środa, 28 stycznia 2015

Zmyślenia #11: Ta od dawna odwlekana notka o blogosferze

Nie będę ukrywać, że bodźcem do powstania tej notki był wpis Fenrira. Najpierw miałam pod nim (wpisem, nie Fenrirem) zostawić komentarz z polemiką względem pewnych założeń, ale za bardzo rozrósł mi się w dygresje i tematy niezwiązane (poza tym teraz już nie mam pewności, czy aby na pewno w inkryminowana notka zawierała tezy, z którymi chciałam polemizować). Poza tym, częściowo się z Fenrirem zgadzam. Ostatecznie więc komentarza nie było, powstała za to ta notka. Która nie jest polemiką z niczym. Po prostu uznałam, że to dobry moment, żeby uporządkować sobie pewne rzeczy, o których myślę, ile razy gdzieś w blogosferze wybuchnie dyskusja odnośnie poziomu tejże.
Gif prawie na temat - symbolizuje wysiłek pisania tej notki.
Prowadzenie bloga to dla mnie hobby – pracochłonne, czasochłonne, czasem przynoszące jakieś korzyści materialne (więcej książkufff, żeby było WIĘCEJ NOTKUF!, żeby było więcej ksiązkuf), ale jednak hobby. Siedzę w tym już od kilku lat, przez ten czas różne rzeczy mi się wydawały. Na przykład na początku wydawało mi się, że jeśli będę pisać dobrze i obiektywnie, to w końcu sława i zainteresowanie wydawnictw samo przyjdzie. Moreni anno domini 2015 raczej dziwi się, że rzeczywiście kilku wydawców i portali napisało samych z siebie. Sądzę, że głównie dlatego, że wtedy książkowa blogosfera była stosunkowo niewielka a fantastyka mało popularna i nie było z czego wybrać. Teraz już nie miałabym tyle szczęścia. Teraz jestem mądrzejsza i wiem, że prowadzę niszowego bloga o tematyce niszowej nawet w książkowej niszy. Która poza garstką równie zakręconych ludzi nikogo nie interesuje. Jeśli będę stosować sztuczki poprawiające pozycjonowanie w guglu i często udzielać się na fejsbuniu, to może tych wspaniałych zakręconych czytelników będzie ze dwie garstki.

Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam Was, cieszę się jak głupia, kiedy przychodzicie, czytacie i komentujecie. Ale widzicie, nie łudzę się, że będą Was rzesze nieprzebrane. Bo prawda jest taka, że ludzi zainteresowanych literaturą jest w Polsce stosunkowo niewielu, a tych zainteresowanych literaturą fantastyczną jeszcze mniej. Mało tego, tylko ułamek z „jeszcze mniej” czytuje blogi, a ułamek ułamka w ogóle będzie miał okazję mój blogaś zobaczyć i ocenić, czy warto zaglądać częściej. Takie jest prawo internetu. Zwłaszcza tego tworzonego przez amatorów. 

Czytaj. Dobre. Blogi. Książkowe.
Oczywiście przykro się robi, kiedy człowiek trafia na przecudowny blog, którego prawie nikt nie czyta, ale czasem po prostu nic się nie da zrobić. Nie ważne, jak fajna będzie notka o Lordzie Zeddzie, ilość osób zainteresowanych biografią tej postaci zawsze będzie o kilka rzędów wielkości mniejsza niż tych, które interesuje jakość nowego lakieru do paznokci firmy X. A jak bloger od lakieru będzie miał dużo odsłon, to może nawet ktoś mu zapłaci za pisanie. Problem polega na tym, że chcąc mieć na tyle dużo czytelników, żeby utrzymywać się z pisania bloga, nie można pisać o popkulturze (a w każdym razie niezbyt często). Najlepiej pisać o wszystkim, prosto, krótko i zwięźle, bez odcieni szarości i wątpliwości, bez wnikania w niuanse i analizy. Wtedy przyjdą masy i zawojujemy internet. Tego, co osobiście uważam za dobrą notkę (znaczy przeważnie, nie tylko i wyłącznie), czyli tekstu długiego, analitycznego, pełnego wątpliwości i argumentacji, najlepiej na temat jakiegoś niszowego zjawiska w popkulturze, masy raczej nie będą chciały czytać. W czym w sumie nie ma nic złego, popkultura to tylko jedno z możliwych zainteresowań. A to z kolei sprawia, że zawsze będzie gdzieś na bardziej poczytnych rubieżach grupy blogów specjalistycznych (bo w końcu przeczyta o niej jednak więcej osób niż o, powiedzmy, sztuce hodowli szczurów), z definicji mniej poczytnych niż lifestyle.

Jest w tekście Fenrira jedna teza, która mnie uwiera – że blogi nigdy nie zastąpią profesjonalnej publicystyki czy krytyki, bo nie do tego służą i w ogóle nie ma co porównywać. No i z jednej strony coś w tym jest, bo większość blogerów nie ma nawet ambicji konkurowania z krytyką literacką. Liczy się dla nich raczej osobisty odbiór i wrażenia z lektury, a nie odgrzebywanie kontekstu i analiz tego, co też autor mógł mieć na myśli wtedy, kiedy pisał. I to jest fajne, a część autorów z tym podejściem ma naprawdę świetne pióro – ich notki często czyta się ciekawiej niż książki, o których traktują. Jednak trudno byłoby mi się zgodzić ze zdaniem, że bloger profesjonalnemu krytykowi dorównać nie może. Może, a właściwie mógłby, sama czytuję kilku z odpowiednim talentem literackim i podstawami teoretycznymi. Ale nie jest to cel wszystkich. No i nawet jeśli ktoś teoretyczne kryteria spełnia, to w masie ginie. Choćby dlatego, że czas potrzebny na wyprodukowanie takiej „profesjonalnie” krytycznej notki jest nieporównywalnie dłuższy niż emocjonalnej, a popularność zależy w dużej mierze od częstotliwości i regularności publikacji.

