć, zwłaszcza że wprowadzone tak niefortunnie postacie są naprawdę ciekawie. Michaela polubiłam od pierwszego spotkania. Jest to ten tym postaci, który idealnie łączy stabilizacje normalności i konieczność magicznych działań na rzecz dobra. Widzę go trochę jako odpowiedź na komiksowych bohaterów. Wiecie, oni robią (a przynajmniej część z nich) straszna sprawę ze swoich mocy: albo ukrywają je w zabawnej i niezrozumiałej konspiracji (zawsze miałam złośliwe wrażenie, ze dzięki temu czują się jakoś lepsi), albo obnoszą się z nią jak celebryci na bankietach. Michael po prostu bierze starą torbę sportową i rusza wykonać obowiązki. Poza tym ma w sobie też trochę z ciotki ciągle wypytującej o to, kiedy się ożenisz i przykładnego męża i ojca, któremu nawet zmiana pieluchy niestraszna (doceniam to, bo pchanie w machizm postaci biegającej z wielkim, świętym mieczem jest realnym zagrożeniem pisarzy. Butcher go mistrzowsko unika).
Matka chrzestna Harry'ego to drugi koniec skali. Okrutna elfka, osobiście kojarząca mi się z „Panami i damami” Pratchetta (wiem, ze inspiracja były Sidhe, ale staram się zaznaczyć, że w „Aktach Dresdena” zdecydowanie nie mamy do czynienia z elfami tolkienowskimi) – idealnie egoistyczna, potężna istota, która bardzo chętnie potraktuje cie jako narzędzie, a potem zamieni w psa. Nie jest to typ postaci, który lobię, ale jest niewątpliwie świetnie napisana.
Ja tu się rozpisuje o bohaterach, a tak naprawdę chciałam napisać, czym konstrukcja fabuły „Śmiertelnej groźby” różni się od poprzedniczek. Po pierwsze i chyba najważniejsze, autor odszedł od schematu, w którym zlecenia przyjmowane przez Harry'ego na początku powieści są motorem napędowym fabuły. Owszem, ktoś do niego przyszedł i była to nawet postać znacząca, ale nie od niej wszystko się zaczęło. Całość ma tez więcej niż jeden główny nurt. Z jednej strony to tobrze, bo urozmaiceniom mówimy stanowcze tak, ale trochę tęsknię za prostym, kryminalnym schematem fabuły.
Ogólnie – tendencja zwyżkowa. Tom trzeci cyklu obfituje w wydarzenia ważne dla dalszej akcji, rozwija też trochę niektóre postaci poboczne (jestem już też po lekturze czwartego, więc mam wrażenie, że to autorowi wchodzi w krew). Bardzo udany, choć bardzo różny od poprzedników. Będę czytać dalej.
Tytuł: Śmiertelna groźba
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Grave Peril
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2012
Stron: 487
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Grave Peril
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2012
Stron: 487
środa, 25 czerwca 2014
Łapy, łapy, cztery łapy, czyli czyje futro oświetli księżyc - "Pełnia księżyca" Jim Butcher
Ponieważ moje fanowskie serduszko żywiej zabiło po lekturze pierwszego tomu „Akt Dresdena”, jak najszybciej chwyciłam za drugi. Nie zawiodłam się, bo jest jeszcze ciut lepiej niż poprzednio. Dodatkowo zostałam ostrzeżona przez weteranów cyklu, żeby zwracać uwagę na wszystko, bo autor lubi do zdawałoby się nieważnych wątków wracać, więc czytałam nad wyraz dokładnie.
Od wydarzeń z poprzedniego tomu minęło pół roku – w Chicago mamy jesień, zaś interes Dresdena przędzie jeszcze cieniej niż poprzednio. Nawet zlecenia od policji się skończyły, co może być związane z tym, jak nasz dzielny mag potraktował wiosną porucznik Murphy. Jednak w końcu do niego zadzwoniła. Nie miała wyjścia, bo coś w czasie pełni księżyca rozszarpuje ludzi na strzępy. Zgadnijcie, cóż to takiego może być?
