wtorek, 27 września 2016

Zmyślenia #34: Irytujące praktyki pisarzy

Jakiś czas temu narzekałam na irytujące praktyki wydawnictw. Dość naturalne wydaje się pociągnięcie tematu (miałam to zrobić dawno temu oczywiście, ale jestem ciężkim przypadkiem nieogaru). Bo przecież nie tylko wydawcy irytują czytelników – równie często, jeśli nie częściej, robią to autorzy.

Przy czym, jak zwykle, pragnę zauważyć, że jest to całkiem subiektywny wybór praktyk irytujących mnie. Innych może irytować coś zupełnie innego, więc jak ktoś ma coś do dodania, to jak najbardziej jestem otwarta na dyskusję. Tymczasem lecimy.

1. Niekończenie serii
Ja wszystko rozumiem. Wiem, że po kilkunastu niekiedy latach pisania jakiegoś cyklu można kompletnie stracić o niego zapał i sympatię. Wiem, że w pewnym momencie można się po prostu znudzić, a w polskich realiach zaliczki wydawców nie zachęcają do łupania kolejnych tomów. No i w końcu pisanie to jednak rodzaj sztuki (a przynajmniej tzw. zajęcia kreatywnego) i wymaga głębszego zaangażowania niż, powiedzmy, układanie kostki brukowej. 

Notkę będą ilustrować losowe fotki moich książkowych glacjałów.
Ale to wszystko nie zmienia faktu, że niekończenie cykli pozostaje irytujące. Bo widzicie, wychodzę z założenia, że autor, pisząc tom pierwszy jakiejś większej całości, coś mi, jako czytelnikowi obiecuje. Jasne, płacę tylko za pierwszy tom i pierwszy (czy tam kolejny, który akurat wychodzi) dostaję, ale istnieje obietnica dalszej opowieści, która być może jest jednym z silniejszych przesłanek, aby w ogóle dokonać zakupu poprzednich części. Więc nie dostając zakończenia, czuję się oszukana kłamliwą reklamą.

I pół biedy jeszcze, kiedy każdy tom cyklu stanowi zamkniętą całość – wtedy autorowi łatwiej wybaczyć. Ale z mojego doświadczenia wynika, że tendencję do porzucania swoich opowieści mają właśnie autorzy, którzy rozbijają ją równomiernie na wszystkie planowane tomy. Wstyd.

2. Lobotomia imperatywem
Czasami autor ma pomysł na świetną scenę czy wątek. No po prostu super plot twist, myśli sobie autor. Problem polega na tym, że żaden z jego bohaterów nie nadaje się, aby w takiej scenie wziąć udział. Żaden bowiem nie ma odpowiedniego charakteru, żeby wypaść w niej naturalnie. Rozsądny autor w tym momencie ciężko wzdycha i odkłada pomysł do wykorzystania w jakimś innym dziele. Niestety, nie wszyscy są rozsądni. Niektórzy są tak oczarowani swoim geniuszem, że wolą rozwalić budowaną niekiedy przez kilka tomów konstrukcję postaci, żeby tylko daną scenę napisać. A to zawsze jest strzał w kolano.

Przyznam szczerze, że taka dezynwoltura charakterologiczna jest charakterystyczna głównie dla fanfików. Niestety, zdarza się też uznanym autorom. Na przykład takiej Mai Lidii Kossakowskiej. Która jednej z bohaterek swojego cyklu anielskiego kazała zmienić się z rozgarniętej, zdolnej i empatycznej, choć z racji izolacji niedoinformowanej dziewczyny w bezwolną, głupiutką lalę, która wszystko, co jej powiedzą łyka jak młody pelikan. A to wszystko po to, żeby wykorzystać ją w jednej scenie, która w ostatecznym rozrachunku niewiele wnosiła. 


3. Seryjna nekromancja
Nie chodzi tu bynajmniej o wskrzeszanie bohaterów – to czasem da się zrobić sensownie. Chodzi o dopisywanie kolejnych tomów do tych serii, których definitywne zakończenie wcześniej się deklarowało. To nigdy nie kończy się dobrze (a przynajmniej ja nie znam takiego przypadku).

