niedziela, 27 sierpnia 2017

"Dobra świnka, dobra" Sy Montgomery

Przyznam, że moje pierwsze spotkanie z Sy Montgomery zakończyło się pewnym takim rozczarowaniem: spodziewałam się książki przyrodniczej, dostała podróżniczą. I w sumie na tamtej pozycji zakończyłabym pewnie znajomość z autorką, gdybym nie kolekcjonowała serii. A w serii był jeszcze jeden tytuł Montgomery. No to jak już i tak miałam go sobie sprowadzić do domu, to i przeczytać mogłam.

Tym razem przynajmniej było jasne, że nie trafi mi się książka podróżnicza – autorka bowiem postanowiła nam przedstawić życiorys swojej domowej świni o wdzięcznym imieniu Christopher Hogwood. A że z trzystukilogramowym knurem podróżuje się raczej niewygodnie, to i jasne było, że cała opowieść rozegra się raczej stacjonarnie, czyli w domu autorki i jego najbliższych okolicach.

Świnia domowa nie jest nawet dziś szczególnie popularnym zwierzątkiem towarzyszącym, choć teraz nikogo już nie szokuje. Na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku sytuacja miała się jednak nieco inaczej, zwłaszcza w wiejskich okolicach – świnie hodowało się po to, żeby je zjeść. Niemniej nie znaczy to, że hodowcy swoich zwierząt nie szanują. I tak znajomym farmerom państwa Montgomery ciężko było patrzeć, jak jedno z prosiąt marnieje w oczach, najsłabsze i niepotrafiące sobie wywalczyć miejsca nawet wśród grupy maluchów odrzuconych przez matki, bo zbyt małych i słabych, aby lochy chciały je wychowywać. I dlatego (wiedząc o fascynacji Sy świniami) zaproponowano państwu Montgmery, żeby sobie je wzięli i odchowali, jeśli dadzą radę – w końcu jaki dom będzie bezpieczniejszy dla świnki, niż ten zamieszkany przez wegetariankę i Żyda?

Oczywiście Christophera udało się odchować (gdyby się nie udało, cóż, książka byłaby znacznie krótsza) i szybko stał się maskotka lokalnej społeczności (zwłaszcza, kiedy zaczął sobie urządzać wycieczki krajoznawcze; zaiste, niewiele jest barier zdolnych powstrzymać wyrośniętego tucznika). Autorka z wielkim uczuciem opisuje reakcje okolicznej ludności, telefony o nieludzkich porach (na wsi ludzie z reguły wiedzą, czyje zwierzęta jak wyglądają i dzwonią do właściciela, jeśli zobaczą jakieś na gigancie), pielgrzymki dożywiających i dzieci… No, ogólną sympatię, społeczności do jedynej świni, której nie groziło przerobienie na kiełbasę. Są to opowieści sympatyczne, zabawne i ciekawe, a miejscami nawet podnoszące na duchu, widać w nim ogromny szacunek i miłość, jakimi autorka darzy swoją małą społeczność.

Jednak książka, poza poczynaniami wieprza zawiera również spory element autobiograficzny. Autorka opisuje nie tylko relacje z Christopherem, ale też ze swoimi rodzicami (a te nie zawsze były łatwe) i mężem, perypetie związane z domem i zamieszkującymi go lokatorami (po połowę budynku Montgomery’owie wynajmowali) oraz różne przeciwności losu. Całkiem przyjemnie się o tym czyta.

Przy czym styl autorki pozostał taki sam, jak w opowieści o delfinach: przystępny, nieco suchy, ale przejrzysty z jednej strony, a przejawiający gdzieniegdzie przebłyski erudycji z drugiej. Przyznam jednak, że „Dobrą świnkę, dobrą” czytało mi się znaczniej przyjemniej niż „Podróż różowych delfinów” – ale nie wiem, czy to autorka się przez te kilka lat wyrobiła, czy po prostu bardziej interesująca mnie tematyka sprawiła, że przymknęłam oczy na niedoróbki.

I tak – o ile tematycznie „Podróż różowych delfinów” była zdecydowanie bardziej fascynująca, to „Dobrą świnkę, doprą” najnormalniej w świecie przyjemniej mi się czytało. Najwyraźniej Sy Montgomery to jedna z tych licznych autorek, którym lepiej się pisze o tym, co kochają, niż o tym co tylko je fascynuje. A ja zyskałam powód, żeby dać jej jeszcze jedną szansę.

Tytuł: Dobra świnka, dobra. Niezwykłe życie Christophera Hogwooda
Autor: Sy Montgomery
Tytuł oryginalny: The Good Good Pig: The Extraordinary Life of Christopher Hogwood
Tłumacz: Adam Pluszka
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2015
Stron: 284

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...