Jeśli o bohaterów chodzi, to Butcher wykazał się konsekwencją w ich prowadzeniu. Dresden ciągle jest narratorem i ciągle jest taki sam, choć w tym tomie dzieje się jakby więcej („więcej” może nie jest dobrym słowem. Wydarzenia po prostu są bardziej dynamiczne, bez przestojów) i Harry niezbyt ma kiedy pokazywać charakter. W każdym razie, mniej wspomina o swojej staroświeckości i rycerskości (bo mimo jego zapewnień, chęć chronienia bliskiej mu osoby w sytuacji, gdy ta osoba nie ma szans sama się obronić, nie jest szczególnie rycerska czy staroświecka. Jest raczej normalna). Za to znalazł moment na obwinianie się o wszystko, co jest już irytujące. W poprzednim tomie autor również uraczył nas takim monologiem wewnętrznym bohatera, ale wtedy owszem, to rzeczywiście była jego wina. Teraz nie, co jest oczywiste chyba dla każdego ćwierćmózga, tylko nie dla Harry’ego. Brakowało mi postaci, która w tym momencie palnęłaby go w ucho i kazała przestać się nad sobą rozczulać. Niemniej, wybaczam, bo to ciągle ten sam bohater, którego polubiłam. Z resztą, ma jedną bardzo fajną scenę, z tych które zaliczam do wyjątkowo rozczulających, więc już nie narzekam (choć rozczulają mnie dość dziwne rzeczy, więc w tym uczuciu mogę być osamotniona).
Inni bohaterowie znowu dostali niewiele czasu antenowego. Murphy było nawet jeszcze mniej niż poprzednio (ale nie narzekam, zapowiada się być bardzo częstym gościem na kartach powieści, więc w końcu uzbiera jej się dość występów). Susan, rzutka dziennikarka od spraw paranormalnych (i do tego randkująca z Dresdenem), którą w poprzednim tomie wzięłam za postać jednorazowego użytku, zdaje się przybierać na znaczeniu. Co prawda charakter jej się nie rozwinął, za to autor pogłębił jej relację z głównym bohaterem i jest to pogłębienie bardzo udane. Pojawiają się też inne postacie, co do których miałam nadzieję, że już ich nie zobaczę. Niestety, wygląda na to, że w cyklu zagoszczą na długo.
Mamy też trochę nowych postaci drugoplanowych, na przykład gang wilkołaczej młodzieży. Nie chcę za bardzo wnikać, bo z tą gromadką wiąże się jeszcze inna ciekawa postać (którą mam nadzieję jeszcze kiedyś na kartach powieści spotkać, choć szanse raczej marne) i musiałabym spoilerować, niemniej są to bardzo sympatyczne dzieciaki. Mam nadzieję, że jeszcze sie pojawią i dostaną więcej cech indywidualnych.
Z fabułą też jest już lepiej, bo tym razem nie domyśliłam się rozwiązania zagadki i autorowi udało się mnie trochę zaskoczyć. Poza zagadką odcinka, do rozwiązania w tym tomie, dostajemy też kilka tropów odnośnie przeszłości Dresdena, zarówno tej mu znanej, jak i nie (ciekawe jest w ogóle to, jak autor je wprowadza, mianowicie… przypadkiem. Harry niczego nie szuka, jest przekonany, ze jego przeszłość nie ma tajemnic, aż tu nagle zupełnie bez niczyjej interwencji okazuje się, że nic nie jest tak klarowne. Miła odmiana po wszystkich bohatera z obsesją na punkcie swojej przeszłości i Wielkimi Wydarzeniami zwiastującymi Ważne Pytania). Ma tylko nadzieję, że nasz dzielny mag detektyw nie okaże się za kilka tomów kolejnym wybrańcem, bo naprawdę wszystko mi opadnie.
Poza tym, wszystko bez zmian - Chicago ciągle jest dość przypadkowym miejscem akcji, narracja jest prowadzona z humorem, tłumaczenie bardzo zgrabne, a autor ciągle umie pisać ciekawe postacie kobiece. Pozostaje mi tylko powiedzieć „Do zobaczenia następnym razem, panie Dresden”.
Tytuł: Pełnia księżyca
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Full Moon
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2012
Stron: 400
Ksiązka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.
