poniedziałek, 13 lutego 2017

"Rozjemca" Brandon Sanderson

Teoretycznie proza Brandona Sandersona zawiera wszystkie te elementy, które powinny sprawić, że się w niej zakocham. Są dobrze zbudowane fantastyczne światy, są interesujący bohaterowie, fabuła też nienajgorsza, językowo daje radę. Tyle teorii, bo w praktyce Sandersona mi się po prostu dobrze czyta. Choć są i momenty, kiedy czyta mi się go gorzej – zwykle przypadają na jego wczesną twórczość. I „Rozjemca” wcale nie jest tu wyjątkiem.

Tekst zawiera drobne spoilery.

Hallandren to wspaniałe państwo kolorów, którego klejnotem jest T’Telir, stołeczne miasto, zamieszkane przez Bogów. Kolory są ważne, bo napędzają tutejszą magię, opartą z jednej strony na barwach, z drugiej na biochromatycznych Oddechach. Każdy człowiek ma jeden Oddech, ale może sobie ich kupić więcej – są bardzo użyteczne. Jednak nie wszędzie pochwala się korzystanie z mocy BioChromy. W królestwie Indris na przykład nie – tam rządzą przytłumione brązy i zasady skromności. Niemniej, pakt wojenny sprzed dwudziestu jeden lat mówi, że księżniczka Idris ma zostać poślubiona Królowi-Bogu Hallandren. Jak przebiegnie zderzenie dwóch tak odmiennych kultur?

Może zacznijmy od tego, co mnie najbardziej w „Rozjemcy” boli – ta książka jest straszliwie przegadana (co potwierdza moją zasadę, że Sanderson im krótszy, tym lepszy). Konkretnie przegadane jest życie wewnętrzne dwójki bohaterów. Ja rozumiem, że autor chciał nakreślić głęboki portret psychologiczny każdej ze swoich postaci, ale tego nie osiąga się międleniem przez dziesiątki stron jednego zagadnienia. I tak mamy Viviennę, która bez przerwy rozmyśla nad własną tożsamością. I o ile jej poczucie tożsamości rzeczywiście ewoluuje, to naprawdę nie trzeba o tym pisać kilkustronicowych wewnętrznych monologów. Mamy też Dar pieśni, pomniejsze bóstwo, które dla odmiany swojej tożsamości i sensu istnienia dopiero szuka. Ten wątek jest jeszcze nudniejszy (choć założenia miał ciekawe, szkoda), bo zasadniczo Dar Pieśni głównie rozmyśla, ale żadnych wniosków nie wyciąga, nie ewoluuje też za bardzo jako bohater. Ale w międzyczasie raczy czytelnika przydługimi wewnętrznymi rozważaniami i niczego zazwyczaj niewnoszącymi dialogami ze swoim głównym kapłanem.

Wróćmy może do kwestii księżniczek. Mamy dwie (właściwie trzy, ale tylko dwie są istotne): Siri i Viviennę. Pierwsza bardzo sobie chwaliła bycie niezauważaną i zmartwiła ją mocno zmiana sytuacji, druga odwrotnie. Pierwsza to w zasadzie taki typowy archetyp pięknej, którą wysyłają do bestii – i żeby za wiele nie zdradzać, powiem tylko, że cała relacja między tą piękną i jej bestią rozwija się w bardzo schematyczny (żeby nie powiedzieć kliszowaty) sposób. Co dla mnie jakąś szczególną wada nie jest, bo mam słabość do tej baśni. Ale nie wszyscy mają. Przy czym Siri jest chyba jedną z lepiej napisanych postaci w powieści – to typowa młoda dziewczyna, która, wrzucona w całkiem obcy sobie świat, dzięki elastyczności i miłemu usposobieniu nienajgorzej sobie radzi. Co prawda pewne sceny sprawiały, że fundowałam sobie soczystego facepalma (serio dziewczyno, wszyscy od dziecka mówili ci, ze dwór Hallandren to siedlisko intryganckich żmij, co to tylko nóż w plecy ciągiem wsadzają, a ty się dziwisz, że ludzie ci nie chcą sekretów i ostrzeżeń wprost przy świadkach przekazywać…), ale ogólnie bohaterkę dało się lubić.

