środa, 14 sierpnia 2019

"Patyki, badyle" Urszula Zajączkowska


Jeśli chodzi o ekoliteraturę, to ta dotycząca roślin nigdy nie budziła mojego szczególnego entuzjazmu. W serii Eko od Marginesów takie tytuły pojawiają się jednak bardzo rzadko, wcześniej wyszedł tylko jeden (i oczywiście jest jednym z dwóch tomów serii, którego nawet nie zaczęłam czytać). Jednak najnowsza pozycja (jak zresztą wskazuje tytuł) jest poświęcona wyłącznie roślinom. I wbrew pozorom nie z tematyką miałam problem.
 
„Patyki, badyle” Urszuli Zajączkowskiej są z pewnością książka nietuzinkową. Autorka bowiem - zawodowo botaniczka, po godzinach poetka i artystka – postanowiła o swojej pracy opowiedzieć w stylu bynajmniej nie wykładowym czy naukowym, ale artystycznym. Bo kto powiedział, że o anatomii roślin i pracy naukowej nie można mówić językiem naturalnie przynależnym prozie poetyckiej?

Dla formalności zaznaczę, że książka składa się z kilkunastu krótkich, bogato ilustrowanych rozdziałów (nie mam pewności, czy nie publikowanych wcześniej osobno, bo trochę tak wyglądają) o tematyce przeróżnej, ale zawsze botanicznej. Mamy więc rozprawę o roślinnej anatomii, o fitopatologii, o tym, jak rośliny poruszają się i leczą rany. Te i kilka innych tekstów (właściwie większość) mają znamiona popularyzatorskie, choć naświetlają czytelnikowi temat ze zgoła innej perspektywy, niż można by się spodziewać i niż znajdujemy zwykle w typowo popularnonaukowych publikacjach. Są też teksty eksperymentalne (ja wiem, że po dadaistach nic już nie jest eksperymentalne, ale umówmy się, że oni nie mieli na celu przekazywania naukowej w gruncie rzeczy informacji) w formie i treści, jak np. lista mało znanych a niepozbawionych uroku nazw roślin (kilka z nich było ulubieńcami moich wykładowców) czy fotorelacja ze spaceru po nocnym Wołominie.
 
Przyznam, że podziwiam Zajączkowską za taką odwagę w doborze środków wyrazu. Trzeba mieć wiele pewności siebie, żeby tematy, które w naturalny sposób przynależą do języka klarownego i przystępnie objaśniającego potraktować środkami stylistycznymi charakterystycznymi raczej dla prozy poetyckiej. Dlatego też w krótkich (felietonowych?) rozdziałach roi się od wielokrotnie złożonych zdań, wypełniających nieraz cały akapit, od drgających, zupełnie nienaukowych emocji, od zachwytów nad rzeczami prozaicznymi. Czasem miałam wrażenie, że autorka zawarła w tej książce wszystko, czego nie wypada jej zawrzeć w oficjalnych, naukowych artykułach, a co dla nauki równie ważne, jak same eksperymenty (bo przecież bez zachwytu nad pięknem natury i chęci jej poznania, zgłębienia, nie byłoby nauki).
 
Mój problem z „Patykami, Badylami” polega na tym, że mimo docenienia zamysłu autorki i urody poszczególnych fraz osobno, w całości czyta mi się to dość opornie. Nie pasuje mi rytm zdań, one same zaś wydają się przesadzone, czasem nazbyt barokowe, innym razem rachitycznie przycięte, jeszcze kiedy indziej irytująco zawiłe. Zmienia się to w zależności od tekstu i najbardziej drażni na początku, ale teraz nie jestem w stanie stwierdzić, czy po prostu autorka z czasem uzyskuje lepszy balans formy, czy po prostu to ja się przyzwyczaiłam i zobojętniałam. Niektóre rozdziały nawet wspominam z sympatią.
 
Taki styl nazbyt charakterystyczny to nie jest obiektywnie wada. Ten sam problem miałam z Witem Szostakiem. Ja nie mogłam go czytać, ale autor ma rzesze wiernych fanów oraz przychylność krytyków, okraszoną branżowymi nagrodami, więc chyba to nie do końca z nim jest problem.
 
Jak zazwyczaj książki z serii Eko mogę bez wahania polecić z grubsza każdemu, tak „Patyki, badyle” są wyjątkiem. Nie spodobają się osobom przedkładającym klarowność przekazu ponad walor artystyczny. Za to wszystkim ceniącym charakterystyczność (nie mylić z prostotą) stylu jak najbardziej polecam. W końcu nieczęsto mamy do czynienia z nauką w artystycznym stylu.
 
Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy.

Tytuł: Patyki, badyle
Autor: Urszula Zajączkowska
Wydawnictwo: Marginesy
Rok: 2019
Stron: 256

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...