poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Subiektywne prasowanie #25 - Nowa Fantastyka 07/2014

Wiedziałam, że rozprawienie się z lipcową Nową Fantastyką będzie wymagało większego samozaparcia niż z poprzednimi numerami. Powód jest prosty – przewodnim tematem są horrory, a ja zdecydowanie z horrorami nie jestem kompatybilna. Jak widać, czytanie trochę przeciągnęło się w czasie, ale podołałam.

Wstępniak Jerzego Rzymowskiego tym razem bardzo interesujący – red. nacz. ostrzega w nim przed ryzykiem wynikającym z pokusy wyręczania się we wszystkim technologią (mam nadzieję, że już na dobre dał sobie spokój z minirozprawami o kulturze dyskusji. Temat dawno się wyczerpał). Felieton Mateusza Wielgosza wstępniakowi nie ustępuje, nawet wręcz przeciwnie. Tym razem rzecz o tym, dlaczego „bliźniaczki Ziemi” wcale nie są bliźniaczkami, a nawet do przyrodniego rodzeństwa często im daleko. Swoją drogą, coraz bardziej lubię ten cykl, takie małe, precyzyjne i atrakcyjnie podane dawki naukowych faktów to był strzał w dziesiątkę.

Dalej temat z okładki, czyli bardzo obszerny artykuł na temat kultowego już serialu „American Horror Story”. Jak wspominałam, z tematem jestem kompletnie niekompatybilna, ale przynajmniej miałam okazję dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. W tych samych klimatach pozostaje tekst „Małe miasta, duży strach”, czyli przegląd seriali eksploatujących ulubiony przez Kinga motyw horroru na amerykańskiej prowincji.

Kolejny tekst odbiega od tematu przewodniego (choć powiązania, jak sądzę, można by bez trudu znaleźć) i traktuje o związku malarstwa z fantastycznym kinem. Interesujący, choć jak mi się wydaje, dość powierzchowny z konieczności. A na wyprawę w świat tym razem wyruszamy do Brazylii, żeby prześledzić początki tamtejszej dziedziny fantastycznej. Współczesność w następnym numerze.

Kolejna odsłona cyklu „Z lamusa” zabiera nas na wycieczkę po przedwojennym (i mam tu na myśli I wojnę światową) i międzywojennym duńskim kinie fantastycznym. Zadziwiającym, zważywszy na fakt, że do tej pory nie wiedziałam nawet, że takowe istniało. Tekst ciekawy, choć osobiście wolę raczej ogólniejsze odsłony cyklu niż te dotyczące konkretnych grup wytworów kultury. A książka miesiąca tym razem został „Golem i dżin”, o którym już pisałam (nawet dwa razy). Jerzy Rzymowski zrobił to lepiej.

Obejrzyjmy sobie teraz pozostałe felietony. Rafał Kosik pisze o akcjach często na wielką skalę, podejmowanych przez (grupy) ludzi często wbrew logice. Tekst mógłby być ciekawy, ale zabiła go spora dawka reaserchu ziemkiewiczowskiego – po pisarzu pokroju Kosika spodziewałabym się jednak więcej. Za to Watts zastanawia się, jak bardzo trwałe i bezpieczne są dane przechowywane w chmurach i jak wielką kontrolę mamy nad najnowszymi urządzeniami, które wymagają częstego łączenia z „bazą”, żeby w ogóle działać. Bardzo zrównoważony wywód, bez apokaliptycznego czy spiskowoteoretycznego rysu, a to rzadkość w tej tematyce. Maciej Parowski prezentuje pierwszą część tekstu o cenzurze i przyznam, że czytałam go z ogromnym zainteresowaniem, bo dla kogoś takiego jak ja perypetie peerelowskiej inteligencji to całkiem niezbadany świat. A Łukasz Orbitowski, jakby stwierdzając, że skoro tylu ludzi w tym numerze pisało o horrorach, to on już nie musi, przedstawia nam „Frequencies” - i jest to dopiero drugi w historii moich spotkań z jego felietonami przypadek, kiedy opisany film chciałabym zobaczyć.

Czas na sekcję literacką, czyli opowiadania – nie bardziej obfite w horrory niż zwykle. „Róża wiatrów” Cezarego Zbierzchowskiego jest przez redakcję określana jako ciężki, brutalny horror, ale nie zgodziłabym się. To raczej ciężki kryminał, który nawet nie przechodzi testu brzytwą Lema. Co nie znaczy, że jest zły – wręcz przeciwnie. Sam pomysł, choć makabryczny, jest bardzo intrygujący – zastanawialiście się kiedyś, co może wyniknąć ze spotkania dwóch seryjnych morderców? „Starcie ultymatywne” Wiktora Ruszkiewicza to opowiadanie dziwne dziwnością dukajową i przyznam, że ku zdziwieniu mi się podobało, choć próba opisu o czym właściwie jest mija się z celem. Za to „MMA” Michała Nowina nie przypadło mi do gustu – miała być humorystyczna walka magów w klatce, ale ten typ humoru kompletnie do mnie nie trafia.

Zagraniczne teksty zaczynają się od „Kadrów apokalipsy” Paolo Bacigalupiego i jest to tekst rozczarowujący. Nie chodzi o to, że jest słaby, po prostu po autorze tak chwalonym spodziewałam się czegoś więcej, niż sprawnie napisanych kadrów z życia lokalnej dziennikarskiej hienki na tle umierającej Ameryki. Mam nadzieję, że nie jest to tekst reprezentatywny dla poziomu pisarza. Lepiej wypadają „Ciemne ogrody” Grega Kurzawy – rasowy horror z niepokojąca atmosferą i legionem tworzących ją niedopowiedzeń. Ale najbardziej przypadły mi do gustu „Shoggothy w rozkwicie” Elizabeth Bear – nietypowa odsłona kontaktu z czymś niezbadanym. Dodatkowo zaprawiona smaczkiem klasycznych badań zoologicznych, więc tym bardziej satysfakcjonująca. Coraz bardziej lubię tę autorkę.

1 komentarz:

  1. Aaach, mój egzemparz dopiero w połowie przeczytany... Ale niedługo i ja się podzielę moim zdaniem.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...