poniedziałek, 8 października 2018

"Wiedźma naczelna" Olga Gromyko


Długo, bardzo długo zbierałam się do napisania tej notki. Bo z „Wiedźmą naczelną” mam problem, a właściwie kilka. Co jest o tyle konfundujące, że problemy owe nie przeszkadzały mi w czerpaniu satysfakcji z lektury – są raczej z rodzaju takich, które utrudniają późniejsze pisanie notki. Ale może po kolei (i z udziałem drobnych spoilerów).

Wolha znowu wyrusza na wyprawę – tym razem w poszukiwaniu materiałów do kolejnej naukowej pracy, bo skoro ma zostać Naczelną Wiedźmą Dogewy, to wypadałoby zdobyć tytuł przynajmniej bakałarza III stopnia. Sama przed sobą nie chce się przyznać, że to nie jedyny cel wyprawy. Tak naprawdę chce odsunąć od siebie przerażenie i niepewność. Ponieważ podjęła pewną decyzję, a skutki tejże niepokoją ją znacznie bardziej niż perspektywa bliskiego spotkania z potworami na trakcie (chociaż i tych nie zabraknie).

Moja główna bolączka związaną z finalnym tomem trylogii o Wolsze jest to, że na wielu polach on niczego nie wnosi. Owszem, domyka wątki (do kwestii „czy zgrabnie” wrócimy za chwilę), rozwiązuje jeszcze kilka zagadek i tak dalej, ale to sprawy czysto techniczne – wiecie, skoro pisze się powieść, to jakaś historia musi zostać opowiedziana. Ja przy okazji opowiadania historii czekam jeszcze na coś – na rozwój bohaterów, ich relacji i osobowości. Tymczasem mam wrażenie, że wszyscy bohaterowie (bo w trzecim tomie, jak na finał przystało, pojawia się chyba każdy, kto miał jakąś mniej lub bardziej istotną rolę do odegrania w poprzednich) jakikolwiek rozwój zakończyli przynajmniej powieść temu. O ile na przestrzeni „Zawód: wiedźma” i „Wiedźmy opiekunki” Wolha czegoś się uczyła a powstałe drużyny i przypadkowe grupy dynamicznie ewoluowały we wzajemnych relacjach, tak teraz autorka tylko opisuje status quo, jakie zostało po poprzednich tomach. Przy czym jednak zdarza jej się mimo wszystko mnie rozczarować.

Tym rozczarowaniem było poprowadzenie relacji Wolhy z Lenem (jakby ktoś nie zauważył, to to jest właśnie ten akapit ze spoilerami). Punkt wyjścia z pierwszego tomu był ciekawy: oto młoda, naiwna jeszcze studentka magii praktycznej jest zauroczona przystojnym i potężnym wampirem o wysokiej pozycji społecznej. On również okazuje jej względy, ale trudno powiedzieć, czy podziela zauroczenie, traktuje smarkatą wiedźmę jak namolną młodszą siostrę czy tylko chłodnym okiem bada to kuriozum natury. W drugim tomie autorka jeszcze częściowo stara się iść tym tropem, okazuje się bowiem, że Len rzeczywiście żywi do Wolhy głębsze uczucia, co jednak nie przeszkadza mu potraktować jej instrumentalnie. W trzecim zaś od początku są dobraną parą, która jednak lubi się przerzucać złośliwościami, a jej już niosą suknię z welonem. I ja rozumiem, że to lekka, rozrywkowa fantastyka, w której czytelnicy raczej oczekują, że ulubieni bohaterowie będą żyli długo i szczęśliwie, ale takie rozwiązanie wydaje mi się irytująco cukierkowe – i mało przekonujące. Zwłaszcza, że nie mamy okazji zobaczyć, jak budowano tę relację między zakochanymi, bo obydwoje widzimy tylko w sytuacjach ekstremalnych, gdzie na wyjaśnienia brak czasu (bo jak na chwilę zwolnimy, to już nie będzie ich komu udzielić) a zwykłe, codzienne budowanie relacji zostawia na przerwy pomiędzy tomami.

Przy czym to jest ciągle bardzo sprawnie napisana powieść, z elegancko rozłożoną intrygą i kilkoma naprawdę ciekawymi momentami (wątek Zakonu Białego Kruka uważam za uroczy i całkiem przyjemnie poprowadzony). Niestety, wydaje mi się nieco pusta w środku. Fantastyczna wydmuszka zamiast uczciwej pisanki – cieszy tak samo jak całe jajko, ale brak jej ciężaru.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc

Tytuł: Wiedźma naczelna
Autor: Olga Gromyko
Tytuł oryginalny: Верховная ведьма
Tłumacz: Maria Makarevskaya
Cykl: Kroniki Berolskie
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2017
Stron: 520


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...