
Simon Tregarth ma kłopoty - ktoś podłożył mu świnię i teraz byli mocodawcy chcą go zlikwidować. Tak to bywa, kiedy człowiek zajmuje się szemranymi interesami. Na szczęście jest pewna osoba, która za „drobną” opłatą pomaga takim pechowcom jak Simon. Zapewnia drogę ucieczki co prawda tylko w jedną stronę, ale za to gwarantuje, że wrogowie klienta nie dostaną. I tak oto nasz nieszczęśnik trafia do świata równoległego, za jakim (wedle zapewnień) tęskniło jego serce. Tam nasz bohater najpierw pomaga pewnej nieznajomej, a później dowiaduje się, że kraj, do którego trafił, Estcarp, stanął właśnie w obliczu wojny.
W „Świecie czarownic” dostajemy historię, która sama w sobie obecnie nie wzbudza już aż takich emocji. W najnowszych powieściach fantasy wróg głównego bohatera wcale nie musi być wielkim złem – może po prostu chcieć podbić jego ziemie, bo potrzebuje więcej przestrzeni/ludzi/władzy. Nikogo też nie dziwi, że kobiety w tych opowieściach tkają własne, wcale nie pośledniej jakości wątki. Kiedy powstawały pierwsze powieści Andre Norton, zwłaszcza to drugie wcale nie było takie oczywiste.
Powieści Andre Norton przyczyniały się do wytyczenia (jeśli same nie wytyczały) nowej drogi w fantasy – drogi kobiet. Mając taką świadomość, w momencie rozpoczynania lektury spodziewałam się czegoś obrazoburczego nawet we współczesnym mniemaniu, w końcu jak już wytyczać nowe szlaki, to najlepiej dynamitem. Tymczasem przeżyłam szok – dynamitu brak, przynajmniej w obecnym rozumieniu. I współczesnej czytelniczce jakoś tak smutno się robi, że te 50 lat temu wystarczyło w jakimś wyimaginowanym państwie wprowadzić matriarchat (jako normalny system władzy, z wadami i zaletami, a nie przerysowane kuriozum), żeby zadziwić.
Kobiety w „Świecie czarownic” wcale nie wybijają się na pierwszy plan – tu króluje raczej opowieść wojenna. Autorka starała się nienachalnie pokazać społeczność, w której przedstawicielki płci pięknej istnieją poza kuchnią, sypialnią pana męża i pokojem dziecinnym. W Estcarpie czarownice (kobiety władające Mocą) zarządzają państwem i jako urzędniczki są w tej historii widoczne. Poza jedną jawnie zbuntowaną przeciw dosłownie pokazanemu męskiemu uciskowi Loyse, „sensowne kobiety” po prostu są i samym tym faktem udowadniają swoją przydatność fabularną. Teraz wydaje się oczywiste, że dobra powieść fantasy musi przynajmniej kilka bohaterek zawierać, ale widocznie nie zawsze tak było.
Wznowienie powieści przez Naszą Księgarnię wiązało się również z nowym tłumaczeniem. I jak nie mogę wskazać, któremu z przekładów bliżej do oryginału, tak z całą pewnością stwierdzam, że nowy, dokonany przez Ewę Witecką, jest znacznie bardziej przyjazny współczesnemu czytelnikowi. Poprzedni miejscami czyta się jak wyimki z baśni polskich czy innych legend i mitów, a zważywszy, że swoją prozę Norton kierowała raczej do przeciętnego zjadacza popkultury, uproszczenie formy powinno jej wyjść na dobre.
Cóż, jeśli ktoś doszukiwałby się w „Świecie czarownic” ambitnej fantastyki przez duże „A”, to srodze się zawiedzie, bo dostanie stosunkowo prostą opowieść. Za to fani spragnieni prześledzenia pewnych trendów, chcący zobaczyć, jak się pisało dawniej, powinni być zadowoleni. Pani Norton miała bowiem dar pisania dobrych historii i kreowania ciekawych bohaterów na niewielkiej ilości stron, tak więc jej powieści sprawdzają się nawet w kategorii zwykłej rozrywki. „Świat czarownic” warto znać, a ja czekam już na kolejny tom.
Recenzja dla portalu Insimilion.
Tytuł: Świat czarownic
Autor: Andre Norton
Tłumacz: Ewa Witecka
Tytuł oryginalny: The Witch World
Cykl: Świat czarownic
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok: 2013
Stron: 332
Autor: Andre Norton
Tłumacz: Ewa Witecka
Tytuł oryginalny: The Witch World
Cykl: Świat czarownic
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok: 2013
Stron: 332