wtorek, 23 sierpnia 2016

Nieregularny Karnawał Blogowy #14

Dawno nie było tu żadnego karnawału blogowego. , a troszkę linków mi się nazbierało (no i kilka zgubiłam niestety...). Nie przedłużam więc, czytajcie.:)


Nie z bloga, ale bardzo fajny wywiad z tłumaczem, Marcinem Wróblem.

Szczegółowy wpis o tym, dlaczego polski przekład "Marsjanina" Andy'ego Weira jest totalną kichą.

Przecudnej urody notka o Wonder Women:)

A tutaj wpis Pyzy o tłumaczeniach "Wolnych Ciutludzi" i drugi, o tłumaczeniu "Wiedźmina" na czeski.

Cudowny wpis Gryzipióra o trudnej miłości do Tolkiena.

Jeszcze trochę o cudownie bzdurnej teorii Lechitów w dwóch częściach: raz i dwa. (Osobiście ją uwielbiam. Serio, niech mi ktoś napisze takie fantasy).

A ostatnio wybuchła awantura o recenzowaniu Lema przez pryzmat obecności Lub jej braku) kobiet w jego twórczości. I mam tu trzy spojrzenia na kwestię: Silaqui, Misiaela i Qubusia.

Serenity trochę o tym, dlaczego nie należy zbyt dosłownie odczytywać "Władcy pierścieni".

piątek, 19 sierpnia 2016

"Podróż różowych delfinów" Sy Montgomery

Serią ECO zainteresowałam się, od kiedy właściwie o niej usłyszałam, czyli od trzeciego tomu (co ogólnie jest do mnie niepodobne, bo tego typu serie „ozwierzęce” uwielbiam i zwykle śledzę je od pierwszych zapowiedzi). Trzecim tomem była właśnie „Podróż różowych delfinów”. Przyznam, że od razu wpadła mi w oko, bo w tej kategorii już sam fakt napisania książki o zwierzętach innych niż domowe jest wyróżnikiem. A żeby ktoś pisał o słodkowodnych delfinach, to jeszcze nie słyszałam.

„Podróż różowych delfinów” to opis wyprawy do Amazonii, jaką autorka odbyła w celu zgłębienia tajemnicy inii – tytułowych słodkowodnych delfinów, zamieszkujących Amazonkę. Mamy więc odwiedziny w ośrodku zajmującym się propagowaniem ochrony tego gatunku, rozmowy z naukowcami, zajmującymi się badaniem tych delfinów i tak dalej. Ale najciekawszym aspektem książki są rozmowy z tubylcami – ponieważ różowe ssaki zajmują wiele miejsca w tamtejszym folklorze.

To jest, paradoksalnie, bardziej książka podróżnicza niż przyrodnicza. Autorka skupia się na opisywaniu piękna i historii Amazonii (zresztą, już w przedmowie pisze wprost, że to wszystko jest wyrazem jej uczucia do miejsca, mniej do gatunku, który pojechała oglądać), na poznawaniu życia codziennego jej mieszkańców (którego nieodzowną częścią, a jakże, są niestworzone opowieści o delfinach. Taki ichni folklor, przy czym obserwowanie za pośrednictwem pani Montgomery stosunku tubylców do dzikiej przyrody jest zaiste ciekawe. Oraz potwierdza tezę, że bez woli lokalnych społeczności żadna ochrona przyrody nie może na dłuższą metę się udać) i własnych wędrówek oraz przygód. Czyli oferuje nam wszystko to, co zwykle podróżnicy określający się mianem pisarzy umieszczają w swoich książkach (a nawet więcej). Niemniej widać dokładnie, że ta podróż jest celowa, nie służy li tylko zwiedzaniu. Ale autorka najwyraźniej słusznie uznała, że skoro otacza ją tyle cudowności, marnotrawstwem byłoby pisanie o samych delfinach.