Widzicie, rozumiem eksploatowanie świata. To czasem nawet fajnie wychodzi, zwłaszcza, jeśli autor w jakiś tam sposób planował dalsze wykorzystanie świata. To poszerza możliwości opowiadanych historii i pozwala fanom dowiedzieć się więcej o obiekcie fanostwa.

Żal mam raczej do tych autorów, którzy po kilkunastu latach postanawiają dopisać kolejny tom to historii, w której zakończenie nie za bardzo pozostawiało jakiekolwiek pole manewru. Takie rzeczy nigdy nie prezentują literackiego poziomu co najmniej zbliżonego do oryginalnej serii. A ponieważ często są gorsze i kalają wspomnienia czytelników… Cóż, boli. 


4. Branie czytelnika za idiotę
Może przybierać różne formy. Albo autor przypomina nam po pięć razy na rozdział jakąś informację, albo tłumaczy rzeczy najprostsze. W każdym razie ja zawsze mam ochotę zakląć szpetnie, kiedy autor na przestrzeni dwóch akapitów pięć razy powtarza informację, że na padoku śmierdzi (tak, zrozumiałam za pierwszym razem. Nie, powtarzanie tego w kółko nie wzmacnia efektu) a któryś z bohaterów jest dowódcą jednostki (nie mam pamięci złotej rybki, nie zapomnę przez pół stroy). Nie lubię, kiedy traktować mnie jak durnia.

Po części mam wrażenie, za taką manierę pisarska odpowiedzialne są te wszystkie kursy kreatywnego pisania. Tam bowiem uczy się, że zdania mają być krótkie, słownictwo proste, a kluczowe informacje należy od czasu do czasu powtarzać. Niestety, często przybiera to formy niestrawne dla czytelnika bardziej wyrobionego. 


5. Niekonsekwencja światotwórcza
Coś jak w punkcie o lobotomii imperatywem, tylko w odniesieniu do tworzonego świata. I spotykane zwłaszcza w cyklach.

Widzicie, zdarza się czasem, że autor opisze sposób działania jakichś rzeczy, aby w następnym tomie wyjaśnić go zupełnie inaczej. Wiecie, ja rozumiem, że być może autor w międzyczasie wpadł na sensowniejszy pomysł i chciał go wprowadzić (a w kolejnym wydaniu wszystko zostanie ujednolicone), ale przydałoby się chociaż w przedmowie wyjaśnić taką decyzję. Bo w przeciwnym razie fani serii, którzy są z nią od samego początku, poczują niesmak. A już zupełnie żenujące są sytuacje, kiedy autor zmienił jakieś prawidła świata tylko dlatego, że zapomniał, jak je wcześniej opisał…

Szczerze mówiąc, znalazłoby się jeszcze parę irytujących rzeczy. Ale najczęściej są związane z niedostatkami warsztatu pisarskiego i myślę, że nie ma sensu się nad nimi rozwodzić. Niedostatki warsztatu bowiem mówią same za siebie. No, chyba że macie ochotę jednak się porozwodzić w komentarzach, to nie krępujcie się.

piątek, 23 września 2016

"Asystent czarodziejki" Aleksandra Janusz

Aleksandrę Janusz jako autorkę poznałam przy okazji jej powieściowego debiutu. Debiut jak debiut, całkiem przyzwoity, choć bez zachwytów – ogólnie czekałam raczej na dalszy rozwój autorki. Niestety, „Dom Wschodzącego Słońca” został wydany pod auspicjami Runy i być może z powodu upadku wydawnictwa, a być może z powodu wolnego tempa pisania (choć w międzyczasie pojawiło się kilka opowiadań) autorka zniknęła z radaru na dziesięć lat. Dopiero w tym roku powróciła ze swoją druga powieścią, rozpoczynająca kompletnie nową serię.