Vivienna to trochę inna para kaloszy – na niej autor odegrał scenariusz pod tytułem „poskromienie złośnicy” (na szczęście złośnicy nie poskramia ukochany, tylko ogólna rzeczywistość). Ogólnie jej przemiana i rys charakterologiczny to bardzo ciekawy pomysł sam w sobie – oto mamy bowiem bohaterkę dumną i wyniosłą, gardzącą odmiennością, a jednocześnie przekonaną, że tak naprawdę jest tolerancyjna i skromna, bo w końcu to jej nakazuje religia, a ona z tych mocno wierzących (jestem sobie w stanie wyobrazić bohaterkę rzucającą tekstem w stylu „Jesteś ostatnią, żałosną szmatą, ale ponieważ tak mi nakazuje religia, to ci wybaczam”, plus pełne pogardy spojrzenie). Z czasem ewoluująca w kierunku zrozumienia własnej hipokryzji i fundamentalnej przemiany nie tylko poglądów, ale i charakteru. Tyle że autor wszystko to strasznie rozwodnił. Vivienna ciągle rozmyśla nad sobą, ciągle konfrontuje swoje poglądy z rzeczywistością i monologuje wewnętrznie. Problem w tym, że czytelnik mógłby się spokojnie bez tego obyć. Autor przede wszystkim powinien pokazywać, nie opowiadać – Sanderson bardzo ładnie tutaj pokazuje. Tylko zupełnie niepotrzebnie później o tym samym opowiada.

(A poza tym mam jeszcze problem z przygotowaniem Vivienny do misji. Bo wiecie, ona była praktycznie od maleńkości przygotowywana do funkcjonowania na dworze Hallandren. I pal sześć, że jej nauczyciele byli kretynami na tyle, żeby sprawić, że znienawidziła miejsce, gdzie miała spędzić większość swojego życia. Ale że nie nauczyli jej podstaw psychologii, manipulacji innymi? Jak miała bez tego intrygować na zepsutym w ich mniemaniu i zdradą stojącym dworze? O jej ojcu też nie najlepiej świadczy fakt, ze najwyraźniej wynajął nauczycieli, którzy nigdy w Hallandren nie byli – dzięki temu księżniczkę przez długie lata karmiono mitami i legendami zamiast rzetelnej wiedzy…)

Z resztą bohaterów jest różnie. Dar Pieśni cierpi na te same niedoskonałości, co Vivienna, Król-Bóg zaś odgrywa swoją schematyczną rolę bestii. Interesująca postacią mógłby być Vasher – mający dobre intencje, ale porywczy gbur. Tyle że autor postanowił go uczynić tajemniczym, w związku z czym nie bardzo wiadomo, co w Vasherze siedzi. Jest też Denth, który niestety został typowym najemnikiem, choć był w nim potencjał na więcej.

„Rozjemca” z pewnością spodoba się fanom Sandersona – dostaną tu wszystko, co najbardziej lubią (acz przyznam szczerze, że pod względem światotwórczym, który najbardziej u autora cienię, powieść zajmuje u mnie ostatnie miejsce). Ja jednak nie czuję się usatysfakcjonowana. CO nie znaczy, że ze znajomości a autorem zrezygnuję.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.
 
Tytuł: Rozjemca
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: Warbreaker
Tłumacz: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 632

wtorek, 7 lutego 2017

Na co poluje Moreni: luty 2017

Jak styczeń w zapowiedzi bogaty nie był, tak luty mnie zaskoczył. Niby taki krótki, ale najwyraźniej wyjątkowo atrakcyjny dla wydawców (a marzec wcale nie zapowiada się gorzej). Nie przedłużajmy więc.:)

Ze spadkowiczów: 10 lutego ma wyjść "Pieśń węży" Marii Dunkiel, pierwotnie zapowiadana na sierpień zeszłego roku.

Chcę mieć

"Historia naturalna smoków" Marie Brennan
27 lutego

To jest mój absolutny must have i najbardziej wyczekiwana premiera tego roku (sorry, panie Wegner. I pani Novik też). W końcu kiedyś umieściłam ten tytuł na własnej liście książek, które chciałabym mieć, ale nikt mi ich nie wyda. Skoro więc znalazła się w zapowiedziach wydawniczych, od razu napaliłam się jak szczerbaty na suchary. Teraz mamy nawet konkretną datę (czas pokarze, na ile wiążącą), więc przebieram nóżkami. Mam tylko nadzieję, że wydawca stanie na wysokości zadania i przekład będzie przynajmniej poprawny, a ilustracje zaczerpnięte z oryginału (choć gdyby dali zarobić jakiemuś dobremu, naszemu twórcy to też bym nie narzekała).

Cały świat, od Scirlandii do najdalszych krańców Erigi, zna lady Izabelę Trent jako najwybitniejszą na świecie specjalistkę od smoków. Ta niezwykła kobieta wyprowadziła naukę o smokach z mglistych cieni mitów i nieporozumień w krąg światła współczesnej nauki. Zanim jednak lady Trent stała się sławną osobą, jaką dziś znamy, była pogrążoną w książkach młodą kobietą, dzięki swemu zamiłowaniu do nauki, historii naturalnej i tak, smoków, czym przeciwstawiła się sztywnym konwencjom swoich czasów.
Oto wreszcie, spisana jej własnymi słowami, prawdziwa historia kobiety o duszy pioniera, która zaryzykowała swoją reputację, życiowe perspektywy i wątłe ciało, aby zaspokoić naukową ciekawość. Jest to opowieść o tym, jak pomimo swych godnych pożałowania dziwactw poszukiwała prawdziwej miłości i szczęścia, oraz o jej ekscytującej wyprawie w niebezpieczne góry Wystrany, gdzie dokonała pierwszego z wielu historycznych odkryć, które mogły zmienić świat na zawsze. 