No właśnie, w masie. Fenrir sporo miejsca w notce poświęcił na ubolewanie nad faktem istnienia i popularności blogów o słabych i mało wartościowych treściach. Głównie dlatego, że mają one psuć wizerunek blogosfery książkowej, która przez to jest postrzegana jako coś niepoważnego. Prawda jest taka, że słabych blogów zawsze będzie więcej niż dobrych. Bo więcej zafascynowanych popkulturą ludzi raczej nie umie niż umie pisać, a blogowanie o popkulturze robi się coraz modniejsze. Dlatego nie ma co z nimi walczyć, to nic nie da. Myślę, że rozwiązaniem dla tych, którzy piszą dobrze byłaby sytuacja, gdyby blogosfera przestała w oczach opinii publicznej (tej, która, zaznaczam, i tak w przeważającej większości do tejże blogosfery nie zagląda, a nawet pewnie nie wie o jej istnieniu) przypominać jednorodną, bulgoczącą, szarą masę, a zaczęła kojarzyć się z konkretnymi, dobrymi stronami. Przecież nikt nie wyrabia sobie opinii na temat całej prasy drukowanej tylko dlatego, że największy nakład mają „Fakt” i „SuperExpress” – co najwyżej o czytelnikach, których większość gustuje w takiej a nie innej treści. Nikt na podstawie istnienia brukowców nie deprecjonuje jakości artykułów w „Świecie wiedzy”. Trzeba dążyć do tego, żeby dobre blogi były takim odpowiednikiem „Świata wiedzy” i żeby ci, którzy szukają rzetelnych artykułów wiedzieli, gdzie mogą je znaleźć. A z „Faktem” nie ma co walczyć, widać też jest potrzebny. 

Trochę harmonii na koniec wpisu.
Jak sprawić, żeby dobre blogi były rozpoznawalne? Tego nie wiem. Prawdopodobnie i tak nigdy nie wyjdą poza wąski krąg zainteresowanych osób. Ale i w tym kręgu znajdą się jednostki, które o dobrych treściach nie wiedzą, bo niby skąd. Dlatego sądzę, że na początek wystarczy dzielić się tym, co sami znajdziemy – wrzucać na fejsika, organizować karnawały, polecać w komentarzach. Marketing szeptany w dobie Internetu może zdziałać cuda. Może nawet pomoże wartościowym blogom.

60 komentarzy:

  1. Zastanawiam się nad tym, o czym piszesz (przy okazji zajrzałam na bloga Fenrira - dzięki!), i nie wiem, mnie się wydaje, że zawsze znajdą się czytelnicy na niszowe teksty. Dla mnie internet i blogi to było odkrycie w rodzaju "o rety, czyli są na świecie ludzie czytający to, co ja!". I jasne, czytelnik nie przyjdzie może od razu, może będzie musiał sobie wyrąbywać do nas drogę maczetą, ale jak naprawdę szuka tego miejsca, gdzie poczyta o nurtującej go od dawna kwestii - to je znajdzie.

    Bardzo mi się zresztą podoba Twoja konkluzja: "Dlatego sądzę, że na początek wystarczy dzielić się tym, co sami znajdziemy – wrzucać na fejsika, organizować karnawały, polecać w komentarzach. Marketing szeptany w dobie Internetu może zdziałać cuda. Może nawet pomoże wartościowym blogom" - po pierwsze dlatego, że jest bardzo pozytywna, po drugie dlatego, że uwielbiam karnawały blogowe. Nie tylko z voyerystycznej potrzeby zobaczenia, co czyta bloger, którego czytam ja, ale też dlatego, że ten raz w miesiącu/w tygodniu to jak kupienie dobrej gazety, gdzie każdy artykuł czyta się z przyjemnością, której w inny sposób by się mogło nie zaznać, bo się coś/kogoś przegapiło ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ ja nie wątpię, że się znajdą - podejrzewam, że nawet bardziej zaangażowani, niż do mainstreamu. Tylko że zawsze będzie ich niewielu, choćby z tego względu, że pasjonatów gotowych pogrzebać więcej niż cztery pierwsze linki z googla jest o rząd wielkości mniej niż tych, którzy zadowolą się pierwszym i pochwalą, że dobry. Ot i cała filozofia.

      A dziękuję.:) Tez uwielbiam karnawały, bo jestem leniwą bułą i nie chce mi się grzebać w sieci - a skąd mam się dowiadywać o nowych ciekawych blogach, jeśli nie z innych ciekawych blogów?

      Usuń
    2. No jasne, ale czy taki zaangażowany czytelnik nie jest super? Bo i pogada, i posarka, i się pośmieje z Tobą. Nie wiem, jak tak się dłużej zastanowić, to przecież nie chodzi o ilość, że zarzucę wyświechtanym sformułowaniem, ale o jakość. W sensie: nie da się docierać do wszystkich, do jakichś szalonych mas (bo i nie idzie przecież o to), ale i tak - dajmy na to, żeby mieć przykład - fantastyka stała się dużo bardziej popularna, niż kiedyś. Jak idę dzisiaj do biblioteki, to tych regałów nagle się zrobiło dużo więcej. Więc i potencjalnych odbiorców jest więcej ;). Ale może ja się kręcę po takich optymistycznych zakątkach internetu i po takich bibliotekach - nie wykluczam :).

      Usuń
    3. Osobiście uważam, że jest. Zwracam tylko uwagę, że to gatunek niewystępujący w dużych stadach. Szkoda.
      A fantastyka rzeczywiście wchodzi do mainstreamu, choć głównie w formie konwencji dla powieści romantycznych.:)

      Usuń
    4. Z jednej strony tak, ale z drugiej zdarza się coraz częściej, że nagle odnajdujemy fantastykę na listach nominowanych do nagród literackich na przykład (i chociaż póki co przegrywa, to bynajmniej nie w kategoriach czysto literackich) ;-).

      Usuń
    5. Hm, kiedyś było tak, że jak tylko jakaś książka fantastyczna wkroczyła do mainstreamu, to zaraz tamtejsza krytyka wyłaziła ze skóry, żeby udowodnić, że to wcale nie fantastyka. Ciekawe, czy tak jest i teraz.;)

      Usuń
    6. Moreni, racja, że szkoda, ale z drugiej strony, jakby ten gatunek zaczął być intensywnie stadny, to byśmy się wszyscy nie pozbierali w tej klęsce urodzaju. :D
      (To jest sytuacja, która się prosi o dobry żydowski dowcip, taki z uśmiechniętym smuteczkiem.)

      Hm, kiedyś było tak, że jak tylko jakaś książka fantastyczna wkroczyła do mainstreamu, to zaraz tamtejsza krytyka wyłaziła ze skóry, żeby udowodnić, że to wcale nie fantastyka.
      He hee... XD Co mi przypomina z kolei przecudne motto na blogu Ziuty: "Generalnie fantasy jest podgatunkiem przygodowym. Jak film/serial/książka nie jest przygodowa, a występuje w niej kolo z Jowisza, to co najwyżej jest to dzieło z elementami fantastycznymi, ale nie znajdzie się w granicach gatunku."

