czwartek, 13 sierpnia 2020

"Ruchomy zamek Hauru" Diana Wynne Jones

 
„Ruchomy zamek Hauru” to jedna z tych historii, które w naszym kraju znane są głównie z animowanej adaptacji. Tymczasem w anglosaskim kręgu kulturowym powieść, która była podstawą dla filmu jest kultowym dziełem klasyki dziecięcej. W Polsce jednak nie przebiła się do szerszej publiczności, mimo że wydano go u nas już 15 lat temu. Przyznam, że i ja znałam tę historię jedynie z produkcji studia Ghibli i mam do niej ogromny sentyment. Toteż gdy doszły mnie słuchy o wznowieniu tytułu przez wydawnictwo Nowa Baśń, niecierpliwie czekałam na moment, kiedy będę mogła nabyć książkę i porównać animację z oryginałem. W tej notce też tych porównań unikać nie będę, choć nie mam na celu robienia szczegółowej analizy podobieństw i różnic.

A o czym to właściwie jest? „W krainie Ingarii, gdzie siedmiomilowe buty i płaszcze-niewidki istnieją naprawdę, pechowo jest się urodzić jako najstarsze z trójki rodzeństwa. Wszyscy wiedzą, że to ty pierwsza poniesiesz klęskę, i to najgorszą, jeśli cała trójka wyruszy szukać szczęścia.” [9] A Sophie Kapeluszniczka jest właśnie najstarszą z trzech sióstr, pogodziła się więc z faktem, że nic ekscytującego ją w życiu nie czeka. I zdaje się, ze ma rację, bo oto pewnego wieczora do prowadzonego przez jej rodzinę sklepiku wpada Wiedźma z Pustkowia i z sobie tylko znanych powodów rzuca na Sophie klątwę, postarzając dziewczynę o 60 lat. Sophie zaś, ponieważ z jednej strony nie może się tak pokazać rodzinie, a z drugiej nie ma nic do stracenia, wyrusza w drogę. A żeby jej nieszczęściu stało się zadość, na drodze spotyka ruchomy zamek strasznego czarnoksiężnika Hauru, ponoć dosłownego pożeracza serc niewieścich. No ale co tam, jaki desperat połakomiłby się na starowinkę, prawda?

Zacznę może od tytułu, bo trochę mnie uwiera. Widzicie, w oryginale właściciel ruchomego zamku nazywał się Howl. O Howlu mówił też amerykański tytuł animacji. Hauru pojawił się w japońskim zapisie tytułu wyłącznie dlatego, że w tym języku nie występują zbitki spółgłosek oraz nie odróżnia się „r” od „l”. W polskim tytule animacji został tylko ze względów technicznych, podobno łatwiej go było wpasować w dubbing. I z jednej strony wiem, skąd u wydawcy taki wybór tytułu – co prawda pytany wprost na fanpagu udzielał odpowiedzi wymijających, ale raczej jasne jest, że postanowił popłynąć na fali rozpoznawalności animacji (zresztą pierwszy projekt okładki również bezpośrednio do niej nawiązywał). Z drugiej trochę jednak boli mnie brak właściwego nazwiska, bo to może być mylące (ponoć już teraz na forach fanów anime nietrudno znaleźć osobniki broniące teorii, jakoby amerykanie niegodnie zangielszczyli japońskiego Hauru).

Abstrahując już jednak od imienia tytułowego bohatera, książka jest świetna. Widzicie, oglądając animację zawsze maiłam wrażenie, że fabuła jest okropnie dziurawa a część wątków nie trzyma się kupy i jest poprowadzona niezgodnie z logiką. W powieści zaś wszystko ma sens. Jest tam dużo więcej wątków, są stabilniej i bardziej logicznie poprowadzone i wszystko gładko wpisuje się w zależności przyczynowo-skutkowe. I jak zdaję sobie sprawę, że dosłowne zaadaptowanie akurat tej książki byłoby bezcelowe, tak jestem zdania, że cięcia, jakich dokonano były dość niefortunne i można było je przeprowadzić lepiej.

Przy czym jeśli miałabym podać punkty zbieżne między animacją a powieścią, to byliby to bohaterowie, bo Miyazaki dość wiernie przeniósł ich na ekran. Głowna bohaterką jest oczywiście Sophie, pozostająca przez prawie całą powieść staruszką poczciwą, choć czasem zrzędliwą i upartą. Jones świetnie podkreśliła, jak bardzo wiek zmienia perspektywę, bo „młoda” Kapeluszniczka na pewne sprawy zapatruje się zupełnie inaczej niż „stara”. Hauru zaś jest trochę narcystyczną drama queen, w powieści chyba nawet jeszcze bardziej niż w animacji. I jakkolwiek zabawnie się czyta o jego starciach z twardo stąpającą po ziemi Sophie, tak nie wątpię, że w prawdziwym życiu ktoś taki byłby wprost nieznośny, nawet jeśli w gruncie rzeczy byłby dobrym, utalentowanym człowiekiem.

Oczywiście na tym galeria postaci się nie kończy i w książce jest daleko bogatsza niż w animacji (która czasem zlewa kilka postaci w jedną). Mamy oczywiście Kalcyfera, ogniowego demona, z którym Hauru zawarł kontrakt (i przyznam, że dopiero po przeczytaniu powieści dowiedziałam się, na czym on tak dokładnie polegał). Poczciwe i sympatyczne stworzenie. Są oczywiście młodsze siostry Sophie, Michael, czyli nastoletni uczeń Hauru, rodzina samego Hauru… Ogólnie powieść jest dużo bardziej tłoczna, niż można by się spodziewać po obejrzeniu animacji, a nawet poboczne postacie są odmalowane na tyle, żeby czytelnik mógł doskonale sobie wyobrazić, jaki mają charakter i motywacje.

Ale dajmy już spokój animacji. Jones niezwykle sprawnie lawiruje między dekonstrukcją najbardziej znanych baśniowych motywów (trójka rodzeństwa, macocha, zaginiony książę, zły czarnoksiężnik, wiedźma…), ich potwierdzaniem a kreatywnym retellingiem. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak sprawnie to robi i jak bardzo spójny obraz jej z tego wychodzi, choć logika krzyczy, że nie powinien. A wszystko ciągle świetnie się czyta mimo że powieść ma już ponad trzydzieści lat.

Żałuję, że powieść Jones nie zyskała u nas popularności. To naprawdę sprawnie napisana książka mieszająca baśń ze stylem całkiem współczesnej fantastyki, co daje niepowtarzalny efekt. I mimo, że pisze się o niej jako o powieści dziecięcej lub młodzieżowej, to jest to tak naprawdę ten rodzaj literatury, który nie ma wieku. Całkiem zasłużenie stała się kanonem. Szkoda, że nie ogólnoświatowym. 

Tytuł: Ruchomy zamek Hauru
Autor: Diana Wynne Jones
Tytuł oryginalny: Howl's Moving Castle
Tłumacz: Danuta Górska
Cykl: Zamki
Wydawnictwo: Nowa Baśń
Rok: 2020
Stron: 350

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...