środa, 10 lipca 2019

"Śpiew Potępionych" Agnieszka Hałas


Teoretycznie „Teatr Węży” miał być trylogią, więc niektórych czytelników mogłoby nieco zdziwić, że oto ukazał się tom czwarty. Ale prawda jest taka, że pierwotnie cykl miał się składać z pięciu części i tylko realia wydawnicze sprawiły, że dotąd występował jako trylogia. Teraz realia się zmieniły i osobiście jestem z tego bardzo zadowolona.

W „Śpiewie potępionych” zmieniamy dekoracje. Opuszczamy mroczne i brudne slumsy miast znad Zatoki Snów i przenosimy się w znacznie przyjemniejsze miejsce. Brune bowiem, po kilku miesiącach pracy dla sylfów i ukrywania się w stolicy został zmuszony do opuszczenia ich dominium. Wytropiła go Elita, z propozycją nie do odrzucenia – na tropikalnych Wyspach Śpiewu demony Otchłani szykują jakąś potężną katastrofę, a wysłani tam agenci srebrnych padają jak muchy w podejrzanych okolicznościach. Czas więc sięgnąć po nieszablonowe metody i wysłać z misją rozwiązania problemu żmija.

Wraz z klimatem miejsc zmienił się sam klimat powieści. Dotąd był melancholijno-depresyjny, przepełniony poczuciem straty i tęsknotą za czymś bliżej nieokreślonym, ale na zawsze utraconym. Oczywiście lwia część fabuły opowiadała o tym, jak Brune próbuje określić, za czym tęskni i co utracił, rzeczywiście walcząc przy tym z depresją, stresem pourazowym oraz flirtując z nałogiem. Ale trzy tomy wystarczyły, żeby Krzyczący zrekonstruował większość swojej przeszłości oraz dowiedział się, za czym tęskni. Mozolne odtwarzanie ponurej przeszłości mamy już za sobą, więc potrzebna była inna formuła. „Śpiewowi potępionych” znacznie bliżej do powieści akcji z wątkiem sensacyjno-kryminalnym i odrobina lokalnej polityki w tle. Klimat, dosłowny, jak i metaforyczny, jest bardziej słoneczny, wydarzeniom zaś w większości brak mrocznej nuty, mają bardziej przygodowy charakter. Dla mnie to interesująca zmiana, ani dobra, ani zła, niewątpliwie jednak odświeżająca. No i oczywiście nie znaczy to, że autorka straciła swój zwyczajowy styl.
Nieodzownym elementem pisarstwa Hałas jest skupianie się na emocjach bohaterów. Przy czym robi to z wyczuciem, nie zaburzając struktury narracji i nie nudząc czytelnika. Ponieważ większość historii poznajemy z perspektywy Krzyczącego, to właśnie na jego uczuciach się skupiamy. Przy czym nie jest to (jak choćby u Sandersona) międlenie w kółko tych samych problemów bez dochodzenia do nowych wniosków. Za każdym razem, kiedy Brune musi rozprawić się na tym, co mu w duszy gra, ma to jakieś fabularne uzasadnienie i pokazuje rozwój bohatera – jeśli nie jako całości, to przynajmniej w kwestii konkretnej sprawy czy relacji. Przy czym zawsze istnieje ryzyko, że popełni błąd i doskonale zdaje sobie sprawę zarówno z tego, jak i z ciężaru odpowiedzialności, jaki na nim spoczywa.

Coraz bardziej podoba mi się sposób, w jaki autorka pisze swoich magów. Fantaści zazwyczaj wybierają do tego dwie drogi. Albo mamy do czynienia ze zwykłymi, chociaż wąsko wyspecjalizowanym rzemieślnikami, którzy poza używanymi narzędziami nie różnią się wiele od kowali czy płatnerzy. Albo też mamy do czynienia z duchami spoglądającymi z wysokości, zbyt potężnymi i obcymi, aby udało się zwykłym śmiertelnikom do końca pojąć ich naturę. W „Teatrze Węży” mamy najrzadszą opcję trzecią. Autorce udało się wykreować magów jako z jednej strony potężnych w sposób niepojęty dla zwykłych ludzi i mających wgląd w sprawy, które umykają pojmowaniu maluczkich. Z drugiej jednak strony są zwykłymi ludźmi i choć dysponują ponadprzeciętnymi możliwościami, wciąż wykazują zwyczajne słabości, stają przed bardzo ludzkimi dylematami i mimo pewnych społecznych barier ciągle muszą żyć w społeczeństwie tych maluczkich i jakoś się z nimi dogadywać (fakt, że dotyczy to głównie żmijów, Elita jest ponad to. Choć i czcigodnych srebrnych nie omijają przyziemne słabości i przywary). Dzięki temu czytelnik wie, że ma do czynienia z kimś niezwykłym, a jednocześnie główny bohater nie wydaje się zbyt obcym, aby być zrozumianym. Doceniam to podejście, bo jest rzadkie, a, jeśli udane, zawsze przynosi interesujące efekty.

Jak zwykle nie zawodzą też bohaterowie. Brune wydaje się mniej poobijany psychicznie i aktywniejszy niż poprzednio – autorka już go nie musi fabularnie kopać w zadek, żeby robił cokolwiek. Co sprawia, że Brune może znowu grać pierwsze skrzypce i powieść jest z grubsza jego monodramem (w przeciwieństwie do chociażby tomu poprzedniego, którego lwią część zagarnęła pewna młoda adeptka czarnej magii). Nie znaczy to, że nie pojawiają się inni bohaterowie – wraca Anavri, bardziej dojrzała i pewniejsza siebie, poznajemy też pewną przywódczynię wyspiarskiego klanu. Ta jest postacią intrygująca o tyle, że jest osobą pełniącą zwyczajowo męską rolę w dość pierwotnej społeczności (niby kobiety-wodzowie wśród wyspiarzy się zdarzają, jednak są zdecydowana mniejszością), przy okazji godząc to z byciem matką i żoną. Niemniej, wszystkie te osoby są tylko barwnym uzupełnieniem występu żmija.

Najbardziej rozczarowało mnie… zakończenie. Jest to coś, zwłaszcza w kontekście tomów poprzednich, niesatysfakcjonującego i głęboko frustrującego. Niemniej, autorka ma w planach jeszcze jeden tom, więc jest szansa, że ostatnie sceny „Śpiewu potępionych” nabiorą większego sensu. Głęboko na to liczę, bo cały cykl jest świetną lekturą i wolałabym mieć z niego pełna satysfakcję. A zaiste czytać go warto.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis.
Tytuł: Śpiew potępionych
Autor: Agnieszka Hałas
Cykl: Teatr węży
Wydawnictwo: Rebis
Rok: 2019
Stron: 448

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...