piątek, 23 sierpnia 2019

"Rzeczy, których nie wyrzuciłem" Marcin Wicha


Zawsze mam pewne obawy, kiedy sięgam po książkę mocno chwaloną, reklamowaną i nagradzaną. Jeszcze jeśli chodzi o poletko fantastyczne, to zazwyczaj przynajmniej wiem, czego się po tym objawieniu spodziewać (bo to nigdy nie jest tak, że jakikolwiek autor objawia się z nicości, często jakieś opowiadanie po sieci krąży), to w głównym nurcie już tak fajnie nie jest. Taką nagradzaną i budzącą powszechny zachwyt była swego czasu książka Marcina Wichy „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. I tutaj, jako że chciałam przetestować możliwości Legimi na jakiejś krótkiej publikacji, właśnie tę pozycję przeczytałam jako pierwszą. I obawiam się, że nie dołączę do powszechnych pień pochwalnych.

Może na początek: o czym to właściwie jest. Ogólnie o nieżyjącej matce autora. Mniej ogólnie jest to swego rodzaju pożegnanie, żałoba czy też opis odchodzenia, podzielony na trzy części. Pierwszą Wicha poświęcił przedmiotom, jakie odnajduje w mieszkaniu matki i jakie chciałby sobie zatrzymać. Druga poświęcona jest językowi, słownictwu, jakie było istotne w ich relacjach bądź jakie mu się z matka kojarzy. Trzecia to krótka rozprawa z chorobą, opis tego, jak nowotwór trawił matkę autora aż do samego końca.

Mam z całością pewien problem. Pewnie byłoby mi go łatwiej wyartykułować, gdybym była pisarką, mierzenie się ze słowem to ich fach. Ale jak wiecie, jestem tylko blogerką piszącą niszowego blogaska, więc ostatecznie wyłuszczenie moich emocji i opinii może okazać się nieco… nieklarowne.

Widzicie, czytając książkę, miałam wrażenie, że w jakimś sposób, na jakiejś płaszczyźnie autor nie jest fair wobec swojej matki. Że wykorzystuje swoją uprzywilejowaną pozycje pisarza po to, żeby wytknąć jej po śmierci to, czego nie był w stanie wytknąć za życia. I jasne, w ten sposób też można przeżywać żałobę. Ale niekoniecznie wtedy powinno się to wystawiać na widok publiczny.

Najwięcej… chciałoby się napisać pretensji, ale to jednak byłoby zbyt mocne słowo, w każdym razie najwięcej nie do końca pozytywnych emocji widać w części poświęconej słownictwu. Kiedy autor pisze o rzeczach, potrafi zachować ton neutralny, czasem nawet z pewną dozą sympatii (choć i niepozbawiony odrobiny protekcjonalizmu). Może dlatego, że rzadko w tych rozdziałach pojawiają się odniesienia do jego samego, zwykle opisuje matkę w interakcji z przedmiotem lub ludźmi z tym przedmiotem związanymi. Sporo tu informacji o książkach, zwłaszcza o pewnej książce kucharskiej.

Jednak kiedy przechodzimy od przedmiotów do słów, ton powoli, ale nieubłaganie się zmienia. Tutaj matka nieodmiennie jest surowa i wymagająca, jak najlepszy strażnik potrafiąca wykryć każde kłamstwo i uchybienie. Robiąca testy, oceniająca. W pewnym momencie miałam wrażenie, że autor ma do niej żal, że nie potrafiła być dla niego tak miękką i ciepłą matką, jaką babcią była dla wnuczek.

Ostatnia część to fizjologia umierania. Nienachalna (brak tam obecności płynów ustrojowych), ale Wicha sugestywnie opisuje, jak matka (zawsze matka, nigdy inaczej jej nie określa) kurczy się, marnieje, milknie, aż w końcu znika. Nie wiem, czy w tych opisach nie wywleka nadmiernie intymności ostatnich chwil z było nie było najbliższą osobą.

W jednym z odcinków podcastu CzytuCzytu padło pod adresem „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” określenie „pozór wielkiej literatury”. W pewnym sensie uznaję je za trafne - „Rzeczy...” bowiem są rozliczeniem z pewnym uniwersalnym elementem życia każdego z nas, ale nie są rozliczeniem uniwersalnym, choć sprawiają takie wrażenie. Językiem autor też posługuje się świadomie i na wysokim poziomie, co jego prozę uszlachetnia, ale znów – jeśli nie potrafisz sprawić, żeby czytelnik poczuł, że to, o czym piszesz to nie tylko twoja sprawa, to może lepiej zostawić to między sobą a papierem. Nie warto sprowadzać czytelnika do roli niezdrowo zafascynowanego podglądacza.
 
Tytuł: Rzeczy, których nie wyrzuciłem
Autor: Marcin Wicha
Wydawnictwo: Karakter
Rok: 2017
Stron: 184

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...