poniedziałek, 20 kwietnia 2015

"Data ważności" William Campbell Powell

Dawno temu, kiedy jeszcze chodziłam do liceum, wpadł mi w ręce zbiorek opowiadań Wolfe’a.* Nie wszystkie pamiętam, ale kilka wyjątkowo mocno utkwiło mi w głowie. Jednym z nich, tym, które najbardziej podziałało mi na wyobraźnię i dało do myślenia, było „H.O.R.A.R.”. Z grubsza ujmując, mówiło o człowieku, który okazał się być androidem, ku własnemu zaskoczeniu. Właśnie „H.O.R.A.R” miałam z tyłu głowy przez cały czas, kiedy czytałam „Datę ważności”. Co prawda akcja debiutu Powella nie rozgrywa się w czasie alternatywnej (przyszłej?) wojny w Wietnamie, tylko na obrzeżach Londynu a.d. 2049, przez co trochę brak tu ciężaru aktualnych i nośnych politycznie wydarzeń, a bohaterami są nastolatki, a nie żołnierze, ale poruszany temat jest taki sam. I choć może warsztatowo Powell (jeszcze?) Wolfe’owi nie dorównuje, to formę swoim przekazom nadał bardziej przystępną i równie celnie trafiającą do czytelnika.

„Data ważności” to transkrypcja pamiętnika Tani (pozwólcie, że w deklinacji będę używać polskiej odmiany tego imienia, próba odmieniania angielskiego zapisu bardzo boli w oczy), dziewczynki, która w wyniku wypadku dowiaduje się, że jest robotem. Konkretnie teknoidem, czyli robotem skonstruowanym specjalnie po to, żeby zastępował dziecko rodzicom, którzy nie mogą go mieć. Niestety, zła wiadomość jest taka, że teknoidy są tylko wypożyczane i kiedy osiągną osiemnaście lat, producent zabiera je z powrotem. Niemniej, Tanya stara się żyć normalnie i właśnie to życie śledzimy na kartach powieści.

Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się wiele po tej książce. Właściwie, życzyłam sobie tylko, żeby nie okazała się romansem, jakąś odmianą paranormala, gdzie wampira zastąpi android, a to wszystko umoczone w dystopii. Nawet nie przypuszczałam, że będzie więcej niż przeciętna. A jednak.

Pierwszym, co mnie zszokowało, to sposób, w jaki Powell podszedł do problemu. Stworzył niedaleką przyszłość, w której ludzie nagle zaczęli tracić możliwość płodzenia potomstwa, co doprowadziło do zamieszek i w sumie (wraz z postępującym kryzysem energetycznym i ekonomicznym) do wybuchu trzeciej wojny światowej**. W której (rzeczywistości, nie wojnie) rozmnażać się mogą tylko nieliczni, a pozostałym państwo podsuwa syntetyczny substytut dziecka. A potem… osadził akcję w małym miasteczku w Anglii, dodatkowo niczym nie różniącym się od tych, które znamy obecnie (oczywiście w większych miastach wygląda to nieco inaczej, ale różnice polegają raczej na wzroście przestępczości i liczby bezdomnych, niż na pojawieniu się biegających ulicami mutantów). I pozwolił opowiedzieć swoją historię małej dziewczynce. Okazuje się bowiem, że w tej opowieści nie chodzi o ratowanie świata, tylko o jednostkę w nim żyjącą.*** A i sam dystopijny świat miał być raczej pretekstem.

Widzicie, czytając o Tani, wcale nie miałam wrażenia, że czytam o walce o emancypację robotów (a jest pod koniec jeden wątek, dość kluczowy, który autor mógł rozwinąć w tym kierunku. Ale postanowił niekonwencjonalnie pójść w innym), zresztą, jak sądzę, zgodnie z zamysłem autora. Tanya to po prostu nastolatka, która stara się żyć ze swoją innością. Jej inność jest zresztą pozorna, bo tajemnicą poliszynela jest fakt, że ludzkie dzieci można policzyć na palcach jednej ręki, a co za tym idzie, większość kolegów z klasy to też muszą być roboty. Chodzi do szkoły, słucha muzyki, gra na basie i rozgląda się za chłopakami. Mimo, że ma świadomość, że pewnego bardzo konkretnego dnia jej życie się skończy, stara się o tym nie myśleć. Tanya przywodzi na myśl dziecko chore, które żyje w miarę normalnie, ale jednak świadomość nieuleczalnej choroby izoluje je do ludzi, nawet jeśli na zewnątrz nie widać żadnych objawów.****

Wszystko to napisane jest świetnie – autor doskonale oddał styl i psychikę nastolatki (w końcu to jej pamiętnik czytamy). Co prawda taka forma narzuca pewne ograniczenia, na przykład nie można pochwalić się wirtuozerią warsztatu czy pomysłowością formy (nastolatka pisząca pamiętnik w stylu choćby prozy Tokarczuk byłaby bardzo mało wiarygodną i ciężkostrawną postacią), ale z drugiej strony sam fakt, że prostym językiem udało się wzbudzić emocje już wiele mówi sprawności pióra. A Powellowi się udało. Tak sobie marzę, że autor napisze kiedyś książkę dla dorosłych czytelników, a ja będę mogła obserwować, jak rozwija skrzydła.

Myślę, że data ważności to taka idealna książka młodzieżowa, tylko trzeba ją umiejętnie zareklamować. Bo ci, którzy lubią obyczajówki, będą zachwyceni. Tym zaś, którzy lubią lekkie SF (w sensie lekko podane, nie poruszające lekkie tematy typu bitwy kosmiczne), zalecam cierpliwość, bo początek zawiera zaskakująco mało fantastyki. Ale polecam. To jedna z lepszych młodzieżówek, jakie czytałam w tym roku – a z pewnością najlepszy debiut. 

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Uroboros.

Tytuł: Data ważności
Autor: William Campbell Powell
Tytuł oryginalny: Expiration Day
Tłumacz: Maciej Franaszek
Wydawnictwo: Uroboros
Rok: 2014
Stron: 446


* Kompletnie spontanicznie. Teraz raczej miłości do Wolfe’a nie rozumiem. Opowiadania pisał co prawda genialne (przynajmniej niektóre), ale powieści tworzy cokolwiek przekombinowane. wróć
** Autor nazwał ten czas Niepokojem, bo co prawda żadnego frontu nie było, ale jeśli zrzucono bomby atomowe, no to jednak chyba można użyć słowa „wojna”, prawda? wróć
*** Im dłużej czytałam „Datę ważności”, tym bardziej przypominała mi ”Gdzie dawniej śpiewał ptak”. Może nie do końca treścią (choć pod koniec trochę też), ale z pewnością klimatem. Oczywiście trzeba pamiętać, że powieść Wilhelm jednak bierze na warsztat zupełnie inny rodzaj opowieści o indywidualizmie. wróć
**** Autor delikatnie próbuje też poruszać kwestie dyskryminacji, ale raczej się w to nie angażuje. Opisuje raczej drobne złośliwości, jakich Tanya doświadcza, ale nie jest to coś, co można określić mianem poruszania problemu dyskryminacji.wróć
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...