Chcę przeczytać
"Największa tajemnica życia. Jak rozszyfrowano kod genetyczny" Matthew Cobb
14 lutego 

Lubię sobie czasem poczytać coś popularnonaukowego, a genetyka należy do jednych z moich ulubionych tematów. Dlatego historia odkrycia DNA wydaje mi się być interesująca.

Chociaż może się to nam wydawać zaskakujące, pojęcie kodu przenoszącego informację genetyczną pojawiło się dopiero 1953 r. Wprowadzili je James Watson i Francis Crick, w artykule opublikowanym w czasopiśmie „Nature”. Idea została bez zastrzeżeń zaakceptowana przez świat naukowy, chociaż nikt jeszcze nie wiedział, w jaki sposób może działać ów tajemniczy kod, złożony z cząstek czterech zasad, łączących nici DNA w podwójną helisę.
Książka Matthew Cobba, genetyka i historyka, opowiada o niezwykłych źródłach tych koncepcji, których początki można odnaleźć w matematyce, fizyce, a także badaniach nad systemami łączności. Autor pokazuje, w jaki sposób idee dotyczące informacji przeniknęły do biologii za pośrednictwem cybernetyki, umożliwiając naukowcom zrozumienie istoty kodu genetycznego. „Największa tajemnica życia” to historia idei i eksperymentów, pomysłowości, genialnych przebłysków intuicji i porażek, aż do największych odkryć biologii minionego i obecnego stulecia.
Naukowiec i historyk wykorzystał oba talenty, by stworzyć kapitalną, błyskotliwą książkę dla wszystkich, którzy chcą zrozumieć, jak działają geny.
Brian Cox, autor „Dlaczego E=mc²” i „Kwantowego Wszechświata"

"Był sobie pies" W. Bruce Cameron
15 lutego

Książkę już co prawda od jakiegoś czasu można kupić w empiku, ale oficjalna premiera ma mieć miejsce właśnie piętnastego lutego. Lubię ksiązki o zwierzętach (choć preferuję raczej te oparte na faktach niż czystą fikcję). Przyznam, że książka już do mnie dotarła (i w przyszłym tygodniu planuję coś o niej napisać - mam nadzieję, że plany wypalą zważywszy, że jeszcze jej nie zaczęłam). Mam pewne obawy, czy nie będzie zbyt ckliwa i pełna tanich, emocjonalnych chwytów, ale cóż, kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje.

Bailey to uroczy kundel, który po serii niefortunnych zdarzeń odchodzi z tego świata. Ku swemu zdziwieniu odradza się ponownie jako złotowłosy szczeniaczek i trafia w ręce ośmioletniego Ethana. Wkrótce stają się nierozłącznymi przyjaciółmi a Bailey dożywa szczęśliwej starości u boku chłopca w poczuciu, że spełnił swoje powołanie. Jednak jego misja dopiero się zaczyna…

"Jeźdźcy dinozaurów" Victor Milan
15 lutego

Poprzedni tom to byłaby taka fajna książka, gdyby nie bohaterowie (serio, są takie powieści, gdzie bohaterowie tylko przeszkadzają w ekspozycji świata). Niemniej, chętnie bym tam jeszcze raz zajrzała - przynajmniej dowiedziałabym się, czy pewna samica allozaura w końcu odnajdzie swojego pana.

Raj jest rozległym, różnorodnym, często okrutnym światem. Mieszkają na nim ludzie, lecz dominują dinozaury, dzikie potwory oraz udomowione, wykorzystywane do pracy, a także w walce. Zakuci w zbroje rycerze wyruszają w bój, dosiadając tych stworzeń, by stawić czoło szkolonym do walki triceratopsom, noszącym na grzbietach załogi złożone z nisko urodzonych.
Jednym z takich rycerzy jest Karyl Bogomirsky – wybrany, by poprowadzić do boju tych, którzy szukają ucieczki od ścieżki wojny i szaleństwa. Fakt, że Cesarstwo ogłosiło krucjatę przeciwko ich pokojowo nastawionego krajowi i wyjęło spod prawa tych, którzy pragną życia wolnego od przemocy, nie pomaga mu nawet w najmniejszym stopniu. Sytuacja pogarsza się dodatkowo, gdy legendarne Szare Anioły – starożytna broń bogów, którzy stworzyli Raj – powracają na scenę po stuleciach nieobecności. Wszyscy uważali, że są tylko bajką służącą straszeniu niegrzecznych dzieci, ale okazało się, że istnieją naprawdę.


