piątek, 9 listopada 2018

"Wspólna orbita zamknięta" Becky Chambers

Pierwsza powieść Becky Chambers zachwyciła mnie. Nie dlatego, że jest jakąś wybitną literaturą, ale dlatego, że jest pełna ciepła i dobra i będzie dla mnie już chyba zawsze pełnić rolę kubka gorącego kakao w smutny, zimny wieczór. Nic więc dziwnego, że czekałam z niecierpliwością na kontynuację, która w tym roku ukazała się nakładem wydawnictwa Zysk i s-ka. Cóż, okazało się, że drugi tom nie do końca jest kontynuacją i nie do końca jest tak optymistyczny, jak tom pierwszy. Ale nie powiedziałabym, że to wada.

Lovelace musiała opuścić dotychczasowe, przynależne sobie miejsce na statku. Otrzymała nowe ciało (którego na dobrą sprawę nie chciała) i musi teraz nauczyć się żyć w roli, do której nie została zaprojektowana. Musi też nauczyć się pewnej konspiracji, bo ciało, które otrzymała, jest nielegalne. Ale z drugiej strony pozwala na całkiem nowe doznania, niedostępne dla SI statku dalekiego zasięgu, którą Lovelace przecież jest. Będzie musiała odkryć własną drogę.



Chambers dla kolejnych tomów swojej opowieści przyjęła dość specyficzną strategię. Zamiast ścisłej kontynuacji, jak to zazwyczaj ma miejsce w fantastyce, postawiła raczej na wspólne uniwersum. I tak w każdym kolejnym tomie głównym bohaterem jest trzecioplanowa lub epizodyczna postać z któregoś z poprzednich. Z jednej strony przyznam, że jestem trochę zawiedziona, bo liczyłam na rozwinięcie kilku wątków z „Dalekiej drogi do małej, gniewnej planety”, z drugiej (chyba tej bardziej obiektywnej) wydaje mi się, że jest to znacznie lepsze rozwiązanie. Znika ryzyko, że nadmiernie wyeksploatuje się bohaterów, można bez większych trudności pokazać takie miejsca i zagadnienia, które w bardziej linearnej konstrukcji wymagałyby wielkiej ekwilibrystyki no i można wprowadzić znacznie więcej ciekawych postaci.

Główną bohaterką „Wspólnej orbity zamkniętej” została więc znana z „Dalekiej drogi...” Lovelace, SI, która w wyniku dramatycznych wydarzeń musi opuścić swój statek i zacząć życie na własna rękę. Pomaga jej w tym Papryka, techniczka również znana nam z poprzedniego tomu, a cała sytuację autorka wykorzystuje do rozważań na temat tego, w jakim stopniu to, kim się stajemy wynika z tego, kim się urodziliśmy.

Przy czym autorka (jako osoba mająca bardzo równościowe poglądy) zdaje się szydzić z takiego traktowania SI, jakie często jest opisywane w science fiction, zwłaszcza w space operach i gatunkach pokrewnych. Otóż od dawna wiadomo, że w takim uniwersum Star Wars najgorzej być robotem. W chambersowej Wspólnocie Galaktycznej najwyraźniej też (gorzej chyba tylko być klonem, prawdaż). Mamy bowiem do czynienia z sytuacją, kiedy istoty obdarzone autonomiczną osobowością na poziomie standardowej rasy rozumnej są traktowane jak towar (mało tego, ich twórcy na przestrzeni lat podejmują aktywne działania, aby takie traktowanie ułatwiać) i wszystkim wydaje się, że tak właśnie jest dobrze. Aż dziwne, że nie wybuchł jeszcze żaden bunt maszyn. Ale może głównie dlatego, że to nie ludzie są twórcami technologii SI. W każdym razie mimo że autorka wyraźnie mówi, jak wielką hipokryzją jest takie ukazywanie wątków SI, nie drąży tematu zbyt głęboko. Postanawia się skupić na problemie poszukiwania własnej tożsamości.