      Usuń
    7. Coś w tym jest, co mówicie, ale z drugiej strony czy to coraz bardziej widoczne rozgałęzianie się fantastyki na podgatunki nie sprzyja też temu trochę? No nie wiem, np. takie cóś jak fantasy historyczna sprawia, że jak się bardzo chce, to można mówić o dziele, że jest historyczne z elementami fantastycznymi ;). Nie zrzucam tu winy bynajmniej na nasz kącik, po prostu się głośno zastanawiam. W takim razie trzeba poczekać, aż kolejna książka dostanie nominacje, bo ja wiem, do Nike, i sprawdzić :). Chociaż sądzę, że następuje teraz - powoli, bo powoli - fala doceniania gatunków niszowych (horrorów na przykład).

      Usuń
    8. @aletheiafelinea
      No niby racja, ale z drugiej strony moze wtedy więcej dobrych zagranicznych i polskich powieści by sie ukazywało (nawet tych lżejszych - jeśli mam do wybory błyskotliwe czytadło i sztampowe czytadło, to wolę to pierwsze). Tak więz sa i plusy.;)
      Cytat z bloga Ziuty boski. Dodałabym do niego jeszcze realizm magiczny.^^

      @Pyza
      Fantatsyka zawsze miała skłonnośc do niekontrolowanego rozgałęziania się - juz trzydzieści lat temu od ilości podgatunków wyróżnianych w anglosaskiej publicystyce mogłaby rozboleć głowa. Dlatego nigdy nie przykładałam do tego wagi.;) Sama nazywam fantastyką to, co przechodzi test brzytwa Lema.
      A docenianie horroru (przynajmniej w sieci) rzeczywiście jakby bardziej widać. Może po fantastycznych romansach i dystopiach teraz on zyska na popularności? Właścieiw, czemu nie?

      Usuń
  2. Jako że na razie muszę doprowadzić (w końcu) biurko do stanu, gdzie widzę więcej niż 1cm2 blatu, to tylko krótko na razie: ja nie twierdzę, że blogosfera nie może zastąpić krytyki, tylko twierdzę, że zestawianie tych dwóch tworów nie ma sensu. I nigdy sensu mieć nie będzie, bo musiałabyś nagle odwrócić w ogóle definicję tych dwóch tworów. I akurat w tamtym fragmencie użyłem słów "jest na obecną chwilę", kluczowe dla rozumienia tej myśli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo ja wiem? Jeśli rozumieć krytykę literacką jako dyskusje, ocenianie i interpretację dzieł literackich, to w zasadzie cała blogosfera książkowa już się łapie i sądzę, że zwraca na nią uwagę łącznie więcej osób, niż na lakoniczne notki w prasie. Jeśli natomiast jako głęboką analizę i sięganie do interpretacji i inspiracji autora to i tak część blogów się łapie. Myślę, że proces wypierania "uznanej" (nie mylić z akademicką) krytyki przez blogi już trwa. Choćby dlatego, że większość zainteresowanych książkami osób koncentruje się wokół stron internetowych (w tym blogów), a nie prasowych notek.

      Usuń
    2. "Jeśli rozumieć krytykę literacką jako dyskusje, ocenianie i interpretację dzieł literackich, to w zasadzie cała blogosfera książkowa już się łapie"

      Wybacz, ale śmiechłem. :D

      Usuń
    3. A ja się zgadzam ze zdaniem Moreni. Gdybym miała sądzić tylko po Twojej reakcji, Fenrir, przypuszczałabym, że musisz mieć straszliwego pecha do blogów i niebywałe szczęście do profesjonalnej krytyki. Jakbyś znał wyłącznie solenne (ossolineumne wręcz) opracowania "Biblioteki Narodowej" z jednej strony i blogasiątka spod znaku "Ksiąszka misie podobła bo była ciekawa" z drugiej.

      Usuń
    4. Ja też się zgadzam z Moreni, oczywiście ocenianie i interpretacja jest w blogosferze na bardzo różnym poziomie, ale to samo zjawisko dotyczy naprawdę każdego obszaru blogosfery: zarówno blogów szafiarskich, książkowych jak i społecznych. Mnie to jakoś szczególnie nie frustruje, szczerze mówiąc.

      Usuń
    5. Fenrirze, może konkretniej, bo do tego argumentu trudno się odnieść. Zauważ, że definicja nie mówi o poziomie tych dyskusji - wymaga jedynie faktu ich zaistnienia.

      Usuń
  3. Ja tam nie lubię być zmuszana. Czasami dobre blogi książkowe są nudne, bo piszą tylko i wyłącznie o wartościowych książkach. Ja niestety jestem z tych, którzy czytają to na co mają ochotę. Od dwóch lat nie mam ochoty żeby rozmyślać, płakać, zastanawiać się. Mam ochotę się bawić, zabijać, śmiać, odkrywać... niestety ale dobre blogi książkowe nie napiszą o książce zwykłej, która nie niesie jakiegoś przesłania. A im poważniejszy blog, tym bardziej się utwierdzam, ze jestem głąbem, debilem i osobnikiem, który tak naprawdę nie czyta, bo nie czuję potrzeby poznawania... czegoś tam (w zależności o czym jest książka). Są blogi rozchwytywane, jak wchodzę na nie i czytam, to mi się odechciewa. Każda opinia to epopeja narodowa. Lubię jak jest krótko, zwięźle i na temat. Nie potrzebne mi są piękne zdania, które ciągle mówią o tym samym. Przykro mi. Mam swoje blogi, które są naprawdę dobre i niestety dążą do „perfekcji”, mam swoje blogi, które dla mnie są ideałem. Mam blogi, które uwielbiam, ale gdzie nigdy nic nie piszę, bo to nie ma najmniejszego sensu. Dlaczego? Bo autor bloga nie chce rozmawiać z komentującymi. Także ja tych idealnych blogów nawet kijem nie ruszam, są zbyt sztywne :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, ale przecież "dobry" nie równa się od razu "śmiertelnie poważny" (swoją drogą, to jest chyba odpowiedź na kwestię związaną z tym, czy blogi zastąpią czy nie papierową krytykę literacką - odpowiedź kręcąca się gdzieś blisko słów takich jak "forma" i "decorum" ;)). Bo może to jest tak, że na blogu można jednak napisać o wielu zjawiskach literackich, których taki krytyk papierowy będzie się bał poruszyć, żeby nie wyjść na kogoś, kto zajmuje się sprawami niepoważnymi (oczywiście trochę uogólniam).