Vincent Thorpe od ponad dwudziestu lat pracuje jako asystent czarodziejki. Sam miałby pewne szanse zostać czarodziejem, gdyby jego talent nie okazał się wadliwy – powiedzmy, że ma czym przewodzić magiczną moc, ale nie ma skąd. Ot, bywa. Tymczasem jest całkiem zadowolony ze swojej pracy, zwłaszcza, że do końca kontraktu zostało mu już tylko kilka miesięcy. Powoli zaczyna sobie planować resztę życia, kiedy pewna misja z Czarną Meg, jego pracodawczynią, burzy poukładaną, zdawałoby się, przyszłość. Na domiar złego sama czarodziejka znika w niewyjaśnionych (acz podejrzanych) okolicznościach, związanych z utraconym po Wojnie Rozdarcia kontynentem. Teraz ktoś będzie musiał to wszystko odkręcić…

Na początek może odpowiem na pytanie, czy warsztat pisarski przez te dziesięć lat się rozwinął. Otóż tak, zdecydowanie. Na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z autorka dojrzałą, a nie z niepewną debiutantką. Widać to zarówno na poziomie frazy – przemyślanej, dopasowanej o postaci – jak i konstrukcji świata przedstawionego oraz bohaterów. 

Szczerze mówiąc, nie jestem przekonana do określania „Asystenta czarodziejki” mianem fantasy humorystycznej. A to dlatego, że w wykreowanej przez autorkę opowieści humor nie gra istotnej roli – nie jest kluczowy dla narracji, niekoniecznie wynika z prawideł rządzących światem. Ot, po prostu uprzyjemnia lekturę. Na swoje potrzeby nazywam ten typ literatury fantastyką napisaną z humorem (tak, wiem, mało odkrywcze).

W ogóle konwencja, jaką autorka przyjęła przy tworzeniu świata, po prostu mnie zachwyca. Taka magia na przykład. Widzicie, w Arborii do rzucania zaklęć niezbędna jest biegła znajomość prawideł wyższej matematyki. I naprawdę, znacznie więcej podziwu wzbudza we mnie mag, który różniczkuje w pamięci niż taki, który medytuje i odprawia jakieś tajemnicze rytuały (choć to może dlatego, że taka statystyczna Moreni jest w stanie ocenić wysiłek intelektualny towarzyscy różniczkowaniu, zaś takiego towarzyszącego tajemniczym rytuałom jako żywo do niczego odnieść nie potrafi). Ogólnie całe magiczne społeczeństwo Arborii jest społeczeństwem akademickim, więc nowe odkrycia finansuje się z uczelnianych grantów, a prestiż odbytych misji mierzy się jakością i ilością monografii, które można napisać po ich ukończeniu. Sam pomysł, aby magów upchnąć na uniwersytecie nowy nie jest (można powiedzieć, że magowie w fantasy występują tylko w dwóch postaciach: albo samotne, zazdrośnie strzegące sekretów wyspy, albo zorganizowani w systemie nauczania akademicy), ale Janusz wykorzystuje go w sposób przeuroczy – każdy, kto kiedykolwiek studiował znajdzie go swojskim, bez karykaturalnego przerysowania.

Z drugiej strony mamy (Utraconą) Bretanię, która może być podręcznikowym przykładem klasycznego settingu dla średniowiecznego fantasy (dla mnie dodatkowym atutem jest zderzenie kultur). I to takiego naturalistycznego wręcz, z brudem, smrodem, ubóstwem i czyrakami. Tak że dla każdego coś miłego.

Urzekło mnie też, jak autorka poczyna sobie ze swoimi bohaterami. Bo cóż my tu mamy… ano mamy sporo bardzo sensownych kobiet. Na początek dwie czarodziejki Margueritte i Belinde. Kojarzą mi się trochę z czarodziejkami Sapkowskiego – są ambitne, silne i kompetentne, a w sytuacji zagrożenia nie czekają na rycerza z białym koniem, tylko starają się w miarę możliwości same dać sobie radę. Przy tym nie są jakimiś cyborgami, ale zwykłymi, myślącymi dziewczynami (i dzięki dowolnie wybranemu bogu, autorka nie każe im w celu ratowania tyłka nikogo uwodzić). Właściwie, „Asystent czarodziejki” to opowieść kobiet. Tak, głównym bohaterem jest mężczyzna, ale poza tym wszystkie najważniejsze stanowiska obsadzają kobiety. I przedstawiają pełne spektrum charakterów i ról, nie będąc jednocześnie wytartymi kliszami. Pani generał ma szpecące blizny, wieloletnie doświadczenie bojowe oraz twardy charakter, ale ładnymi kieckami zachwycić się potrafi. Kathryn, bystra studentka u progu czarodziejskich egzaminów zawodowych, jest geniuszem nie pozbawionym słabości. Skrzywdzone dziecko okazuje się mimo przeżytej traumy mieć osobowość twardą, ale wrażliwą. A narzeczona głównego bohatera nie jest tylko emocjonalnym tłem, ale filarem drużyny z własną osobowością. Oby więcej takich bohaterek w rodzimej fantastyce.