środa, 4 czerwca 2014
Rzeki Chicago - "Front burzowy" Jim Butcher
Ostatnimi czasy często (no, przynajmniej statystycznie częściej niż kiedykolwiek wcześniej) czytam książki z gatunku urban fantasy. Podobają mi się różnie, raz bardziej, raz mniej, ale nie wynika to z mojego stosunku do samej konwencji. Bo urban fantasy lubię i ubolewam trochę nad tym, że w Polsce nie sprzedaje się najlepiej, a więc i wydawcy rzadko w nią inwestują. Jednak czasem coś się wydaje. Ostatnio furorę w blogosferze robiły „Rzeki Londynu”, postanowiłam więc pójść tropem maga-detektywa w wielkim mieście. I choć zostałam w tym samym wydawnictwie, to miasto się zmieniło. Witajcie w Chicago i poznajcie Harry'ego Dresdena.
Harry właściwie powinien się cieszyć – w branży magów-prywatnych detektywów na rynku chicagowskim jest monopolistą. Niestety, nie oznacza to wzrostu zapotrzebowania na jego usługi. Mówiąc wprost interes cienko przędze i gdyby nie w miarę regularna praca jako konsultant policji do spraw dziwnych, Dresden pewnie przymierałby głodem i spał pod mostem. Tak więc gdy tylko zadzwoniła porucznik Murphy w sprawie podwójnego morderstwa, pognał ochoczo obejrzeć miejsce zbrodni. Ale telefon od przestraszonej klientki w sprawie zaginionego męża i to jeszcze tego samego dnia? To już jak klęska urodzaju. Harry będzie miał pracowity weekend.
Trudno mi będzie nie porównywać „Frontu burzowego” do „Rzek Londynu”. Po prawdzie uważam, że mijałoby się to z celem, bo obie powieści mają zaskakująco wiele zbieżnych elementów (zwłaszcza w konstrukcji fabuły – ale to chyba nie tak znowu dziwne w przypadku kryminałów – i postaci). Na takim porównaniu Butcher mógłby zyskać wielu czytelników, bo uważam, że w pewnych aspektach zdecydowanie przewyższa Aaronovitcha.
Główny bohater na przykład zdecydowanie jest jednym z takich aspektów. Peter Grant był całkiem sympatycznym, ale nowicjuszem i większość jego uroku bazowała na tym, że świat magii odkrywał razem z czytelnikiem, był równoprawnym towarzyszem podróży przez magiczny Londyn. Z Harrym Dresdenem sprawa ma się inaczej – on jest przewodnikiem, doświadczonym i dość potężnym magiem w wielkim mieście. Chętnie dzieli się z czytelnikiem swoją wiedzą w takiej ilości, w jakiej wymaga tego sprawne prowadzenie fabuły i mimo że nie dostajemy na początku wykładu z mechanizmu magii (i chwała autorowi za to), nie czujemy się też zagubieni. Może nasza wiedza jako czytelników nie jest kompletna, ale zawsze wystarczająca (i przynajmniej pisarz nie spławia czytelnika wieczną niewiedzą głównego bohatera, jak to robił Tad Williams).
Poza tym, nie ukrywam, Harry Dresden jest tym typem bohatera, jakiego moje czytelnicze serduszko zawsze darzyło ciepłymi uczuciami. Na okładce możemy przeczytać, że „Front burzowy” to „doskonała humorystyczna fantasy”, ale jedynym źródłem tego humoru (poza może kilkoma mniej lub bardziej subtelnymi sytuacjami, a i to tylko ze względu na sposób narracji) jest sam Harry, jego sarkazm i dystans do siebie – co ma niebagatelne znaczenie, jako iż narrację mamy pierwszoosobową. Poza tym Dresden jest facetem uroczo staroświeckim, z tych, co to otwierają paniom drzwi, nigdy się nie narzucają i generalnie wykazują opiekuńcze uczucia w stosunku do słabszych i przyjaciół (także w taki irytujący sposób, nie mówiąc im o swoich problemach, żeby nie sprowadzać na nich zagrożenia. Mimo że przyjaciele są z policji i te informacje bardzo ułatwiłyby im sprawę). Do tego fajne jest, że autor nie upiera się, aby swojemu podopiecznemu dosztukować koniecznie jakąś panienkę (albo wianuszek panienek – mam wrażenie, że wielu pisarzy płci obojga wychodzi z założenia, że true bohater musi mieć bujne życie uczuciowo-erotyczne. Nie, nie musi) – owszem, motyw randki się pojawia, ale marginalnie i nie jest eksponowany. Dodajmy jeszcze burzliwą przeszłość i ukryty sekret (nawet więcej niż jeden), a dostaniemy to, co tygrysy lubią najbardziej.