      Usuń
    2. Nie, oni się nie boją :D Oni nie mają czasu czytać gówna :D Książki zawsze traktowałam jak muzykę, filmy, seriale i gry. Uwielbiam słuchać Queena, ale i dobrze będę się bawić przy "jesteś szalona" (wesela!). Doceniam filmy "gdzie ich oglądanie powoduje wrzenie mojego mózgu" ale lubię oglądać coś co jest zwykłym filmem (horror, thriller, komedia, sci-fi, przygodowy...). Lubie pograć w genialne gry, ale kurna, np. Lego star Wars daje mi niesamowite pokłady radości! Niestety bądź stety, ludziom szkoda czasu, na coś co ich nie będzie rozwijać, co nie nada ich życiu nowego sensu, co nie sprawi, że na pięć minut spojrzą inaczej na świat, czy nie odkryją potrójnego dna... Szczerze? To szkoda mi ich i szkoda mi siebie :D

      Usuń
    3. No nie wiem, naprawdę niewielu jest - i było - ludzi, którzy czytają tylko Wielką Literaturę ;). Przecież nawet, jak ktoś się zaczytywał Iwaszkiewiczem, to sięgnął i po Mniszkównę, chociażby po to, żeby być "na czasie" ;).

      Usuń
    4. Ja nie mówię o klasyce, czy też wielkiej literaturze. Ja tu mówię o literaturze, która sprawia, że Twoje życie jest bardziej wartościowe :D No i ogólnie, to oglądanie filmów jest beeeee, Granie w gry? OMG no coś ty:D No i oczywiście czytanie ebuków obdziera Cię ze... ze wszystkiego :D Oczywiście też uogólniam! To nie tak, że każdy tak ma. Jednak coraz częściej napotykam w polecanych blogach, recenzjach właśnie tych "sztywniaków". Przestałam już wchodzić na polecane przez wydawnictwa recenzje, bo albo czytając je widzę, ze pisane pod wydawnictwo, albo ze zwykłej książki próbują zrobić arcydzieło... a jak polecają arcydzieło to przywalą na końcu w twarz tekstem "tylko dla wymagających" bądź "tylko osoby, które nie zrozumiały może nie podobać się ta pozycja"... :D

      Usuń
    5. Może niedoprecyzowałam: jasne, chodzi mi o to, że nie wierzę, że ten papierowy krytyk nie czyta żadnej innej poza wielką i klasyczną literaturą. A to, że się w ten sposób pisze, wynika z przyjętej formy, założenia, że o poważnej książce tylko na poważnie i - jak to ujęłaś - "sztywniacko".

      Usuń
    6. W takim razie są dobrzy w ukrywaniu się :D

      Usuń
    7. Dziewczyny już sobie podyskutowały, więc odniosę się tylko do pierwszego postu Lary, jeśli można.;)

      Otóż bowiem mamy zupełnie inne definicje dobrych blogów książkowych - dla mnie dobrym blogiem jest ten, na którym pisze się w sposób interesujący i odkrywczy, najlepiej w długich, analitycznych notkach i o fantastyce (choć przy dwóch ostatnich punktach się nie upieram, można też krótko acz z ikrą i kompletnie nie o fantastyce). Najlepiej o literaturze popularnej, bo żadna inna krytykatakimi dziełami się nie zajmuje, a ja dziwnym trafem głównie takie czytam. Dlatego ważne jest polecanie, bo całkiem sporo dobrych blogów nigdy nie zdobędzie uznania.

      Usuń
  4. Ja trochę sobie u Fenrira pokomentowałam, bo tekst był tak emocjonalny, że jakoś głupio mi się było nie odnieść. Ty jesteś bardziej wyważona (i dorosła?) w swojej opinii :), z którą bardzo się identyfikuję. Bloga również prowadzę w ramach hobby. Ba, ocalił chyba moje zdrowie psychiczne, bo zaczęłyśmy go prowadzić w momencie, kiedy bardzo intensywnie pracowałam nad doktoratem (owszem z literaturoznawstwa choć właściwie nie związanego z tematyką, którą poruszam na blogu) i był taką odskocznią, pozwalającą mi zachować kontakt z rzeczywistością. Powiem szczerze, że gdybym chciała, mogłabym na blogu przedstawiać analizy "głębsze" i najeżone fachową terminologią. Ale nie chcę. Bo chciałabym jednak docierać do nieco szerszej grupy odbiorców. Przynajmniej teoretycznie. I wiem, że zaglądają do mnie zarówno ludzie w moim wieku jak i nastolatki. Także założenia chyba w miarę udało się zrealizować.

    Zgadzam się z Tobą, że jesteśmy niszą, i dokładnie w ten sam sposób rozumiem cały mechanizm, sprawiający, że tak się dzieje. Może nie łatwo się z tym pogodzić, ale taka jest rzeczywistość i pewnie taka będzie. Nie dziwi mnie, że wyrazisty bloger "wielotematowy" będzie bardziej popularny. Nikt nam nie broni iść tą drogą. Jeśli jednak chcemy iść tą drogą, którą idziemy, musimy się pogodzić z niszowością. Ale ja cenię właśnie tę niszowość, funkcjonujemy gdzieś na obrzeżu, ale trudno zaprzeczyć, że mamy zainteresowania, pasje i opinie, którymi chcemy się dzielić. A że dużo blogów na słabym poziomie? Nie przeszkadza mi to. Tak, jak piszesz, w internecie jest miejsce na wszystko. To czytelnik dokonuje wyboru. Jeśli chce czytać rzeczy słabe - droga wolna. Ja nie muszę.

    A i jeszcze jedno, fakt, że jesteśmy niszą nie powoduje, że mamy skostnieć, zamknąć się na to co się dzieje wokół, i nie rozwijać. Owszem możemy, ale możemy szukać inspiracji, możemy próbować nowych pomysłów, które nas jakoś wyróżnią. U Ciebie są to na pewno twoje "zmyślenia", które po prostu uwielbiam i nieregularna - :( - akcja "jak ja to widzę". Mnie blogi, gdzie nie ma takich osobistych akcentów, na dłuższą metę nudzą. Ale może tylko ja tak mam?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam Twoją Wymianę komentarzy pod notką Fenrira i jesteś też jedną z osób, o których myślałam, pisząc akapit o krytyce.:) Abstrahując, już nawet nie chodzi o fachowe słownictwo czy głębokie analizy, bo uważam, że i w krytyce literackiej jako takiej nie o to powinno chodzić. Po prostu uważam, że większość notek osób z odpowiednim wykształceniem (czyli np. Twoich) jest na tyle głęboka nawet bez terminologii, ze może za krytykę uchodzić. Bo macie narzędzia, żeby zauważać więcej i część tego (tę użyteczną dla osób bez akademickiego wykształcenia) zostawiacie w swoich tekstach.