"Książka. Najpotężniejszy przedmiot naszych czasów zbadany od deski do deski" Keith Houston
27 lutego

No jak mogłaby mnie nie zainteresować książka o książkach? :) Zwłaszcza, że zapewne jeszcze jest ładna.

Czy wynalazek papieru miał jakiś związek z intrygami na chińskim dworze? Dlaczego w dziewiętnastowiecznej Anglii chowanie zmarłych odzianych w lniane szaty uznawano za niepatriotyczne? Jak dotkliwa kara groziła skrybom, którzy nie wywiązywali się ze swych obowiązków? Czy baczne obserwowanie pracy konduktora pociągu mogło mieć jakieś skutki dla rozwoju drukarstwa?
Papier, pismo, druk, ilustracje – za każdym z tych aspektów książki stoją setki lat historii i wiele ludzkich namiętności. Opowiadając o narodzinach i rozwoju „najpotężniejszego przedmiotu naszych czasów”, Keith Houston kreśli dzieje kilku cywilizacji, nie tracąc przy tym z oczu losów poszczególnych osób – odkrywców, wynalazców i wizjonerów, których ciekawość, żarliwość, praca (a niekiedy i występki) zmieniły kształt naszego świata. Fascynująca opowieść – obejmująca pięć tysięcy lat i pięć kontynentów – jest nie tylko znakomicie udokumentowanym źródłem wiedzy o dziejach tzw. przemysłów książki, ale też po prostu zajmującą i zabawną lekturą dla wszystkich, którzy uwielbiają czytać. I oglądać ilustracje!


"Dobro złem czyń" antologia
28 lutego

Jest to zbiór o tyle ciekawy, że stworzony z opowiadań konkursowych. Jak wiadomo takie zbiory bywają dla czytelnika ryzykowne, ale, szczerze mówiąc, byłabym skłonna takie ryzyko ponieść.

Kiedy Geralt z Rivii miał dokonać wyboru pomiędzy jednym ZŁEM a drugim, wolał nie wybierać wcale. Uczestnicy konkursu literackiego „Dobro złem czyń” nie mieli takiej możliwości. Przedstawiamy Wam dziesięć spośród blisko dwustu nadesłanych opowiadań.
Opowiadania te są tak różne, że trudno znaleźć dla nich inny wspólny mianownik poza tym, że są DOBRE.
Czy można osiągnąć dobro, czyniąc zło? Czy cel uświęca środki? Czy dobro i zło to skrajne przeciwieństwa, czy tylko dwie strony tej samej monety? Oto dziesięć odpowiedzi na te pytania!
1. “Algorytm mniejszego zła”, Magdalena Kucenty
2. “Duchy Ziemi Obiecanej”, Dorota Dobrzyńska
3. “Od nagłej i niespodziewanej”, Łukasz Trykowski
4. “Kapelusz, garnitur i płaszcz z gabardyny”, Filip Laskowski
5. “Papierowe dusze”, Magdalena Kucenty
6. “Wkład własny”, Istvan Vizvary
7. “Sklepik z motylami”, Karolina Cisowska
8. “Dobra robota”, Maciej Oleszek
9. “Poławiaczka pięknych grzechów”, Justyna Lech
10. “Serendypia kontra skopolamia”, Sylwia Finklińska


"Zatopić Niezatapialną" Anna Hrycyszyn
28 lutego

Mam nadzieję, ze ta powieść okaże się bezpretensjonalną, solidnie napisaną przygodówką. Brakuje mi takich w polskiej fantastyce.

Jollienesse Rożnowski, zwana przez przyjaciół Nes, dowodzi parowcem „Niezatapialna”. Pani kapitan i jej załoga są legendą w Palude. Córka skazanego opozycjonisty, od lat siejąca postrach w Krainie Tysiąca Jezior i Rzek, podbiła serca prostego ludu.
Władza jednak nie może dłużej tolerować jej istnienia. Świat ulega społeczno-ekonomicznym przemianom, a ambitny minister postanawia przykładnie ukarać buntowników. Nieubłaganie nadciąga koniec ery rzecznego piractwa.
W pogoń za „Niezatapialną” rusza kapitan Feliks Ucelli i dowodzona przez niego elitarna jednostka Straży. Pętla się zaciska, a sytuacja wydaje się bez wyjścia. Ale zatopić „Niezatapialną” nie jest łatwo. A już na pewno nie uda się zatopić jej na wieki.
Przygodowy steampunk w pełnej krasie: parowce, nadchemia, pościgi, strzelaniny i – oczywiście – odrobina romansu. 


"Gdy życie prawie wymarło. Tajemnica największego masowego wymierania w dziejach Ziemi" Michael J. Benton
28 lutego

Masowe wymierania są równie fascynujące jak genetyka. Jeśli nie bardziej.

