sobota, 9 września 2017

Zmyślenia #38: Czytampierwszy.pl - wrażenie pierwsze (i chyba ostatnie)

Tę notkę miałam napisać później i miała wyglądać inaczej. Planowałam przetestować serwis od A do Z (czyli wziąć sobie jakąś książkę, przeczytać, napisać reckę, wrzucić, zdobyć punkty) i dopiero wtedy opisać swoje wrażenia, dodać kilka porad, wiecie, jak ci znani blogerzy od nowinek technologicznych. Ale wygląda na to, że całego cyklu nie doprowadzę do końca (o czym później), więc postanowiłam chociaż raz skorzystać z okazji napisania notki na temat modny. A nuż ktoś żądny sensacji kliknie, skuszony tytułem.

Jeśli nie słyszeliście jeszcze o portalu Czytampierwszy.pl, to krótkie wprowadzenie. Jest to nowa inicjatywa dla ludzi chcących dostawać książki za recenzje, oparta na zasadzie przyznawania punktów, za które to punkty można potem „kupić” kolejne książki. Punkty otrzymuje się za różne aktywności, zależnie od ich jakości.


I nie, nie mam zamiaru jak niektórzy rwać szat nad wyzyskiem blogerów, ani też udowadniać, dlaczego ci, co rwą nie mają racji. Chcę napisać tekst o swoich wrażeniach, swoistą zupełnie subiektywną analizę zjawiska, choć nieco uboższą, niż zamierzałam pierwotnie (no i wiadomo, każdy temat na notkę dobry). Łowcy sensacji się zawiodą, ale kliki już poszły.;)

Sama do inicjatywy podeszłam bardzo entuzjastycznie. Wiecie, bezpośredni kontakt z wydawcą ma swoje zalety, ale dla skrajnej introwertyczki tak chętnie chowającej się pod kamieniem jak ja, możliwość pominięcia etapu korespondencji to czasem zaleta. W dodatku system punktowy miał różnicować przyznawane nagrody w zależności od poziomu recenzji, więc mogłabym się poczuć doceniona, czy coś. Niestety, rzeczywistość okazała się nieco mniej różowa, z kilku różnych powodów.

Regulamin i prawa autorskie

Może nie wiecie, ale mam do swoich płodów dość paranoiczny stosunek. Przynajmniej jeśli chodzi o prawa autorskie. Po prostu lubię mieć pełną kontrolę nad tym, gdzie i w jakiej formie te moje płody sie pokazują.

Może nie jestem specjalistką od interpretacji, ale zapis o udzieleniu „nieodpłatnej, wyłącznej i bezterminowej licencji” na replikowanie we wszystkich znanych formach trochę mnie odrzuca. Znalazł się tam zapewne po to, żeby zarządca serwisu nie miał problemów z, powiedzmy, zezwalaniem na umieszczanie fragmentu na tylnej okładce czy skopiowaniu, powiedzmy, na stronę wydawcy. Ale, jeśli interpretuję go prawidłowo, właściwie pozwala na dowolne powielanie tekstu gdziekolwiek, z pominięciem podania pierwotnego autora. A dla blogera to o tyle niekorzystne, że po pierwsze tekst śmiga po sieci, a nikt nawet nie wie, kto go naprawdę napisał i że można gdzieś szukać więcej (ergo tracimy potencjalnych czytelników), a po drugie, jeśli Google zorientuje się, że takie same teksty znajdują się na kilku stronach, to ogranicza wyświetlanie tych stron w wynikach wyszukiwania. Co dla sporego portalu nie ma większego znaczenia, ale dla małego blogaska już tak. I tak, wiem, że to jest dość standardowy zapis w serwisach gromadzących recenzje i opinie – zgadnijcie, dlaczego nie wrzucam pełnej treści notek na LC?

Co zabawniejsze, mogłabym ten zapis jakoś przełknąć – w końcu skoro już dają te książki, to niech tam sobie wezmą licencję do tekstów, jest to zawsze jakiś deal. Ale tutaj dochodzimy do kwestii naliczania punktów.

Punktacja

Sam pomysł punktacji jest fajny – jasna rozpiska, jasna sytuacja. Trochę mniej fajne są już sumy punktów. (Ale nie, nie zamierzam w tej chwili płakać nad wyzyskiem blogosfery. Zresztą, o swoim ogólnym stosunku do współprac też kiedyś napiszę). Ponieważ żeby dostać papier, trzeba na start dozbierać sobie 50 punktów. Co jest możliwe, bo istnieje opcja dodawania recenzji do książek, których nie wykupiło się w serwisie. Tylko że mnie osobiście nie uśmiecha się oddawanie (o przepraszam, udostępnianie w bezterminowej licencji) praw do tekstów, z którymi serwis nie miał nic wspólnego.

Jednakowoż nie każdy przecież musi czytać papier. Mnie osobiście, jako że jestem leniwą bułą i nie chce mi się rozrzucać po Internecie zmienionych i skróconych wersji tekstów dla punktów, wystarczyłyby ebooki, a te są znacznie, bo pięciokrotnie tańsze od papieru. Po to się kupiło czytnik, żeby z takich okazji wygodnie korzystać, prawda? No cóż, nie do końca.

Forma elektroniczna

Zapisując się do serwisu, spodziewałam się, że do wyboru będę miała formę papierową (prebook lub normalną książkę, w zależności od czego, czy chodzi o egzemplarz przedpremierowy, czy nie) albo ebooka. Dotychczasowe współprace nauczyły mnie, że w takim wypadku ebookiem jest po prostu plik z książką w wybranym, wygodnym dla recenzenta formacie, a żadna z informacji zamieszczonych w serwisie nie wyprowadziła mnie z tego przekonania. Toteż zdziwiłam się mocno, kiedy dowiedziałam się, że rzeczona wersja elektroniczna to tak naprawdę link do pliku do wglądu online (a i tego dowiedziałam się z drugiej ręki, bo mój link od trzech dni nie działa, a próby kontaktu z obsługą pozostają bez odpowiedzi).

I to jest właśnie główny powód, dla którego nie mam zamiaru swojej współpracy z serwisem kontynuować. Czytanie z monitora jest dla mnie osobiście torturą (tym większą, że mam sporą wadę wzroku i po dłuższym czasie to dosłownie boli), od czytania książek wirtualnych mam czytnik. Jeśli nie mogę z niego korzystać, to cała impreza mija się z celem.

Przy czym ciągle uważam, że cała inicjatywa to fajny temat. Tylko nie jestem jej targetem, ani indywidualnie, ani jako członkini pewnej grupy. Wydaje mi się, że serwis jest skierowany bardziej do ludzi, którzy albo blogów nie mają i wrzucają recki tylko na Lubimy Czytać i ewentualnie serwisy społecznościowe, albo dopiero zaczynają przygodę z blogowaniem i nie wiedzą, jak te współprace zacząć/nie mają chwilowo zbyt wiele do zaoferowania. Taka stara blogowa krowa jak ja nie ma tam czego szukać. Choć pewnie i tak będę z ciekawości zaglądać i sprawdzać, co się zmieniło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...