wtorek, 17 kwietnia 2018

"Szpony i kły" antologia


„Szpony i kły” to antologia będąca owocem konkursu Nowej Fantastyki, zorganizowanego z okazji trzydziestolecia powstania Wiedźmina. Jak każda z podobnych inicjatyw (nie dość, że opowiadania pisane głównie przez amatorów-debiutantów, to jeszcze fanfiki do znanej, budzącej konkretne, duże oczekiwania marki) spotkała się ze sporym sceptycyzmem w środowisku. W uzyskaniu sympatii nie pomogły też bezczelne działania marketingowe ze strony wydawnictwa (wielkie nazwisko Sapkowskiego na okładce sugeruje, że to książka jego autorstwa, tymczasem nawet redaktorem tego zbioru nie był. Malutkie „przedstawia” może łatwo umknąć). Ale czy wypada skreślać książkę tylko w wyniku działań prowadzonych wokół niej? Sama wolałam poczekać ze skreślaniem do czasu poznania treści.

Ostatnio trafiła mi się okazja, aby tę treść poznać. I wiecie co? Nie było aż tak źle. Jakość tekstów przeważnie leży gdzieś pomiędzy „średnie” a „dobre”. Brak tu dzieł wybitnych, ale brak też kompletnych literackich porażek (choć zdarzały się teksty słabsze).

I za taki właśnie słabszy tekst (szczerze mówiąc, najsłabszy ze zbioru) uważam „Kres cudów” Piotra Jedlińkiego, czyli zwycięzcę wzmiankowanego konkursu. Jestem w stanie zrozumieć, co kierowało szanownym jury przy wyborze – autor aż wychodzi ze skóry, żeby tylko jaknajudatniej skopiować styl Sapkowskiego i naćkać jak najwięcej odwołań do kanonicznych opowiadań. I jeżeli za główne kryterium przyjmiemy stworzenie jaknajpodobniejszej kopii stylu, dodatkowe punkty przyznając za nawiązania, to nie dziwota, że „Kres cudów” wygrał. Problem w tym, że to jest zwyczajnie słabe opowiadanie. Fabułe brak wdzięku i puenty. Kopiuje najoczywistszy wiedźmiński schemat (przyjeżdża Geralt na zadupie, aż tu nagle wciskają mu zlecenie, którego nie miał ochoty przyjąć) w sposób niczego niewnoszący. Dodatkowo autor najwyraźniej wyszedł z założenia, że o mocy języka w prozie Sapkowskiego decyduje archaizacja, więc stara się jakoś ją wcisnąć do każdego zdania. Przez co cały tekst wydaje się przyciężki. Nawet jeśli miał to być pastisz (na co mogą wskazywać pewne elementy, choć inne znowuż przeczą tej teorii), to raczej nieudany.

„Krew na śniegu” Beatrycze Nowickiej po takim wstępie wydaje się wręcz arcydziełem – choć tak naprawdę jest to po prostu sprawnie (może nawet najsprawniej w zbiorze, choć walka o pierwsze miejsce jest zacięta) napisana, prosta historia, moim zdaniem znacznie lepiej niż tekst Jedlińskiego oddająca ducha oryginału. Autorka tutaj postanowiła opisać jedno z wydarzeń, które w oryginalnej sadze zostało tylko zasygnalizowane, czyli rozpoczęcie znajomości Geralta i czarodziejki Koral (ponoć po „Sezonie burz” opowiadanie przestało mieścić się w kanonicznej historii, ale nie czytałam „Sezonu...”, więc się nie odniosę). Historia schematem nie odbiega od tych klasycznie serwowanych przez Sapkowskiego, nie jest szczególnie nowatorska, ale czyta się ją przyjemnie. No i puentę ma przyzwoitą.

„Ironia losu” Sobiesława Kolanowskiego to jeden z tych przeciętniejszych tekstów. Od strony technicznoliterackiej nie mam mu nic do zarzucenia – narracja jest płynna, język przyzwoity. Pomysł na fabułę też nienajgorszy, choć chyba można już powiedzieć, że tradycyjny w tej konwencji - znowu do wiedźmina przychodzi ktoś ze zleceniem, którego nasz drogi Geralt nie ma najmniejszej ochoty przyjmować. Co prawda puenta pozostała dla mnie nieco nieczytelna, a epatowanie gołymi, przystojnymi mężczyznami może niektórych odrzucić, ale poza tym nie mam uwag.

„Co dwie głowy...” Nadii Gasik równie są tekstem zaledwie przeciętnym – autorka ma problem ze zrównoważeniem fabuły i zdarza jej się przynudzać mało istotnymi dla akcji dłużyznami. Natomiast pewnym nowum jest fakt, że tym razem wiedźminem nie jet Geralt, a akcja opowiadania toczy się już po wydarzeniach znanych z sagi (co w sumie nie ma znaczenia, noale). Fabuła znowu jest dość przewidywalna (znany schemat, prawdaż), z niedopracowaną puentą, ale przynajmniej nie urąga rozumowi czytelnika.