Przyznam, że na takim tle sam Vincent wypada dość blado. Z drugiej strony, kto powiedział, że dzień ma zawsze ratować, charyzmatyczny, przystojny, młody blondyn. Dlaczego nie może to być zwykły, sympatyczny facet przed czterdziestką, ze sprecyzowanym w pewnym stopniu planem założenia rodziny i większym powinowactwem do badań botanicznych niż wojaczki? Myślę, że to jest ten typ bohatera, którego polskiej fantastyce brakuje. Natychmiast trzeba to naprawić.

Miałam sarkać w tym momencie na autorkę, że przerwała opowieść w TAKIM momencie, ale doczytałam, że to nie ona, tylko wydawca. No więc droga Nasza Księgarnio, tak się nie robi. Całe szczęście, że kolejny tom już się ukazał i tylko dlatego wam wybaczam (oraz dlatego, że zapowiadają się sensowne smoki). Kupujcie oba, moi drodzy, bo bardzo mi zależy, aby ukazał się trzeci, a jak nie będziecie kupować, to się nie ukaże. Przy czym od razu mówię, że nie powinniście żałować zakupu. Warto.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Nasza Księgarnia

Tytuł: Asystent czarodziejki
Autor: Aleksandra Janusz
Cykl: Kroniki Rozdartego Świata
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok: 2016
Stron: 358

wtorek, 20 września 2016

Na Coperniconie 2016 byłam!

To, że pojawiam się na Coptniconie jest powoli staje się taka małą, świecką tradycją. W ogóle konwent toruński ewoluuje do rangi mojego ulubionego - nie za duży, nie za mały, w sam raz taki. No i znajomi bywają.


Skład ekipy konwentowej ten sam, co zawsze, tylko niestety Luby tym razem nie mógł z nami jechać. Jak nigdy do Torunia dotarłam dość wcześnie, bo już w okolicach południa. Poczekaliśmy więc grzecznie na Serenity i Turela (i Salantora), w międzyczasie kwaterując się w hostelu. Jak już wszyscy dotarli, poszliśmy się zaakredytować.

I tu pierwszy zonk, bo akredytacje znaleźć było dość trudno. Co prawda na stronie była informacja, że rejestracja uczestników odbywa się gdzie indziej niż w zeszłym roku, ale namiot akredytacji był bardzo słabo oznakowany. Wyglądało to tak, jakby organizatorzy zapomnieli o tak drobnym fakcie i na chybcika przykleili do namiotu odpowiednia karteczkę, jak zobaczyli kręcących się bez ładu i składu przyszłych konwentowiczów. Kiedy namiot wreszcie udało się znaleźć, sama akredytacja poszła nam bardzo szybko, ale później były spore kolejki.

Kolejka z piątkowego wieczoru.
Dla mnie osobiście dodatkową przykrością był fakt, że skrócony program był dla mnie kompletnie nieczytelny. Litery były tak małe, że nawet zsuwając okulary (do czytania, bo do chodzenia mam zupełnie inne) na czubek nosa nie bardzo byłam w stanie je przeczytać. Stanęło na tym, że żeby w ogóle korzystać ze skróconego programu, musiałam mieć człowieka do czytania. Dzięki, Turel.:)

Konwentowy starter.
Dodam jeszcze na marginesie, że w tym roku konwent odbywał się na większej powierzchni - do Colegium Maius i Minus doszedł jeszcze budynek wydziału matematyki. Co było dobrym posunięciem, bo w zeszłym roku w dwóch budynkach było zdecydowanie za ciasno, ale z drugiej strony musiałam się więcej nachodzić.