Jak wspominałam wyżej, książka ma dwie główne bohaterki i związane z nimi dwie rożne linie narracji. W jednej cofamy się o dwadzieścia lat i poznajemy historię Papryki, w drugiej na bieżąco śledzimy próby dostosowanie się Lovelace - czy raczej Sidry, bo takie imię ostatecznie przybiera. Życiorysy obu kobiet (bo Sidra jest modelem płci żeńskiej) tworzą swoistą symetrię. Papryka bowiem pochodzi z jednej z kolonii Udoskonalonych – izolacjonistycznej ludzkiej społeczności, która wierzy w projektowanie idealnych obywateli. Tak samo jak Sidra została więc zaprojektowana do wykonywania konkretnych zadań razem z partią sobie podobnych dziewcząt i również znajdowała się na samym dole drabiny społecznej, służąc za stosunkowo tani i łatwo wymienialny zasób. Udało jej się jednak wyrwać z tego destrukcyjnego systemu. Może dlatego (oraz dlatego, że ma poczucie długu wobec SI jako takich) postanawia pomóc Sidrze przejść przez proces przyspieszonego dojrzewania (model Lovelace ma co prawda osobowość dorosłą, ale bez doświadczenia i danych wejściowych jest zagubiona jak dziecko) – bo jest ona w takiej samej sytuacji jak Papryka kiedyś. Jednak w przeciwieństwie do Papryki, proces wychodzenia z przyrodzonych ram jest trudniejszy – ponieważ tak naprawdę nie ona Sidra podjęła decyzję. Mierzy się więc nie tylko z własnymi ograniczeniami, ale też niechęcią i głębokim poczuciem obcości. Przy czym okazuje się, że musi odrzucić nie tylko przeznaczenie zapisane w niej przez twórców, ale też drogi, które mimowolnie projektują dla niej przyjaciele. Ponieważ dobre dla niej może być jedynie to, co sama sobie zdefiniuje.

Ten właśnie proces przemiany i socjalizacji (zarówno młodej Papryki, jak i Sidry) jest najmocniejszą stroną powieści, ponieważ autorka świetnie oddała poszukiwania osoby, która jeszcze tak naprawdę nie wie, kim jest, ale wie, że nie ma zamiaru spełniać cudzych oczekiwań. Dobrze wypada też ekspozycja uniwersum – poznajemy bliżej jeden z księżyców, na którym bohaterowie poprzedniego tomu pojawili się tylko przelotem i dowiadujemy się, jak wygląda bardziej osiadły tryb życie. Autorka poświęciła też więcej uwagi zwyczajom kolejnego gatunku, o którym dotąd nie miała okazji powiedzieć zbyt wiele. Akurat element światotwórczy w pisarstwie Chambers bardzo lubię.

Widać, że radosny entuzjazm spod znaku „umieszczę w powieści wszystkie moje ulubione motywy z fanfików i co mi zrobicie” trochę w autorce opadł. Tym razem fabuła jest znacznie staranniej zaprojektowana i znacznie mniej skupia się na, powiedzmy, niemainstreamowych modelach związków. Chambers chyba też wzięła sobie do serca narzekania niektórych czytelników, że wszyscy w tym uniwersum są nienaturalnie mili i postanowiła pokazać, że jednak nie. I tak mamy rzut oka na cywilizację Udoskonalonych, która jest koszmarem rodem z Huxleya, gdzie obywateli się projektuje, a tych, u których mimo starannych prac projektowych pojawiły się defekty, obsadza się na najpodlejszych posterunkach, wyraźnie dając do zrozumienia, jak bardzo zawiedli oczekiwania. Przy czym autorka zdaje się zaznaczać, że izolacjonizm prowadzi jedynie do zacofania - kolonia boryka się z problemami dawno zażegnanymi przez stosunkowo otwartych mieszkańców Wspólnoty Galaktycznej, jest wyraźnie zacofana technologicznie na wielu polach oraz boryka się z brakiem surowców. Nawet na kryształowym obliczu wspólnoty pojawiają się rysy, acz przyznaję, że niewielkie i subtelne (choć dla mnie to nie wada).
To, co autorce ciągle nie wychodzi, to pisanie konfliktów. W powieści nie pojawia się żaden znaczący, mimo że jest jeden wątek wręcz stworzony do opisania w ten właśnie sposób. Bo oto nowo poznana osoba w dość dramatycznych okolicznościach odkrywa prawdziwą tożsamość Sidry i odrzuca ją w wyniku doznania silnego wrażenia doliny osobliwości (pikanterii zdarzeniu dodaje fakt, że podszywanie się SI pod organiczna istotę rozumną jest w tym uniwersum nielegalne). Jakże miło byłoby przejść z tym bohaterem przez proces myślowy skłaniający go do ponownego zaakceptowania SI jako pełnowartościowej osoby, jak intrygujące byłoby czytanie o jego rozterkach. Tymczasem Chambers usunęła go w cień na jakiś czas, by mógł znienacka powrócić z komunikatem, że wszystko przemyślał i chciałby przeprosić za swój wybuch, a teraz może zagramy w pytania i odpowiedzi... Cóż droga autorko, nie tak się to robi.
Niemniej, mimo pewnych defektów, jestem zadowolona z lektury – świat przedstawiony ciągle jest ciekawy i ma jeszcze wiele do zaoferowania, a postacie da się lubić. Mam zamiar pozostać wierną czytelniczka cyklu. Bo czasami człowiek po prostu ma ochotę na ciepłe kakao.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Zysk i s-ka.

Tytuł: Wspólna orbita zamknięta
Autor: Becky Chambers
Tytuł oryginalny: A Closed and Common Orbit
Tłumacz: Agnieszka Sylwanowicz
Cykl: Wayfarers
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Rok: 2018
Stron: 430

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...