I wiecie co? To idealnie pasowało. Nawet mimo tego, że oczekiwałam więcej zwierząt w tej opowieści, koncepcja podróżnicza zdawała się znacznie bardziej do niej pasować. Przy tym opowieści Sy są napisane bardzo ładnym językiem (autorkę na okładce wydawca nazywa poetką i te skłonności do poetyzowania często widać w tekście. Niestety, czasem efekt jest odwrotny do zamierzonego. Na szczęście rzadko). Widzicie, w pisaniu o zwierzętach i podróżach charakterystyczne jest to, że często autor ma nam tyle ciekawych rzeczy do opowiedzenia, że sposób, w jaki to robi schodzi na dalszy plan i nawet jeśli trochę kuleje, czytelnicy wybaczają. „Podróż różowych delfinów” natomiast ma pewne pretensje do literackości. Może nie jest to poziom Woolfson z „Corvusa”, ale zdecydowanie powyżej przeciętnej.

Na koniec może jeszcze kilka słów o technikaliach wydania. Obecnie seria ECO ma dwa formaty: większy, w którym wyszły dwie najnowsze pozycje i mniejszy, w którym wyszły trzy pierwsze. „Podróż…” ma mniejszy format i jest on bardzo poręczny. Okładka jest bardzo miękka, ale dzięki temu, że strony są dość sztywne (osobiście takich nie lubię, ale doceniam walor praktyczny), grzbiet się nie łamie. A w środku mamy bardzo przyjazną czcionkę i mnóstwo ilustracji (jestem bardzo ciekawa, czy wszystkie pochodzą z oryginalnego wydania, czy też polski wydawca dodał coś od siebie). Żeby nie było tak słodko dodam, że tłumacz albo redakcja w pewnym momencie przysnęli i pomylili miliardy z bilionami. Ale tylko w jednym miejscu.

„Podróż różowych delfinów” jest z pewnością książką, którą mogę polecić zarówno miłośnikom literatury podróżniczej, jak i „ekologicznej”. Ani jedni, ani drudzy nie powinni czuć się zawiedzeni. Ja w każdym razie się nie zawiodłam i przeczytam z pewnością inne książki autorki.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Marginesy.


Tytuł: Podróż różowych delfinów. Wyprawa do Amazonii
Autor: Sy Montgomery
Tytuł oryginalny: Jurnay of the Pink Dolphins
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2016
Stron: 378

wtorek, 16 sierpnia 2016

Film ostatnio widziałam #12 - Monster musume (anime)

Myślałam, że jak odpowiednio długo posiedzę i poczekam, aż mi przejdzie, to rzeczywiście mi przejdzie i nie będę musiała pisać tej notki. Jednak niektóre rzeczy zostawiają ślad i trzeba podjąć konkretne działania, aby tego śladu się pozbyć. Więc w tym przypadku takim działaniem będzie napisanie notki. I ja wiem, że sama to sobie zrobiłam (dwanaście razy pod rząd, bo tyle było odcinków), nikt mnie nie zmuszał (no dobra, może nie do końca nikt, ale zawsze przecież mogłam wyjść z domu, nie?) i mogłam przerwać w każdej chwili, ale sami wiecie jak to jest. Czasami ogląda się coś tak złego, że człowiek nie wierzy, że tak można. Więc ogląda dalej. I dalej jest tak źle, albo i gorzej, ale człowiek ciągle nie wierzy więc ogląda do końca. I nawet po zakończeniu nie dalej wierzy. Albo po prostu jestem niekompatybilna z wytworami japońskiej popkultury.

W tym miejscu chciałabym napisać, że mimo iż nie jestem jakimś tam znawcą mangi&anime, to jednak podstawowe pojęcia znam i zdarzało mi się oglądać różne rzeczy w temacie, choć jakimś weteranem nie jestem. I to nie jest tak, że uważam wszystkie „chińskie bajki” za infantylne, dziwne czy jakieś nie teges. Wiem, że są wśród nich serie wybitne, artystyczne nawet, całkiem sporo to po prostu ciekawe seriale, profilowane pod różne grupy odbiorców (nie tylko do dzieci). Ale czasem człowiek trafia na coś, czego nie ogarnia. 

