piątek, 7 lutego 2014

Nowojorski tygel kulturowy (a właściwie pół tygla) - "Golem i dżin" część 1 Helene Wecker

Powiem wam, moi drodzy czytelnicy, że bardzo trudno jest mi napisać coś konkretnego o części pierwszej „Golema i dżina”. Powód jest prosty – Fabryka Słów znowu zaserwowała czytelnikom tylko pół powieści. Sytuacja i tak jest lepsza, niż w przypadku „Elfów”, bo przynajmniej wiadomo, kiedy spodziewać się zakończenia, ale pisania to nie ułatwia. Książka została podzielona w sposób nieco niefortunny, bo część pierwsza kończy się w momencie, kiedy akcja dopiero zaczyna się zawiązywać. Niemniej, już na tym etapie widać, że możemy mieć do czynienia z powieścią przynajmniej dobrą, do czego postaram się was przekonać.

Kiedy Otto Rotfeld zamawiał sobie u podejrzanego żydowskiego maga glinianą żonę, nie przypuszczał, że nawet nie dopłynie z nią do nowego, amerykańskiego domu. Przez splot niefortunnych zdarzeń niezwykła dziewczyna zostaje sama już w kilka godzin po ożywieniu i tak właśnie ląduje w Nowym Jorku. Czy poradzi sobie bez swojego pana w wielkim, obcym mieście?

Kilka ulic dalej rzemieślnik Abeery dostaje do odnowienia dziwnie grawerowany dzbaneczek na oliwę. Ponieważ wzór jest już zniszczony, postanawia go zeszlifować – i w ten sposób uwalnia dżina. Ten jednak nie ma ochoty spełniać niczyich życzeń, a poza tym ciągle jest uwięziony w ludzkim ciele i pozbawiony większości magicznej mocy. Jedynym sposobem, aby przetrwał w Nowym Jorku jest udawanie ucznia Abeery’ego. Czy dzika natura pustynnego ducha dostosuje się do rutyny miejskiego życia?

Muszę przyznać, że „Golem i dżin” pozytywnie mnie zaskoczył na wielu poziomach. Pani Wecker zdecydowanie potrafi posługiwać się piórem, używając przy tym języka plastycznego, ale nie przekombinowanego. Cechuje ją wyczucie i szczególnie trafny dobór słów – bez wielopiętrowych metafor czy wymyślnych porównań jest w stanie zbudować sugestywny obraz zimowego Nowego Jorku czy syryjskiej pustyni, przedstawić punkt widzenia nieszczęśliwego dżina i panny z dobrego domu. Przy tym wszystkie te przejścia są płynne i nacechowane indywidualnymi przeżyciami bohaterów. Bardzo przyjemnie się to czyta.

Jeśli już o tym mowa, to bohaterów też autorka potrafi tworzyć. Najlepiej to widać na przykładzie dwójki tytułowych stworów – pani Wecker chyba specjalnie dobrała je tak, aby stanowiły swoje przeciwieństwa. Tęskniący za wolnością, niezależny i uparty dżin postawiony obok pragnącej stabilizacji, spokoju i pewności jaką daje rutyna golem sprawia wrażenie jeszcze bardziej nieszczęśliwego i zamkniętego w okowach ludzkiego ciała. Jednocześnie bliskość istoty tak odmiennej dostarcza mu materiału do przemyśleń i zastanowienia się nad własną naturą. To samo dotyczy Chawy, golema. Pisarka pokazuje, że obcowanie z ludźmi zmienia oba stworzenia, ale ponieważ ich natury tak bardzo się różnią, podejście do tych zmian również jest inne.

Autorka nie ograniczyła się jednak do wykreowania trójwymiarowych tytułowych bohaterów. Postacie poboczne również wychodzą jej bardzo charakterystyczne – często wystarczy kilka stron, aby nakreślić historię życia i nadać osobowość komuś, kogo zobaczyliśmy na ulicy. W ten sposób główna opowieść ciągle wzbogacana jest interesującymi epizodami. Zbyt wcześnie jeszcze, aby wyciągać z nich jakieś wnioski, mam jednak przeczucie, że wszystkie zazębią się w dalszej części powieści.

Pomówiliśmy trochę o bohaterach, ale o jednym jeszcze nie wspominałam – Nowy Jork jest tu równie ważny, jak ludzie, golemy i dżiny. Pani Wecker stworzyła jedną z lepszych kreacji miasta w literaturze fantastycznej, jakie miałam okazję poznać – dodajmy, że jest to miasto dziewiętnastowieczne, z właściwym tej epoce klimatem. Nowy Jork z powieści tętni życiem, pełno w nim dzielnic kolorowych mniejszości i ich zwyczajów, trafiają się wyższe sfery jak i męty społeczne. A wszystko to w oparach pierwszych silników i węglowym smogu, czasem zwiewanych bryzą znad oceanu. Autorka zasypuje czytelników detalami, a wszystko dzięki temu nabiera życia i rozmachu.

Zazwyczaj w takiej sytuacji na zakończenie recenzji mówię, żeby przezornie poczekać do wydania kolejnego tomu. Mogę powiedzieć i tym razem, w końcu wychodzi w maju. Ale zachęcę was do kupienia „Golema i dżina” już teraz – bo jeśli pierwsza część słabo się sprzeda, to wydawca jeszcze nie wyda drugiej i skąd ja się wtedy dowiem, jako to się skończyło?
 
Recenzja dla portalu Insimilion.
 
