Zawsze lubiłam Harry’ego Pottera. Tak się złożyło, że dorastałam wraz z małym czarodziejem, został mi do niego nieprzeparty sentyment i zastanawiałam się, czy znajdzie się kiedykolwiek ktoś, kto da radę go zastąpić. Wydawcy co rusz machali przed czytelnikami a to Paolinim (który moim skromnym zdaniem nawet się do Rowling nie umywa), a to panią Meyer, której co prawda sukces finansowy udało się powtórzyć, ale jeśli chodzi o subtelności takie, jak kreacja bohaterów, pomysł na świat przedstawiony czy styl to porównania nie ma. Ale niejaki Rick Riordan postanowił podnieść rękawicę i stworzył kolejnego nastoletniego bohatera.
Percy Jackson ma 12 lat i jest tzw. dzieckiem z problemami. Cierpi na dysleksję i ADHD, przez co zmieniał szkołę już sześć razy, swojego ojca w ogóle nie zna, a na dodatek ciągle przytrafiają mu się dziwne wypadki. Na domiar złego nęka go upiorna matematyczka. Podczas jednej ze szkolnych wycieczek Percy ma wątpliwą przyjemność się przekonać, że jest dosłownie upiorna…
Po nieszczęsnej szkolnej eskapadzie życie naszego dwunastolatka zmienia się diametralnie. Mitologia grecka przestaje być szkolną lekturą, a staje się rzeczywistością: nie dość, że sam okazuje się półbogiem, a jego najlepszy kumpel półkozłem, to jeszcze dowiaduje się, że jest ścigany przez pół panteonu za kradzież, której nie popełnił. Trafia do obozu takich jak on herosów, gdzie dowiaduje się, kim jest i o co właściwie chodzi z tą kradzieżą: właśnie o tytułowy Piorun Piorunów, insygnium zeusowej władzy, który w niewyjaśnionych okolicznościach wyparował z Olimpu. Aby oczyścić swoje dobre imię i uratować świat przed wojną bogów, Percy musi odnaleźć tą potężną broń i zwrócić ją właścicielowi. I mimo, że towarzyszy mu dwójka przyjaciół, nie będzie łatwo…
Długo się tej książce opierałam, ale w końcu, po dostrzeżeniu entej recenzji na którymś blogu, złamałam się i poprosiłam koleżankę o pożyczkę. Nie żałuję. Książki fantasy o mitologii (zwłaszcza greckiej, bo celtycka, czy nawet indyjska jeszcze się zdarza) to rzadkość, a już takich, które ściśle trzymają się zgodności bohaterów z oryginalnymi mitami to w ogóle ze świecą szukać. „Złodziej pioruna” jest tu małą perełką: może w młodym czytelniku wzbudzić zainteresowanie mitami dużo skuteczniej i przyjemniej, niż wałkowany w szkołach do znudzenia Parandowski. Jednocześnie nie lukruje bogów i trzyma się zasad pożycia z nimi nakreślonych w mitologii. Poza tym jest książką dobrą pod wieloma względami. Ma jednak wiele cech, które sprawiają, że nie mogę go nie porównywać z Harrym Potterem. Zaczynam więc porównania.
Pierwszą kwestią są bohaterowie. Riordan świetnie sobie poradził ze stworzeniem małoletniego Percy’ego, który nie radzi sobie w nauce, ciągle wpada w kłopoty i z tego powodu ma kompleksy. Jednocześnie uwielbia swoją matkę i przykro mu, że jego słabe wyniki mogą sprawiać jej ból. Jest narwany i nieco nieobliczalny, jak każdy dzieciak w tym wieku, a przy tym dobry, szlachetny i odważny. Jego najlepszy kumpel, Grover, to typowy chłopak stojący w cieniu, który sam w sobie nie jest wybitny, ale bez niego ani rusz. Ostatnia z trójki jest Annabeth, córka Ateny, ze względu na swoje dziedzictwo pełznąca rolę drużynowego mózgowca. Może tylko ja mam jakieś zboczenie, ale dla mnie to wypisz, wymaluj Harry, Ron i Hermiona. Mało tego, mam wrażenie, że autor specjalnie nawiązuje do cyklu pani Rowling, puszczając niejako oczko do czytelnika. W żadnym wypadku nie jest to wada – Riordan robi to z finezją, które zachwyca czytelnika i dodaje książce smaczku.