„Skala powinności” Katarzyny Gielicz z kolei znacznie rożni się konwencją od wszystkich poprzednich tekstów (i w ogóle jet takim punktem granicznym w antologii, od którego zaczyna się odchodzenie od schematu „wiedźmin dostaje zlecenie”). Mamy tutaj bowiem historię dziewczyny, Blotki, która przez dłuższy czas towarzyszyła Coënowi w jego wiedźmińskich wyprawach, w charakterze pomocy i wsparcia psychicznego (i wybaczcie, ale kompletnie nie wiem, czy jest kanoniczna. I szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to zbytnio) oraz ich konfliktu, kiedy wyszło na jaw, że młody wiedźmin uparł się iść na wojnę. Historia jest prosta i krótka, ale muszę przyznać, że także jedna z najbardziej poruszających w zbiorze.

„Bez wzajemności” Barbary Szeląg jest bez wątpienia najciekawszym amatorskim tekstem zbioru. Po pierwsze, nie ma w nim żadnego wiedźmina – tylko trójka znanych z sagi bardów (serio, czy oryginalny Jaskier był naprawdę tak irytujący? Szeląg może mniej, ale generalnie wszyscy autorzy robią z niego przerysowaną drama queen). Marcin Zwierzchowski we wstępie opisuje to opowiadanie jako odpowiedź na „Trochę poświęcenia”, ale osobiście nadałabym mu szerszy kontekst. Autorka zastanawia się bowiem, co by było, gdyby niemej Arielki (tej bardziej disneyowskiej niż andersenwoskiej jednak) książę nie pokochał. Albo gdyby Bella mogła po prostu odejść, zamiast czekać na wywołaną syndromem sztokholmskim miłość do Bestii. Dobrze napisane rozważania na temat tego, co dzieje się z księżniczkami i książętami, którzy jednak nie będą żyli razem długo i szczęśliwie to zaskakujący powiew świeżości.

„Lekcja samotności” Przemysława Gula to taki tekst, który właściwie mógłby być osadzony w dowolnym uniwersum – setting wiedźmiński jest tu bardzo pretekstowy. To sprawnie napisana historia młodej uczennicy czarodziejki, która odkrywa, że nie można nikomu ufać. A to wszystko na tle korytarzy akademii oraz w przeddzień walnej bitwy. Napisane jest to zgodnie z prawidłami sztuki, ale osobom spodziewającym się wiedźmińskiego klimatu może wydać się zbyt neutralne.

„Nie będzie śladu” Tomasza Zliczewskiego to dziwny tekst. Najbliżej mu chyba do thrillera psychologicznego w settingu fantasy (z rodzaju „w małej wiosce zaczynają ginąć ludzie”). A że niezbyt dobrze znam się na tym rodzaju literatury, trudno mi oceniać czy porównywać tropy. Niemniej, językowo bardzo przyzwoicie.

„Dziewczyna, która nigdy nie płakała” Andrzeja W. Sawickiego była dla mnie pewnym rozczarowaniem. Nie dlatego, że jest jakimś szczególnie złym tekstem – prezentuje poziom dobrego rzemiosła. I o to właśnie chodzi: od autora doświadczonego i po opowiadaniu pisanym „w hołdzie” spodziewałabym się jednak więcej. Tymczasem dostajemy całkiem przyjemną historię elfiej wojowniczki, która ciężko ranna zostaje przygarnięta przez uchodźców z drugiej strony barykady. Najciekawszym wątkiem opowiadania jest właśnie to, jak zmaga się z niechęcią niektórych członków opiekującej się nią społeczności i jak powoli rewiduje swój światopogląd.

„Ballada o Kwiatuszku” Michała Smyka jest opowiadaniem, które zostawiło mnie z poczuciem głębokiego second hand embarrassment, jak to udatnie nazywają Anglosasi. Literacko ciężko się przyczepić (może poza faktem, że język jest nieco bezbarwny), ale część pomysłu na fabułę jest zdecydowanie z gatunku... ryzykownych. Otóż okazuje się, że zrządzeniem jakiegoś wyjątkowo złośliwego bóstwa Jaskier po śmierci w postaci ducha pojawia się wtedy, kiedy jedna z jego dawnych kochanek (tytułowa Kwiatuszek) właśnie uprawia seks, w dodatku w miejscu, gdzie rzecz się dzieje. I tylko na czas uprawiania tegoż seksu zostaje, po czym pogrąża się w niebycie aż do następnego stosunku. I w sumie reszta pomysłu (czyli cel pojawiania się Jaskra) jest całkiem niezła, puenta też udana, ale nad czasem egzystencji naszego eterycznego poety nie mogę przejść do porządku dziennego. Autor mógł wybrać w zasadzie jakąkolwiek inną czynność i niczego by to w fabule nie zmieniło. Chyba miało być zabawnie. Nie wyszło.

Zbiór zamykają tytułowe „Szpony i kły” Jacka Wróbla. Jest to klasyczny retelling „Wiedźmina”, opowiadania, od którego wszystko się zaczęło: tym razem poznajemy wersję księżniczki strzygi. Nie jest to może opowiadanie rewolucyjne, ale z bardzo przyjemnym pomysłem, dobrze wykonane i jednak wnoszące powiew świeżości. Zaskakująco mi się spodobało (no i autor musiał oczywiście nawiązać też do własnej twórczości. Nawet zgrabnie wyszło).

Nie żałuję czasu spędzonego nad lekturą – zwłaszcza, że bezkosztowo wypożyczyłam ją sobie z biblioteki. Może nie jest to najwybitniejszy zbiór opowiadań, jaki czytałam, ale spodziewając się najgorszego, zostałam miło zaskoczona całkiem niezłym.
 
Tytuł: Szpony i kły
Wydawnictwo: SuperNowa
Rok: 2017
Stron: 400

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...