Nie, żeby mnie ktoś zmuszał, prawdaż...
Monster Mutsume według wiki jest katalogowane jako tak zwana haremówka*. Dla nieobeznanych wyjaśniam w skrócie, że jest to cały gatunek anime (i mangi, ale umówmy się, że tutaj piszę o anime i tylko do tego będę się odnosić), w którym fabuła skupia się na relacjach jedynego bohatera płci męskiej z licznymi, najczęściej mieszkającymi razem z nim, bohaterkami płci żeńskiej, z którymi, żeby było zabawniej (bo haremówki mają najczęściej zabarwienie komediowe), zwykle nie łączą go żadne relacje intymne. Akurat w tym przypadku mamy do czynienia ze światem, który właśnie otworzył się na nieludzkie (lub półludzkie, chyba bardziej trafnie) formy życia, takie jak centaury, lamie, syreny itp. Aby zaaklimatyzować je w naszej rzeczywistości, specjalnie powołana agencja rządowa przydziela im opiekunów. Główny bohater, Kimihito Kurusu, jest takim właśnie opiekunem. A cała fabuła pierwszego (i jedynego jak dotąd) sezonu opiera się na stopniowym zwiększaniu zagęszczenia dziewczyn-potworów na jego kwadracie.

I wiecie, to jest nawet fajny pomysł. I nawet nie wymagałam od twórców jakichś głębokich analiz społecznych, bo to nie ten gatunek (choć trzeba im przyznać, że tematykę społeczna w pewnym sensie podjęli. Poniekąd). Ale na przykład wymagałam odcinków ze scenariuszami czy jakoś tam zarysowanych charakterystyk bohaterek, bo oglądane dotąd nieliczne haremówki do tego mnie przyzwyczaiły, plus jakiegoś tam może nie inteligentnego, ale przynajmniej zabawnego żartu. O ja naiwna.

Monster Mutsume przez bitych dwanaście odcinków składa się głównie z fanserwisu i to takiego w bardzo japońskim stylu. Czyli błyskania majtami i cyckami bohaterek oraz kiepsko ukrytymi seksualnymi aluzjami. I ja wiem, że to jest w sumie charakterystyczne dla wszystkich ichnich produkcji (jak ktoś będzie mi w stanie wskazać animca wyprodukowanego po 2000 roku, w którym nie ma charakterystycznej sceny z majtkami, biustem lub jedzeniem cieknącego przysmaku na patyku, to ja bardzo chętnie taki tytuł obejrzę), ale znajmy umiar… Mnie naprawdę nie przeszkadza, że od czasu do czasu kamera jakąś bohaterkę sfilmuje spod spódniczki. Ale jeśli mamy już odcinki ze scenariuszami (ha ha, scenariuszami, dobry żart) pisanymi z misją li tylko wciśnięcia jak największej liczby ujęć tyłków i biustów jako jedynym elementem fabuły, to coś jest głęboko nie tak. A w Monster Mutsume jest więcej niż jeden taki odcinek (oraz, niech sam za siebie mówi fakt, że najciekawszym i najbardziej fabularnie trzymającym się kupy był odcinek o tym, jak cała ekipa próbowała zrobić oszczędnościowe zakupy, bo im się budżet nie spinał). 

