poniedziałek, 22 września 2014

Znowu w Toruniu byłam, czyli relacja z Coperniconu 2014

To już mój drugi Copernicon, ale wyjątkowy, bo po raz pierwszy prowadziłam punkty programu. Dwa konkretnie (trzeci mi odpadł, bo okazało się, że Marek Huberath nie może się pojawić). To było chyba najdziwniejsze przeżycie tego roku, bo z jednej strony trochę euforyczne, a z drugiej trzeba walczyć z nieustającą chęcią wpełznięcia pod stół i zostania tam. Moja walka z wrodzoną nieśmiałością i ogólną niechęcią do pokazywania się w większym gronie ludzi chyba jeszcze nie została wystarczająco zwalczona...

Coperniconowy smok miał kilka wersji - to jedna z trzech, które widziałam.
Ale może po kolei. W tym roku na Coperniconie nie byłam sama, towarzyszyła mi koleżanka G. ze swoją siostrą A. Dachu nad głową użyczyli nieoceniona Serenity i Turel (niech im bór wynagrodzi w czym tam sobie chcą, a najlepiej w figurkach do Warhammera 40k, bo czemu by nie). Zaczęło się dość niefortunnie, bo uciekł nam pociąg, w związku z czym nie zdążyłyśmy na panel dyskusyjny prowadzony przez Serenity o seksie w fantastyce. Wielki smutek i żal, ale podobno ktoś całość nagrał i wrzucił do sieci. Mnie nie udało się znaleźć, może wy będziecie mieli więcej szczęścia. 

Coperniconowy zestaw startowy. Była jeszcze nieśmiertelna papierowa bransoletka, ale nie dowiozłam jej do domu. Za to wstążeczki do identyfikatorów, które miały być czerwone, okazały się różowawe (widoczna na zdjęciu była jedną z najbardziej zbliżonych do czerwieni) ku wielkiemu niezadowoleniu panów.;)
W związku z dywersyjnymi działaniami PKP byłyśmy na miejscu dopiero około dziesiątej wieczorem, ale jako iż Serenity ciągle pełniła obowiązki organizatorskie na terenie konwentu, to wraz z Turelem pojechaliśmy zobaczyć, jak jej idzie. Przy okazji udało się nam zaakredytować - już się bałyśmy, że będzie trzeba to zrobić rano, bo teoretycznie punkt miał być czynny do 22.00. Potem co prawda głównie czekaliśmy na naszą ulubioną orgę, ale nie powiem, że bezproduktywnie, bo bezczelnie i całkiem jawnie podsłuchiwałam rozmowę Turela o japońskim uzbrojeniu (nie pogonił mnie, to chyba się nie gniewa;)).

Pierwszy i absolutnie najlepszy zakup konwentowy:)
W sobotę był mój wielki dzień, bo miałam swoje punkty programu. Zaczęliśmy dzień wcześnie, bo już w okolicach dziewiątej byliśmy całym stadem na terenie konwentu. Za wcześnie. Ktoś z organizatorów przytomnie pomyślał, że ludzie będą jednak chcieli się wyspać, ewentualnie dojechać i zarówno w sobotę, jak i w niedzielę, program zaczynał się o dziesiątej. Niestety, hale handlowe również otwierały się o tej porze, więc musiałyśmy sobie z G. poczekać na zakupy (reszta o godzinie zero wybrała się na konkurs tolkienowski - nieodłączny element absolutnie każdego konwentu, czasem nawet w różnych wariantach przewija się kilkukrotnie). Hale targowe co prawda nie były tak imponujące jak na Pyrkonie, ale i tak znacznie pełniejsze fascynujących rzeczy niż mój portfel gotówki. I co najważniejsze, na targowisko wstęp był wolny, nie trzeba było być uczestnikiem konwentu, żeby się tam obłowić.

A potem prowadziłam trzy godziny programu. Na początek spotkanie autorskie z Anią Kańtoch, która jest absolutnie przeuroczą osobą. Chyba poszło dobrze, mam nadzieję, że zarówno słuchacze, jak i pisarka byli usatysfakcjonowani.

Absolutnie przefantastyczna Ania Kańtoch na spotkaniu autorskim (zdjęcie robione przez G.)
Potem miałam dwugodzinny panel dyskusyjny o postaciach kobiecych w fantastyce. Nie jestem z niego jakoś specjalnie zadowolona, choć dyskutanci dawali z siebie wszystko - zwłaszcza Olga Gromyko, która świetnie odnajduje się chyba w sytuacjach gdy ma rozmawiać z czytelnikami, bo słyszałam, że na innych panelach też wymiatała. Agnieszka Hałas i Ania Kańtoch też świetnie sobie radziły, tak jak i Marcin Wełnicki. Tylko Jacek Inglot jak zwykle niesforny.