250 milionów lat temu życie zostało niemal zmiecione z powierzchni naszego globu.  Co spowodowało tę katastrofę?
Masowe wymieranie z końca permu pod względem zasięgu nie miało sobie równych w historii naszej planety. Kataklizm przetrwał zaledwie co dziesiąty żyjący na Ziemi gatunek, podczas gdy – dzięki dinozaurom znacznie bardziej znana – katastrofa kredowa pochłonęła ich „tylko” połowę. To, co zasadniczo różni oba wymierania, to szansa odrodzenia się życia po katastrofie.
Ziemskie życie można porównać do drzewa, które wykiełkowało miliardy lat temu, potem zaczęło rosnąć i wypuszczać gałęzie w miarę pojawiania się nowych gatunków. Podczas masowych wymierań zniszczeniu ulega znaczna część jego korony, jakby rzucił się na nie szaleniec z siekierą. Całe konary i gałęzie zostają brutalnie usunięte. Jednak ocalone partie po pewnym czasie tworzą nową koronę, bujną jak dawniej. U schyłku permu z drzewa ziemskiego życia zostały tylko żałosne resztki, które wcale nie musiały okazać się zdolne do przetrwania.
Co mogło doprowadzić do takich spustoszeń? Jaka globalna katastrofa je wywołała? W książce „Gdy życie prawie wymarło” Michael J. Benton, renomowany brytyjski paleontolog, opowiada o skomplikowanej sekwencji wydarzeń, które 250 milionów lat temu uczyniły z Ziemi niemal martwą planetę.

piątek, 3 lutego 2017

Stosik #88

Stosik w tym miesiącu taki akuratny. Nie za duży, nie za mały. O taki:


Od góry standardowo dwa Pratchetty: druga część "Świata finansjery" oraz "Para w ruch". Żadnego jeszcze nie znam.

Poniżej dwa łupy z promocji w empiku. "Długą utopię" mam już w ebooku, ale ponieważ pozostałe tomy mam w papierze, to i ten wypadałoby. Zwłaszcza, że Luby marudził, bo on .mobi nie czytuje. A na "Bratobójcę" czaiłam się już od dawna, tylko czekałam na jakąś zacną obniżkę. 55% uznałam za wystarczająco zacne.

Dalej mamy moduł recenzencki. Trzy pozycje z Genius Creations są niejakim zaskoczeniem (zgłosiłam się tylko po jedną), ale skoro już są, to pewnie przeczytam. "Betelowa rebelia" skusiła mnie jaszczuroludźmi (to po nią się zgłaszałam). "Pryncypium" wygląda na sympatyczną młodzieżówkę, a po "Złym" sama nie wiem, czego się spodziewać. Niżej mamy dwie pozycje od Maga. Po "Człowieku, który spadł na Ziemię" sporo się spodziewam, choć poprzednia powieść Trevisa mnie rozczarowała. Po "Bezkresie magii" też spodziewam się czegoś dobrego, w myśl zasady, że Sanderson im krócej, tym lepiej. A na koniec "O ziołach i zwierzętach" Kossak od Marginesów. Bo Eco to mimo wszystko fajna seria jest.:)

wtorek, 31 stycznia 2017

"Strażniczka książek" Mechthild Gläser

Lubię książki o książkach. I tu w zasadzie mam dwie możliwości. Mogę wybrać bardziej realistycznie – czyli felietony, eseje, wywiady z autorami. Albo mogę pójść w stronę fantastyki – poszukać autorów, którzy bardzo kreatywnie wykorzystują świat literatury do budowania własnych światów. W tym ostatnim osobliwie przodują Niemcy, zwłaszcza jeśli chodzi o literaturę dziecięca i młodzieżową. „Miasto Śniących Książek” jest niemieckie, „Atramentowe serce” też, wreszcie „Niekończąca się opowieść”. Dlatego nie dziwi mnie, że i kolejna niemiecka autorka sięgnęła po ten motyw. Mechthild Gläser miała teoretycznie całkiem niezły pomysł – chciała wpuścić bohaterów we wszystkie opowieści na raz i pozwolić im ich strzec. A jak wyszło?

W tym miejscu chciałabym ostrzec, że recenzja zawiera śladowe ilości spoilerów.

Ten rok szkolny nie był dobry ani dla Amy, ani dla jej mamy, Alexis. W przypływie frustracji i w myśl hasła „szybko, szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu” postanawiają spędzić wakacje na rodzinnej szkockiej wyspie Stormsday, z której Alexis uciekła, będąc jeszcze w ciąży z siedemnastoletnią obecnie Amy. Nastolatka nie wie, czemu jej matka opuściła dom rodzinny – właściwie zupełnie nie zna swojej rodziny. Nie ma też pojęcia, że wszyscy w jej rodzie dysponują darem: potrafią wnikać do książek. I dlatego podjęli się ochrony ich delikatnego świata.

