wtorek, 28 czerwca 2016

Zmyślenia #31: Dlaczego dla blogerów książkowych Patronite nie ma sensu

Od jakiegoś czasu bardzo popularna wśród twórców internetowych staje się strona patronite.pl. Chodzi w tym o to, że taki twórca (czy to piszący, rysujący czy lepiący) zakłada sobie konto na owej stronie i już fani mogą go, w zamian za różne gratisy i drobne przywileje, wspierać finansowo. Za oceanem istnieje wielu twórców, którzy całkiem dobrze sobie z tego żyją, ich zarobki na tego typu platformach sięgają dziesiątek tysięcy zielonych miesięcznie. Nic dziwnego, że i rodzimi twórcy bardzo chętnie zakładają konta na serwisie. Niech im będzie na zdrowie. Tyle że mam przeczucie graniczące z pewnością, że w przypadku blogerów książkowych takie działania są bezcelowe.

Może na początek zaznaczę, że idea stojąca za serwisem patronite.pl szalenie mi się podoba. Oto bowiem jest prostym uwspółcześnieniem idei mecenatu. Mecenasi wspierający wybitnych artystów pewnie nadal gdzieś tam istnieją i wspierają, gorzej miała się sytuacja artystów tworzących ku uciesze mas (na potrzeby tego wpisu zdefiniujmy sobie artystów jako osoby tworzące treści bądź przedmioty, zaspokajające potrzeby fanowskie, estetyczne lub rozrywkowe pomijając ich aspiracje do bycia sztuką). A teraz każdy może być mecenasem i głosować portfelem, jak to się modnie mówi. I to jest piękne. Mój problem z Patronite polega głównie na tym, że dla pewnych grup niestety stosowanie go pozostaje bezcelowe i jedną z tych grup jest, jak sądzę, blogosfera książkowa. A dlaczego tak sądzę, to mam zamiar teraz po kolei wyłuszczyć.

1. Zasięg

Truizmem jest stwierdzenie, że tylko mały ułamek czytelników treści internetowych jest skłonny rzucić piniondz ich autorowi. Weźmy takiego Zwierza Popkulturalnego – na ponad piętnaście tysięcy fanów na Facebooku patronów (czyli ludzi wspierających go na Patronite) ma tylko trochę ponad stu. Czyli 0,7%. A teraz, drodzy blogerzy książkowi, sprawdźcie, ilu fanów macie na fejsie i policzcie, ile z tego to będzie 0,7%. Wyniki raczej nie są satysfakcjonujące.

A specyfika blogosfery książkowej może je jeszcze pogorszyć. Bo widzicie, większość osób czytających blogi książkowe to inni blogerzy książkowi. Którzy będą mniej skłonni rzucić piątaka niż zwykły czytelnik. Nie z zawiści, tylko z chłodnej kalkulacji – tego piątaka mogą przecież zainwestować we własnego bloga.

Z tego wynika też, że niewiele osób wśród blogerów książkowych wytworzyło wokół swoich blogów prężną sieć aktywnych odbiorców (nazwałabym to mini fandomem) – ludzi na tyle osobiście zaangażowanych w to, co robimy w sieci, żeby nam rzucili kasę. Nasi czytelniczy owszem, są zaangażowani, ale raczej w tworzenie własnych blogów i społeczności. W końcu w większości sami są blogerami.

2. Zdobywanie materiałów

Blogerzy na patronite.pl zwykle piszą, że fundusze od patronów przeznaczą na zakup materiałów do prowadzenia bloga (najczęściej chodzi tu o rzeczy do recenzowania, rzadziej sprzęt do nagrań). Co jest ogólnie dobrym pomysłem i bardzo fajnym uzasadnieniem, istnieje jednak małe „ale” odnośnie blogosfery książkowej (wyjąwszy może tych, którzy piszą o książkach nieprzełożonych na polski). Otóż materiały z naszej dziedziny znacznie łatwiej zdobyć niż z jakiejkolwiek innej dziedziny popkultury. Wiele starszych pozycji można bez problemu znaleźć w którejś bibliotece (a i nowości czasem też. Większość z nas to stali bywalcy bibliotek, więc załatwienie sobie jakiejś nowości do wypożyczenia nie powinno być problemem). No i są współprace, które jedni uwielbiają, inni krytykują, a jeszcze innym są całkiem obojętne. Współprace, czyli otrzymywanie egzemplarzy książek do recenzji.