      A co do trzeciego akapitu, to pełna zgoda. Nie tylko Ty tak masz.:)

      Usuń
  5. Czy blogi nigdy nie zastąpią profesjonalnej krytyki? No nie wiem, moim zdaniem już zastępują. Dzisiaj więcej dowiemy się od znajomych blogerów, przeczytamy lepiej, ciekawiej i bardziej na temat, niż w jakiejkolwiek prasie drukowanej, która musi spełniać oczekiwania tzw. mas i właśnie dlatego jest przeważnie okropnie do tyłu i wcale nie zna się lepiej (co prawda nie dotyczy to książek, tylko filmów, ale warto czasem poczytać komentarze Zwierza Popkulturalnego do recenzji drukowanych w chociażby Wyborczej, żeby zobaczyć, kto tu ma większą wiedzę i szersze/ciekawsze podejście do tematu).
    Sama pisałam kiedyś na podobny temat, zastanawiając się, czy blogerom należałoby płacić za ich pracę. Moim zdaniem powinno się, tylko jak to zorganizować, oto jest pytanie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To pisałam ja, Noida vel Kacza Zupa, której nie wiedzieć czemu nie chciał się dodać komentarz nieanonimowy.

      Usuń
    2. Twoją notkę znam (nawet ją chyba linkowałam w którymś karnawale) a z komciem się zgadzam, więc tym razem sobie nie podyskutujemy.

      Usuń
  6. Krytyka a blogowa notka? W tym przypadku, sama chętniej poczytam notkę, bo wiem, że za nią jest ktoś taki jak ja, kto ocenia "bo mnie się podoba, albo nie", zamiast tworzyć referaty o rzeczach, na które i tak zapewne nie zwrócę uwagi.

    Ale ja jestem świeżak ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w ogóle uważam, ze cała krytyka pozainternetowa straciła już (przynajmniej w Polsce) swój opiniotwórczy charakter. Pomijając już rejony, w których nigdy go nie miała, bo zwyczajnie zajmowanie się nimi było poniżej jej godności (jak fantasy chociażby). Też wolę czytać notki.:)

      Usuń
  7. A ja powiem jedno, co mi zawsze przychodzi do głowy ilekroć takie wpisy czytam i nigdy pod nimi nie komentuję, bo mi się nie chce brać udziału w durnej rozmowie, ale u Ciebie skomentuję, bo jakiś taki ładniejszy wpis Ci wyszedł. Nie był agresywny i nie starałaś się wymądrzać ponad innych ;). Otóż, ja nigdy nie rozumiem utyskiwań, narzekań i ogólnej famy jaka się po blogach rozchodzi, że blogosfera upada, że jesteśmy tak a nie inaczej postrzegani, że blogosfera to i tamto. Ludzie. Piszcie, co uważacie, twórzcie ten swój kawałek świata i nie oglądajcie się na innych. A tu co chwilę wybucha kolejna afera. Czasami mam wrażenie takich kokoszek, co to jedna drugą przekrzykuje. Czytajcie, piszcie i kochajcie, to co robicie :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam ostatnio wywiad z Tomaszem Zaryckim, który bada polską inteligencję, w którym mówił on, że inteligencja zawsze narzekała, że właśnie upada i że wszyscy na nią czyhają, że chamstwo itp. Zakładam więc, że to część naszego etosu inteligenckiego (a jednak ludzie tworzący blogi zaliczają się do tej kategorii w bardzo dużej mierze, zwłaszcza blogi o kulturze :). Po prostu lubimy czuć się zagrożeni ;) Noida.

      Usuń
    2. O to to dokładnie, co Noida pisze.:)

      Usuń
  8. Droga Niszowa Koleżanko :-) Gratuluję wpisu.
    Już się bałem, że do Ciebie też jakaś zaraza dotarła i będziesz się użalać, ale na szczęście nie :-D
    Masz rację, trzeba się wspólnie promować. Mnie też coś takiego zaczyna po głowie chodzić, ale muszę się ogarnąć z własnymi wpisami :-(
    Przy okazji, tzw. profesjonalizmu. Szukałem w zeszłym roku opinii o pewnej mainstreamowej książce. Poszukałem, na nieszczęście u profesjonalnych recenzentów (w tym jedna audycja radiowa). I co dostałem? Dwa streszczenia i całe tony spoilerów ;-) No na blogach tego nie ma...
    Mówiąc poważnie, recenzje fantastyki, te "oficjalne", mnie nie interesują, nigdy nie interesowały. Mam trochę inny punkt widzenia, właściwie od samego początku mojego czytania. Dlatego, że zacytuję samego siebie z wpisu o kultach literackich: Uzurpuję sobie prawo do własnego zdania. Po prostu „Czytam i się tym dzielę, jeśli chcecie, proszę macie.”, a nie „Czytam i nauczam, to powinniście, a tego nie wolno”. Nie na tym przypadkiem polega siła blogów?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, według mnie w blogach również chodzi o DZIELENIE SIĘ opiniami. W publicystyce krytycznoliterackiej miejsca na to nie ma.

      Usuń
    2. @Kruku
      Dziękuję.^^ I nie mogę się doczekać Twoich wpisów, choć mam wrażenie, że moje RSSy jakoś nie do końca ogarniają Twojego bloga.
      Ja sobie lubię poczytać poważną krytykę, ale raczej w sensie analizy literackiej książek, które już czytałam i chcę się o nich dowiedzieć więcej. Jeśli chodzi o to, co dopiero chcę przeczytać, to wolę zaufanych blogerów - znam ich gust i wiem, czy mogę ich opinie jakoś przekładać na swoje. Poza tym nie ogranicza ich miejsce na stronie.