Mnie tam boli, jak na to patrzę.
Same bohaterki (o bohaterze wspominać nie będę, bo to typowy everyman, skrojony tak, aby jak największa liczba męskich widzów mogła się bezboleśnie w niego wcielić. Co też jest w sumie charakterystyczne dla gatunku) charakteryzują trzy cechy. Pierwszą jest cecha charakterystyczna: syrena lubi dramaty, centaur jest bardzo honorowa, lamia marzy o romantycznej miłości i tak dalej w tym guście. Druga cecha to wspólna dla wszystkich chęć romantycznego i/lub erotycznego wykorzystania głównego bohatera, do czego dojść nie może, bo za takie rzeczy z nieludźmi czekają srogie kary (ale dziewczyny próbują, co jest, ha ha, bardzo zabawne. Tyle, że nie). Trzecią jest, mam wrażenie, fetysz, który ma dana dziewczyna uosabiać. Mamy więc Miię, która jest lamią, ale poza tym uosabia statystyczną, średiobiustową nastolatkę z anime. Mamy też centaurzycę Centroreę o rozmiarze biustu takim, że mnie boli, kiedy patrzę na jej galop bez stanika (a że bez stanika, to wiemy, albowiem był to temat wielokrotnie poruszany w ścieżce dialogowej). Ona uosabia fantazję o monstrualych biustach a także służy jako niezbędny rekwizyt do żartów z mimowolnego miętoszenia tychże. Mamy też harpię Papi, o wyglądzie dwunastolatki i umysłowości czterolatki. Ona z kolei jest przykładem trendu lolicon, w tej najbardziej znienawidzonej przeze mnie formie. Bo widzicie, Papi jest dorosłą, zdolną już do rozrodu przedstawicielką swojego gatunku. I o ile takie wizualne odmładzanie dorosłych bohaterek jakoś mnie nie rusza, to w momencie, kiedy fabuła skupia się na tworzeniu z nich obiektu erotycznego fanserwisu, sprawa śmierdzi pedofilią (zwłaszcza, że Papi w anime jest niedojrzała też umysłowo). 

Ale, jak twierdzą fani konwencji, lolicon nigdy nie ma nic wspólnego z pedofilią, prawdaż...
Przy tym reszta to już lajcik. Syrenka teoretycznie jest niby gothic lolitką, ale szczerze mówiąc, cały jej strój bardziej się kojarzy raczej z fantazjami o skąpo ubranych pokojówkach. Suu jest zmiennokształtnym glutem, który w zależności od sytuacji można podczepić albo do fantazji o wielkim biuście albo pod lolicon (tutaj tyle dobrego, że akurat Suu jest rzeczywiście traktowana i przez bohatera, i przez scenarzystów jak czyjakolwiek młodsza siostra. Przynajmniej, dopóki wygląda na dwanaście lat). Na tym tle Rachnera, należąca do gatunku arachne i będąca półpająkiem się wyróżnia, bo reprezentuje fantazje sadomasochistyczne. Ale i tak akurat ją najbardziej lubię, bo ze wszystkich bohaterek najwyraźniej tylko ona posiada mózg. I czasem nawet go używa.

(Jako smaczek dodam fakt, że chociaż dziewczyny mają zwierzęce dolne połowy ciała, to zawsze jednak akurat w ten sposób, żeby pośladki zostały ludzkie. Co w przypadku pajęczycy wywołuje niewygodne zapytania o sposób, jak ona właściwie wydala. I bardzo zabawną odpowiedź twórców mangi, że wydala jak pająk, a ludzkie pośladki ma li tylko dla wrażeń estetycznych). 

A to akurat fragment autentycznie zabawnego wątku, żeby nie było, że tylko marudzę. Ale jednego z nielicznych.
To właściwie nie jest całość obsady. Z głównego haremu pominęłam na przykład Lalę, która pojawia się w ostatnich odcinkach serii i niewiele o niej wiadomo. Pominęłam też jednostkę specjalną (oczywiście żeńską) do spraw rozwiązywania potwornych problemów, a składającą się z ogrzycy, zombie, dżina i cyklopa, bo ekipa pełni istotną rolę w jakichś dwóch odcinkach i w sumie niewiele o nich da się powiedzieć. Jest za to agentka Smith, będąca zwierzchniczką Kimihito w kwestii opieki nad nieludźmi i zdająca się czerpać sadystyczną przyjemność z dręczenia chłopaka. Co ma być bardzo zabawne, ale dla europejskiego odbiorcy w miażdżącej większości przypadków nie jest.

Ja nie wiem, może po prostu jestem zbyt mało otwarta na inne kultury, albo po prostu niekompatybilna z tą japońską, ale tan zalew półdupków i biustów trochę mnie przerósł. Niemniej, wrażenie wygładzania się fałdów na mózgu bywa odświeżające. A ponieważ ciągle nie jestem w stanie uwierzyć, że jakakolwiek produkcja może być aż tak zła/dziwaczna/porypana (niepotrzebne skreślić), pewnie i drugi sezon obejrzę. A może po prostu jestem masochistką…

*dla ścisłości trzeba przyznać, że portale branżowe klasyfikują to anime też jako ecchi, czyli kastrowane porno. Co sporo wyjaśnia, ale niczego nie usprawiedliwia, bo nawet ecchi widywałam z lepszymi scenariuszami.