Najpierw z Turelem (Serenity prowadziła akurat konkurs tolkienowski) poszliśmy na prelekcję "Dlaczego tak rzadko zapraszamy logikę do fantastycznych światów?". Był dość fajny, ale niestety mocno powierzchowny - autor skupiał się głównie na tym, że w zasadzie fantatsyczne miasta handlowe nie wiadomo czym handlują (bo z ich położenia nie wynika, aby miały do zaoferowania cokolwiek) a ich mieszkańcy nie wiadomo co jedzą, bo wiadomo, ze w typowym fantasylandzie są wyłącznie duże miasta i małe, pojedyncze farmy. No i miał rację, ale towarzyszyło mi wrażenie, że zdecydowanie zabrakło czasu na pogłębienie tematu, że o banalnym poruszeniu przez prelegenta wszystkich przygotowanych aspektów nie wspomnę.
Prelegent wyszedł z siebie i stanął obok.
Zaraz potem poszliśmy na spotkanie autorskie z Robertem M. Wegnerem. Niestety, autografu nie dostałam, bo zwyczajnie nie mam już na czym - wszystkie książki mi podpisał. Ale jak zwykle warto było posłuchać, co autor mówił, bo ma zwyczaj mówić bardzo ciekawie. No i w przyszłym roku ma być kolejny tom Meekhanu. Podobno. Serenity jeszcze tylko złapała brakujący autograf i na tym skończyliśmy pierwszy dzień konwentwych atrakcji.
Spotkanie z Robertem Wegnerem.
Moim pierwszym punktem sobotniego programu były zakupy, ale niestety, o tej porze (rano było) nie dało się jeszcze za wiele zobaczyć (pomijając fakt, że targowisko było czynne dopiero od 10.00). Nieco spóźnione poszłyśmy więc z Serenity na panel "Po co mi nauka, skoro mogę to wymyślić". Szkoda, że nie byłyśmy na nim od początku. Dyskutantów było wielu (z prowadzącym sześcioro), ale i czasu było sporo (bo dwie godziny) więc dyskusja naprawdę ciekawie się rozwijała i można się z niej było dowiedzieć na przykład, dlaczego wielka bitwa w "Niebie ze stali" Wegnera rozegrała się we właśnie tym, a nie jakimś innym miejscu. Ogólnie mam wrażenie, ze większość polskich autorów podchodzi raczej zdroworozsądkowo do kwestii logiki i naukowości (rozumianej jako zgodność z obecnym stanem nauki) swoich dzieł. Że luźno zacytuję Roberta Wegnera: jeśli chcesz być przemaglowany pod względem naukowości i realistyczności swoich dzieł, pisz fantasy. Nikt cie nie zapyta, jak dokładnie działają karabiny plazmowe w twoim opowiadaniu SF, ale wszelkie aspekty twojej powieści fantasy zostaną skrupulatnie sprawdzone.


Po panelu złapałam jeszcze Aleksandrę Janusz, żeby zdobyć autograf, bo niestety dyżuru autografowego autorki w programie imprezy nie było (być może był w erracie, ale ją dość szybko zgubiłam. W ogóle co to za pomysł, żeby mapki budynków dawać na jednej broszurce, skrócony program na drugiej, a erratę na kolejnej?). Dopiero dużo później (i za późno) okazało się, że dyżur był, o godzinie 18.00. Szkoda, że dowiedziałam się po niewczasie, bo przyszłabym pogadać z autorką - bardzo miła z niej osoba.:)

Moreni po lewe,j Aleksandra Janusz po prawej.:)
Później zostaliśmy na panel "W Polsce to się nie sprzeda" i... szczerze mówiąc, dość mocno mnie rozczarował. Spodziewałam się raczej dyskusji na temat "jakie gatunki nie mają w Polsce powodzenia, dlaczego i jak można zmienić ten stan rzeczy", a dostałam coś, co można zamknąć w pytaniu do dyskutantów "jak to się stało, że w Polsce udało wam się sprzedać cokolwiek, co zrobiliście". Poza tym Aneta Jadowska bardzo zdominowała całą dyskusję - co ostatecznie wyszło w sumie na dobre, bo przynajmniej częściowo jej wypowiedzi pokrywały się z deklarowanym tematem panelu.

