wtorek, 14 stycznia 2020

"Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem" Lauren Fern Watts


Czasem dzięki blogosferze trafiam na książki, o których istnieniu nigdy bym się nie dowiedziała. Niekiedy są to perełki, innym razem nie, ale zawsze jest to coś ciekawego. Nie inaczej było z powieścią „Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem” Lauren Fern Watt. I jakkolwiek całkiem nieźle mi się tę książkę czytało, tak spodziewałam się, że będzie czymś nieco innym. 

A czym jest? Otóż w pewnym stopniu jest to powieść autobiograficzna. Debiut napisany przez młodą kobietę, obejmujący pewien wycinek z jej życia: okres usamodzielniania się, wchodzenia w dorosłość, wyjazdu z domu na prowincji do wielkiego miasta i odcięcia się od rodziny (a właściwie od matki alkoholiczki). Tak się złożyło, że w tym czasie towarzyszył jej wielki pies, tytułowa Gizelle, mastiff angielski.

I muszę przyznać, że jest to całkiem przyjemna powieść obyczajowa, okruch życia (slice of life, jak to zgrabnie określają Anglosasi). Trudno naszej autorce-bohaterce nie kibicować i nie śledzić z ciekawością jej poczynań, a także pewnych trudności jakich nastręcza w miejskiej ciasnocie posiadanie psa większego niż właściciel. Aż dziwne, że na fali popularności filmów typu „Był sobie pies”, nie zekranizowano i „Gizelle”. Mam wrażenie, że ta książka jako scenariusz filmowy sprawdziłaby się nawet lepiej niż jako powieść, a prawa już dawno sprzedano.

Mimo że czytało mi się sympatycznie mam pewien problem. Widzicie, dostałam po prostu obyczajówkę o życiu dziewczyny z prowincji, która przeniosła się do wielkiego miasta, w którym pies jest tylko dodatkiem do fabuły. Nie o końca tego oczekuję, kiedy opis, tytuł i okładka koncentrują się na zwierzęciu. Spodziewałam się, że skoro suka jest tytułową bohaterką, opowieść będzie się kręciła wokół niej, (jak zrobił to choćby Dean Koontz w „Wielkim, małym życiu”) a nie wokół jej właścicielki. Tymczasem autorka pisze głównie o sobie, opisując poszukiwania mieszkania (nieco utrudnione ze względu na psa), związki, szukanie pracy i zmiany na drodze zawodowej… Owszem, jest też dużo opisów spędzania czasu z psem i działań podjętych ze względu na niego, ale… Mam wrażenie, że Gizelle jest w tej całej opowieści tylko rekwizytem, niezbędnym, żeby powieść nieco różniła się od setek podobnych, zalewających rynek.

Nie zrozumcie mnie źle, nie mam wątpliwości, że autorka bardzo kochała swojego psa. Na pewno chciała dla niego jak najlepiej. Mam jednak wrażenie, że nie była to miłość szczególnie mądra. W pewnym momencie, gdy jasne jest, że życie suki zaczyna zmierzać w kierunku końca, powstaje lista rzeczy, które według właścicielki Gizelle chciałaby zrobić. I owszem, są tam rzeczy, które każdego psa ucieszą (sporo punktów z kosztowaniem zakazanego jedzenia), ale większość to raczej ruchy pozorne, które mają pozostawić poczucie dobrze spełnionego obowiązku we właścicielce i zaspokoić bardziej jej potrzeby, niż psa. W czym nie byłoby nic złego, gdybyśmy mieli do czynienia z psem młodym i zdrowym, ale akurat w tym przypadku jest odwrotnie i trochę mnie to uwiera.

I tak pozostałam po lekturze (krótkiej w końcu) z mieszanymi uczuciami. Gdybym szukała powieści obyczajowej, to pewnie byłabym zadowolona. Chciałam jednak przeczytać powieść skupioną na psie i tu się lekko zawiodłam. Przy czym „Gizelle...” jest napisana w sposób poprawny, ale nie dostarczający jakichkolwiek interesujących wrażeń literackich. Tak więc pozostawiam Wam decyzję, czy po powieść sięgnąć. Nie będę ani zachęcać, ani odradzać. 

Tytuł: Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem
Autor: Lauren Fern Watts
Tytuł oryginalny: Gizelle’s Bucket List. My Life with a Very Large Dog
Tłumacz: Dorota Stadnik
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Rok: 2017
Stron: 224

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...