Rok: 2015
Studio: Lerche
Odcinków: 12

piątek, 12 sierpnia 2016

"Wiatrogon aeronauty" Jim Butcher

Jim Butcher jest u nas znany głównie (a właściwie wyłącznie, bo jak dotąd nikt nie chciał wydać „Kodeksu Alera”, nad czym nieustannie ubolewam) z cyklu „Akta Dresdena”. Niemniej, ostatnio postanowił na chwilę porzucić chicagowskiego maga (ku ogromnemu oburzeniu zamorskich fanów serii, którzy już dość długo czekają na kolejny tom) i spróbować z czymś zupełnie nowym. Tym czymś jest cykl fantasy „Podniebne kasztele”, którego tom pierwszy – „Wiatrogon aeronauty” niedawno się ukazał również na polskim rynku.

Kasztele to monumentalne, wysokie na wiele mil budowle, które oddzielają mieszkających w nich ludzi od toksycznych mgieł i zabójczej fauny zamieszkującej powierzchnię planety. Każdy z nich jest osobnym państwem i ostatnio narastają między nimi niepokoje. I tak oto między kasztelami Albion i Aurora wojna co prawda jeszcze nie wybuchła, ale potyczki między statkami flot już się zdarzały. Kapitanowi Grimmowi, dowódcy „Drapieżcy”, zdarzają się dość często nawet. Ot, uroki bycia licencjonowanym korsarzem. Niestety, w ostatniej potyczce zabrakło mu szczęścia i jego statek właściwie ledwie zdołał wrócić do portu, a koszta naprawy znacznie przewyższają możliwości finansowe kapitana. I właśnie w takim momencie Grimm otrzymuje propozycję współpracy od samego kasztelana. Niby nic, wystarczy tylko dostarczyć kilku ludzi w wyznaczone miejsce, a potem odstawić ich spowrotem. Czytelnicy, nauczeni znajomością wielu podobnych historii wiedzą, że takie zadanie po prostu misi się skomplikować po drodze.

Porównywanie „Podniebnych kaszteli” do „Akt Dresdena” właściwie nie ma sensu, bo za mało mają punktów stycznych. Autor porzucił konwencję kryminału na rzecz przygodowego fantasy (acz jest to fantasy estetyką bliższa steampunkowi niż czemukolwiek innemu), metodę światotwórczą zmienił z dobudowywania do naszej rzeczywistości magicznej otoczki na tworzenie neverlandu od podstaw a koncepcję perspektywy jednego bohatera, z której poznajemy wydarzenia zastąpił klasyczną narracją z różnych punktów widzenia. Nawet narracja jest teraz trzecioosobowa, a nie pierwszoosobowa. Pozostał chyba tylko butcherowski styl.

Wygląda jednak na to, że taka drastyczna zmiana dekoracji wyszła autorowi na dobre. Widać w sposobie narracji więcej wigoru i takiego pisarskiego entuzjazmu, jakie daje tylko budowanie rzeczy nowych. Daje się to odczuć w płynności tekstu. W ostatnio wydanych u nas tomach „Akt Dresdena” (będących przecież daleko w tyle za wydaniami oryginalnymi) widać już pewne zmęczenie materiału, czytelnik nieco się z tekstem siłuje – wcześniej tego nie było. W „Wiatrogonie aeronauty” natomiast jest pod tym względem lepiej, niż w „Aktach Dresdena” było kiedykolwiek (choć należałoby uczciwie nadmienić, że może to być kwestia przekładu). Najwyraźniej autor kipi wręcz entuzjazmem, aby oprowadzić czytelników po swoim nowym dziele. I oprowadza wielce ochoczo, a czytelnik podążą za nim chętnie.