Po przerwie obiadowej, jaką sobie zorganizowaliśmy poszliśmy na prelekcję Pawła Opydo o Złych Książkach (głównie dlatego, że Serenity chciała, bo ja osobiście względem prelegenta mam uczucia cokolwiek mieszane). Musze jednak przyznać, ze cokolwiek by o nim nie mówić, to gadane ma i prowadzenie prelekcji wychodzi mu bardzo dobrze.

Po tym Serenity poszła prowadzić swój konkurs o kadrach filmowych, a ja zostałam na panelu "Fantastyczne lektury obowiązkowe". Mówiąc wprost: rozczarował mnie. Pomijając fakt, że z dwóch panelistów stawił się tylko jeden, w związku z czym całość przypominała bardziej wywiad-rzekę, to pomysł organizowania takiego panelu jedynie z dwoma dyskutantami IMO mija się trochę z celem. I, jak mam wiele sympatii do Domoniki Oramus jako prelegentki (jej coperniconowa prelekcja sprzed dwóch lat należała do najlepszych, na jakich wtedy byłam), to... no cóż, powiem tylko, że po zareklamowaniu przez nią "Non stop" Aldissa mam ujemną chęć przeczytania powieści. W końcu wszystko mi o niej już opowiedziano.

Następny był panel o życiu freelancera, który cztery prelegentki bardzo sprawnie poprowadziły sobie same. I przyznam, ze jeśli by oceniać motoryczność wypowiedzi, zgodność z tematem i karność dyskutantów, to byłby to najlepszy panel konwentu. A wniosek z niego taki, że freelans nie jest drogą dla każdego.

Dzień (po dłuższej przerwie na szoping) zakończyliśmy prelekcją o sztuce płatnej miłości w średniowieczu, którą przygotowała Serenity. Prelekcja cieszyła się sporym powodzeniem, sala praktyczni pełna, a prelegentka świetnie sobie poradziła (i akurat zmieściła się w przeznaczonym czasie). Miejmy nadzieję, że wrzuci notkę z prelekcji na swojego bloga, to sobie poczytacie, co was ominęło (może przy okazji wrzuci też notkę z zeszłorocznej prelekcji...).

Serenity na tle listy bardzo wymownych nazw ulic.;)
A potem to już odbywała się integracja.;) W niedzielę jeszcze tylko kupiłam sobie torbę w kształcie głowy kota (choć trochę żałuję, że nie wybrałam jednak buldożka francuskiego. Świnek morskich nie mieli). I pożałowałam, że nie będę mogła być na konkursie wiedzy o smokach, ale musiałam w miarę wcześnie wrócić do domu, żeby spakować siebie i świnie na poniedziałkowy wyjazd.

To bardzo fajny konwent był. Polecam. A tu macie jeszcze fotki zdobyczy i inne takie.:)

Zakupowe zdobycze. Liczyłam, ze będzie stoisko Solarisu (choć zdaje się, że Sedeńko pisał kiedyś, że się nie wybierają), bo chciałam kupić jedną konkretną pozycję, która jest dostępna tylko u nich. No cóż, będę musiała zamówić. No i pluszowy eevee, zgodnie z planem. Głęboko wierzę, że z następnego konwentu uda mi się przywieźć samiczkę nidorana.;)
Autograf Aleksandry Janusz
...i Kate Griffin
Trochę cospalyu raz
i dwa :)

piątek, 16 września 2016

"Biała noc" Jim Butcher

Za mną najnowszy, dziewiąty tom przygód Harry’ego Dresdena. Całkiem przyjemny, nie powiem. Autor skupiła się bardziej na wydarzeniach z tła zamiast na potworze odcinka, co zdecydowanie wyszło powieści na dobre.