Miejscem akcji jest obóz szkoleniowy dla młodych półbogów, który chroni ich jednocześnie przed mitologicznymi bestiami, przyciąganymi wonią boskiej krwi. Mimo, że działa głównie w wakacje, przypomina mi pewną Szkołę Magii i Czarodziejstwa. I nie zmieni tego nawet fakt, że główny obozowy wróg jest płci żeńskiej, że zamiast duchów i skrzatów domowych można się natknąć na fauna, centaura czy driadę. Ani tym bardziej fakt, że wymachuje się zaczarowanym mieczem, zamiast różdżki. I znowu ani trochę mi to nie przeszkadza.
Porównywalna do HP byłaby też pod pewnymi względami fabuła, ale o niej pisać nie będę, żeby spoilerów nie było. Dalej będzie już tylko o „Złodzieju pioruna”, bez porówna.
Pierwszą z nich, co oczywiste, jest mechanika świata. I mimo, że tak różne w obu książkach, to obie podobały mi się tak samo. Zwłaszcza, że bogowie nie są dobrotliwymi tatusiami i mamusiami, patrzącymi z pobłażaniem na poczynania swoich pociech, ale istotami potężnymi i w pewnym sensie nieludzkimi, które nierzadko myślą zupełnie innymi niż ludzie kategoriami. Podoba mi się też sposób, w jaki autor wytłumaczył obecność greckiego panteonu w USA, a także wszystkie wynikające z tego niuanse. Może tylko wyjaśnienie kwestii dysleksji trochę mi zgrzyta, ale niech tam.
Akcja powieści jest tak wartka, że nie sposób się od niej oderwać. Ciągnie czytelnika przez kolejne strony z zawrotną prędkością, nie pozwalając się nudzić, czy nawet chwilkę odsapnąć. Zdarzały się momenty, w których mi to przeszkadzało: człowiek chciałby nieco się dowiedzieć, poczytać o co właściwie w tej całej boskiej szopce chodzi i z dlaczego jest tak, a nie inaczej. Nic z tego, ledwie przycupniemy na chwilkę, ciężko dysząc, autor już pogania nas dalej i ciągnie za swoją opowieścią. Jednak nie sądzę, aby młodsze nastolatki, do których jest kierowana powieść, narzekały na taki rozwój sytuacji.
Na koniec o stylu. Narracja jest pierwszoosobowa i to Percy opowiada nam swoją historię. Przyznam szczerze, że mnie to zaskoczyło, ale wypadło świetnie. Styl nawiązuje do młodzieżowego, nie nasiąkając jednocześnie slangiem ulicznym, a sporo wplecionych w akcję odwołań do mitologii i nie tylko sprawia, że co bystrzejszy czytelnik może sobie urozmaicić lekturę ciekawymi spostrzeżeniami, typu: z czym mi się kojarzy kasyno Lotos i dlaczego. Poza tym liczne są sceny komiczne, jak np. atak powietrzny na meduzę za pomocą gałęzi. No i już tytuł pierwszego rozdziału wywołuje uśmiech. Dodatkowo książka jest ładnie wydana, a mi osobiście bardzo podoba się grafika okładki (wreszcie coś mniej sztampowego i do tego związane z treścią!), jak i opracowanie całej serii.
Krótko mówiąc polecam gorąco. Zwłaszcza tym, którzy zrazili się po filmie – w porównaniu z książką dno i wodorosty (jedynym elementem, który w filmie podobał mi się bardziej, był Grover), lub tym, którym nie w smak Harry, bo różnice są na tyle duże, że przy wszystkim, co w małym czarodzieju było dobrego, zostało jeszcze ogromne pole do popisu dla pana Riordana. A sama niecierpliwie czekam na dostawę kolejnego tomu.
P.S. Ciekawe, czy ktoś dobrnie do końca tej długiej do nieprzyzwoitości recenzji.;)
Autor: Rick Riordan
Tłumacz: Agnieszka Fulińska
Tytuł oryginalny: The Lighting Thief
Cykl: Percy Jackson i bogowie olimpijscy
Wydawnictwo: Galeria książki
Rok: 2009
Stron: 360