sobota, 17 sierpnia 2019

"Pierścień" Larry Niven


Klasyka science fiction to jedna z tych działek fantastyki, po której zawsze oczekuje się jakiejś wielkiej Myśli czy Przekazu, względnie Poruszania Ważkich Kwestii. Generalnie próg wejścia niski nie jest. Jak się sięga po takiego Dicka, Bradbury’ego czy generalnie większość uznanych pisarzy, to można bardzo łatwo potwierdzić ten obraz. No ale są jeszcze powieści takie, jak „Pierścień”.

Louis Wu jest bardzo starym człowiekiem (choć różne odmładzające zabiegi sprawiają, że zdecydowanie nie wygląda na swój wiek) i z racji długowieczności nieco już znudzonym życiem. Na szczęście (?) na jego drodze staje przedstawiciel laleczników, rasy obcych bardzo zaawansowanej technologicznie, choć nieco paranoidalnej w obejściu, z propozycją. Ów obcy szuka członków pionierskiej ekspedycji do nowo odkrytego obiektu, niespotykanego wcześniej w Poznanym Wszechświecie. Do załogi dołączają również kzin, przedstawiciel wojowniczej rasy kosmitów oraz Teela Brown – dziewczyna, która po prostu ma szczęście w życiu.

Z literackiego punktu widzenia „Pierścień” niczym się nie wyróżnia. Owszem, jest bardzo sprawnie i plastycznie napisaną przygodową space operą, w przeciwieństwie do masy innych popularnych swego czasu i mających status kultowych dzieł fantastyki nie trąci myszką mimo swoich blisko pięćdziesięciu lat i ma przemyślany worldbuilding (w którym ciągle pobrzmiewają echa dawno obalonych naukowych hipotez). Co jest dość istotne, biorąc pod uwagę, że zasypywanie czytelników cudami Pierścienia i technologii laleczników stanowi znaczną część książki i koło zamachowe całej opowieści (przy czym autor niestety przejawia tendencje do nadmiernego zalewania czytelnika ekspozycją. Serio, tam rozwiązanie większości zagadek polega na tym, że bohaterowie dyskutują, aż wydyskutują zadowalające rozwiązanie. Ale nie jest to tak uciążliwe, jak mogłoby się wydawać). Niemniej, to za mało, żeby stać się klasykiem, o którym znawcy ciągle chcą przypominać. Za kultowością „Pierścienia” przemawia tylko jeden pomysł – tytułowy Pierścień właśnie. Gdyby Niven nie wpadł jako pierwszy na pomysł spopularyzowania megakonstrukcji Pierścienia, najprawdopodobniej zostałby zapomniany. A tak Pierścień Nivena znalazł się dumnie obok takich artefaktów jak Sfera Dysona i Prawa Robotyki Asimova.

Powieść Nivena to space opera z gatunku tych startrekowych: mnóstwo obcych ras o różnym stosunku do ludzkiej wspólnoty, nowe technologie, podróże kosmiczne, cuda wszechświata i idea docierania tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek. Niestety, autor nie skupia się zbytnio na interakcjach pomiędzy poszczególnymi gatunkami istot rozumnych. Siłą rzeczy dowiadujemy się nieco o historii kzinów – bo ludzkość prowadziła z nimi dłuższy czas wojnę. (Kzinowie zresztą są standardowym elementem wyposażenia większości tego typu tekstów popkultury. Przecież każde kosmiczne uniwersum musi mieć rasę wielkich, agresywnych kosmicznych wojowników. Może dlatego autor nie rozwijał tematu, doszedłszy do wniosku, że czytelnicy od razu wpasują bohatera w odpowiednią kliszę). Dowiadujemy się też nieco o lalecznikach, a także o niektórych aspektach życia na Ziemi, jednak to wszystko dotyczy raczej charakteru jednostek niż jakiejś szerszej skali. Trochę się rozczarowałam, bo jednak opisy zwyczajów, kultury i społeczności obcych to jeden z tych czynników, który w tego typu opowieściach najbardziej mnie pociąga. Szkoda, ze Niven nie zaprząta sobie tym zbytnio głowy, bo potencjał jest

Z samymi bohaterami mam też trochę problemów, bo pod pewnymi względami oni właśnie (a konkretnie sposób ich konstrukcji) zestarzeli się najgorzej. Powieść, mimo rozmachu świata przedstawionego, jest bardzo kameralna i skupia się na czwórce członków ekspedycji (do których pod koniec dołącza jeszcze jedna kobieta). Przy czym lwia część narracji prowadzona jest z perspektywy Louisa Wu. Co bywa irytujące, zwłaszcza na początku, ponieważ znudzony zbyt długim życiem Louis jawi się nam jako zblazowany, snobistyczny bubek z tendencją do traktowania wszystkich protekcjonalnie. Dopiero zetknięcie z nowym i nieznanym sprawia, że staje się strawniejszy i wtedy można o nim czytać bez lekkiej irytacji.