      @Grendella
      A czym się różni dyskusja (na którą w krytyce chyba jest miejsce?) od dzielenia się opinią? Ciekawam.:)

      Usuń
    3. A nie, niczym się w sumie nie różni, oprócz tego, że ciężko zwykłemu człowiekowi znaleźć platformę do takiej dyskusji. Z kolei jak jeden krytyk dyskutuje z drugim, to najczęściej chyba jednak za pomocą polemicznych artykułów, a publikacja może trwać i trwać i trwać. Chodziło mi o to, że w "dzieleniu się", jesteśmy otwarci na opinie innych, że nie wygłaszamy opinii z góry, z jakiejś szklanej wieży. Blog (przynajmniej z założenia, bo wiadomo, że z komentarzami jest różnie), jest platformą, która umożliwia w miarę szybkie odpowiedzi i nawiązanie dialogu. Tylko o to mi chodziło :)

      Usuń
  9. Nie chciało mi się wzmiankowanego tekstu Fenrira czytać, więc odniosę się tylko i wyłącznie do twoich argumentów i konkluzji. Zacznijmy od stwierdzenia, że słabych blogerów jest więcej niż dobrych blogerów - cóż, Ameryki to stwierdzenie nie odkrywa, w sumie o wszystkim można tak powiedzieć, zwłaszcza o pisarzach fantastach i powieściach fantastycznych - statystyka jest zawsze taka sama: tych słabych jest więcej niż tych naprawdę wartościowych. Ale nie do tego dążę - mam na myśli raczej to, że i słabych, i dobrych blogerów należy czytać. To tak jak z czytaniem dobrej i złej literatury - zawsze można się czegoś nauczyć.
    W sumie miałam napisać dużo i mądrze, ale właściwie to zapomniałam co napisać, więc jak mi się przypomni, to jeszcze dopiszę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tu się głównie odnosiłam do często powtarzających się w dyskusjach o blogosferze argumentów, ze słabe blogi "psują rynek", bo masy je czytają i jeszcze do tego wydawcy częściej takim blogerom dają książki, a potem tych dobrych blogerów identyfikuje się z niepoważnymi nastolatkami.;)
      Choć akurat z tym, że słabych blogerów należy czytać, się nie zgadzam, tak samo jak ze stwierdzeniem, że należy czytać złą literaturę. Owszem, można, ale nie trzeba. Doprawdy nie wiem, czego można się z tego nauczyć, a i pośmiać się raczej nie ma z czego.

      Usuń
    2. Nauczyć się jak nie pisać, jak nie podchodzić do tematu. A słabe recenzje są wprost kopalnią przykładów tego, jak nie powinny wyglądać recenzje. Tak samo jest ze złą literaturą. Co prawda można też czytać tylko najlepszych i uczyć się od nich pisać, ale z zasady wiem, że dobrze jest porównać sobie dwa przykłady: jak pisać i jak starać się nie pisać, jak wystrzegać się błędów i głupot. Może w końcu napiszę o tym tekst, to znaczy o pożytkach z czytania złej literatury i złych tekstów w ogóle.
      A tak poza tym, to wydawcy psują blogosferę, bo to oni dają książki do recenzji nasto-blogerkom. Dają, bo taka blogerka łyknie wszystko, napisze pochwalną niby-recenzję (bo nie wypada krytykować czegoś darowanego, prawda?), więc dostanie kolejne książeczki do przeczytania i niby-zrecenzowania. I tak się to kręci, a w blogosferze naprawdę mogłyby pojawiać się wartościowe recenzje i pojawiają się, ale tylko wtedy, kiedy wydawnictwo ma dość jaj, żeby przyjąć na klatę krytykę.

      Usuń
    3. Tyle że jeśli ktoś nie ma doświadczenia i wyrobionej krytycznej postawy, to bez odpowiedniego komentarza nie rozpozna cech złego tekstu. Jak w fanfikach, gdzie powiela się horrendalne bzdury, bo "wszyscy tak robią" i "tak się pisze w tym gatunku". Z drugiej strony, jesli już ktoś jest własnych błędów świadomy, to słabe recenzje czyta tylko dla perwersyjnej uciechy. W czym w sumie nie ma nic złego, tylko że mnie to nie bawi. Za to Twój tekst chętnie poczytam, może nawet popolemizuję, jak będzie z czym.;)

      Tylko że widzisz, wydawcom mniej zalezy na recenzjach krytycznych. A mnie na przykład nie zależy na otrzymaniu kolejnego romansu dla nastolatek do recenzji, bo ani mi się go czytać nie chce, ani o nim pisać. Więc już lepiej nich go dostanie ktoś, kto lubi, mnie nie ubędzie od tego. Dobrą, mniej rozrywkową literaturę już znacznie trudniej dostać (co widać chocby po jej ilości na stosikach). A kto pisze wartościowe recenzje, ten dalej będzie pisał, nawet jeśli nie o nowościach. Choć oczywiście każdy woli o nowościach, zwłaszcza, jesli nie musi ich kupować (ja też);).

      Usuń
  10. Jak słusznie zauważasz, teraz blogosfera jest większa. Nie tylko książkowa. Lubię dyskutować z blogerami, a każdy, z kim da się wymieniać opinie dłuższe niż jednolinijkowe, jest na wagę złota. Dlatego bezustannie szukam i staram się nawiązywać kontakty, ale ten kij ma drugi koniec - wspaniałych ludzi jest dużo i coraz więcej, a ja jestem jedna. Samo śledzenie blogosfery (plus forów i innych miejsc) zajmuje sporo czasu, a z komentowaniem... A do tego jeszcze człowiek ma własne kawałki Internetu do pilnowania, żeby mchem nie zarosły (i przyciągały nowych znajomych, oczywiście ;) a nawet, o zgrozo, jakieś życie pozainternetowe. Razem wziąwszy, od dłuższego czasu skupiam się raczej na milczącym byciu na bieżąco, a odzywam rzadziej. I odpuszczam podtrzymywanie znajomości na siłę, jeśli po jakimś czasie czuję, że mi jednak z tym kimś mniej po drodze niż z innymi. Z blogosferą jak z książkami, tyle ich jest, a życie krótkie... Jestem pewna, że inni mają tak samo, więc zgadzam się z Tobą w kwestii braku złudzeń. Także braku złudzeń co do tego, że Internet to ruletka - obie znamy (niekoniecznie wszystkie te same) znakomite blogi, na których złamanego komcia nie uświadczysz, a z drugiej strony hałdy tworów blogopodobnych uginających się pod komciami, chociaż nie bardzo tam jest co komciać. I jak tak wobec powyższej skali patrzę na własne miejsce w Internetowym stadzie, to wiem, że nie jest źle i w sumie mam szczęście. Obie mamy. :) Poza tym, dużo zależy od tego, czego właściwie człowiek oczekuje - może tamci blogerzy z dwoma komentującymi na krzyż pod co piątą notką właśnie uważają to za fajny, odpowiadający im stan rzeczy? Może im się nie chciałoby czytać pięćdziesięciu dziennie? Nie mówiąc o ludziach, którzy zwyczajnie wyłączają komentowanie i nie dbają o pozycjonowanie. U siebie nigdy bym nie wyłączyła i cieszę się jak dzika zawsze, gdy ktoś przychodzi, ale też tak właściwie nie uważam, że prowadzę bloga. Ot, mam swój kąt, który przypadkiem jest na blogowym szablonie i używam go w blogowy sposób, tyle. W związku z czym w sumie nie należy liczyć mojego głosu między blogerów, książkowych czy nie. (He he, to już chyba dobre dwa lata mijają, jak przetoczyła się ta burza wokół tekstu Pauliny Małochleb? Ze zdumieniem się wtedy dowiedziałam, że jestem blogerką książkową, gdyż albowiem te rozpoznajemy po stosikach. Żebym to ja wiedziała, zanim sobie wsadziłam stosik w avatar, przepadło, z piekła nie wyjrzę... ^^' )

