Wiem, miałam najpierw przeczytać „Ulicę Tysiąca Kwiatów”, ale Flush to taki uroczy spaniel, że nie mogłam się od niego oderwać. Gdyby nie blogosfera, nigdy nie dowiedziałabym się o jego istnieniu. Dopiero recenzja Skarletki mnie oświeciła. Ponieważ w tym czasie planowałam zapoznać się z twórczością Virginii Woolf, a kompletnie nie wiedziałam od czego zacząć, żeby tekst mnie nie odstraszył, „Flush” wydał mi się idealny: książeczka krótka i o lekkiej tematyce. I chociaż tematyka okazała się nie taka lekka (mimo iż w bardzo przyjemny sposób podana), to wybór akurat tej książki jako „pierwszego kontaktu” z autorką uważam za szczególnie trafiony.
„Flush” jest biografią. Ale biografią nietypową. Pani Wolf bowiem, z całym profesjonalizmem zarezerwowanym do tej pory dla ludzi i to nie byle jakich, bo sławnych, spisuje historię życia pewnego cocker spaniela rudej maści, obdarzając go bujnym, chociaż nie przesadzonym życiem wewnętrznym. Czyni to z jednej strony z powagą, z drugiej zaś – z filuternym uśmiechem. Na okładce napisano, że jest to parodia typowej biografii. Osobiście uważam, że „parodia” to słowo zbyt mocne, jednak nie da się ukryć przewrotnego charakteru powieści.
Książka porwała mnie od pierwszych stron. Było to zasługą wspaniałego języka, jakim posługuje się pani Woolf. Wiem, że to autorka kanoniczna, ale nie spodziewałam się, że będzie posługiwać się aż tak plastycznym językiem. Nie ma w nim bowiem pojęć trudnych czy wydumanych, ale słowa znane splatają się w sposób wręcz poetycki, tworząc całość delikatną i melodyjną, a jednocześnie barwną i żywą, niepozbawioną iskierek humoru i zawirowań emocji. Sam język pisarki wystarczy, aby czytelnik miał wrażenie, że czytając raz, odkrywa tylko jedną z wielu zagadek i poziomów tej książki.
Flush urodził się w roku 1842, więc na tle jego życia możemy obserwować zarówno zwyczaje dziewiętnastowiecznej Anglii, jak i (a właściwie przede wszystkim) życie jego sławnej pani, poetki Elizabeth Barret, później Elizabeth Barret Browning. Zadziwiająca jest zręczność, z jaką autorka w psie życie wplotła życie ludzkie. Bez czułostkowości pani Woolf opisała jednocześnie relacje zwierzęcia z opiekunem, jak i opiekuna ze zwierzęciem (co nie jest tożsame), jak nawiązują się nowe przyjaźnie i miłości zarówno Flusha, jak i jego pani. Opisała też, co i dlaczego Flush poświęcił z miłości do Elizabeth, a była to ofiara niebagatelna, bo stanowiła część natura psa myśliwskiego. Ten tygiel emocjonalny w obrębie trójkąta On – Ona – pies, ukazany subtelnie, ale wiarygodnie, jest najmocniejszą stroną książki. Gdybym przeczytała ją jeszcze kiedyś, ż pewnością odkryłabym kolejne warstwy w tym przekładańcu emocji.
Wiem, że w tej recenzji nie uchwyciłam wszystkich aspektów „Flusha”, ale zdaję sobie sprawę z tego, że jest to niemożliwe. Książka posiada jednak pewien nastrój, który sprawia, że mogę ją polecić każdemu, ze szczególnym uwzględnieniem miłośników psów. Ja zaś z pewnością sięgnę po kolejne powieści pani Woolf. Chociażby dla magii jej języka.
Tytuł: Flush. Biografia
Autor: Virginia Woolf
Tytuł oryginalny: Flush. A Biography
Tłumacz: Maria Ryć
Wydawnictwo: Znak
Rok: 2009
Stron: 121