Umierają kobiety. Najczęściej cichą, samobójczą śmiercią w pokojach hotelowych. Przynajmniej policja uważa te śmierci za samobójcze. Wykwalifikowany mag, taki jak Harry Dresden, będzie jednak umiał odczytać poszlaki wskazujące na to, że denatkom ktoś pomagał. A fakt, że wszystkie z nich dysponowały magiczną mocą sprawia, ze cała sprawa staje się jeszcze bardziej podejrzana. A na dodatek niektóre z niedawno zaginionych kobiet widziano w towarzystwie mężczyzny podejrzanie podobnego do Thomasa… To będzie kolejny pracowity tydzień.

Muszę przyznać, że jest to jeden z przyjemniejszych od dłuższego czasu tomów. Autor nie szaleje z wprowadzaniem nowych postaci, raczej skupia się na pokazywaniu tych już znanych (zresztą, przez dziewięć tomów naprawdę naprodukował ich już tyle, że jest z czego wybierać), zwłaszcza z drugiego i trzeciego planu. Przy okazji w „Białych nocach” doskonale widać upływ czasu w wewnętrznym świecie powieści – od pierwszego tomu minęło już ponad dziesięć lat i złoczyńcy skazani w pierwszych tomach, właśnie skończyli odsiadywać wyroki. A relacje między bohaterami zmieniły się tak bardzo ze trudno sobie przypomnieć, od czego właściwie się zaczęło.

Ale miało być o bohaterach. Nie będę zdradzać, kto powrócił w tym tomie, aby odsłonić nam tajemnice swej duszy. Za to powiem, że znowu mamy do czynienia z Marconem, który, cóż, zaczyna budzić coraz większą sympatię w czytelnikach. Oczywiście jest Murphy (raczej marginalizowana, a w każdym razie pełniąca tę samą funkcję, co dotychczas), jest Thomas, którego relacja z Harrym ciągle się rozwija i jest Moly. Muszę przyznać, że oglądanie Dresdena w roli nauczyciela i mentora jest bardzo przyjemne – to zawsze coś nowego i zmusza naszego dzielnego bohatera do wstąpienia na nowy poziom dojrzałości. Pojawia się też Elaine, ale właściwie poza kilkoma spektakularnymi wybuchami, niewiele oferuje.

Tak naprawdę o istotności tego tomu stanowią wydarzenia w tle oraz skrawki informacji, jakimi autor rzuca w czytelników. Dowiadujemy się trochę o tym, jak idzie wojna z wampirami i co robi Harry pomiędzy kolejnymi tomami. Poznajemy trochę bliżej Ramireza, który zdaje się wyrastać na młodszą kopię Dresdena, ale ciągle mam nadzieję, ze nie podąży tą drogą. Ale więcej nie napiszę, nie będę psuć niespodzianki.

Przejdźmy jednak do technikaliów. Kiedy cykl po raz pierwszy zmieniał tłumacza, był to fakt powszechnie znany i ogłaszany. Kiedy zmieniał po raz drugi, nikt o tym nie mówił. A „Białe noce” są pierwszym tomem cyklu przełożonym przez trzeciego już tłumacza, Michała Jakuszewskiego. I powiem szczerze, że ta zmiana wyszła „Aktom Dresdena” na dobre. Jakuszewski zdecydowanie lepiej czuje autora (co zresztą zaprezentował już wcześniej w „Wiatrogonie aeronauty”), przez co książkę czyta się po prostu dużo płynniej niż poprzednie tomy. Nie wiem, czy jego tłumaczenie jest wierniejsze czy też piękniejsze niż poprzedników, ale na pewno jest znacznie lepiej przyswajalne.

Co z kolei nie znaczy, że wszystkie decyzje nowego tłumacza pochwalam. Taka kwestia miar na przykład. Nie mam do ich przekładu nabożnego stosunku (generalnie uważam, że powinny zostać, jak autor przykazał, ale jak tłumacz zmieni na lokalne, to też ok.), ale… no wiecie, kiedy przez osiem tomów były stopy, cale i funty, to nagłe wprowadzanie w dziewiątym metrów i kilogramów trochę psuje klimat. Nie daruję też zamiany swojskiego szlafroka na nadętą szatę – to akurat była część garderoby, która miała czytelnikom wiele powiedzieć o charakterze bohatera i zastąpienie jej szatą psuje cały efekt. Harry też zaczął zdecydowanie swobodniej używać przekleństw – ilościowo zmian nie widać, ale ładunek zrobił się znacznie cięższy.