Przy pewnym stażu, ilości wyświetleń i regularności pisania zdobycie takiego egzemplarza jest dość proste. Ale ma też pewien aspekt psychologiczny, który może odstraszać patronów. Bo widzicie, większość czytelników widzi tylko, że dostajecie książki za darmo, ergo po co mają wam się do czegokolwiek dorzucać, przecież nawet kupować materiałów nie musicie, same do was przychodzą.

Jest jeszcze kwestia różnych tematycznych imprez, z których relacje czasem się tu i ówdzie pojawiają. Otóż w świetle zdobywania potencjalnych patronów są one raczej niezbyt nośne. Głównie dlatego, że w notce o zbieraniu na wyjazd najlepiej wygląda kwestia zakupu wejściówki. A wiele książkowych imprez oferuje blogerom wejściówki za darmo. I ja wiem, że samo wejście to tylko jedna ze składowych wyjazdu na taką imprezę, zwłaszcza, jeśli odbywa się ona na drugim końcu Polski. Ale sami przyznacie, że nocleg, bilet na pociąg czy szama nie wyglądają już tak dobrze w rozpisce celów dotacji.

3. Czas

Patronite (czy może raczej jego amerykański pierwowzór, Patreon) został stworzony głównie z myślą o freelancerach, którzy ciągle łupiąc zlecenia komercyjne żeby żyć, nie mają czasu ni energii na robienie własnych projektów czy ogólny rozwój artystyczny. Założenie jest takie, że jeżeli fani ich twórczości własnej sypną groszem, wtedy freelancer będzie mógł zrezygnować z części zleceń, a zaoszczędzony w ten sposób czas poświęcić na rozwój osobisty, ku uciesze płacących fanów. W blogosferze książkowej ten scenariusz w większości przypadków nie ma szans się sprawdzić.

Powodem jest fakt, że niewielu blogerów pracuje jako freelancerzy. Część pracuje w sposób bardziej normowany (może nawet na etacie), część jeszcze się uczy. W tych przypadkach zwykle trudno jest od tak sobie regulować czas poświęcany na pracę zawodową (a w ogóle niemożliwe regulować sobie czas poświęcony na naukę) w zależności od tego, ile patron sypnie, więc czas przeznaczony na szeroko pojęte tworzenie treści raczej się nie zwiększy. Oczywiście przy odpowiednio dużej kwocie wsparcia bloger mógłby rzucić nawet pracę etatową i zająć się wyłącznie blogowaniem za pieniądze patronów, ale głęboko wątpię, żeby ktokolwiek w rodzimej blogosferze (nawet nie tylko książkowej, całej popkulturowej) miał aż tak bogatych i licznych fanów.

Ta cała tyrada nie została napisana po to, żeby was przekonywać, że kompletnie nie warto się patronite.pl interesować. Ależ interesujcie się, na zdrowie, mam zamiar wam kibicować i trzymać kciuki. Może nawet sama kiedyś założę tam konto (ale rozważać to zacznę dopiero, kiedy liczba fanów na fejsie przekroczy 500, żeby te mniej niż 0,7% z nich nie stanowiło ułamków ludzi). Chciałam tylko pokazać, że należy się nastawić raczej na małe cele. Na zrezygnowanie z pracy dzięki patronite.pl raczej nie macie szans, choć może uda się wam kupić kolejną książkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...