środa, 15 grudnia 2010

W końcu się uwolniłam - "Zwycięzca jest sam" Paulo Coelho

Do Paula Coelho mam słabość. Słabość ta została mi jeszcze z czasów, kiedy to jako czternastolatka zachwyciłam się „Alchemikiem”. Z podobnym zachwytem przeczytałam jeszcze kilka jego książek. Ale gdzieś mniej więcej od „Jedenastu minut” cały zachwyt mnie opuścił i kolejne czytałam z coraz większym znużeniem, dostrzegając ich sztampową wtórność. Nie odpuszczałam jednak z sentymentu. Na szczęście teraz trafiłam na „Zwycięzca jest sam”. Zabiła we mnie ta powieść cały sentyment i dostrzegłam mizerię szanownego autora w całej krasie. Dzięki niej (powieści znaczy) nie sięgnę już po pana Coelho.

Fabuła, muszę przyznać, jest jak na tego pisarza nietypowa. Tym razem nie będzie o kolejnej jednostce szukającej oświecenia/ drogi życiowej/ powołania/ szczęścia (niepotrzebne skreślić) które znajduje dzięki rytuałom, przewodnikom duchowym wszelkiego autoramentu i życiu w zgodzie z własnym sercem. Teraz mamy do czynienia z czymś na kształt thrillera. Rosyjski biznesmen bowiem przyjeżdża do Cannes na sławny festiwal, aby odzyskać swoją żonę. Metodę jednak wybrał mocno nietypową: uroił sobie mianowicie, że będzie dla niej zabijał, a kiedy ona te zabójstwa odkryje, w podskokach do niego wróci. Mamy więc klasycznego seryjnego mordercę, na dodatek z poczuciem misji zesłanej przez samego Boga. I śledzimy poczynania właśnie jego, a nie dzielnych inspektorów rozwiązujących zagadkę – mamy więc wgląd w psychikę psychopaty. Poza tym mamy okazję zapoznać się z rzeczoną żoną, jej nowym mężem, utalentowaną modelką i mniej utalentowaną początkującą aktorką.

I może jednak lepiej by było, gdyby pan Coelho pozostał przy swoich wyświechtanych cytatach, wspieranych jedynie wątłą fabułką, albo całkiem zrezygnował z filozoficznego wydźwięku i spróbował napisać kryminał. Niestety, nie zrobił żadnej z tych rzeczy. W efekcie mamy ponad trzystustronicowy wywód na temat: „Świat celebrytów jest zły i zepsuty, a oni sami są durnymi karierowiczami”. Tak ich widzą wszyscy bohaterowie, nawet ci chcący do tego szacownego grona dołączyć. Sprawia to, że powieść jest strasznie jednostronna – żadnej głębi, refleksji, spojrzenia od drugiej strony (no dobrze, kilka było, ale poglądy się nie zmieniły), tylko męczące wałkowanie do znudzenia tej samej teorii. Osobiście miałam nieprzyjemne wrażenie, że autor celebrytom zazdrości i dlatego wylewa całe cysterny pomyj na ich światek. Zapomniałabym dodać, że na końcu zwycięzcami zostają oczywiście ci, którzy postępowali zgodnie z wytycznymi własnego serca, brzydząc się kłamstwem i karierą.

Język powieści jest prosty aż do bólu, co nie jest niczym u Coelha dziwnym. Bełkot egzystencjalny został zamieniony na bełkot „Superklasy”. Jedynym, co mnie w konstrukcji powieści irytowało, to częste wywody edukacyjne. Mogłeś się więc szanowny czytelniku dowiedzieć, co to jest Sambo, jak działa kurara i tłumik pistoletu – co w sumie mogłoby być miłym urozmaiceniem, gdyby nie przybierało tonu krowionamiedzowego. Gorzej, że powyższe to tylko nikły procent wyjaśnień. Autor wiele stron poświęcił na odkrywanie „nieujawnionej” prawdy o świecie castingów i karier modelek i aktorek. Oczywiście jest to prawda plugawa. Jak dla mnie, dużo dobitniej ujawnił ją program „Top model”, a jeśli o same opisy (sytuacji i nie tylko) chodzi, to o niebo lepiej poradziła sobie autorka „Diabeł ubiera się u Prady”, zarówno pod względem językowym, jak i sposobie przekazania morału.

Miałam zamiar jeszcze trochę się powyzwierzęcać nad tą książką, ale stwierdziłam, że szkoda mi energii.  Podsumuje więc: dobrze, że przeczytałam tą książkę. Źle, że była bardzo słaba. Fanom Paula Coelho mogę ją z czystym sumieniem polecić, będzie dla nich niezłym zaskoczeniem. Może nawet przemówi do niektórych osób nie lubiących pisarza. Ale generalnie, poza fanami, nikomu nie polecam.


Tytuł: Zwycięzca jest sam
Autor: Paulo Coelho
Tłumacz: Jarek Jeździkowski
Tytuł oryginalny: O Vencedor Esta Só
Wydawnictwo: Drzewo Babel
Rok: 2009
Stron: 348
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...