    żeby utrzymywać się z pisania bloga, nie można pisać o popkulturze
    Co jest przeciwne intuicji, bo niszowa popkultura to przecież wyjątkowy oksymoron. (Zresztą nie lubię terminu 'popkultura'. A teraz jeszcze do tego okazuje się nieadekwatny.)

    Jest w tekście Fenrira jedna teza, która mnie uwiera – że blogi nigdy nie zastąpią profesjonalnej publicystyki czy krytyki, bo nie do tego służą i w ogóle nie ma co porównywać.
    Zawsze mam wątpliwości, gdy ktoś pisze, że to czy tamto "nie temu ma służyć", "nie taką pełni rolę", i nie ma przy tym na myśli pisania w zeszycie śrubokrętem albo ubierania się w worki po nawozie. Dobra, więc podejdźmy z drugiej strony - czemu służy profesjonalna krytyka, a czemu blogi? I co, jeśli na te drugie od pierwszej różnią się nieraz tylko formą podpisu autora? Gdzie jest granica i kto właściwie ma prawo ją kreślić?

    Przecież nikt nie wyrabia sobie opinii na temat całej prasy drukowanej tylko dlatego, że największy nakład mają „Fakt” i „SuperExpress” – co najwyżej o czytelnikach, których większość gustuje w takiej a nie innej treści.
    O, polać Ci. I brawa.

    A o linkowaniu dobrych rzeczy przy każdej okazji i bez okazji już dawno wiesz co myślę. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje mejlowe powiadomienia o komentarzach Cię nie lubią. Nie mam pojęcia dlaczego.

      "Jak słusznie zauważasz, teraz blogosfera jest większa." i wszystko, co się z tym wiążę.
      A to jest wiesz akurat rzecz, o której wiedziałam, ale sobie wyraźnie nie uświadamiałam. Bo tez mam tak, że regularnie przeglądam, o czym kto pisze, ale czytam zadziej, a komentuję tylko wtedy, kiedy naprawdę mam coś konkretnego do powiedzenia. Szkoda mi energii i czasu na komcie zaznaczające tylko moją obecność. Pewnie,jak zauważyłaś, wiele osób tak ma.

      "I jak tak wobec powyższej skali patrzę na własne miejsce w Internetowym stadzie, to wiem, że nie jest źle i w sumie mam szczęście. Obie mamy."
      Ano mamy.:) I powiem nieskromnie, że odkąd piszę regularnie jakoś tak więcej ciekawych komentarzy się trafia.;)

      "Co jest przeciwne intuicji, bo niszowa popkultura to przecież wyjątkowy oksymoron."
      Ano w sumie racja, oksymoron rzadkiej urody.;) Sprostuję tylko, że to nie popkultura jest niszowa, ale pisanie i czytanie o niej.

      Usuń
    2. Moje mejlowe powiadomienia o komentarzach Cię nie lubią. Nie mam pojęcia dlaczego.
      Z kolei moje LJowe powiadomienia nie lubią anonimów, co jest totalnie nie fair wobec tych ostatnich, ech...
      (Jakbym Ci kiedyś na coś u siebie nie odpowiedziała, to mnie szturchnij, że o, tam takie było.)

      Zauważyłam, że generalnie "regularne" albo przynajmniej "częste" blogi - szczególnie trzymające przy tym poziom, oczywiście - są popularniejsze od równie dobrych a choćby i lepszych, ale rzadko się odzywających. A na przyciąganie komentarzy bardzo działa też odpowiadanie. Osobiście na przykład komentuję tylko na blogach, gdzie autor odpowiada i to najlepiej wszystkim.

      Sprostuję tylko, że to nie popkultura jest niszowa, ale pisanie i czytanie o niej.
      Pisanie i czytanie nie tylko samej, ale i "o", tak, zgadzam się. (Meta-popkultura?) Natomiast myślę jednak, że w obrębie popkultury są też bardzo... no, niszowe... yyy, nisze. :D Na przykład popkulturowa fantastyka jako cały nurt jest masowa, że trudno bardziej, ale w sporej części składa się z totalnie undergroundowych ultranisz znanych pięciu fanom na krzyż. (Szczególnie jeśli zaczniemy rozpatrywać pojedyncze uniwersa/fandomy, a nie całe nurty. Ale nurty też.)

      Usuń
    3. Tez wolę blogi, gdzie autor odpowiada na komentarze. zazwyczaj kiedy już ten komć piszę, to liczę na jakąś dyskusję, a jeśli autorowi nie chce się jej podejmować, to czemu mi ma się chcieć.

      Co do tego, co piszesz o niszach, pełna zgoda. Właściwie nieniszowe są chyba tylko fandomy dużych hitów filmowych i serialowych. Plus jeszcze odbiór ich liczebności zakłuca internet - fandom takiego Doctora Who jest w sieci bardzo aktywny, ale w rzeczywistości dużo mniej liczny, niż mogłoby wynikać z tej aktywności.

