wtorek, 21 maja 2019

Zmyślenia #41: Oda do opowiadań

Każdy, kto choć trochę śledzi literackie trendy, z pewnością dostrzegł trwający od kilku lat renesans opowiadania. Temat roztrząsały poważne literackie pisma, poważne wydawnictwa wracają do wydawania zbiorów krótkich tekstów, ogólnie jest ciekawie.

W fantastyce, mam wrażenie, sytuacja jest jakby odwrotna. Choć może bardziej adekwatnym słowem byłoby „oddolna”. Widzicie, kiedy główny nurt opowiadania sobie odpuszczał, w naszym fantastycznym getcie trzymały się całkiem nieźle. Solaris wydawał swoje coroczne „Kroki w nieznane”, zbiory autorskie różnego kalibru i wartości artystycznej też się pojawiały (był taki czas, że jeśli chciało się napisać cykl fantastyczny, to trzeba było zaczynać od zbiorów opowiadań), ukazywało się kilka pism branżowych, gdzie młody autor mógł zadebiutować.



Teraz to wszystko jakby uschło. Autorskie zbiory opowiadań czy też tematyczne antologie wychodzą rzadko (choć od ostatniego roku, dwóch idzie ku lepszemu), z wydawanych profesjonalnych (czyli takich, które na siebie przynajmniej w teorii zarabiają i płacą autorom) magazynów została tylko Nowa Fantastyka i wskrzeszony w zeszłym roku Fenix. Jednak nie można mówić o stagnacji, ponieważ inicjatywa wyszła od fanów. I tak mamy mnóstwo darmowych zinów do pobrania w sieci, niektóre fantastyczne środowiska regularnie wydają darmowe antologie bardzo przyzwoitych tekstów, a sami wydawcy czasem (na amerykańską modłę) proszą autorów, żeby napisali jakieś krótkie opowiadanko, które będzie można puścić w sieci w ramach promocji nadchodzącej powieści.

A ten przydługi wstęp ma posłużyć mi do tego, żeby opowiedzieć Wam, za co pokochałam opowiadania. Bowiem fakt, że żyjemy w czasach wyjątkowej (i darmowej, przynajmniej w środowisku fantastycznym) ich obfitości nie jest tutaj kompletnie bez znaczenia. Mogę bowiem mówić tylko na podstawie własnych, anegdotycznych doświadczeń, ale sądzę, że przynajmniej część z nich muszę dzielić ze sporą ilością innych ludzi, ponieważ jakaś potrzeba sprawia, że te darmowe antologie są pobierane tysiące razy. 


Głównym powodem jest fakt, że przeczytałam za dużo powieści. Nie było ich jakoś zawrotnie wiele, ale wystarczająco dużo. Wiecie, nie mam już nastu lat i trochę trudno mnie zaskoczyć literacko, a przeczytane do tej pory książki sprawiają, że większość autorskich wybiegów już kiedyś widziałam i potrafię przejrzeć. Co z kolei sprawia, że łatwo mnie znudzić. Przy czym obecnie panuje moda na rozdmuchiwanie historii do granic (nie)przyzwoitości. A to powoduje, że nawet jeśli autor ma jakiś fajny pomysł na świat przedstawiony czy intrygę, to go rozmywa. Pisze tych bezużytecznych bohaterów pobocznych z ich sztampowymi, nieciekawymi historiami, bo trzeba jakoś wypełnić setki stron. Każe głównym bohaterom ględzić bez opamiętania i rozwodzić się nad tym samym problemem po kilka razy. Aż się chce zapytać, gdzie stary dobry redaktor ze swoimi metaforycznymi nożycami. Coś, co nie irytuje nowicjusza, tudzież młodego czytelnika (im człowiek młodszy, tym chyba bardziej odporny na lanie wody), dla kogoś, kto już trochę rzeczy przeczytał będzie nie do zniesienia. Zwłaszcza z frustrującą świadomością, że pod tymi zwałami byle czego kryje się perełka – pomysł założycielski, o którym utwór powinien mówić.

Osobiście nie mam już cierpliwości do odgrzebywania tej perełki spod tony niepotrzebnych, wątpliwej jakości ozdobników. Dlatego na przykład nie ciągnie mnie do poznawania dalszych części dinozaurowego cyklu Milana, choć zagadka aniołów, genezy świata i przygody jednego czy dwóch bohaterów były nad wyraz ciekawe. Dlatego też trudno mi wrócić do Kristoffa z jego „Bożogrobiem”, bo świetny pomysł na zagadkę spowijającą genezę świata rozmywa się na setkach stron średnio udanej powieści o zemście, która bardzo mocno udaje, że nie jest young adult. Ciężko mi też wrócić do cyklu "Draconis memoria" Ryana. Ten co prawda jest całkiem dobrze zbalansowany, ale w czasie, kiedy będę przebijać się przez te setki stron mogę przecież przeczytać tak wiele udanych krótkich form…

Krótka forma bowiem jest w stanie podać mi ten pomysł-perełkę w wydestylowanej, czystej postaci. Mało tego, jeśli mi się spodoba, to zawsze jest szansa, że autor napisze coś jeszcze w uniwersum, pogłębiając je. A jeśli mi się nie spodoba?… Cóż, zawsze mniej życia strace przebijając się przez 60 stron opowiadania niż przez 600 stron powieści. 


A no właśnie, aspekt czasowy… widzicie, ostatnio trudno mi znaleźć czas na czytanie. Co w połączeniu z faktem, że czytam dość wolno sprawia, że te grubaśne tomiszcza zdarza mi się czytać i kilka tygodni, z kilkudniowymi przerwami. Co jest mało satysfakcjonujące, bo nienajlepiej wpływa na poczucie ciągłości opowieści. Przy opowiadaniach nie ma tego problemu. Każde jest małą, zamkniętą całością i nawet jeśli czytam je co kilka dni, to w ogóle nie wpływa to na spadek satysfakcji czytelniczej. Poza tym takie krótkie formy znacznie łatwiej czyta się w podróży. Zwłaszcza osobom ze skłonnością odcinania się od zewnętrznych bodźców, jak ja. Mniejsze prawdopodobieństwo przegapienia stacji.

No i na końcu: opowiadania bywają znacznie odważniejsze koncepcyjnie niż powieści. Trudno powiedzieć, czy ma to związek z odwaga wydawców (bo nawet jeśli nowatorskie opowiadania ostatecznie się nie spodoba, to jest częścią większego zbioru i inne teksty nadrobią. W przypadku powieści będzie to totalna wtopa), czy po prostu z faktem, że wiele tych tekstów wchodzi teraz do obiegu darmowego (więc w sumie nikt niczym nie ryzykuje). Faktem jest, że łatwiej napisać oparty na nowatorskim, ryzykownym czy po prostu trudnym technicznie pomyśle tekst krótszy niż dłuższy. I czasem fajnie to poczytać.

I dlatego właśnie bardzo mnie cieszy renesans opowiadania. Mam zamiar z niego czerpać pełnymi garściami, czy to czytając antologie od Fantazmatów, czy też kupując czasem coś od poważnych wydawców (czyli tych co wiecie, na książkach zarabiają). Właśnie skończyłam „Hardą Hordę”. I muszę tylko zdecydować, czy kolejna będzie Tokarczuk, czy „Dragoneza”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...