Moi dyskutanci. Od lewej: fragment tłumaczki Olgi Gromyko, sama Olga Gromyko, Agnieszka Hałas, Ania Kańtoch, nieco niewyraźny Marcin Wełnicki i Jacek Inglot.
Następnym punktem programu, na który poszłam, był panel dyskusyjny o militariach w fantastyce, prowadzony przez Turela. Panel wypadł świetnie, a z trójki rozmówców, Ewy Białołęckiej, Bartka Biedrzyckiego i Stanisława Mąderka, największy show robił ten ostatni. W zasadzie na dobrą sprawę mógłby być samowystarczalny.;) Sporo było o sposobach mordowania zombie (jak widłami, to tylko o trzech zębach, pamiętajcie!), o tym, co ignorancka postprodukcja potrafi zepsuć w filmie i o rzucaniu kałachem we wroga. Dodatkową atrakcją był taniec wiedźmina na szkle w wykonaniu Mąderka.
Scenka rodzajowa, w której Stanisłam Mąderek celuje do wyimaginowanych wrogów z atrapy karabinu snajperskiego zmontowanej naprędce z gumowego pistoletu i drewnianego miecza (przynajmniej pochwę miał drewnianą). Wszystkiemu temu przygląda się Ewa Białołęcka i Bartek Biedrzycki. Tak, to właśnie jedna z tych prelekcji, na których dzieją się rzeczy dziwne i wszyscy są szczęśliwi.
Na prelekcji Turela o katanach nie byłam (ale były G. i A. i mówiły, że było świetnie, choć o katanach chyba najmniej), bo akurat w tym samym czasie odbywały się warsztaty ilustracji z Danielem Grzeszkiewiczem, więc wybór był ciężki, acz oczywisty (w ogóle kto to wymyślił, żeby fajne punkty programu dawać o tej samej porze, kiedy inne fajne punkty programu). Warsztaty były świetne, bo i kilka technik na osiągnięcie ciekawych efektów domowymi sposobami i niewielkim kosztem (materiałowym i czasowym) można było podpatrzeć, i dowiedzieć się, jak praca ilustratora wygląda od kuchni i od strony technicznej (rozumianej jako kontakt ze zleceniodawcami) a i kilka ciekawych anegdot padło. Żałuję tylko tego, że po drugiej dobie z przespanymi trzema godzinami byłam już na tyle nieprzytomna, że zdarzało mi się zapomnieć pytanie, zanim zdążyłam je wypowiedzieć. Mogłabym skorzystać więcej.

Potem jeszcze wpadliśmy na prelekcję o matematycznych podstawach muzyki. Temat dość hermetyczny, ale prelegentka była świetnie przygotowana i robiła co mogła, żeby publiczność ją rozumiała. Niestety, okazało się, że dostała komputer bez dźwięku, co trochę zepsuło prelekcję, w planach było odtwarzanie przykładów muzycznych (co prawda część prelegentka zagrała osobiście na flecie, ale taką na przykład harmonię trudno zagrać samemu). Ale słuchacze i tak byli zadowoleni.

I na koniec dnia prelekcja Zwierza Popkulturalnego, która wypadła zupełnie znienacka. Co prawda temat w zasadzie taki, jak w zeszłym roku, czyli jak blogować o popkulturze, ale wykonanie inne. W ogóle zwierza się bardzo fajnie słucha, więc zawsze można to robić jeszcze raz.:)
O tej porze G.już się trzęsły ręce i focia ze Zwierzem mi nie wyszła. Nie będzie lansowania się na cudzą sławę.;(
W niedzielę wpadłyśmy tylko na prelekcję Dominiki Oramus o końcu biologicznej ewolucji człowieka i była to prelekcja zdecydowanie zbyt krótka - mogłabym słuchać przez dwie godzinki, a nie tylko 50 minut. I chyba nie tylko ja, bo ludzi było całkiem sporo i chyba mieli sporo pytań, na które czasu zabrakło. Choć przyznam, że spodziewałam się mocniej zarysowanego wątku naukowego, a tymczasem (poza może Darwinem) dostałam tylko literaturę. Co również nie było złe. Niestety, potem trzeba było się zbierać i jechać do domu i to już było gorsze.

Obowiązkowa fotka z naszym ulubionym strażnikiem Gondoru.
Fajnie było w tym roku na Coperniconie. Odkryłam strefę handlu, organizatorzy dali radę, a i publiczność dopisała (w sobotę było 2000 osób, czyli o jakieś 600 więcej niż w zeszłym roku. Po liczby ostatecznej zajrzyjcie sobie do Serenity, jak już pojawi się jej relacja). Zdobyłam autograf od Ani Kańtoch i rozpoznała mnie Agnieszka Hałas (od której już autografu nie dostałam, bo urodzinowy prezent dla Serenity zajął tyle miejsca, że ani Hałas, ani Oramusa nie wzięłam do podpisania. Następnym razem;)) - jestę sławnym blogerę;). Dowiedziałam się też, że panele dyskusyjne jednak nie są moim żywiołem. Może następnym razem jakaś prelekcja...? W każdym razie w przyszłym roku na pewno też na Copernicon zawitam.

Tymczasem będę chyba przez cały tydzień konwent odsypiać (stara jestem, snu potrzebuję). A wam na pocieszenie jeszcze trochę fotek:

Autograf na drugim tomie "Przedksiężycowych" (żeby nie było, w kolejce do recenzji).

Dosztukowałam Charmanderowi Vaporeona do towarzystwa. Turel twierdzi, ze zbieram starter i może mieć rację. W takim razie brakuje mi już tylko roślinnego.
Zakupowa drobnica. To po lewej to skórzana zakładka do książek.

3 komentarze:

  1. W przyszłym roku liczę, że przyjedziesz do mnie już na piątkowe punkty programu i zostaniesz do końca konwentu. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja liczę, że jeszcze Lubego przyciągnę.;)

      Usuń
  2. Szkoda, że nie mogłem pojechać. Praca, praca.
    Bardzo bardzo fajna relacja kochanie. Ciesze się iż łowy i pobyt nad wyraz owocne.
    Nieodzownie Serenity marudzi, ale nie był by to zatwardziały org. inaczej:D

    Luby.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...