      Usuń
  11. Bardzo dobry tekst :) Takie spojrzenie z obu stron. W swoim imieniu mogę powiedzieć, że zdarzają się różne recenzje - i jaka będzie dana recenzja (czy to bardziej krytyczna z analizą, odwołaniami do innych tekstów / źródeł / teorii czy taka bardziej bym powiedziała na luzie) zależy od przeczytanej książki i tego, jaki tekst na jej podstawie powstanie. Czasem mając ochotę innych zachęcić, a nie zniechęcić do danej książki, podświadomie piszę tekst lżejszy. Czasem jest to świadoma decyzja, czy tekst będzie bardziej skupiał się na analizie. W trakcie lektury zawsze sporządzam sobie notatki, a potem przy składaniu ich w całość recenzji i dodawaniu brakujących fragmentów dopiero widzę, jaki będzie wydźwięk tekstu. Jaka książka, taka recenzja i myślę też, że jaki czytelnik takie wrażenia z lektury. Niech każdy czyta teksty tych blogerów, którym najbardziej ufa i którzy mają gust literacki najbardziej zbliżony do jego własnych upodobań. Często brana jest też pod uwagę grupa wiekowa - to samo pokolenie (czy nawet rocznik) podobne skojarzenia i wspomnienia (te same książki były na topie w czasach szkolnych). Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuję:) Masz rację - czasami książka trafia się taka, że nie ma co analizować. Ale zazwyczaj wtedy też nie ma się czym zachwycać.;) A poza tym to raczej nie mam z czym w Twoim komentarzu dyskutować.:)

      Usuń
  12. Nie wiem, czy jako przykład beznadzeijnego bloga piwnienem się wypowiadać, tym bardziej że nie udało mi się przebrnać przez tekst Fernira i wszsyscy już pisali najwazniejsze żeczy, więc postaniawiam się organiczac. Pomijając kwestie chęci zastapieniap owaznych krytyków Po pierwsze Fernir jako czytający dużo klasyki fantastyki powinien na pewno trafić na stwierdzenie Sturgeona według ktorego 90% wszystkiego jest do nieczego. Nie zaleznie od interpetacji warto dodac, że wszystko obejmuje zarowno blogi recenzenckie, poważną krytykę, literaturę i nne wytowry kultury. Poza tym nie za bardzo qwieerzę w opozycję poważna krytyka-złeee blogi, bo biroać pod uwagę co obexcnie pulbikują poważne pisma w dzialach recenzenckich (no . z recenzjami filmowymi pawla T. Felisa na czele) nie za bardzo pozwala na to stiwrdzenie. Krytyce "powaznej" zawsze zadarzały się rownież pomylki (czytanie starych recenzji dostarcza czasem dużo radości, zwlaścza w przypadku klasyki). Własnie obecna możliwość dzeilenia sie warażennami pozwala bardziej poznać opinie o niszowych rzeczach, na które bez nich nie bylo by mesjca poza nimi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rany boskie, stary, ale pisz po polsku, bo tego posta się nie da czytać na trzeźwo. A odnosząc się do Sturgeona - owszem, zasadę znam, sęk jednak w tym, że dużo osób odczytało mój post ŹLE: problemem jest, że nie istnieje brak szacunku do PRACY, i zrównuje się wszystkich do jednego poziomu (najniższego). To w wielkim skrócie jest.

      Usuń
    2. Dziękuję bardzo za uprzejmą odpowiedź na mojego posta. Przepraszam też bardzo za moje problemy z komputerem i niemożliwość natychmiastowego poprawienia ich o godznie 21: 38. Ewnentulany brak szacunku do pracy nie jest zjawiskiem odnoszącym się tylko do blogów książkowych i wywołanym przez nie. Brak szacunku do pracy jakiejkolwiek jest zjawiskiem znacznie szerszym i należy jego przyczyn szukać bardziej w obecnym systemie ekonomicznym.

      Usuń
    3. Owszem, ale ta praca umysłowa cieszy się chyba wybitną niechęcią ogółu społeczeństwa. Naprawdę ogromny odsetek ludzi uważa, że to wcale nic trudnego nie jest, napisać/zredagować/przetłumaczyć/zrobić cokolwiek innego, co nie daje fizycznego efektu.

      Usuń
  13. Wowowooooowowow, ale super, akurat napisałam notkę na blogu o tyci podobnej tematyce.
    SUPER, jesteś super, bardzo konkretnie piszesz, podoba mi się. Przede wszystkim szczerość od Ciebie bije i taka dobra wola, no i pasja.
    A oto moje drobne przemyślenia.
    Marketing szeptany jest super ekstra maszyną do zdobywania świata, więc jeśli blog jest dobry, to będzie polecany. Nie tylko w wąskim gronie osób zainteresowanych, serio, bo jak będzie naprawdę dobry, to inni zaczną się po prostu interesować jego tematyką. Może to naiwne wierzenia, może. Ale, zgłębiając prawie fachową literaturę dotyczącą tego tematu, a także obserwując własne zachowania i ludzi na około, stwierdzam, że nie. To jednak, wbrew pozorom, po prostu fakty.
    Tak więc szerz swoją pasję, dziel się przeżyciami z lektur, bądź sobą i ogólnie dawaj czadu, bo super Ci to wychodzi.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wiesz, że przyozdobienie spamerskiego komentarza wisienkami nie sprawi, że nie będzie on już spamerski?

      Usuń
    2. Fenrir, pozwól, że na własnym blogu sama będę bić komentatorów po łapkach, kiedy uznam za stosowne.

      Usuń
    3. To jest komentarz, a nie instrukcja "nie chcę widzieć tu twoich komentarzy".

      Usuń
    4. Zaznaczmy, że komentarza jeszcze mniej związany z treścią notki i z dyskusją pod nią prowadzoną, niż ten, do którego się odnosi.

      Usuń
    5. Nie trzeba być wirtuozem słowa, by stworzyć komentarz, który pozornie odwołuje się do dyskusji, a w praktyce przedstawia sobą zerową treść merytoryczną. Wyżej mamy tego przykład.

      Usuń
  14. Tak sobie Ciebie wygooglałam, czytam ten wpis i 'lubię to' rzekłam. Bloger to też człowiek, też krytyk, dziennikarz, recenzent, tylko że pracujący na własną markę. Blogi mają więcej w sobie prawdy bo mniej tam polityki. Jak jakiś recenzent zakrzyknie bezeceństwo bo ma przypływ odwagi, to zaraz hołdują mu i zarzucają białą chustę wrzeszcząc 'mój ci on' bo on taki kontrowersyjny, że na pewno czytelnictwo się podniesie. O dupe rozbić takich ludzi z przeproszeniem. Peace!

    OdpowiedzUsuń
  15. O, dziękuję. Zawsze to miło, jak wpadnie ktoś "z zewnątrz".
    I coś w tym, o czym piszesz, jest - jeśli ktoś w tzw. poważnych mediach wyraża opinię odstającą od powszechnie uznawanej, staje się osobistością (w domyśle chyba dlatego, że każdy zakłada, że sprzeciwił się redaktorowi, ergo ma jaja). Blogerzy nie mają żadnej wyższej instancji, której muszą się sprzeciwiać i pewnie dlatego ich odrębne zdanie nie jest nobilitowane...

    OdpowiedzUsuń
  16. Brak w tym logiki, nieprawdaż? ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...