Przy całej świetności głównego bohatera, „Front burzowy” jest na dobrą sprawę sztuką jednego aktora. Co prawda nie znam się na kryminałach, ale obstawiam, że taka ekspozycja głównej postaci jest tam przyjętym standardem (mówię o tych z detektywem-samotnym wilkiem rozwiązującym zagadki) – a książka Butchera to nic innego jak kryminał z domieszką magii. Postacie drugoplanowe są, nawet autor dobrze je skonstruował i interesująco przedstawił, niestety (może poza porucznik Murphy, która pojawiała się wcale często) dostały trochę za mało czasu antenowego. Nic to, w końcu jeszcze wiele tomów przed nami. Butcher ma naturalną zdolność konstruowania ciekawych postaci, więc wierzę, że i te drugoplanowe się rozwiną.
Dla równowagi, z opisem świata przedstawionego jest ciut gorzej. U Aaronovitcha na przykład Londyn żył, był kolejnym bohaterem powieści i chyba nikt sobie nie wyobraża przeniesienia akcji „Rzek Londynu” do innego miasta. U Butchera Chicago praktycznie nie istnieje – powieść mogłaby się rozgrywać w dowolnym innym mieście zachodniego kręgu kulturowego i nikt nie zauważyłby różnicy. Nie powiem, żeby mi to szczególnie przeszkadzało, ale szkoda, że to fantasy jest tak mało urban (choć przyznam, że Aaronovitch miał łatwiej – sam wiek europejskich miast sprawia, że amerykańskim świeżakom trudno je przebić. A Londyn to klasa sama w sobie).
I to nawet nie jest tak, że Jim Butcher pisze jakąś wybitną literaturę. Pisze po prostu świetną rozrywkę, a „Akta Dresdena” są jednym z tych nielicznych cykli, w których im dalej, tym podobno lepiej. Pióro autor ma sprawne, bohaterów ciekawych, a że cykl liczy sobie już kilkanaście części, to najwyraźniej i pomysłów nie brakuje. Nic tylko czytać.
Harry właściwie powinien się cieszyć – w branży magów-prywatnych detektywów na rynku chicagowskim jest monopolistą. Niestety, nie oznacza to wzrostu zapotrzebowania na jego usługi. Mówiąc wprost interes cienko przędze i gdyby nie w miarę regularna praca jako konsultant policji do spraw dziwnych, Dresden pewnie przymierałby głodem i spał pod mostem. Tak więc gdy tylko zadzwoniła porucznik Murphy w sprawie podwójnego morderstwa, pognał ochoczo obejrzeć miejsce zbrodni. Ale telefon od przestraszonej klientki w sprawie zaginionego męża i to jeszcze tego samego dnia? To już jak klęska urodzaju. Harry będzie miał pracowity weekend.
Trudno mi będzie nie porównywać „Frontu burzowego” do „Rzek Londynu”. Po prawdzie uważam, że mijałoby się to z celem, bo obie powieści mają zaskakująco wiele zbieżnych elementów (zwłaszcza w konstrukcji fabuły – ale to chyba nie tak znowu dziwne w przypadku kryminałów – i postaci). Na takim porównaniu Butcher mógłby zyskać wielu czytelników, bo uważam, że w pewnych aspektach zdecydowanie przewyższa Aaronovitcha.
Główny bohater na przykład zdecydowanie jest jednym z takich aspektów. Peter Grant był całkiem sympatycznym, ale nowicjuszem i większość jego uroku bazowała na tym, że świat magii odkrywał razem z czytelnikiem, był równoprawnym towarzyszem podróży przez magiczny Londyn. Z Harrym Dresdenem sprawa ma się inaczej – on jest przewodnikiem, doświadczonym i dość potężnym magiem w wielkim mieście. Chętnie dzieli się z czytelnikiem swoją wiedzą w takiej ilości, w jakiej wymaga tego sprawne prowadzenie fabuły i mimo że nie dostajemy na początku wykładu z mechanizmu magii (i chwała autorowi za to), nie czujemy się też zagubieni. Może nasza wiedza jako czytelników nie jest kompletna, ale zawsze wystarczająca (i przynajmniej pisarz nie spławia czytelnika wieczną niewiedzą głównego bohatera, jak to robił Tad Williams).