To jest jedna z tych książek, w których na pierwszy rzut kaprawego oka wszystko gra, ale na kolejny wyłażą problemy. Zresztą, nawet ten pierwszy już niektóre ujawnia, jeśli oko kaprawe nie jest. Większość z nich, mam wrażenie, w prostej linii wynika z tego, że autorka od początku do końca nie za bardzo wiedziała, jaką książkę chce napisać. Na pewno młodzieżową, bo mamy nastoletnią bohaterkę. Mamy też element „magicznej” szkoły, przygotowującej do „magicznych” zawodów. Oczywiście znamy to wszyscy od kiedy wyszła pierwsza powieść Rowling (nie, żeby wcześniej taki motyw się nie pojawiał, ale rozumiecie, wcześniej nie znali go absolutnie wszyscy). Tyle że o ile w Harry Potter czy Percy Jackson ucząc się rzeczywiście poznawali razem z czytelnikiem świat własnej opowieści oraz prawidła nim rządzące, o tyle szkolenie Amy nie daje czytelnikowi nic. O samym zawodzie strażnika książek dowiadujemy się tylko tyle, że pełni się go do 25 roku życia czynnie, potem biernie, bo już do opowieści wnikać nie można (na czym wobec tego polega wtedy zawód strażnika, nie wiadomo). I że trzeba zapobiegać kryzysom. Jakim kryzysom i jak zapobiegać już nikt nie wyjaśnia – nowicjuszka Amy nie dostaje żadnej instrukcji, żadnej listy zakazów i nakazów i żadnych ostrzeżeń (choć wiadomo, że jeśli coś jej się stanie w książce, to stanie się to naprawdę, a nie tylko w opowieści). Czytelnik razem z bohaterka porusza się w świecie, którego zasad nikt mu nie przedstawia. Przez co ten świat zdaje się mieć zasady wymyślane na bieżąco, tak, jak autorkę chwila poniosła.

Pozwólcie, że poznęcam się jeszcze nad szumnie zwaną szkołą strażników i zawodem samym w sobie, bo to jest ten element opowieści, który sprawia, że mi kołek od zawieszania niewiary niebezpiecznie trzeszczy. Bo widzicie – w takiej formie, w jakiej przedstawiła je autorka, to szkolenie i całe stróżowanie nie ma sensu. Nowicjuszce nie wyjaśnia się ograniczeń i możliwości, to raz. Pal sześć, że przez to czytelnik ich nie zna, ale bez tego nie da się wydajnie (i z zachowaniem zasad BHP) wykonywać swoich zadań. Właściwie wygląda na to, że cały motyw szkoły został dodany tylko po to, żeby przedstawić jedno, (kluczowe co prawda dla fabuły, ale możliwe do przedstawienia i bez wątku ciągnącego się przez całą książkę jak smród za pospolitym ruszeniem) wydarzenie z przeszłości, a autorka nie wzięła pod uwagę, że w międzyczasie też dobrze byłoby go wypełnić jakąś treścią. Strażniczenie w książkach też wygląda na mocno nieprzemyślane. Niby ma polegać na zapobieganiu kryzysom, ale okazuje się od razu, że każdy strażnik piastuje tylko jedną opowieść. Zważywszy, że jest ich całych trzech, średnio to wydajne. Zwłaszcza, że w zasadzie jedyną bronią strażnika w walce z kryzysem są… negocjacje. Co może i przydaje się, kiedy trzeba przekonać obrażoną księżniczkę, żeby się jednak przespała na ziarnku grochu, ale w obliczu bardziej krwawego zagrożenia już nie za bardzo.

Wewnętrzny świat literatury też szczególnie spójny nie jest – brak mu zasad łączących go w logiczną całość. Z jednej strony widzimy, że postacie w fabułach swoich opowieści występują jak aktorzy na scenie – najważniejsze to żeby się nie spóźnić i bezbłędnie wypowiedzieć swoją kwestię. Między wystąpieniami można wpaść do miasteczka na ziemi niczyjej na zakupy i drinka, a Amy włóczy się w towarzystwie Wertera i Sheer Khana – bohaterów, którzy nie dożywają końca swoich historii – i jakoś nikt się szczególnie ich losem nie przejmuje. Z drugiej autorka wychodzi ze skóry, żebyśmy strasznie się przejęli faktem, że bohater innej opowieści na jaj końcu ginie. Z jednej strony za żadne skarby nie można zmieniać opowieści, z drugiej chyba nikt tych zmian nie pilnuje, bo liczne spowodowane przez Amy przechodzą bez echa… I tak dalej. Przy czym trochę mnie uwiera też to, że Amy porusza się i fascynuje wyłącznie światami z klasycznej literatury. Rozumiem, że to wszystko przez prawa autorskie do nowszych i popularniejszych światów, ale szczerze mówiąc, będąc współczesną nastolatką ze zdolnością do wnikania w książki pobiegłabym raczej szukać Hogwartu albo Katniss Everdeen niż eksplorować prozę Dickensa. Czyli: rozumiem, ale uwiera.