Ale co właściwie Butcher tym razem nam oferuje? No świat, całkiem niezależny i budowany od podstaw. Świat nieprzyjazny ludziom do tego stopnia, że nie mogą żyć na jego powierzchni (choć od lokalnego i bardzo jadowitego życia powierzchnia się roi) i muszą się chronić w tytułowych kasztelach. Kto i jak zbudował kasztele? Nie wiadomo. Boduwniczowie to w zasadzie mitologiczne postacie, bliższe bogom niż fizycznym bytom, a sama technologia produkcji kasztelowego kamienia (specjalny materiał do budowy kaszteli) została już dawno stracona. Niemniej, nie znaczy to, że mieszkańcy kaszteli nie znają technologii. Mają na przykład statki, które za pomocą przeróżnych magicznych (choć oni nazywają to technologią, mają nawet od tego inżynierów) kryształów poruszają się w powietrzu. Mają kadzie, w których hodują mięso, mają technologie bojowe. No i mają koty, a koty mają swoją kulturę. Dość izolacjonistyczną co prawda, ale jednak.

Butcher oferuje też nam ciekawych bohaterów w całkiem sporej liczbie. Mamy więc Gwen, córkę bardzo znamienitego rodu, która postanawia rozpocząć karierę w Gwardii Kasztelu. Gwen to dobra dziewczyna, ale zapalczywa i często nieumiejąca spojrzeć na pewne rzeczy z szerszej perspektywy. Dużo ciekawsza jest moim zdaniem Bridget, też szlachcianka, choć uboga. Bridget ma co prawda znamienite nazwisko, ale z majątku poza tym nazwiskiem niewiele jej rodzinie zostało – jedynie kadziownia, czyli zakład produkujący w tym wypadku akurat mięso. Bridget lubi pracę fizyczną i ma do niej warunku, więc posturę ma raczej radzieckiej sportsmenki niż seksownej bohaterki fantasy. Ale co najciekawsze – Bridget ma charakter flegmatyczny. Przy tym jest bardzo inteligentna, więc każdą sytuację potrafi przemyśleć z każdej perspektywy i zawsze to robi, zanim zacznie działać. Dzięki temu jest też bardzo empatyczna i potrafi nawiązać kontakt z osobami, dla których innym brakuje cierpliwości i zrozumienia. Zdecydowanie moja ulubiona bohaterka. No i jest z nią kot, niebylejaki zresztą.

Z męskiej obsady główne role grają oczywiście sam kapitan Grimm oraz pewien młody wojownik gwardii, kuzyn Gwen. Jakkolwiek obaj są bardzo sympatyczni i bez problemu ich polubiłam, tak żaden nie wychodzi poza wyznaczone dla swojej postaci ramy. Grimm jest po prostu takim typowym „chaotycznym dobrym” bohaterem – oddanym sprawie, z mrocznym sekretem w przeszłości, nie bojącym się ubrudzić rąk, ale za to utalentowanym i dbającym o najbliższych. Młody gwardzista zaś… cóż, przyznam szczerze, że pełni rolę fanserwisu (choć nienahalnego, trzeba uczciwie przyznać), przynajmniej poza byciem wsparciem bojowym i dialogowym dla dwóch wyżej wymienionych dziewczyn. I jak za samym fanserwisem nie przepadam, tak Benedicta jako postać lubię, choć niczym się nie wyróżnia. No i ciekawym doświadczeniem był fanserwis skierowany do czytelniczek. Rzecz w polskiej fantastyce nie do pomyślenia.

„Wiatrogon aeronauty” to nie jest wybitna literatura problemowa. To po prostu bardzo solidna powieść rozrywkowa, bez pretensji do bycia czymkolwiek innym. Ale śmiem twierdzić, że w swojej kategorii jest jedną z lepiej wykonanych książek, jakie miałam okazję czytać. Dlatego po kolejny tom z pewnością sięgnę.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Wiatrogon aeronauty
Autor: Jim Butcher
Tytuł oryginalny: The Aeronaut's Windlass
Tłumacz: Michał Jakuszewski
Cykl: Podnieben kasztele
Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 580