„Biała noc” to zdecydowanie jeden z ważniejszych tomów. Sporo wnosi, choć w znacznej większości są to pytania niż odpowiedzi. Przy czym wszystkie zadawane są zgrabnie. Tym niecierpliwiej czekam na dalszy ciąg.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Biała noc
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: White Night
Tłumacz: Michał Jakuszewski
Cykl: Akta Dresdena
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 580

wtorek, 13 września 2016

"Czochrałem antarktycznego słonia" Mikołaj Golachowski

Debiut Michała Golachowskiego wdarł się do blogosfery może nie szturmem, ale przebojem na pewno. Co recenzja, to zachwyty. Sama nabyłam go raczej z chęci skompletowania serii niż z powodu pozytywnych opinii, niemniej, oczekiwania też miałam spore. No bo przecież Arktyka i Antarktyka to tak fascynujący rejon pod względem fauny, że nie można o nim napisać czegoś nieciekawego, prawda? Cóż, rzeczywistość trochę się z moimi oczekiwaniami rozminęła.

O czym właściwie „Czochrałem antarktycznego słonia” jest? O tym, co w tytule też, ale nie tylko. Autor opisuje swoje polarne doświadczenia – jako naukowca zimującego na Polskiej Stacji Antarktycznej ale też jako przewodnika wycieczek turystycznych po tych rejonach świata. Przy tym dostajemy rys co ciekawszych historycznie wypraw polarnych, a wstępem o tego wszystkiego jest opowieść o całkiem lokalnej faunie, która wywarła wpływ na życie autora.

I tu leży właśnie mój problem. Mój, nie autora. Bo oczekiwałam książki o zwierzętach – o polarnej faunie i jej interakcjach z człowiekiem, historii jej eksploatacji oraz badań nad nią. I oczywiście to w książce jest. Ale „Czochrałem antarktycznego słonia” to właściwie książka podróżnicza. Owszem, spisana przez podróżnika, który skupia się głównie na naturze, ale jednak niekoniecznie na tych jej aspektach, która najbardziej interesują mnie. Krótko mówiąc, więcej tam jest o życiu codzienny na stacji polarnej czy o rdzennej ludności zamieszkującej (dawniej lub obecnie) chłodne regiony tego świata niż o tytułowych słoniach. Paradoksalnie, najprzyjemniej czytało mi się pierwsze rozdziały, w których autor opowiadał o zwierzętach w domu rodzinnym i o swoich badaniach naukowych prowadzonych w Polsce.

A trzeba przyznać, że dar do opowiadania autor ma. Może wypadałoby jeszcze warsztat doszlifować (w końcu to debiut, dajmy debiutantowi trochę luzu), ale i tak jest bardzo dobrze. Golachowski językiem posługuje się swobodnie i bez zadęcia – raczej jak kumpel znany z daru do opowiadania ciekawych historii niż rasowy literat. Potrafi wciągnąć w opowieść, rzucić soczystą anegdotką, a i trafnych porównań też nie unika. Bardzo przyjemnie się to czyta.

Kilka słów o technikaliach. „Czochrałem antarktycznego słonia” jest „większą” odsłoną serii Eco. I przyznam, że mniejszy format czytało się dużo wygodniej. Książka jest dość gruba, papier dość sztywny, a okładka niestety bardzo miękka jak na okładkę. Co skutkuje uszkodzeniami grzbietu. Nie są to jakieś spektakularne złamania, ale co wrażliwszym estetom będą przeszkadzać. Poza tym mam wrażenie, że korekta pod koniec pracy zaczęła przysypiać – widać tam nieco więcej literówek.

Tak zupełnie obiektywnie książkę Golachowskiego mogę polecić wszystkim miłośnikom książek podróżniczych – zwłaszcza zakochanym w zimnie. Także miłośnikom pochwały piękna i dzikości dziewiczej przyrody. Sama spędziłam przy niej czas bardzo przyjemnie. Ale zawiedzione oczekiwania trochę uwierają.

Tytuł: Czochrałem antarktycznego słonia
Autor: Mikołaj Golachowski

Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2016
Stron: 502
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...