Poza tym, nie ukrywam, Harry Dresden jest tym typem bohatera, jakiego moje czytelnicze serduszko zawsze darzyło ciepłymi uczuciami. Na okładce możemy przeczytać, że „Front burzowy” to „doskonała humorystyczna fantasy”, ale jedynym źródłem tego humoru (poza może kilkoma mniej lub bardziej subtelnymi sytuacjami, a i to tylko ze względu na sposób narracji) jest sam Harry, jego sarkazm i dystans do siebie – co ma niebagatelne znaczenie, jako iż narrację mamy pierwszoosobową. Poza tym Dresden jest facetem uroczo staroświeckim, z tych, co to otwierają paniom drzwi, nigdy się nie narzucają i generalnie wykazują opiekuńcze uczucia w stosunku do słabszych i przyjaciół (także w taki irytujący sposób, nie mówiąc im o swoich problemach, żeby nie sprowadzać na nich zagrożenia. Mimo że przyjaciele są z policji i te informacje bardzo ułatwiłyby im sprawę). Do tego fajne jest, że autor nie upiera się, aby swojemu podopiecznemu dosztukować koniecznie jakąś panienkę (albo wianuszek panienek – mam wrażenie, że wielu pisarzy płci obojga wychodzi z założenia, że true bohater musi mieć bujne życie uczuciowo-erotyczne. Nie, nie musi) – owszem, motyw randki się pojawia, ale marginalnie i nie jest eksponowany. Dodajmy jeszcze burzliwą przeszłość i ukryty sekret (nawet więcej niż jeden), a dostaniemy to, co tygrysy lubią najbardziej.
Przy całej świetności głównego bohatera, „Front burzowy” jest na dobrą sprawę sztuką jednego aktora. Co prawda nie znam się na kryminałach, ale obstawiam, że taka ekspozycja głównej postaci jest tam przyjętym standardem (mówię o tych z detektywem-samotnym wilkiem rozwiązującym zagadki) – a książka Butchera to nic innego jak kryminał z domieszką magii. Postacie drugoplanowe są, nawet autor dobrze je skonstruował i interesująco przedstawił, niestety (może poza porucznik Murphy, która pojawiała się wcale często) dostały trochę za mało czasu antenowego. Nic to, w końcu jeszcze wiele tomów przed nami. Butcher ma naturalną zdolność konstruowania ciekawych postaci, więc wierzę, że i te drugoplanowe się rozwiną.
Dla równowagi, z opisem świata przedstawionego jest ciut gorzej. U Aaronovitcha na przykład Londyn żył, był kolejnym bohaterem powieści i chyba nikt sobie nie wyobraża przeniesienia akcji „Rzek Londynu” do innego miasta. U Butchera Chicago praktycznie nie istnieje – powieść mogłaby się rozgrywać w dowolnym innym mieście zachodniego kręgu kulturowego i nikt nie zauważyłby różnicy. Nie powiem, żeby mi to szczególnie przeszkadzało, ale szkoda, że to fantasy jest tak mało urban (choć przyznam, że Aaronovitch miał łatwiej – sam wiek europejskich miast sprawia, że amerykańskim świeżakom trudno je przebić. A Londyn to klasa sama w sobie).
I to nawet nie jest tak, że Jim Butcher pisze jakąś wybitną literaturę. Pisze po prostu świetną rozrywkę, a „Akta Dresdena” są jednym z tych nielicznych cykli, w których im dalej, tym podobno lepiej. Pióro autor ma sprawne, bohaterów ciekawych, a że cykl liczy sobie już kilkanaście części, to najwyraźniej i pomysłów nie brakuje. Nic tylko czytać.
Tytuł: Front burzowy
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: Storm Front
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2011
Stron: 352
Ksiązka bierze udział w wyzwaniu Klucznik.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