Przejdźmy może do relacji między bohaterami. I tu też wtopa, bo jedna w pełni zarysowana i ciekawa jest ta pomiędzy Amy a Willem, innym młodym strażnikiem. Wszystko to urocze i interesujące, ale tak bardzo pasuje do kliszy nastoletniej pierwszej miłości, że nie zaskakuje niczym. Aby dodać nieco charakteru Willowi, autorka kreuje go na niezrozumianego wrażliwca o buntowniczych zapędach, ale to też wypada bardzo sztampowo. Druga jest pomiędzy Amy a jej matką i przyznam, że jest to ciepła, zdrowa i podnosząca na duchu relacja matki z córką, całkiem dobrze opisana. Poza tym mamy jeszcze relację Alexis z jej matką a babką Amy – która jest konfliktowa (nastoletnie matki nie uciekają z domu na końcu świata dla kaprysu) i miałaby ciekawy potencjał, ale autorka postanowiła poprzestać na kilku nierozwiązujących niczego pyskówkach i porzuciła temat. W ogóle niewnoszące niczego pyskówki zdają się być główną formą komunikacji dorosłych na Stormsday. No i jest jeszcze Betty. Z którą ma problem najbardziej.

Betty bowiem jest uosobieniem kliszy pustej, zarozumiałej blondi, zainteresowanej przede wszystkim ciuchami i kosmetykami (a chłopakami nie chyba tylko dlatego, że jedyny dostępny na Stormsday jest jej bliskim kuzynem). Mało co mnie tak irytuje, jak wykorzystanie tej kliszy. Autorka co prawda starała się dodać Betty nieco głębi – dziewczyna naprawdę sumiennie wykonuje obowiązki strażniczki i przejmuje się rzeczami, które Amy nawet nie przyszłyby do głowy, ale cóż, widać jak na dłoni, że służy tylko zbudowaniu opozycji między „jedyną taką” Amy, która nie lubi kosmetyków a kiecki nosi wyłącznie, kiedy musi i podobną do tych niewdzięcznych szkolnych koleżaneczek Betty, co to jej głównie własny wygląd w głowie. A była scena, która mogłaby to naprawić, która mogłaby pokazać, że nie szata zdobi człowieka a inni miewają motywacje równie ważne, jak nasze, tylko inaczej je realizują… Kiedy można było pokazać, że subiektywne spojrzenie Amy (bo narratorką jest właśnie ona, przez większość czasu) nie jest jedynie słusznym i że człowiek czasem pewnych rzeczy nie dostrzega… Jednak autorka temat zbyła i zostaliśmy z uroczą kujonką i pustą blondi.

„Strażniczka książek” miała potencjał – ten pomysł mógł wyewoluować w coś interesującego. Jednak autorka nie potrafiła go wykorzystać. Właściwie jedyna interesującą rzeczą w powieści jest zakończenie, w którym wyjątkowo pani Gläsernie poszła po linii najmniejszego oporu. Ale nie wiem, czy warto się dla niego przebijać przez całą powieść.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i s-ka

Tytuł: Strażniczka książek
Autor: Mechthild Gläser
Tytuł oryginalny: Die Buchspringer
Tłumacz: Mirosława Sobolewska
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok: 2016
Stron: 392

środa, 25 stycznia 2017

Zmyślenia #35: Ksiązki, na które czekam w 2017 roku

Właściwie miałam tej notki nie pisać, z powodów bliżej nieokreślonych (a właściwie określonych mianem "chyba mi się znudziło"), ale jakoś tak wyszło, że niepisanie nie wyszło, więc jest. Tymczasem przejdźmy może do rzeczy, czyli na początek weryfikacji.

Weryfikacja

Cofnę się w tej weryfikacji aż do 2015 roku, albowiem wstępnie to wtedy miały wyjść "Szepty pod ziemią" Aaronovitcha, trzeci tom cyklu zainaugurowanego przez "Rzeki Londynu". Ostatecznie mają wyjść w tym roku (choć wiadomo, że w tak odległych planach wszelka ostateczność jest względna), razem ze wznowieniem dwóch poprzednich w nowej szacie graficznej. Tak tu tylko położę ten fakt, żeby wszyscy chętni mogli się ucieszyć lub zagotować, wedle preferencji.

"The Thorn of Emberlain" Scotta Lyncha ciągle ani widu, ani słychu, ale wszyscy mają nadzieję.

Dresdena za to wydają regularnie.

