niedziela, 29 sierpnia 2010

Ciekawość to jednak pierwszy stopień... - "Drewniana Twierdza" Andrzej Pilipiuk


Andrzej Pilipiuk sam mówi, że zakusów na tytuł wielkiego pisarza nigdy nie czynił. Pisze dużo i jedynie ku uciesze gawiedzi. Nie tworzy dzieł wielkich czy choćby precyzyjnie dopracowanych. Jego zadaniem jest tworzenie świetnych czytadeł, od których czytelnik nie może się oderwać. I z reguły mu się ta sztuka udaje. Nie inaczej było i tym razem.

„Drewniana twierdza” to już trzeci tom cyklu „Oko Jelenia”, który wpadł w moje parszywe łapki. To, co utkwiło mi w pamięci jako charakterystyczne dla tomów poprzednich to liczne gwałty na głównej bohaterce oraz beztroski stosunek do zabijania i wskrzeszania postaci (to drugie akurat nawet uzasadnione fabularnie, ale jednak nie mam zaufania do takich chwytów). Mogłam więc odnotować poprawę, jako iż tych wątpliwej jakości ozdobników w powieści czytanej obecnie nie było. Były za to inne hece.

Skandynawia, listopad roku Pańskiego 1559. W tym właśnie czasie odbywa się akcja, o której spokojnie i niczego nie podejrzewając sobie czytam. Górska dolinka przyprószona śniegiem, jeden z bohaterów pozyskuje korę brzozową. I tu nastąpiła chwila, w której padłam na glebę, a po powstaniu z niej musiałam się siłą nie tylko woli powstrzymywać, żeby nie cisnąć książką o ścianę. Gdyż zza gór i drzew otaczających ową szesnastowieczną dolinkę wyłonił się… helikopter. Chiński. Z zestawem uzbrojonych po zęby komandosów gratis. A to dopiero 11 strona powieści, strach się bać co będzie dalej. Po takim absurdzie trudno było się otrząsnąć. Dlaczego więc nie rzuciłam prozy pana Pilipiuka w kąt?

Odpowiedź jest prosta: wciąga toto niesamowicie. Andrzej Pilipiuk posiada jakiś szczególny dar. Sprawia on, że niezależnie od tego, jak bardzo historia jest nieprawdopodobna (wiem, że użycie tego słowa w stosunku do fantastyki zakrawa na hipokryzję…) i absurdalna, niezależnie od tego, jak bardzo odpychają nas opisy okrucieństw i jak nas poraża sztampowość przedstawionych postaci, czytamy dalej. Tak bardzo jesteśmy zaciekawieni tym, co zdarzy się na kolejnej stronie, że przymykamy oko na szablonowych bohaterów i nielogiczność niektórych rozwiązań (moich żali do łasicy nie będę wylewać, jako że to stworzenie akurat się nie pojawiło; poczekam na dogodniejszy moment).Język ma w sobie coś z muzyki fakira, który, mimo, że dysponuje tylko kilkoma dźwiękami, potrafi oczarować i zahipnotyzować węża. Tak i pisarz hipnotyzuje czytelnika.

Przejdźmy teraz do spraw bardziej przyziemnych. Narracja, tak jak i w pozostałych znanych mi tomach „Oka Jelenia”, prowadzona jest dwutorowo. Czasem poznajemy wydarzenia z pierwszoosobowej perspektywy Marka, czasem zaś z perspektywy narratora trzecio osobowego (ale w narracji personalnej). Do gustu przypadły mi bardziej te pierwsze fragmenty, gdyż refleksje bohatera bywają całkiem pocieszne. I chociaż próby czynione przez autora, aby łopatologiczne zwrócić uwagę na różnice między ludźmi nam współczesnymi (nie zapominajmy, że Marek jest podróżnikiem w czasie), a żyjącymi w szesnastym wieku wydały mi się żałosne lub irytujące (w zależności od sytuacji) to i tak lepiej mi się czytało. Tyle tylko, że opisy codzienności w ówczesnym miasteczku, a także napomykania o barbarzyńskich zwyczajach, jakoś mną nie wstrząsnęły. Może po prostu były za mało barwne.

Na koniec napiszę, że pewnością sięgnę po tomy kolejne, zwłaszcza, że czyta się je migiem. Może to i nie jest świetna literatura i do Sapkowskiego to jej daleko, ale jestem piekielnie ciekawa, jak to się wszystko skończy. A przede mną jeszcze zapowiadane cztery tomy…

P.S. Dodam jeszcze, że jest to chyba najładniej wydany cykl, z jakim się spotkałam w Fabryce Słów. I chociaż ilustracje nieszczególnie mi się podobały, to okładki są śliczne.

Tytuł: Drewniana Twierdza
Autor: Andrzej Pilipiuk
Cykl: Oko Jelenia
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok: 2008
Stron: 383
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...