Czasami miewam dziwne ciągoty. Na przykład nachodzi mnie chęć, żeby przeczytać naprawdę kiepską książkę, a potem się nad nią powyżywać. Wiem, dziwna jestem. Ale może dzięki temu potrafię lepiej docenić książki dobre? W każdym razie, to nie będzie recenzja, tylko takie właśnie wyżywanie się i ostrzegam, że mogą się pojawić spoilery. A wszystko zaczęło się od tego, że…
Pewnego wieczoru rozmawiałam z Lubym i jakoś tak się złożyło, że zapytałam go, jaka jest najgorsza książka SF, jaką kiedykolwiek czytał. Zaskoczony pytaniem, nie potrafił odpowiedzieć od razu – w końcu zdarzyło mu się niegdyś nagminnie czytywać twórczość obywateli towarzyszy pisarzy zza wschodniej granicy (innymi biblioteka szkolna nie dysponowała), więc wybór łatwy nie był. W końcu oznajmił mi, że tą najgorszą byli „Galaktyczni Zwiadowcy – postrach gwiazd”, autorstwa niejakiego Harry’ego Harrisona, Amerykanina. Kiedy opowiedział mi ze szczegółami, jakież to niezwykłości można w tej książce napotkać, postanowiłam, że musze przeczytać. Luby, jako iż wiedział, gdzie książkę można zdobyć, dzielnie mi ją przytaszczył. I zaczęłam czytać.
Ja wiem, że to miał być paszkwil na jedną z najpopularniejszych w USA powieści SF lat siedemdziesiątych (która nigdy u nas nie została wydana, tak na marginesie). Problem polega na tym, że dla kreowania prześmiewczego efektu autor posłużył się jedynie wyolbrzymieniem głównych grzechów parodiowanej powieści, a to się sprawdzało przez pierwsze 50 stron. Dalej była już tylko irytacja i nuda. Taki np. Pratchett, jak coś parodiuje, to stara się jednak, żeby jego dzieło posiadało jakąś wewnętrzną spójność, pozwalającą traktować je jako nie tylko satyrę, ale też pełnoprawną powieść. U Harrisona nie ma żadnego z elementów do tego niezbędnych: humor inny niż ww. wyolbrzymianie wystąpił może z pięć razy, fabuła jest niestrawna (to akurat dzieli z pierwszymi „dyskowymi” powieściami) i ogólnie nie ma na czym czytelniczego oka zawiesić.
Gdybym chciała wymienić wszystko, co mi się w książce nie podobało, to chybaby powstał prawdziwy elaborat. Dlatego wady będą w punktach:
- Fabuła – Ziemianie wynajdują przypadkiem kosmiczny napęd, a potem równie przypadkowo ratują wszechświat. Wiem, że to, o czym się pisze, nie liczy się tak bardzo, jak sposób tego pisania, ale tutaj i jedno, i drugie jest do bani.
- Główni bohaterowie - oczywiście dwaj genialni studenci, piękni, młodzi, utalentowani, a jeden dodatkowo obrzydliwie bogaty. W szopce ogrodowej urządzili sobie laboratorium, gdzie trzymali „odkrycia i nieopatentowane wynalazki, do których śliniłyby się największe korporacje w kraju” [8]. Żaden przeciwnik nie oprze się ich ciosom karate, każdy problem rozwiążą w minutę, a dowolną maszynę zbudują w pięć. No i oczywiście są Amerykanami. Wydali mi się zabawni raz, na przedostatniej stronie. Już wolę pratchettowskich fajtłapów – przynajmniej nie są tak do obrzydzenia nudni.
- Słodka idiotka – czyli niejaka Sally Goodfellow. Chciałam tutaj zacytować fragment z Sapkowskiego, który opisywał ten typ postaci jako Damsel In Lethal Disstress, Ooooooh! (po polsku – Dziewica Zagrożona), ale akurat nie mam pod ręką źródła. Ponętna, ale głupia jak but blondi, której imię i nazwisko zawsze poprzedza przymiotnik „śliczna”. W ogóle się o niej mówi tylko zdrobnieniami. Służy bohaterom do ratowania z opresji, pojenia wódką i gotowania posiłków.
- Naukowa strona fantastyki – to akurat było śmieszne, przez wspomniane wyżej 50 stron. Że wymienię krótko: napęd międzygwiezdny zasilany serem, ładunek wybuchowy wyprodukowany z prezerwatyw i mydła w płynie (za pomocą ogrzania tych składników zapalniczką – McGiverze, wstydź się!), Boeing 747 jako kosmolot…
- Radziecki szpieg afro-niemiecko-amerykańskiego pochodzenia. Był nim tylko przez jakieś 20 stron - po wykładzie nt. urody amerykańskiej demokracji się nawrócił.
- Wszyscy kosmici mówią po angielsku – BBC musi mieć cholernie silny sygnał nadawania. Jeśli nie mówią po angielsku, to używają telepatii. Oczywiście w myślach używają angielskiego.
- Prawie wszyscy kosmici mają macki. Jak nie mają, to są podobni do jakiegoś zwierzęcia (moimi osobistymi faworytami są skorpiony w bamboszkach).
- Intrygi: nieciekawe i czytelne nawet dla pięcioletniego dziecka.
- Wszechobecny zabieg pt. deus ex machina. Chciałam wybrać jakiś przykład, ale po pierwsze, jest ich za dużo, a po drugie wszystkie razem są tak sztampowe, że zrezygnowałam.
Mogłabym tak jeszcze długo, ale wtedy nikomu nie chciałoby się tej notki czytać do końca. Powiem więc tylko, że jeśli ktoś chce sobie jakąż humorystyczną powieść poczytać, to niech weźmie Pratchetta. „Galaktycznych Zwiadowców” polecam wyłącznie masochistom.
Tytuł: Glaktyczni Zwiadowcy - postrach gwiazd
Autor: Harry Harrison
Tłumacz: Zbigniew A. Królicki
Tytuł oryginalny: Star Smashers of the Galaxy Rangers
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Rok: 1994
Stron: 236
Autor: Harry Harrison
Tłumacz: Zbigniew A. Królicki
Tytuł oryginalny: Star Smashers of the Galaxy Rangers
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Rok: 1994
Stron: 236