Tytuł: Golem i dżin część 1
Autor: Helene Wecker
Tytuł oryginalny: Golem and The Jinni
Tłumacz: Małgorzata Koczańska
Seria: Golem i dżin
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2013
Stron: 450

15 komentarzy:

  1. Ode mnie :-)
    A na poważnie, to wygląda mi to na naprawdę świetną powieść i chyba się zaraz za nią wezmę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale tak z drugiej ręki to nie to samo.;)
      Świetna, świetna, choć raczej typu portretujących miejsca i bohaterów, niż przyciągających czytelnika sensacyjną akcją. Ale i akcja pewnie będzie (bo zło już nadchodzi;)), tylko dopiero w maju jak dla mnie.:(

      Usuń
  2. Smutno mi, że Fabryka wydaje jakiekolwiek dobre książki. Gdyby powyższą pozycję wydał Mag, Rebis, Zysk, Prószyński, no właściwie ktokolwiek - pewnie już bym kupiła. A od FS nie wezmę i już. Tak więc przepraszam, jeśli przeze mnie nie poznasz zakończenia, ale głupio się łudzę, że z kolei im więcej takich jak ja, tym większa szansa, że w ogóle nie będą pchać łap w takie książki i zostaną sobie przy Pilipiuku, którego dziwnym trafem dzielić nie muszą. A powieści takie jak "Golem i dżin" trafią do kogokolwiek innego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też żałuję, że nie wydał Mag albo Rebis (choć raczej obstawiałabym Maga, jakoś bardziej mi do profilu wydawnictwa pasuje;)). Z drugiej strony, Fabryka potrafiła wydać "2312" w jednym kawałku, więc chyba się da. Choć przyznam, że od dłuższego czasu jestem coraz bliższa Twojemu stanowisku - lepsze książki zostawmy innym wydawcom.

      Usuń
  3. Ja mam dokładnie takie samo zdanie jak Oceansoul... To mi wygląda na rewelacyjną książkę, która aż się prosi o równie piękne wydanie, ale nieee, musiała na nim łapy położyć Fabryka i nie dość że podzielić, to pewnie jeszcze wydać w tym swoim nędznym paperbacku z lichym grzbietem, któremu nie wróżę przetrwania dziesięciolecia... :/
    Kupić pewnie niestety i tak kupię, bo już taki ze mnie durny konsument, ale - wybacz - na pewno nie wcześniej niż wyjdzie 2 część, bo aż tak w konia robić się nie dam ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paperbacki z lichym grzbietem to nie tylko domena fabryki, niestety... Tylko czekam, aż mój "smok jego królewskiej mości" zacznie gubić kartki, a w końcu nie Fabryka go wydała. Natomiast gdyby ktoś chciał zrobić u nas takie ładne wydanie jak w Niemczech, to tylko przyklasnąć.;)

      Usuń
    2. ...oj to prawda, że nie tylko Fabryki, wszystkie 9 tomów Czarnych Kamieni pewnie zacznie mi się sypać równie prędko, mój kochany Jo Nesbo również ;( buuu... wydawanie dobrych książek inaczej niż w twardej oprawie i szytych powinno być ustawowo zabronione ;] Czemu ten "Dżin..." nie wyszedł w Uczcie? ;(

      A ten "Smok" to nie jest czasem dzieuo Rebisu? Nie no, oni akurat ładnie wydali Diuny, Dicka, Remarque'a, historię... Każdemu się może zdarzyć coś spartolić ;) Nie znam natomiast przypadku, żeby Fabryka wydała coś "po bożemu", a jest kilka książek od nich, które chciałabym mieć na półce w takiej właśnie formie... ;]

      Usuń
    3. Ano Rebis. Trochę mi smutno z tego powodu, bo Novik była chyba ostatnim cyklem fantastycznym (pomijając Webera), który wyszedł na papierze pulpowym... Choć dla mnie wystarczy iporządne klejenie przy dobrej jakości papierze - dają radę i nowe wydania Cooka przecież.

      "Czemu ten "Dżin..." nie wyszedł w Uczcie?" - Pewnie dlatego, że panu Miszkurce nie pasował do profilu serii.;) Względnie Fabryka była szybsza.

      Usuń
    4. Pasuje do profilu czy nie pasuje to jest dla mnie mało istotne, wtedy miałabym Dżinna w jednym tomie i tak ślicznie wydanego *_* (nie ma chyba obecnie na polskim rynku ładniej wydanej serii fantastycznej) a tak, jak mówię, rozleci się najdalej za 10 lat :(
      Tak się śmiałam z czytelników e-booków, że trzeba mieć coś nie tak z głową, żeby dobrowolnie rezygnować z szelestu przewracanych kartek, niepowtarzalnego zapachu zadrukowanych stron i pięknego widoku na półce, ale dziś już wiem, że w końcu nadejdzie chwila, kiedy to czytelnicy e-booków będą się śmiali ze mnie o_O

      Usuń
    5. ...z tą "serią" chodziło mi oczywiście o autorów zagranicznych ;)

      Usuń
    6. Dla mnie czytnik nie jest rozwiązaniem (choć bym oczywiście taką zabawką nie pogardziła;)), bo mam naturę chomika i muszę mieć w ręce fizyczny obiekt pożądania, a nie jakiś wirtualny plik.

      E, nie martw się, za10 lat to zmienią się standardy urządzeń i formatów i zbieracze ebooków będą musieli całą kolekcję wymienić;> (przy filmach już to przerabialiśmy raz z przejściem z kaset na DVD, a teraz z DVD na Blue Ray, przy muzyce z audio na mp3 - choć ten pierwszy format ciągle jest stosowany - więc i przy książkach się doczekamy).

      Usuń
  4. Jestem szczerze zaciekawiona tą książką. Jak ja to mówię - Nic co fantastyczne nie jest mi obce :D zatem trzeba sięgnąć. Najbardziej zaciekawił mnie 2 i 3 akapit :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mało oryginalnie: szkoda, że taką dobrą ksuiążkę wydała Fabryka iszkoda, że w taki sposób.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...