wtorek, 9 sierpnia 2016

"Dusza cesarza" Brandon Sanderson

Brandon Sanderson jest znany z płodzenia opasłych (często ponad miarę i wyobrażenie) tomiszczy. Ale okazuje się, że czasem pisuje też krótsze formy. I tak oto stanęłam przed wyzwaniem zrecenzowania opowiadania, co wcześniej mi się nie zdarzało (antologia to jednak co innego). Albowiem „Dusza cesarza” to opowiadanie spełniające wszystkie wymogi gatunku (może poza liczbą znaków, których ma nieco więcej. Ale szczerze mówiąc, nigdy nie przekonywała mnie nomenklatura anglosaska, wyróżniająca poniżej powieści kilka kategorii różniących się wyłącznie liczbą znaków).

Shai jest oszustką – ale nie byle jaką. Jest prawdziwym Fałszerzem, posiadającym moc tworzenia idealnych, często lepszych od pierwowzoru, imitacji. Niestety, przy ostatnim zadaniu zabrakło jej szczęścia i dała się złapać, a że Fałszerstwo jest uważane za sztukę plugawą, czeka ją śmierć. Chyba że będzie w stanie dokonać niemożliwego: sfałszuje ludzką duszę. Duszę cesarza konkretnie, bo w wyniku zamachu została z niego pusta skorupa ciała. Czy Shai zdoła ocalić życie?

„Dusza cesarza” jak na opowiadanie przystało, ma tylko jeden główny wątek – próby przetrwania Shai. Z tym, że szczerze mówiąc, nie cuć tu napięcia znanego z filmów akcji. Bohaterka próbuje wykonać zadanie i jednocześnie ocalić przy tym własną skórę, a że jej praca polega głównie na poznawaniu cudzych charakterów, to i o tym jest większość opowieści. Poza cesarzem, którego musi poznać i zrozumieć, aby wiarygodnie go odtworzyć (a o którym jest ostatecznie zadziwiająco mało powiedziane) Shai stara się dowiedzieć jak najwięcej nie tylko o kontrolujących ją cesarskich doradcach, od których dostała swoje zadanie, ale też strażnikach czy służbie. Jeden z doradców odwzajemnia się jej tym samym – fascynuje go motywacja Fałszerki i stara się ją odkryć. Ten ich pojedynek na zrozumienie właściwie stanowi najciekawszą część historii.

Ale bohaterowie bohaterami - jak to w opowiadaniu, jest ich niewielu i mimo że są dobrze zarysowani, to nie mogę o nich za wiele napisać, jeśli nie chcę spoilerować. Sanderson, co u niego charakterystyczne, znacznie ciekawiej buduje światy przedstawione niż bohaterów i „Dusza cesarza” nie jest tu wyjątkiem. Opowiadanie rozgrywa się co prawda w tym samym świecie, co wcześniejsze „Elantris”, ale właściwie równie dobrze mogłoby się rozgrywać zupełnie gdzie indziej. Magia w „Duszy…” opiera się na zupełnie innych mechanizmach, a więc i osoby posługujące się nią potrzebują zupełnie innych przymiotów, aby robić to skuteczniej. (w tym miejscu pasowałaby analiza porównawcza systemów magicznych w „Elantris” i „Duszy cesarza”, ale ponieważ tajemnica tego systemu jest w „Elantris” głównym kołem zamachowym intrygi, a książkę mają za miesiąc wznawiać, to nie będę psuć wam niespodzianki). Nie tylko potrzebują precyzji, aby wykonywać misterne pieczęcie, ale także przenikliwego umysłu, aby odgadywać pragnienia i motywacje swoich ofiar.

„Dusza cesarza” doczekała się wcześniej publikacji w „Krokach w Nieznane”, w innym tłumaczeniu. Może kiedyś nawet oba tłumaczenia sobie porównam, a tymczasem stwierdzam, że to bardzo dobry tekst. Raczej nikt nie pożałuje spędzonego nad nim czasu.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mag.

Tytuł: Dusza cesarza
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginalny: Emperror's Soul
Tłumacz: Anna Studiarek

Wydawnictwo: Mag
Rok: 2016
Stron: 108
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...