Niemniej, to nie z Lousem miałam największy problem, tylko z Teelą. Teela bowiem jest postacią kompletnie niestrawną. Autor chciał z niej zrobić dziecko szczęścia, a wyszła mu seksowna dwudziestolatka z mentalnością ośmiolatki (co sprawiało, że każda scena łóżkowa z jej udziałem wywoływała u mnie potężny krindż). Ogólnie Teela nie ma wiele do zrobienia czy też powiedzenia w tej narracji, jest raczej artefaktem i funkcja narracyjną niż pełnokrwistą postacią. Nic nie wiemy o jej emocjach, życiu wewnętrznym czy przeszłości, wreszcie o marzeniach. Wydaje się pustą w środku wydmuszką. Jest też niestety kompletnie nieprawdopodobna psychologicznie. Wiem, że autor starał się napisać postać z gruntu niewinną, której wrodzone szczęście nigdy nie pozwoliło skrzywdzić, w związku z tym jest brawurowa do granic głupoty, bo spodziewa się, że wszystko jej ujdzie na sucho. Jednak wyszła mu postać, której brakuje elementarnej, teoretycznej wiedzy o świecie, momentami socjopatyczna na granicy psychopatii, pozbawiona krzty empatii. Która nie wie, że jeśli ktoś mówi „oślepłem”, to znaczy że nie widzi (serio, do tego nie trzeba samemu stracić wzroku, wystarczy znajomość słownikowej definicji). Która nie potrafi wykazać podstawowej empatii. Która wreszcie nie wie, że czymś gorącym można się poparzyć. Serio, żeby wiedzieć, że gorące parzy, nie trzeba się sparzyć samemu. Zwykle rodzice tłuką taką wiedzę dzieciakom do głowy profilaktycznie, żeby nie musiały jej zdobywać na własnej skórze – stąd powinna ją mieć i Teela, jej szczęście na to właśnie powinno nalegać.

A zamysł był fajny – skonfrontowanie człowieka, który myślał, że jest panem własnego losu z faktem, że każde jego zachowanie determinuje wrodzone, przepotężne szczęście (i które to szczęście często oznacza pecha dla innych). Niemniej, żeby to wypaliło, trzeba najpierw stworzyć pełnokrwistą postać. Która ma emocje bardziej złożone niż czterolatek, która ma jakieś życie wewnętrzne i z którą czytelnik może się zżyć w czasie trwania opowieści. Z Teelą zżyć się nie dało (bo i jak polubić kartonowy szablon?) więc jej finałowy dramat też mało mnie obszedł. Tak jak i ją samą, mam wrażenie.

Obcy, jako element worldbuildingu są znacznie bardziej dopracowani. Nessus, lalecznik, jako istota wywodząca się od stworzeń będących ofiarami drapieżników, łatwo ulega panice, jest trochę paranoidalny, ale też ostrożny, bystry i czujny. To jest obraz obcego, którzy raczej rzadko się w SF spotyka. Kzin Mówiącu-Do-Zwierząt jest już znacznie bardziej sztampowy. To przedstawiciel typowej rasy wojowników, jakich pełno w przeróżnych kosmicznych uniwersach. Dynamika między tymi postaciami nie jest jednak tak ciekawa, jak mogłaby być, biorąc pod uwagę fundamentalne różnice między nimi.

„Pierścień” mimo moich narzekań i pewnych niedociągnięć jest lekturą, która bardzo dobrze przetrwała próbę czasu. W pewnym sensie to powieść drogi, bo bohaterowie podziwiają zmieniający się, niesamowity krajobraz, zaś odpowiedzi znajdują dopiero u kresu przebytej trasy, jakby to nie brzmiało. Może nawet kiedyś sięgnę po kolejny tom. Ale nieprędko.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Zysk i s-ka



Tytuł: Pierścień
Autor: Larry Niven
Tytuł oryginalny: Ringworld
Tłumacz: Arkadiusz Nakoniecznik
Cykl: Pierścień
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Rok: 2019
Stron: 424

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...