A teraz przejdźmy do weryfikacji pozycji z 2016 roku:
  1. "Wiatrogon aeronauty" Butchera mam, przeczytałam i zrecenzowałam. Czekam na jeszcze.
  2. "Dwanaście srok za ogon" Łubieńskiego też mam, przeczytałam i zrecenzowałam. Bardzo dobra rzecz, autor mógłby coś jeszcze napisać.
  3. "Zagubieni książęta" Nixa toż samo - przeczytałam i miło wspominam. Acz jakichś szczególnie mocnych uczuć nie wzbudziło.
  4. "Bratobójca" Jay Kristoff - zanabyłam niedawno, ale jeszcze nie przeczytałam. Czeka na swoją kolej i mam nadzieję, że autor mnie nie zawiedzie.
  5. "Bezsennych" Jamiołkowskiego też mam i zrecenzowałam. Chętnie przeczytałabym kolejny tom, ale w zapowiedziach wydawniczych na razie cicho na temat.
  6. "League of Dragons" Novik jak dotąd po polsku nie wyszło. Ale ciągle jest nadzieja, że w tym roku się uda.
  7. "Olga i osty" Agnieszki Hałas oczywiście wyszło o czasie, ale jeszcze się nie zaopatrzyłam. Ale nic straconego przecież.
  8. "Królowie Dary" Liu też wyszli, też mam i też zrecenzowałam. W tym roku ma wyjść kolejna część i jakkolwiek z zainteresowaniem przeczytam, to nie czekam jakoś szczególnie na nią nie czekam.
  9. Podobnie z "Władcami dinozaurów" Milana - też zrecenzowałam i jakkolwiek lekko mnie rozczarowali, to przy najbliższej okazji chętnie przyjrzę się kontynuacji, która ma wyjść w lutym. Ale nie czekam z niecierpliwością.
Wyczekiwane w 2017

A oto lista co bardziej wyczekiwanych premier na ten rok. (Oczywiście niekompletna, bo o tak wczesnej porze wydawcy nie wyciągają jeszcze wszystkich asów z rękawa). Oczywiście kolejność nie ma związku z przewidywaną datą wydania.

1. "Historia naturalna smoków" Marie Brennan
Pamiętacie, jak kiedyś pisałam notkę o książkach, które chciałabym mieć, ale nikt mi ich nie chce wydać? To jest właśnie jedna z książek z tej notki. Toteż napaliłam się na nią jak szczerbaty na suchary i już przebieram nóżkami. W związku z powyższym jest to najbardziej wyczekiwana premiera tego roku, przynajmniej dla mojej skromnej osoby.  Książka ma się ukazać już w lutym, jeszcze dokładnie nie wiadomo którego - dlatego do daty podchodzę sceptycznie, ale nie przeszkadza mi to cieszyć się na zaś. Mam tylko nadzieję, że tłumacz podoła i że będą ilustracje z oryginalnego wydania.

2. "Cień Gildii" Aleksandra Janusz
Co prawda ciągle jeszcze nie przeczytałam drugiej części tej trylogii w czterech tomach (za to przeczytałam pierwszą i bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, polecam), ale już z niecierpliwością czekam na czwartą, która ma się ukazać w drugim kwartale bieżącego roku. Wstępna wersja tekstu już jest, jeszcze tylko redakcja, korekta, skład, łamanie, druk i będzie można czytać.;)

3. "Endsinger" Jay Kristoff
Jest to trzecia i ostatnia część "Wojny Lotosowej" - jednego z moich ulubionych cykli YA. Jak dotąd czytałam tylko część pierwszą, czyli "Tancerzy burzy", ale niedawno zaopatrzyłam się też w drugą. Uroboros zapowiada ostatnią na ten rok, więc pewnie też się zaopatrzę (acz poczekam na jakąś atrakcyjną przecenę w sempiku, a co). Dodatkowo Mag interesuje się też kolejnym cyklem autora, ale co do wydania "Nevernight" w Polsce plany są na razie tak mgliste, że równie dobrze może wyjść w tym roku, jak i za pięć lat.

4. Cykl "Teatr węży" Agnieszki Hałas
Szczerze mówiąc to jest cykl, który od dawna chciałam przeczytać, ale odstraszała mnie ograniczona dostępność i, oględnie mówiąc, wydania wątpliwej urody. No autorka nie miała szczęścia, ciągle trafiała do niszowych wydawnictw i dystrybucja jej książek odbywała się raczej na zasadzie "kto ma wiedzieć, ten wie". Ale w tym roku najwyraźniej jej się poszczęściło i serią zainteresował się Rebis. Miejmy nadzieję, że skończy się przyzwoitym wydaniem.:)

5. "Zima" Michał Ochnik
Bo zawsze bardzo ciekawi mnie książka, której autorem jest kolega bloger.;) "Zima" cosik nie miała szczęścia, premierę przekładano już wiele razy. Mam nadzieję, że teraz wreszcie wyjdzie.

I to chyba w sumie byłoby na tyle. Oczywiście liczę również na kontynuację serii Menażeria i Eco, jest też parę tytułów, które zapowiadają się interesująco, ale jeszcze za mało o nich wiadomo. A na co Wy czekacie?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...